Płonące Królestwo, rozdział 12, "Eðochar Raddzieja vs cwany Danny"
Anxawrix podniósł się.
Wyspany, z jasną głową, spojrzał na blask poranka, sączący się zza zasłon.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję go widzieć.
To był dobry pomysł.
Żabò zapukał delikatnie.
Czekał już jakiś czas pod drzwiami, nie mogąc się zdecydować, czy to odpowiednia pora.
Już miał się odwrócić i odejść z myślą, że wróci za godzinę, ale Anxawrix mu otworzył.
O dziwo, był uśmiechnięty.
Obserwował leniwie sąsiada, zupełnie nie zwracając uwagi na jego ubiór, ale ten i tak nerwowo przestępował z nogi na nogę.
"Pomimo naszych wczorajszych perypetii, nie wydaje mi się, żeby...", pomyślał.
— Hej.
Tylko jedno słowo... Jak ma je rozumieć?
Anxawrix nie spieszył się. Napawał się błogością tego dnia.
Nie mógł jednak nie zauważyć, że Żabò wierci się, jakby musiał pilnie do toalety.
— Wszystko gra?
"Uff. Teraz to już na pewno", odpowiedział w myślach.
— Oczywiście, drogi kolego. Miło, że pytasz.
***
Z pewnym siebie wyrazem twarzy i ciut nazbyt podniesioną głową, Żabò przekroczył próg Urzędu. Z miejsca zamarł sparaliżowany.
Czy to dojmujący blask nigdy niegaszonych lamp, spotęgowany przez skrupulatnie wypolerowane kolumny tak go przytłoczył? A może wszechobecna wrzawa i jęki niekończącego się tłumu interesantów? Skądże znowu.
Wystarczył jeden bardzo precyzyjny dźwięk, a właściwie jeden wyjątkowo natarczywy tembr, dobiegający z pewnego okienka:
„[...] Szanowny Panie, to jest odwołanie. I, jak sama nazwa wskazuje, służy do odwoływania się. Nigdzie nie jest napisane, że to dokument „Odwołanie i poświadczenie, że będzie rozpatrzone".
— Idziesz? – Zapytał Anxawrix, który wszedł tuż za Żabò, ale nie czekał na odpowiedź, bo właśnie zauważył Raddzieja w bezkresnej spirali petentów.
Nie było to trudne, zważywszy na jego gabaryty i wyraźną przerwę między nim a innymi osobami. Czyżby się go bali?
"Chyba łokcie poszły w ruch", pomyślał z satysfakcją.
Spojrzał na Żabò i potrząsnął nim lekko. Gdy to nie poskutkowało, złapał go pod ramię i pokierował w stronę ich zleceniobiorcy.
— Nie jest źle. Jesteśmy w pierwszej dziesiątce, spójrz.
Żabò powoli wracał już do świata żywych, ale zrobiło mu się niedobrze, więc tylko pokiwał głową.
Tak naprawdę było to dużo więcej niż nieźle, z uwagi na fakt, że najbardziej uparci petenci nie opuszczali kolejki nawet na noc (co spotykało się z cichą dezaprobatą ze strony strażników, którzy nigdy nie ośmielili się nic z tym zrobić). Godziny otwarcia Urzędu były w gruncie rzeczy symboliczne.
Raddziej miał na sobie swój klasyczny, zgniłozielony surdut. Melonik kulturalnie zdjął z poszanowania dla powagi Urzędu. Swoje krzaczaste włosy, z kolei, przylizał łojem i przedzielił gustownym przedziałkiem.
Tuż przed nim stał Cecyl.
W normalnych warunkach niezbyt wyróżniająca się postać – ot, mały, cherlawy człowieczek z lekkim garbem i łysym plackiem na potylicy. Przy Raddzieju stawał się jego idealnym przeciwieństwem, nawet w kwestii ubioru (dzisiaj miał na sobie kreację w trzech odcieniach beżu znaną też jako Postrzępione Łachy z Wieszaka nr 2).
To właśnie ta uderzająca dysproporcja sprawiła, że nasi bohaterowie od razu rozpoznali w nim raddziejowego eðochara. Nadal nie wiedząc, co to słowo oznacza.
Zaczęli się przepychać przez serpentyny ludzi. Nie mając jednak takiej wprawy i odpowiednio wyrobionych łokci jak ich "dziady", posuwali się wolno.
Byli już w połowie lobby, kiedy zauważył ich Raddziej. Na ich widok odwrócił się i ukłonił uprzejmie. Widząc również, że Cecyl nie planował zrobić tego samego, dźgnął go palcem między żebra.
— Kłaniaj się, gałganie. – Syknął.
— Auu! Czym zawiniłem, psze pana? – Zajęczał Cecyl. Miał skrzekliwy głos wrony z bólem gardła.
— Klienci idą!
— Ach, to trzeba było tak od razu!
— A myślisz, że w jakim innym celu bym się ukłonił? Sieroto boża!
— A bo ja wiem! Może skurcz jaki czy co...
— Skończyliście już? – Zapytał Anxawrix.
Stali już z Żabò dobrą chwilę przed nimi.
— Ależ oczywiście, księciuniu – Ukłonił się ponownie. – Proszę nie zwracać na niego uwagi. Jest trochę... nie tego – dodał szeptem.
– Ale to dobry chłopak. Pracowity, pożyteczny. Tylko trzeba go trochę naprowadzić czasem.
Przedstaw się, niemoto! – Zwrócił się znów do Cecyla.
— Eee... Cecyl, psze pana. Bimm. – Pokręcił głową na kształt skinienia.
Z bliska dostrzegli, że miał wyjątkowo jasne oczy: prawe błękitne, a lewe szare, prawie platynowe. W dodatku z tego rodzaju, których spojrzenie zagląda człowiekowi w głąb duszy (choć w przypadku Cecyla akurat byłby to co najwyżej głąb kapusty, gdyby ktoś mu zajrzał).
— Miło nam – Odpowiedział zupełnie niezrażony Żabò i podał mu dłoń.
Cecyl przechylił głowę. Nie był jednak w stanie pojąć sensu tego dziwnego gestu i spojrzał zdumiony na Raddzieja. Ten pochylił się nad nim i wytłumaczył cierpliwie:
— Pan Żabò, w swojej łaskawości, pragnie się z tobą przywitać.
Bądź tak miły i uściśnij mu tę dłoń. Teraz.
Cecyl niepewnie wyciągnął rękę w stronę Żabò. Musnął mu ledwie palce i szybko zabrał ją z powrotem jak oparzony.
— Widzisz? Nie było tak źle – Raddziej poklepał go po plecach z aprobatą.
Z Anxawrixa powoli uchodził spokój poranka, dając miejsce typowemu zażenowaniu.
Wziął głęboki wdech. Chyba wolałby go nie wypuścić.
— To jak tam nasza Sprawa? – Zagaił Żabò, samemu nie dowierzając, że mówi żargonem.
Okienko pana Z. było już niebezpiecznie blisko.
— Sami widzicie, hrabiuniu. Jeszcze kilka osób przed nami. Oczywiście chętnie z Cecylem postoimy do końca, a i może przekonamy kogoś przed nami do kapitulacji. Co nie, Cecylku?
— Albo do odwrotu, psze pana, do odwrotu – Zaskrzeczał.
— Właśnie to powiedziałem, gałganie.
— Nie ma potrzeby – Włączył się Anxawrix. – Wykonaliście kawał dobrej roboty. Zapłacimy wam waszą dolę i jesteście wolni.
Zastanowił się chwilę. Czegoś tu brakowało...
— A co z preclami i sumakiem? – Wtrącił się Żabò, starając się za wszelką cenę nie zwracać uwagi na Ten Głos (jak go zaczął określać)
— Jakże moglibyśmy o nich zapomnieć. Cecylku, bądź tak miły i podaj panom zamówione wiktuały.
Cecyl wyciągnął z worka przy pasie po jednym preclu z sezamem na osobę i im podał. Wyjął również mniejszy woreczek z juty, w którym kryły się świeżo zerwane owoce sumaka.
Rozejrzał się przestraszony i szybko wcisnął go w dłoń Żabò, jakby bał się, że wybuchnie.
Odetchnął z ulgą, ale co to te wiktuały - nie dowiedział się.
Żabò przekazał saszetkę Anxawrixowi, który nadal nie mógł pojąć, o co tyle krzyku. Poluzował więc węzeł i zajrzał dyskretnie do środka.
Istotnie, był to sumak. No i faktycznie, wyglądał ździebko inaczej niż ten u sąsiada na polu. A może dał sobie to wmówić?
Z rozważań wyrwał go głos Raddzieja, który zatarł zamaszyście ręce.
— No, to teraz pozostaje tylko kwestia seighâdh – Spojrzeli na niego pytająco. Zastanowił się.
Spróbował inaczej: – Eee, tego... ciéigak?
— Aaa, zapłata! – Zrozumiał Żabò.
— Właśnie tak. Zapłata za robotę, księciuniu. – Przytaknął, po czym skomentował w myślach: "Strasznie nieprecyzyjny język".
— Oczywiście, miły panie. – odparł i zwrócił się do Anxawrixa. –
Pozwól, przyjacielu, że to załatwię – Zaproponował, jednakowo podekscytowany możliwością dopięcia "interesu" i przerażony na myśl o spotkaniu z Tym Głosem.
Anxawrix nie oponował. W gruncie rzeczy nie były to jego pieniądze. W dodatku miał dość uczestniczenia w tej farsie.
— Dwornie! – Raddziej przyklasnął. –
Zostań tu, Cecylku, jeszcze chwilę z panem Anxawrixem, a my pójdziemy przed Urząd uregulować należność.
Głowa Vaniego pojawiła się znikąd w otwartych wrotach i dawała znaki. Doskonale wiedziała, że przyszedł czas zapłaty.
Raddziej oddalił się z Żabò pospiesznie. Tłum interesantów rozchodził się płynnie i zamykał za nimi, przywodząc na myśl morskie fale.
"Mam nadzieję, że go nie okantują", pomyślał Anxawrix, podążając za nimi wzrokiem.
Spojrzał na Cecyla, który zastygł jak kukła, z rękami luźno dyndającymi po bokach i patrzył bezwiednie przed siebie.
Równie dobrze mógłby tak stać z workiem ziemniaków — byłby jednakowo dobrym towarzystwem, ale przynajmniej by się nie gapił.
Parę minut później, głowa Vaniego pojawiła się ponownie i wydała przenikliwy gwizd.
O dziwo, nikt — poza Cecylem — w ogóle nie zareagował.
Eðochar Raddzieja odwrócił się bez słowa i przemknął przez gęsty tłum niczym wąż pełznący przez ostrokrzew. Nadal nikt nie zwracał uwagi. Być może nawet go nie zauważono.
"Teraz już widzę, dlaczego ci trzej tworzą tak zgraną ekipę", wywnioskował Anxawrix.
***
W sali tronowej Vurtessmon ucinał sobie jedenastą z kolei ponapadową drzemkę. Według szacunków Danny'ego - tę najdłuższą. Wiedząc, że ma co najmniej piętnaście minut spokoju, przycupnął na skraju jednego z pobliskich szezlongów, starając się nie pozostawić żadnego odcisku ćwierćdupka na poduszce — Król nie ścierpiał wszystkiego, co zaburzało jego wewnętrzny nieporządek.
Mimo to — i pomimo innych rozlicznych wad Gburtessmona, jak go zwykł określać, gdy nikt nie słyszał — lubił swoją pracę.
Właściwie całe to "doradzanie" sprowadzało się zazwyczaj do cierpliwego wysłuchiwania Króla, podczas gdy ten wylewał coraz to kolejne morza frustracji, i do umiejętnego oszacowania, kiedy należy zadać pytanie lub bardzo delikatnie poddać daną kwestię w wątpliwość. W taki sposób, aby Miłościwie Nam Panujący sam doszedł do pewnych wniosków i w końcu szybciej się zmęczył samym sobą.
W sumie, mama powtarzała mu od dziecka, że dobry doradca to w pięćdziesięciu procentach manipulant, a w drugich pięćdziesięciu lizus. Pasował zatem idealnie do tej roli.
Poza tym, nie oszukujmy się, nikt inny nie zapłaciłby mu tyle za stanie cały dzień z poduszką na plecach. W dodatku w naturalnie klimatyzowanej sali.
A, i jeszcze z pięcioma posiłkami dziennie, bo Król nie lubił jadać samotnie.
No, całkiem nieźle się ustawił...
"Chrap!". Nagłe poruszenie się Vurtessmona wyrwało go z rozmarzenia.
Podniósł się błyskawicznie, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Ustawił się po stronie krótkiej krawędzi leżanki, w razie jakby Król się odwinął i w półśnie rzucił w niego poduszką (wspomnienie jednego z bliskich spotkań z guzikiem pamiętał równie żywo, co boleśnie).
Król przekręcił się na drugi bok i dalej drzemał w najlepsze, pochrapując co jakiś czas.
Doświadczenie podpowiadało Danny'emu, że jest to faza, kiedy Vurtessmon jest najbardziej czujny i responsywny (np. na odgłos halabardy uderzający w kafelkową posadzkę, jak któremuś ze strażników przybocznych udzieliła się senna atmosfera sali).
Stąpał delikatnie na palcach z miejsca na miejsce, cały czas w promieniu dwóch metrów od środka szezlonga, licząc w głowie upływające minuty i chrapnięcia. Doszedł do wniosku, że pozostały jeszcze dokładnie trzy i jedna trzecia obrotów ciała królewskiego do momentu przebudzenia.
Zatrzymał się. Spojrzał na Króla i ustawił się pod najbezpieczniejszym kątem.
Kącikiem oka dostrzegł sztywno stojących gwardzistów.
"Ble, te paskudne bufiaste rękawy w pasy. Chwała Aufvorenowi, że nie muszę się ubierać jak bufon.", zerknął na swój jednolity strój i uśmiechnął się lekko.
"Ciekawe o czym oni myślą, stojąc tak dzień w dzień."
W tym samym czasie, najbliższy Danny'ego strażnik pomyślał: "...".
Danny zamyślił się.
Próbując oszacować pozostały czas królewskiej drzemki, pogubił się trochę w rachunkach.
Czekaj, to był czwarty obrót i trzecie chrapnięcie?
Nieee, coś się nie zgadza.
Tylko co?
Złapał się za podbródek, co podobno pomaga w głębokim zamyśleniu.
— Nad czym tak deliberujesz? – Zaspany głos Vurtessmona pozbawił go wszelkich złudzeń: pomylił się.
— Nad niczym takim – Odparł bez namysłu.
Król podparł się na łokciu na szafirowej poduszce szezlonga i spojrzał na niego piorunującym wzrokiem, więc Danny szybko dodał: – Zastanawiam się nad treścią dzisiejszego orędzia Waszej Wysokości.
— No i co takiego wymyśliłeś? – Ożywił się. Już prawie siedział.
"Dobra nasza. Jakoś z tego wybrnę", pomyślał Danny i uśmiechnął się lekko.
— I skąd ten uśmieszek? – Król spojrzał na niego badawczo, obracając w niwecz zbłąkane resztki senności.
— Pomyślałem, że podczas dzisiejszego orędzia śródwieńcowego, na którym na pewno będzie Jego Ekscelencja Eren...
— Erena to na pewno nie będzie – przerwał mu skwaszony. – Stawiam worek złota, jeśli nie wykręci się, jak to zwykł określać, Sprawami Wielkiej Wagi... A o Królestwie, od którego to wszystko się zaczęło już nikt nie pamięta...
Mów dalej - Dodał, widząc zastygłą w pół słowa twarz Danny'ego.
— ...Na którym na pewno będzie wysłannik Jego Ekscelencji Erena.
— Pewnie będzie. I co z tego? – odpowiedział lekceważąco.
Obejrzał z uwagą swoje zadbane dłonie, żeby jeszcze lepiej udawać, że go to w ogóle nie interesuje.
— A to, Najjaśniejszy, że będzie Wasza Wysokość mógł podjąć temat awansu Beedingah przed swoim ludem i, w stosowny sposób,
– "Czyli bez krzyków i gróźb niechybnej śmierci", dodał do siebie
– nagiąć wolę pospólstwa pod swoje dyktando.
Nic nie powstrzyma rozjuszonej tłuszczy. Pamięta, Wasza Królewskość, rewoltę piekarzy?
— Pamiętam. Jak wuj Joll podniósł akcyzę na pszenżyto, to prawie go z tronu zrzucili. Dosłownie.
Więc twierdzisz, że trzeba nastawić lud przeciwko erenowi? – Oczy władcy się rozżarzyły. Rozbudzona ciekawość zamruczała wdzięcznie gdzieś pod lewą skronią.
Danny uśmiechnął się złowieszczo.
A może tylko nieszablonowo.
— Jak najbardziej. Ale trzeba to zrobić umiejętnie. Żeby to wyszło od nich, nie od nas.
Eren będzie miał się z pyszna, jak tylko jego wysłannik przekaże, jaki gniew został rozbudzony w Królestwie. – Podniósł głos. – Jeszcze pozna, jaka furia będzie jego udziałem! Niech się strzeże!
Oddychał ciężko. Tym razem już się nie uśmiechał.
Vurtessmon nawet nie zauważył przemiany Danny'ego. Nie zdziwił go nawet brak "Jego Ekscelencji" przed wspomnieniem o erenie.
Zbytnio był zajęty wizualizowaniem tego, co mówił Danny.
Zwrócił jednak uwagę na zmieniający się ton jego głosu. Zaniepokoił go, ale szybko otrząsnął się, bo wizja zdenerwowania erena była zdecydowanie ciekawsza.
— Chcesz coś jeszcze dodać? – Zapytał zdawkowo.
— Nie... Znaczy, nie, Wasza Wysokość – Wrócił do swojego typowego lukru posłusznego doradcy. – Jestem przekonany, że Miłościwie Nam Panujący rozegra to bezbłędnie.
Król był ukontentowany. Odpowiednia ilość odpowiednio przypudrowanych komplementów robiła robotę. Odpowiednią.
Post scriptum auctoris
W tym miejscu wypadałoby już wyjaśnić czym, a właściwie kim jest ten cały eðochar.
O ile bezpośrednie tłumaczenie tego słowa na Język (Egrouarokk - lingua franca na terenie Fiermoud) to bardzo zbliżone eddókar, które oznacza pomagiera/podwładnego, o tyle w samym języku quessvinskim znaczy to również "pomocnik/podopieczny" - co całkiem zgrabnie opisuje relację Raddzieja z Cecylem.
I ułatwia życie narratorowi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania