Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Sophia (8)

Sophia

 

Nasza taneczna bańka pękła w momencie, w którym dźwięk telefonu Tiago przypomniał nam, że za kilka minut powinny zjawić się tutaj kursantki na kolejne zajęcia. Musiałam szybko wrócić na ziemię, bo chwilowo zapomniałam, że jestem sekretem, który nie może wyjść na jaw. Nikt nie mógł o mnie wiedzieć, ani przyjaciele Tiago, ani jego kursanci. Mężczyzna odprowadził mnie do mieszkania, wziął butelkę z wodą i ponownie zbiegł po schodach, kierując się do drzwi. Dzwonek poinformował, że dziewczyny już stały po drugiej stronie, a zajęcia zaraz się zaczną.

Kiedy z dołu dobiegły pierwsze uderzenia basu, a potem energiczny śmiech dziewczyn, poczułam, że żołądek kurczy mi się w ciasny supeł. Zostałam sama w jego mieszkaniu. Cisza tego miejsca, które dawało mi złudne poczucie schronienia, zaczęła mnie przerastać. Na sali grała muzyka, Tiago robił, to co kochał, był w swoim żywiole, a i ja całkiem dobrze się bawiłam. Teraz, gry zostałam sama, poczucie odizolowania uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Krążyłam od ściany do ściany, zastanawiając się, co mam ze sobą zrobić.

Pociągnięta jakimś masochistycznym impulsem, podeszłam do okienka wychodzącego na salę treningową. Tak samo jak rano, usiadłam na chłodnej podłodze, podciągnęłam kolana pod brodę i spojrzałam w dół. Jasna fala popołudniowego słońca zalewała salę, a bit nieznanej mi piosenki wprawiał powietrze w drżenie. Na środku Sali stał Tiago. Wyglądał inaczej niż jeszcze przed kilkoma minutami. Gdzieś zniknęła ta intymna delikatność, którą dostrzegałam w jego uśmiechu oraz spojrzeniu. Tancerz zatapiał się w swojej pasji. Pełen magnetycznej pewności siebie, z cwaniackim uśmiechem, który tak dobrze już znałam, instruował dwie młode dziewczyny.

Były mniej więcej w moim wieku, ale dużo atrakcyjniejsze. Miały na sobie luźne, sportowe spodnie, a krótkie topy odsłaniały wyrzeźbione brzuchy. Poruszały się z lekkością, która zapierała mi dech w piersiach. Ich ciała idealnie współgrały z muzyką. Rozumiały każdy bit, każdy akcent, każdą pauzę. Widać, że taniec był częścią ich życia. Po kilku krokach Tiago podszedł do jednej z nich.

Poczułam gwałtowne ukłucie w piersi, jakby ktoś niespodziewanie zacisnął dłoń na moim sercu. Tiago stanął tuż za dziewczyną. Położył swoje ciepłe dłonie bezpośrednio na jej odsłoniętej talii, żeby poprawić pozycję jej bioder. Zrobił to z pełnym profesjonalizmem, ale dla mnie ten widok był niemal oślepiający. Widziałam, jak partnerka uśmiechnęła się do niego przez ramię, rzucając mu kokieteryjne spojrzenie i coś powiedziała. Tiago odpowiedział jej niskim śmiechem, którego dźwięk dotarł aż do moich uszu, raniąc mnie głębiej, niż byłam gotowa przyznać.

Ona nie bała się własnego cienia. Nie potykała się o własne nogi. Należała do jego świata. Ja nie.

Mimo tego dziwnego uczucia, wciąż siedząc na podłodze, ale nie potrafiłam odwrócić wzroku. Zazdrość, która mnie ogarnęła, była cholernie niesprawiedliwa. Kim byłam, żeby czuć coś takiego? Uciekinierką z koszmaru, przerażoną dziewczyną bez własnych ubrań, bez grosza przy duszy, ukrywającą się w mieszkaniu obcego faceta. Nie miałam żadnego prawa do Tiago, do jego rąk, do jego uwagi. On tylko wyciągnął mnie z tarapatów. Byłam dla niego obowiązkiem, problemem, aktem miłosierdzia. A tam na dole... tam było jego prawdziwe życie. Pełne słońca, pasji, pięknych kobiet i swobody, którą ja straciłam w chwili, gdy mnie otumaniono.

Patrzyłam na to, jak Tiago przeczesuje ręką mokre kosmyki włosów, jak jego ciało napina się przy kolejnym wyskoku, a jego uwaga jest całkowicie skupiona na dwóch tancerkach. Każdy jego gest, który jeszcze dwadzieścia minut temu wydawał mi się skierowany wyłącznie do mnie, teraz wydawał się uniwersalny. Czy z każdą dziewczyną rozmawiał tak bez słów? Czy każdą dotykał z taką samą magnetyczną pewnością? Czy to dotknięcie nosa, to ciche „de nada”, było tylko jego ujmującym stylem bycia?

Im dłużej na nich patrzyłam, tym mocniej czułam, jak wzbiera we mnie fala żalu i własnej nieudolności. Moje ciało wydało mi się nagle obce, ciężkie i toporne w porównaniu z dziewczynami na dole. Wyobraziłam sobie swoje „egipskie hieroglify” i poczułam palący wstyd. Byłam beznadziejna i kompletnie nie pasowałam do jego świata. Chciałam po prostu wrócić do domu i o wszystkim zapomnieć.

Nagle muzyka przyspieszyła, a Tiago zaczął pokazywać im niezwykle zmysłową, wręcz sensualną sekwencję kroków. Obie dziewczyny poruszały się tuż obok niego, niemal ocierając się o jego ramiona w tańcu. To było zbyt wiele. Nie mogłam już na to patrzeć.

Odepchnęłam się od okienka, zostawiając za sobą tętniący życiem świat na dole. Wycofałam się w głąb ciemniejącego, przez zasłonięte roletami okna, mieszkania, tuląc ramiona do piersi, jakbym próbowała fizycznie powstrzymać to kłucie w sercu.

W sypialni panował już chłód, a świadomość mojej sytuacji uderzyła we mnie z podwójną siłą. Byłam uwięziona. W obcym kraju, w obcym pokoju, podczas gdy facet, który jako jedyny dawał mi poczucie bezpieczeństwa, właśnie dotykał kogoś innego. To się źle skończy.

Roztarłam ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka. Narastający z każdą minutą stres potęgował dreszcze, które falami przetaczały się przez moje ciało. Czułam się przeraźliwie naga i bezbronna w tym miejscu, pozbawiona własnych ubrań, rzeczy, wszystkiego, co sprawiało, że czułam się bezpieczna i spokojna, a moje życie było do bólu poukładana i przewidywalne.

Teraz ciało domagało się jakiejkolwiek ochrony lub bariery, która mogłaby mnie w jakikolwiek sposób uchronić przed otaczającym mnie lękiem i tego radosnego świata piętro niżej, do którego tak bardzo nie pasowałam.

Rozejrzałam się w gęstniejącym półmroku pokoju. Gdzieś pomiędzy starymi płytami a błyszczącymi strojami mój wzrok padł na drewniane krzesło stojące w kącie pokoju. Gdy na oparciu dostrzegłam czarną bluzę z kapturem, nie wahałam się ani sekundy. Podeszłam bliżej i chwyciłam grubą bawełnę. Materiał miał zmechacone mankiety, a miejscami widniały ślady intensywnego użytkowania, a mimo to był miękki i biło od niego magnetycznym ciepłem. Założyłam bluzę jak pancerz. Była ogromna. Rękawy musiałam podwinąć kilka razy, żeby móc w niej jakoś funkcjonować. Sięgała mi do połowy ud, otulając ciało niczym ciężki koc. Gdy naciągnęłam kaptur na głowę, świat jakby nagle się skurczył, pociemniał i ucichł. Stał się na tyle mały, bym tylko ja mogła się w nim zmieścić.

A sama bluza pachniała nim. Lekkie cytrusowe perfumy mieszały się z zapachem świeżego prania i rozgrzanego tańcem ciała. Zamknęłam oczy, biorąc drżący wdech i całą sobą chłonąc ten aromat. Nie czułam zapachu luksusu, czy drogich salonów, do których sama chodziłam. Był to zapach wolności, radości życia i pewności siebie, którą emanował Tiago. To właśnie ta mieszanka natychmiast odcięła mnie od lęków. Paraliżujące napięcie w mięśniach powoli zaczęło odpuszczać, ustępując miejsca obezwładniającej uldze. Ciepło bawełny i zapach Tiago sprawiły, że przestałam drżeć. Przez tę jedną krótką chwilę, schowana w mroku wielkiego kaptura, uwierzyłam, że dopóki mam na sobie jego rzeczy, porywacze nie będą w stanie mnie tknąć. Naiwna myśl, ale jakże mi teraz potrzebna.

Dźwięk muzyki lekko przycichł za to wyraźniej słyszałam Tiago. Najwidoczniej musiał coś wytłumaczyć swoim kursantkom. Spojrzałam na zegar. Powoli robił się wieczór. Czas w tym mieszkaniu płynął inaczej. Rozciągał się i kurczył w rytm piosenek, których nie rozumiałam. Musiałam zająć czymś ręce, zanim znowu zwariuję od gonitwy myśli.

Przeszłam do małego salonu, poprawiając rękawy bluzy, które co chwilę opadały mi na dłonie. Mieszkanie Tiago było chaotyczne, tak różne od sterylnych, zaprojektowanych pod linijkę przez dekoratorów wnętrz apartamentów w Miami, do których przywykłam. Pachniało tu drewnem, cynamonem i dojrzałymi owocami. Podeszłam do wąskiego regału, na którym stały rzędy płyt i książek. Palcami musnęłam grzbiety okładek. Większość tytułów była po portugalsku, a kilka chyba po hiszpańsku. Poczułam ukłucie bezsilności, nawet język stawiał przede mną mur, którego nie potrafiłam przeskoczyć.

W kącie kuchni stał czajnik, a tuż obok kilka pudełek owocowych herbat. Pomimo że na co dzień piłam głównie idealnie spienioną latte lub mathę z sieciówek, poczułam nagłą potrzebę wykonania jakiejkolwiek prostej czynności. Wstawiłam wodę na gaz. Stając na palcach, ściągnęłam z półki jeden z kolorowych kubków i wrzuciłam do niego torebkę z herbatą o smaku mango. Zalałam ją wrzątkiem i zaciągnęłam się słodkim zapachem. Ciepło bijące z kubka pozwoliło mi na moment zapomnieć, że jestem tylko więźniem własnego strachu w obcym mieście.

Bas z dołu wciąż delikatnie wibrował w podłodze, przypominając mi o trwającej lekcji. Znowu przed oczami zobaczyłam obraz Tiago dotykającego tamtej dziewczyny. Pokręciłam głową, wyrzucając z głowy ten widok i powstrzymując chęć zajrzenia przez okno do sali.

W gęstniejącym zmroku z napojem w dłoni usiadłam na miękkiej kanapie. Wzięłam łyk, parząc sobie wargi. Chciałam po prostu zwinąć się w kłębek i przeczekać ten trudny wieczór, gdy nagle dotknęłam dłonią czegoś twardego. Na jednej z poduszek leżał gruby notes w czarnej, wytartej oprawie. Z pomiędzy kartek wystawał ołówek z nadgryzioną końcówką. Wahałam się tylko sekundę. Ciekawość wygrała z dobrymi manierami. Odstawiłam kubek na stolik, podciągnęłam nogi do brody i otworzyłam szkicownik na losowej stronie. To, co zobaczyłam zaparło mi dech w piersiach.

Spodziewałam się jakichś zapisków, notatek, może haseł po portugalsku, ale strony tętniły życiem w zupełnie inny sposób. Tiago rysował. Całe kartki pokryte były szybkimi liniami, które układały się w ludzkie sylwetki. To były fragmenty choreografii. Kilka kresek oddawało wygięcie kręgosłupa, dynamiczny ruch bioder, czy splątane w tańcu dłonie. Obok niektórych postaci widniały strzałki, liczby kroków i pojedyncze słowa: sensual, pausa. Niektóre z figur widziałam podczas porannej próby zespołu Tiago.

Patrząc na te rysunki, niemal miałam wrażenie, że słyszałam muzykę. Tiago tańczył całym sobą, ale też projektował w swojej głowie układy z precyzją architekta i wrażliwością artysty. Nagle poczułam znajome mrowienie w palcach. W Miami, zanim moje życie zmieniło się w koszmar, zdarzało mi się uciekać w rysunek. Mama zapisała mnie na zajęcia z rysunku jeszcze w przedszkolu. To był mój mały świat, o którym mało kto wiedział. Chwyciłam ołówek. Miękki grafit idealnie nadawał się do szybkich ruchów. Otworzyłam szkicownik na ostatniej stronie. Nie chciałam, żeby mój rysunek szpecił szkice Tiago.

Na początku ręka mi lekko drżała. Stres i strach ostatnich dni sparaliżowały mi mięśnie, ale gdy tylko czubek ołówka dotknął papieru, poczułam, jak napięcie schodzi ze mnie niczym powietrze z balonu. Zaczęłam szkicować. Nie uczyłam się tańca z São Paulo, nie znałam kroków choreografii, którą miałam zatańczyć na konkursie, ale pamiętałam obraz Tiago sprzed kilkudziesięciu minut.

Ołówek zaczął gonić wspomnienia. Na papierze pojawił się zarys jego szerokich ramion, kosmyki mokrych włosów opadających na czoło i ta magnetyczna, niezachwiana pewność siebie, którą emanował przy każdym ruchu. W zielonych oczach błyszczała zadziorność, a uśmiech rzucał wyzwanie. Narysowałam go z profilu, ze spuszczonym wzrokiem, dokładnie tak, jak wyglądał, gdy muzyka na dole przyspieszała. Obok niego, zamiast konkretnych partnerek, nakreśliłam jedynie dymne smugi, jakby taniec był jego własnym, wewnętrznym żywiołem, a kobiety wokół jedynie tłem dla jego pasji.

Zatraciłam się w tym. Świat wokół przestał istnieć. Liczył się tylko szelest grafitu o papier i zapach jego bluzy, który otulał mnie niczym kokon. Tak samo jak podczas tańca z Tiago mój umysł był czysty. Nie byłam uciekinierką bez grosza przy duszy. Byłam po prostu dziewczyną, która przelewała na papier piękno, jakie zobaczyła.

Nagle muzyka z dołu ucichła. W budynku zapadła głęboka cisza. Usłyszałam skrzypnięcie ciężkich drzwi na piętrze, śmiech jednej z dziewczyn, a po chwili szybki kroki na schodach. Tiago skończył lekcję. Zamarłam z ołówkiem uniesionym nad papierem, a serce uderzyło mocniej. Właśnie zdałam sobie sprawę, że siedziałam w jego salonie, na jego kanapie, w jego bluzie, z jego prywatnym szkicownikiem na kolanach, w środku którego widniał dopracowany portret jego samego.

Dźwięk klucza przekręcanego w zamku brzmiał w tej ciszy jak wystrzał z pistoletu.

Chciałam zatrzasnąć notes. Chciałam zerwać się z kanapy, schować go, zniknąć, zrobić cokolwiek, byle nie zastał mnie z tym wszystkim. Mogłam sięgnąć po kubek, będący na wyciągnięcie ręki, ale… Moje ciało jednak całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Zamarłam z ołówkiem zaciśniętym w drżących palcach, czując, jak krew uderza mi do głowy, a serce próbuje przebić klatkę piersiową. W panice patrzyłam tylko na drzwi.

Otworzyły się, wpuszczając do ciemnego przedpokoju smugę światła z klatki schodowej, a wraz z nią i jego.

Tiago wyglądał na wykończonego. Przez ramię miał niedbale przerzucony biały ręcznik, a jego ciemna od potu koszulka, opinała się na szerokich plecach. Oddychał ciężko, wciąż napędzany tą niesamowitą energią, którą przedtem widziałam na sali treningowej. Zamknął drzwi stopą, rzucił klucze na komodę z głośnym brzękiem i dopiero wtedy uniósł wzrok.

W salonie panował już głęboki półmrok, ale białe kartki otwartego na moich kolanach szkicownika świeciły w ciemności jak cholerny sygnał alarmowy.

Tiago zamarł. Jego wzrok powędrował najpierw na moje bose stopy, potem wyżej na ogromną, czarną bluzę z podwiniętymi rękawami, w której dosłownie tonęłam. Przez ułamek sekundy patrzył na zmechacony materiał, jakby próbował pojąć, skąd on właściwie zna te ciuchy. W końcu jego oczy spotkały moje przerażone spojrzenie.

Nie powiedział ani słowa. Zaczął powoli iść w moim kierunku, a każdy jego krok sprawiał, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Byłam pewna, że zaraz wybuchnie, że zacznie krzyczeć, wściekły, że naruszyłam jego prywatność i grzebałam w jego rzeczach. Jednak zamiast tego Tiago zatrzymał się tuż przy kanapie, zaświecił lampkę nocną i spojrzał w dół. Prosto na stronę, na której wciąż spoczywała moja zdrętwiała dłoń. Na papierze jego własna, naszkicowana przeze mnie twarz patrzyła na niego z tą samą intensywnością, z jaką on patrzył teraz na mnie. Przełknęłam ciężko ślinę.

Cisza między nami stała się tak gęsta, że słyszałam swój płytki i urywany oddech. Chciałam zacząć się tłumaczyć, przepraszać, powiedzieć, że to przez ten paraliżujący strach, przez samotność, ale gardło miałam całkowicie ściśnięte.

Tiago powoli kucnął przy kanapie. Nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości. W tym momencie uderzył we mnie jego zapach, dokładnie ten sam, który chłonęłam z materiału bluzy. Mieszanka cytrusów, zmęczenia i tej obezwładniającej wolności, która tak bardzo mnie fascynowała. Przeniósł wzrok z rysunku na mnie, a w kąciku jego ust pojawił się ledwo dostrzegalny, ciepły uśmiech.

– Deus...18 – mruknął pod nosem, a jego niski głos z brazylijskim akcentem wywołał dreszcz na moich plecach.

Wyciągnął rękę i delikatnie, dwoma palcami, ujął róg kartki, lekko ją nachylając pod kątem.

– Lindo.19

Wypuściłam powietrze, którego nawet nie byłam świadoma, że trzymałam w płucach.

– Ja... przepraszam. Nie powinnam ruszać twoich rzeczy – wykrztusiłam w końcu, czując, jak moje policzki zalewa fala palącego gorąca.

Tiago zignorował moje przeprosiny lub ich nie zrozumiał. Jego wzrok powędrował na kaptur, który wciąż miałam głęboko nasunięty na głowę. Bez pytania sięgnął dłonią do materiału. Jego palce przypadkowo, na ułamek sekundy musnęły mój policzek. To dotknięcie było tak ciepłe, elektryzujące i pewne. Dokładnie takie, jakie zapamiętałam z sali na dole. Delikatnie zsunął kaptur z mojej głowy, uwalniając zmierzwione włosy.

Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale chyba zabrakło mu angielskich słów. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyciągając komórkę. Stuknął kilka razy w ekran i powiedział coć po mikrofonu.

Mechaniczny głos wydobył się z urządzenia:

„Bluza też ci się spodoba?”

W oczach Tiago błysnęło rozbawienie wymieszane z czymś, co przypominało czystą troskę.

„Wyglądasz w niej, jakbyś chciała zniknąć, cudzoziemko. A ja cały wieczór na dole martwiłem się, czy nie uciekłaś.”

Patrzyłam na niego, wciąż sparaliżowana bliskością jego ciała i intensywnością tego zielonego spojrzenia. Moje serce nie zwalniało ani na sekundę.

– Nie uciekłam – wychrypiałam, kurczowo zaciskając palce na krawędzi jego szkicownika.

Kliknęłam mikrofon w telefonie, który cały czas leżał w dłoni Tiago.

„Dokąd miałabym pójść? Nie mam nawet własnych butów.”

Gdy Tiago usłyszał tłumaczenie, zaśmiał się cicho. Ten dźwięk był niski, gardłowy i tak naturalny, że poczułam, jak kolejna warstwa mojego lęku bezwiednie opada. Przeniósł wzrok na moje dłonie ukryte w za długich rękawach jego bluzy, a potem z powrotem na moją twarz.

– To prawda, gringa – mruknął powoli po angielsku, opierając przedramiona o krawędź kanapy, tuż obok moich kolan.

Znowu powiedział coś do telefonu.

„Bez moich ubrań i butów daleko byś nie zaszła.”

Zmarszczyłam brwi, ignorując na chwilę fakt, że znowu skrócił dystans.

– Gringa?

Często tak mnie nazywał, ale nie do końca wiedziałam, jak to interpretować. Brzmiało przyjemnie, choć źle mi się kojarzyło.

– Gringa – powtórzył z tym swoim miękkim, brazylijskim akcentem, a kącik jego ust uniósł się do góry.

Przetłumaczył:

„W Miami to pewnie brzmi źle, co? U nas to po prostu dziewczyna zza granicy. Cudzoziemka. Obca. Choć ty akurat w tej bluzie wyglądasz bardziej jak moja własna sublokatorka niż obca.”

Wydęłam usta, czując, jak palący wstyd powoli ustępuje miejsca dziwnemu, lekko przekornemu nastrojowi. Zapach jego rozgrzanego ciała wciąż kręcił mi w głowie.

– Nie jestem obca. Jestem uratowana – poprawiłam go cicho.

– Jesteś – przytaknął, a jego wzrok nagle spoważniał. Przesunął palcem po brzegu otwartej strony notesu, tam, gdzie grafitowe linie tworzyły zarys jego ramion.

„Ale wciąż jesteś przerażona. Myślisz, że nie widziałem cię w oknie?”

Zamarłam. Za to moja dłoń na szkicowniku drgnęła. A więc wiedział. Widział mnie, gdy stałam na piętrze, patrząc na niego i te dwie idealne, gibkie tancerki. Poczułam, jak do gardła podchodzi mi ta sama gorzka fala żalu i zazdrości, która wtedy mnie dopadła.

– Patrzyłam tylko... jak uczysz – skłamałam, odwracając wzrok w stronę ciemnego kąta salonu. – Pięknie tańczą.

– Lindo? – Tiago uniósł jedną brew, wyraźnie rozbawiony moją nagłą defensywą.

Szybko stukał palcami ekran telefonu i wcisnął tłumaczenie:

„Sophia, one tańczą poprawnie. Ale ty patrzyłaś na nie tak, jakbyś chciała je obie spalić wzrokiem. Albo mnie.”

Moje policzki znowu zapłonęły, tym razem z czystej wściekłości, że tak łatwo mnie przejrzał. Chciałam zamknąć notes i odepchnąć go, ale on nagle położył swoją dużą, ciepłą dłoń na moich zaciśniętych palcach. Nie pozwolił mi uciec.

Jego kolejne słowa po portugalsku wypłynęły ciszej, a głos stracił całe rozbawienie. Stał się głęboki, niemal intymny. Jego palce delikatnie uścisnęły moją dłoń przez gruby materiał bluzy. Naprawdę żałowałam, że nie mogłam go zrozumieć, bo odniosłam wrażenie, że to coś ważnego. Ledwo skończył mówić, a sztuczny głos z komórki przetłumaczył:

„Nie musisz być zazdrosna o studio. Tam na dole to tylko kroki. Praca. Muzyka, którą muszę sprzedać, żeby opłacić to miejsce. Ale tutaj, na górze... Tutaj jest bezpiecznie. I tutaj czekam tylko na ciebie.”

Jego słowa zawisły w przestrzeni pomiędzy nami, a ciepło dłoni, która wciąż przykrywała moje palce, zaczęło parzyć mnie w skórę.

Tutaj czekam tylko na ciebie.

Boże, jak bardzo chciałam w to uwierzyć. Każda komórka mojego poturbowanego ciała błagała, żebym po prostu się poddała. Chciałam puścić ten cholerny szkicownik, osunąć się z kanapy prosto w jego ramiona i wtulić twarz w zagłębienie jego szyi. Chciałam poczuć, jak jego ręce zamykają się wokół mnie, odcinając od koszmaru porwania, od strachu, od całego świata. Pragnęłam tego fizycznego schronienia tak mocno, że aż fizycznie bolały mnie płuca.

Ale wtedy przed oczami znowu stanął mi te dwie tancerki. Ich biodra poruszające się w rytm muzyki, który on dyktował. Przypomniałam sobie z jaką magnetyczną pewnością siebie dotykał ich ramion, jak patrzył na nie z tym samym uśmiechem, którym teraz czarował dla mnie.

Kim ty jesteś, Sophia?, zapytał mnie zjadliwy głos w mojej głowie. Lekcją tańca? Kolejną dziewczyną, którą on bajeruje swoim brazylijskim urokiem?

Duma, a może zwykły instynkt przetrwania, uderzyły we mnie z siłą lodowatego prysznica. Nie mogłam być dla niego kolejną zdobyczą, którą przytula z litości, bo akurat płacze na jego kanapie. Raz na Sali to zrobił i wystarczyło. Byłam uciekinierką, dziewczyną z Miami, która straciła wszystko, ale nie zamierzałam stracić ostatnich resztek własnej godności. Jeśli teraz wpadnę w jego ramiona, stanę się od niego całkowicie zależna. A co, jeśli jutro na dole pojawi się inna dziewczyna, a on spojrzy na nią dokładnie tak samo?

Przełknęłam ślinę, siłą zmuszając mięśnie do posłuszeństwa. Choć serce wyło z tęsknoty za jego bliskością, powoli, z centymetra na centymetr, wysunęłam swoją dłoń spod jego palców. Zamknęłam szkicownik z cichym, suchym trzaskiem.

Wystukałam kolejne słowa ze szczypiącymi oczami:

„Mówisz tak, bo czujesz się za mnie odpowiedzialny.”

Gdy aplikacja tłumaczyła kolejne słowa, odsunęłam się odrobinę w głąb kanapy, mocniej naciągając rękawy jego bluzy, jakbym budowała między nami mur.

„Nie musisz mnie pocieszać, Tiago. Wiem, jak wyglądam. I wiem, że tam na dole... tam jest twoje prawdziwe życie. Nie tutaj ze mną.”

Moje słowa zawisły w chłodnym powietrzu salonu, ciężkie i niesprawiedliwe. Zdałam sobie z tego sprawę w sekundę po tym, jak opuściły moje usta, ale było już za późno, by je cofnąć.

Tiago nie poruszył się przez dłuższą chwilę. Wciąż kucał przy kanapie, a jego oczy lśniły w półmroku, uważnie skanując moją twarz. Szukał w niej czegoś, może kłamstwa, może potwierdzenia swoich domysłów. Przez ułamek sekundy na jego twarzy odmalowało się głębokie zmęczenie, a kącik ust, który przed chwilą tak ładnie się unosił, teraz bezwładnie opadł.

Powoli uniósł dłoń, tę samą, którą przed chwilą czułam na swojej skórze. Podniósł ją w obronnym, uspokajającym geście.

– Sim... masz rację – powiedział cicho, a w jego głosie nie było złości, tylko dziwny, szorstki spokój.

Telefon przetłumaczył kolejne wpisane słowa:

„Znamy się dopiero od doby. Przepraszam, Sophia. Nie chciałem, żebyś poczuła się osaczona.”

Odepchnął się lekko od podłogi i wstał. Bez jego bliskości świat wokół mnie nagle wydał się jeszcze ciemniejszy i chłodniejszy. Choć moja duma triumfowała, każda inna część mojego ciała natychmiast zatęskniła za jego ciepłem. Stał nade mną przez moment, poprawiając ręcznik na ramieniu.

Ponownie coś wstukał, patrząc na mnie z góry, ale bez tej wcześniejszej, magnetycznej intensywności. Teraz jego wzrok był czysto profesjonalny, zdystansowany.

„Nie muszę cię pocieszać. I nie myśl o tym, co jest na dole. Najważniejsze, że jesteś tutaj bezpieczna. Odpocznij.”

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę łazienki, zostawiając mnie samą na kanapie. Słyszałam, jak wchodzi do środka, a chwilę później w rurach szumiała już gorąca woda, zagłuszając moje chaotyczne myśli.

Zostałam sama ze szkicownikiem na kolanach i zapachem jego perfum, który wciąż unosił się na materiale bluzy. Wygrałam tę małą bitwę o własną niezależność, ale siedząc w półmroku, czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Szum wody pod prysznicem działał jak tykający zegar. Wiedziałam, że mam niewiele czasu, zanim Tiago wyjdzie z łazienki, a perspektywa siedzenia bez ruchu i czekania na kolejną niezręczną rozmowę była nie do zniesienia. Musiałam coś zrobić. Musiałam dowieść samej sobie, że nie jestem całkowicie bezużytecznym tobołkiem, który potrafi tylko płakać i rzucać oskarżeniami.

Odstawiłam szkicownik na stolik kawowy i wstałam z kanapy, podwijając opadające rękawy jego bluzy. W kuchni otworzyłam lodówkę. Nie było w niej luksusów, do jakich przywykłam w Miami. Nie było żadnych gotowych dań organicznych ani wymyślnych sosów. Znalazłam za to jajka, trochę dojrzałych pomidorów, cebulę i resztkę twardego sera.

Moje dłonie wciąż lekko drżały, ale krojenie warzyw i rozbijanie jajek na patelni miało w sobie coś kojącego. Mechaniczny rytm domowych czynności powoli wyciszał gonitwę myśli. Zrobiłam najprostszą jajecznicę, na jaką było mnie stać. Zjadłam kilka kęsów, stojąc przy blacie, ale jedzenie rosło mi w gardle. Stres ostatnich dwudziestu czterech godzin skutecznie odebrał mi apetyt. Zostawiłam resztę na patelni, przykrywając ją pokrywką. Chciałam zostawić niemy znak dla Tiago, że mimo mojego chłodu, pomyślałam o nim.

Czułam się potwornie wykończona. Emocjonalny zjazd po ataku zazdrości i strachu sprawił, że moje nogi stały się ciężkie jak z ołowiu. Ledwo powłócząc stopami, ruszyłam do małego pokoju, który mi wyznaczył. W sypialni panował chłód. Nie miałam siły nawet pościelić swojej kanapy. Położyłam się na materacu tak, jak stałam: w jego ogromnej, czarnej bluzie, która wciąż dawała mi złudne poczucie ochrony. Zwinęłam się w kłębek, tuląc kolana do klatki piersiowej. Wystarczyło, że zamknęłam oczy, a organizm zaczął się powoli odprężać.

Szum wody w łazience w końcu ucichł. Przez otwarte drzwi sypialni widziałam jak Tiago wyszedł w chmurze pary, wycierając mokre włosy ręcznikiem. W mieszkaniu panowała głęboka cisza, przerywana jedynie cichym strzelaniem stygnącej patelni w kuchni.

Rozejrzał się po salonie, spodziewając się pewnie zastać mnie na kanapie, ale zobaczył tylko pustkę i swój zamknięty szkicownik. Rzucił szybko okiem na moją sylwetkę skuloną na kanapie. Zamknęłam oczy, udając, że śpię. Ruszył w stronę kuchni, zwabiony zapachem jedzenia. Gdy uniósł pokrywkę patelni i zobaczył przygotowaną porcję, na jego twarzy pojawił się cień zaskoczenia, który szybko ustąpił miejsca łagodnemu, smutnemu uśmiechowi. Zjadł w milczeniu, po czym boso, starając się nie stawiać głośnych kroków na drewnianej podłodze, podszedł do drzwi mojego pokoju.

W ciemności nocy widział pewnie tylko mój skulony kształt na łóżku. Drżałam lekko, ciągle nie potrafiąc uspokoić emocji. Tiago westchnął cicho. Przeszedł przez próg jak cień, podszedł do komody, na której leżał złożony, gruby koc i puszysta kołdra.

Chwycił pościel i podszedł bliżej. Przez chwilę po prostu stał nade mną, patrząc na to, jak całkowicie ginę w jego ubraniach. Potem pochylił się i niezwykle ostrożnie, jakby bał się, że najmniejszy szelest rozbije moją kruchą barierę bezpieczeństwa, rozłożył nade mną kołdrę. Naciągnął ją aż pod moją brodę, odcinając dopływ chłodu.

W półśnie poczułam ten nagły, ciężki podmuch ciepła. Mój oddech natychmiast się wyrównał, a dreszcze ustąpiły. Tiago postał przy łóżku jeszcze przez sekundę, upewniając się, że śpię spokojnie, po czym wycofał się z pokoju, przymykając za sobą drzwi.

 

18 Deus (z portugalskiego) – Boże

19 Lindo (z portugalskiego) – Piękny

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania