Rozdział 21
Wysiadłem z Forda pod potężną, kutą bramą rezydencji Hegrów Chłodne, poranne powietrze wdarło się głęboko do moich płuc, ale nie przyniosło żadnej, choćby chwilowej ulgi. Ból pod zroszonymi żebrami pulsował tępym, palącym rytmem przy każdym uderzeniu mojego serca. Każdy krok, jaki stawiałem na podjeździe wysypanym nienagannie białym żwirem, był jak stąpanie po rozżarzonych węglach mojej własnej godności.
Szedłem tam jako pokonany pies. Upokorzony gliniarz, którego skorumpowany system rzucił na kolana, zmuszając, by prosił o wybaczenie człowieka, który w pełni świadomie zabił własną żonę i doprowadził do rzezi w dokach. W wewnętrznej kieszeni zniszczonego płaszcza miałem nabitego Glocka i złotą odznakę wydziału, ale w tej chwili czułem się tak, jakbym nie miał na tym świecie absolutnie nic. Byłem nagi wobec ich władzy.
Z oszklonego ogrodu zimowego, znajdującego się na tyłach rozległej posesji, rozciągał się panoramiczny widok na dolne partie San Pedro. W oddali, za linią drzew, jak głuchy, nienaturalny pomruk burzy, słychać było ciężki, miarowy szum dziesiątek betoniarek pracujących od wczesnego świtu na gigantycznym placu budowy Hegra Arena.
Wtedy go zobaczyłem. Frank siedział na niskim, kamiennym murku na samym skraju tarasu, opatulony w drogi, wełniany sweter. Jego wzrok wbity był w ekran najnowszego smartfona, który trzymał w obu dłoniach. Wyglądał na całkowicie, bezczelnie zrelaksowanego. Zacisnąłem szczęki tak mocno, że aż usłyszałem trzask w skroniach. Przełknąłem gorzką ślinę, układając w głowie te przeklęte, wymuszone przez Rodrigueza słowa przeprosin, i ruszyłem w jego stronę. Byłem dziesięć metrów od niego. Osiem. Sześć. Nawet nie podnosił wzroku, ignorując moją obecność, podczas gdy jego kciuki delikatnie przesuwały się po szklanym ekranie w skupieniu.
I właśnie wtedy to usłyszałem. Cichy, wysoki, niemal niesłyszalny na tle dalekiego miejskiego szumu, elektryczny warkot. Zza równo przystrzyżonego, gęstego żywopłotu, tuż za plecami Franka, wystrzelił pionowo w górę mały, czarny, zaawansowany dron. Maszyna uniosła się płynnie w powietrze, zatrzymując się w idealnym bezruchu kilkanaście metrów nad ziemią, a jej miniaturowy obiektyw błysnął w porannym słońcu.
Dźwięk wysokoobrotowych śmigieł i nagły ruch w koronach drzew wywołał natychmiastową reakcję łańcuchową. Z rozłożystego, wiekowego dębu rosnącego tuż nad kamiennym murem poderwało się z głośnym, histerycznym łopotem skrzydeł ogromne stado wron. Ptaki czarną, chaotyczną chmurą wystrzeliły w szare niebo, uciekając w panice przed mechanicznym intruzem.
Moje podkute buty wryły się w żwir. Poczułem to niemal fizycznie – jakby ktoś nagle wbił mi w kark lodowatą, długą igłę. Mój umysł, wytrenowany przez lata na ulicach do wyłapywania detali i anomalii, na ułamek sekundy nałożył ten rzeczywisty obraz na ziarniste nagranie z policyjnego monitoringu z dnia morderstwa Katy. Siedzący na murku Frank z idealnym alibi. Ptaki zrywające się do lotu z pozornie niewyjaśnionego powodu nad jego głową. Kamera, która nie obejmowała tego, co działo się wyżej w powietrzu.
Serce uderzyło z potężną siłą o żebra, a oddech uwiązł w gardle. Nie miałem jeszcze pełnego obrazu sytuacji, nie potrafiłem ubrać tego technicznie w logiczne zdania raportu, ale głęboko w trzewiach, tam, gdzie rodzi się ten najbardziej pierwotny, gliniarski instynkt, zapaliło się oślepiające, czerwone światło. To przeczucie było tak silne, tak potwornie obezwładniające, że całkowicie zapomniałem, po co tu w ogóle przyjechałem.
Frank powoli podniósł wzrok znad telefonu. Zobaczył mnie, stojącego w bezruchu na jego podjeździe, i uśmiechnął się lekko. Był to uśmiech absolutnego boga, pewnego swojego tryumfu. Czekał na moje słowa upokorzenia.
Ale z moich zaciśniętych ust nie wydobył się najmniejszy dźwięk. Oddychałem ciężko, wpatrując się w niego, w tę latającą nad jego głową maszynę i nasłuchując odległych, pracujących żurawi na placu budowy. To nie był moment na oskarżenia. To był moment, w którym drapieżnik orientuje się, że gonił własny ogon. Odwróciłem się na pięcie, tak gwałtownie i niespodziewanie, że żwir głośno zachrzęścił pod moimi butami. Ruszyłem w stronę samochodu, z każdym postawionym krokiem przyspieszając, napędzany nagłą, dziką, zwierzęcą adrenaliną. Gdy wsiadałem do Forda, moje dłonie trzęsły się w niekontrolowany sposób. Wbiłem kluczyk w stacyjkę, przekręciłem go niemal łamiąc mechanizm i z potężnym rykiem silnika wyrwałem z podjazdu.
Droga na komendę w centrum była czystym amokiem. Dusiłem się w tym cholernym samochodzie. Klimatyzacja chodziła na pełnych obrotach, dmuchając lodowatym powietrzem prosto w moją twarz, a ja i tak byłem cały zlany rzęsistym potem. Gorąco rozlewało się po mojej twarzy, po karku, pulsowało tępym bólem w skroniach. Coś mi umykało. Jakiś potężny, pieprzony, fundamentalny detal, który miałem cały czas przed oczami, ale który systematycznie ignorowałem, zaślepiony chęcią znalezienia klasycznego motywu morderstwa z zazdrości.
Wpadłem na betonowy parking przed komendą z potwornym piskiem łysiejących opon. Zostawiłem wóz zaparkowany ukośnie na dwóch miejscach dla radiowozów. Wyskoczyłem z kabiny, zostawiając uchylone drzwi, i ruszyłem pędem po schodach na piętro wydziału kryminalnego. Korytarz był pełen policjantów i cywili, ale ja przecinałem to morze ludzi jak taran. Rozpinałem płaszcz, będąc gotowym wejść do gabinetu Rodrigueza i wykrzyczeć mu w twarz, że całe ich śledztwo to farsa.
Wtedy ktoś mocno chwycił mnie za lewe ramię. Zatrzymałem się z ciężkim, chrapliwym westchnieniem i odwróciłem głowę, gotowy zmieszać tego kogoś z błotem. Obok dystrybutora z wodą, z pogniecionym, papierowym kubkiem w dłoni, stała Sue Vance. Wyglądała jak żywy cień człowieka, którego mecenas Barnes zniszczył zaledwie wczoraj na sali sądowej w blasku fleszy. Jej oczy były czerwone, zapuchnięte i głęboko podkrążone. Musiała przyjść na piętro wydziału, by podpisać jakieś ostatnie, rutynowe papiery oświadczeń po zakończonym procesie.
— Harrison... — powiedziała słabym, ochrypłym głosem, puszczając mój wilgotny od potu rękaw. — Widziałam w porannych wiadomościach, co zrobiłeś wczoraj przed budynkiem sądu. Wiem, że to oficjalny koniec, ale... musisz mi, kurwa, uwierzyć. Barnes zrobił ze mnie wariatkę. Zrobił ze mnie niespełnioną, zazdrosną sukę, ale to nie była prawda. Katy nie kłamała. Ona naprawdę chciała od niego odejść. Bała się go bardziej niż czegokolwiek na świecie.
Byłem tak nabuzowany i skupiony na własnym, wciąż niejasnym odkryciu, że jej słowa ledwo docierały do mojej świadomości. — Sue, posłuchaj, to już nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Sędzia Wallace wbiła gwóźdź w trumnę tej sprawy — warknąłem szorstko, robiąc krok w bok, by ją wyminąć.
— Ma znaczenie! — syknęła głośno, zagradzając mi drogę. Jej zniszczone oczy nagle zapłonęły resztką dawnej, desperackiej determinacji. Złapała mnie oburącz za płaszcz. — Bo wy cały czas szukaliście dowodów na tę zbrodnię w niewłaściwym pieprzonym miejscu! Szukaliście pistoletu. Szukaliście śladów krwi w salonie i romansów na boku. A Frank nie zabił jej w przypływie złości, detektywie. On w ogóle nie jest do tego zdolny. On to zaplanował jako zimną czystkę w swojej własnej firmie! Zobaczyliście to. Macie to od samego początku u siebie. Tylko byliście zbyt ślepi, żeby to zrozumieć!
Zamrugałem, czując, jak w mojej głowie znowu zaczyna wyć ten sam paraliżujący alarm, co w nasłonecznionym ogrodzie Franka. — O czym ty do cholery mówisz, Sue? — zapytałem, zniżając głos do niebezpiecznego szeptu.
— O tych starych papierach — powiedziała szybko, oglądając się nerwowo przez ramię, by upewnić się, że żaden inny gliniarz nas nie podsłuchuje. — O tym kartonie z dokumentami architektonicznymi, które wasi ludzie zabezpieczyli podczas pierwszego, oficjalnego przeszukania. W tej pancernej, ukrytej skrytce za ścianą w jego gabinecie. Tej, którą musiał dla was fizycznie rozpracowywać ten wasz technik, Ratchet. Wyciągnij te szkice jeszcze raz z magazynu, Adam. Spójrz na nie z bardzo bliska. Zwróć uwagę na detale, na podpisy autorskie i chronologiczne daty. Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego Katy Hegra musiała zginąć tamtej nocy, odpowiedź leży u was, na poziomie minus dwa.
Odwróciła się gwałtownie i odeszła w stronę wind, zostawiając mnie samego na środku pulsującego życiem korytarza. Gapiłem się w jej plecy, kompletnie głuchy na otaczający mnie szum. W głowie pulsowały mi tylko trzy słowa. Poziom minus dwa
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania