Rozdział 24
Noc, która opadła na San Pedro, nie przyniosła żadnego ukojenia. Była gęsta, lepka od zacinającej mżawki i duszna jak powietrze w krypcie.
Zanim ruszyłem wyrównać ostateczne rachunki, Ford sam poprowadził mnie w stronę Czwartej Alei. Musiałem spojrzeć temu miastu w oczy po raz ostatni. Czwarta Aleja zawsze była pulsującym wrzodem na ciele San Pedro, ale tej nocy wyglądała wyjątkowo upiornie. Mijałem zaparowane witryny monopolowych, przed którymi kręcili się "szklarze" – żywe, otępiałe posągi czekające na kolejną działkę chemii Dixona.
Zatrzymałem się przy krawężniku. Z mrocznego zaułka, oświetlony stroboskopowym blaskiem psującego się neonu, wyłonił się Śruba. Drobny paser, który zawsze wyczuwał krew. Śmierdział zwietrzałym piwem. Nawet nie podszedł do wozu; zatrzymał się w bezpiecznej odległości, gotowy w każdej chwili do ucieczki.
— Jesteś trupem, Harrison — rzucił ochryple, nerwowo skanując ulicę za moimi plecami. — Nikt z tobą nie zatańczy. Zbiry z Ratusza wietrzą krew.
— Pytam o Spoonera — uciąłem zimno, patrząc w jego rozbiegane oczy.
Śruba wzdrygnął się i cofnął o krok w głębszy cień.
— Złoty strzał. Krawężniki zawinęły go w wór bez cienia protokołu. Czysta robota. Uciekaj stąd, Adam. Jesteś chodzącą zarazą.
Podniosłem szybę bez słowa. Śruba miał rację. San Pedro pochłaniało słabych, a korupcja przeżarła to miejsce aż do samych kości. Ale ja nie miałem już nic do stracenia. Z każdym obrotem kół, gdy zostawiałem za sobą gnijącą Czwartą Aleję, moja determinacja twardniała w stal.
Zaparkowałem Forda dwie przecznice od luksusowej rezydencji Franka Hegry, kryjąc się w głębokim cieniu potężnych dębów. Wyłączyłem silnik. Siedziałem w ciemnej kabinie przez długie minuty, słuchając miarowego bębnienia kropel o blachę dachu.
Moje ciało było wrakiem. Rwący ból pod lewym żebrem promieniował na klatkę piersiową przy każdym płytszym oddechu. Dłonie zaciskały się na kierownicy z taką siłą, że kostki zbielały. Ale w mojej głowie panowała absolutna, przerażająca cisza. Zniknęły regulaminy. Zniknęły echa chłodnego głosu prokuratora Novaka i histeryczne krzyki kapitana Rodrigueza.
Wysiadłem z wozu. Chłód nocnego powietrza wdarł się pod płaszcz, ale adrenalina całkowicie go zneutralizowała. Szedłem środkiem pustej ulicy. Kiedy dotarłem do kutej bramy rezydencji, nie szukałem domofonu. Przeskoczyłem przez ceglany murek, lądując ciężko i bezgłośnie na mokrym trawniku.
Dom Franka Hegry – dom, który od podstaw zaprojektowała Katy Hegry, a który ostatecznie stał się miejscem jej egzekucji – tonął w mroku. Szedłem po białym żwirze. Wszedłem na marmurowy ganek. Stanąłem przed potężnymi, rzeźbionymi drzwiami. Zamachnąłem się i uderzyłem zaciśniętą pięścią w dębowe drewno z taką siłą, że ból przeszył mi ramię. Raz, drugi, trzeci.
Po kilkudziesięciu sekundach wewnątrz zapaliło się ciepłe światło. Chrzęst obracanego zamka. Skrzydło drzwi uchyliło się do wewnątrz.
Frank Hegry stał w progu. Nie wyglądał na człowieka wyciągniętego z łóżka. Miał na sobie idealnie skrojone spodnie i rozpiętą pod szyją, drogą, jedwabną koszulę. W dłoni trzymał kryształową szklankę z alkoholem. Na jego twarzy zdziwienie błyskawicznie ustąpiło miejsca tej samej, lodowatej wyższości, którą znałem z sali sądowej.
— Harrison — rzucił z kpiącym uśmiechem, nie cofając się nawet o centymetr. W jego głosie pobrzmiewała absolutna pewność siebie. — Widzę, że wyrzucenie z policji nie wyleczyło cię z twojej żałosnej obsesji. Wiesz, że za to bezprawne wtargnięcie Charles Barnes zniszczy cię przed świtem? Pójdziesz siedzieć, ty śmieciu.
Patrzyłem na człowieka, który z zimną krwią zastrzelił własną żonę, posłał narzędzie zbrodni dronem nad miastem, by zalać je w fundamentach areny, a potem skazał na śmierć mojego partnera.
— Barnes ci nie pomoże — wycharczałem.
Pchnąłem dębowe drzwi barkiem z tak niewyobrażalną siłą, że Frank Hegry poleciał do tyłu, uderzając o marmur. Kryształowa szklanka roztrzaskała się w drobny mak. Wszedłem do środka i potężnym kopnięciem buta zatrzasnąłem za sobą drzwi. Zamek kliknął, pieczętując nasz los.
Frank zdążył wstać na jedno kolano. Jego oczy rozszerzyły się z szoku. Architekt, biznesmen, mistrz manipulacji – nigdy w swoim idealnym życiu nie dostał fizycznego ciosu.
— Co ty wyprawiasz?! — wrzasnął, gorączkowo cofając się w stronę ciemnego salonu.
Dopadłem do niego. Chwyciłem go oburącz za jedwabną koszulę, podrywając z podłogi, i z pełnym impetem cisnąłem o twardą ścianę. Uderzenie wybiło mu powietrze z płuc. Uderzyłem. Moja zaciśnięta pięść wbiła się prosto w jego twarz. Usłyszałem obrzydliwy trzask pękającej chrząstki. Krew natychmiast trysnęła z nosa Franka Hegry.
— To za Katy, ty skurwysynu! — zaryczałem, a mój głos obijał się o luksusowe ściany rezydencji.
Zawył z bólu, łapiąc się za zalaną krwią twarz. Uderzyłem ponownie, celując w żebra. Stęknął głośno, plując posoką na marmur. Szarpał się, ale byłem w całkowitym amoku. Złapałem go za włosy i pociągnąłem gwałtownie w dół, uderzając jego twarzą o krawędź dębowej komody.
— Za to, że wyssałeś z niej życie! Za to, że wymazałeś ją jak błąd na kalce!
Frank Hegry osunął się na podłogę, czołgając we własnej krwi i odłamkach szkła. Ten wielki wizjoner, bóg San Pedro, przypominał teraz żałosnego robaka. Histeryczne łzy płynęły po jego zmasakrowanej twarzy.
— Przestań... błagam... — wyłkał, dygocząc. — Dam ci pieniądze... ile tylko zechcesz... błagam cię...
Podszedłem do niego powoli. Lewy bok płonął, ale to nie miało już znaczenia. Kopnąłem go w brzuch, zmuszając, by odwrócił się na plecy. Spojrzałem na niego z góry.
— Wiem absolutnie wszystko, Frank — wyszeptałem lodowatym głosem. — O dronie. O arenie. O broni, którą zastrzeliłeś Katy Hegry, zalanej na dnie wykopu. I o starych projektach ze zeskrobanym skalpelem nazwiskiem. Ukradłeś jej duszę. Zniszczyłeś wszystko, co kochała, a kiedy chciała odzyskać swoje imię, po prostu posłałeś jej kulę.
Sięgnąłem za pasek. Wyciągnąłem ciężkiego Glocka. Odbezpieczyłem broń z suchym trzaskiem, który zabrzmiał jak nieodwracalny wyrok. Kucnąłem przy nim, przyciskając chłodną lufę prosto do jego spoconego czoła.
Zastygł w paraliżu. W jego oczach pojawiło się czyste, pierwotne przerażenie. Rozumiał, że jego miliony i układy w Ratuszu nie miały tu absolutnie żadnej władzy. Był tylko kawałkiem mięsa błagającym o litość.
Mój palec owinął się wokół spustu. Wystarczyło kilka funtów nacisku. Oczyściłbym ten zepsuty świat. Czułem gigantyczną ulgę na myśl o pociągnięciu za ten spust.
Ale wtedy, patrząc w te przerażone oczy Franka Hegry, zobaczyłem w nich własne odbicie. A czarna lufa, która przyciskała się do głowy, nagle wydała się lufą, którą trzymał mój ojciec. Zobaczyłem cień Dutcha. Zobaczyłem jego sadystyczny uśmiech, zadowolony z faktu, że jego syn zrozumiał brutalne zasady i w końcu stał się potworem. Dutch wygrałby dzisiaj. Jeśli pociągnąłbym za spust, udowodniłbym mu, że miał rację od samego początku.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że poczułem w ustach smak miedzi. Powoli, z ogromnym wysiłkiem woli, walcząc z każdym pierwotnym instynktem domagającym się krwawej zemsty, cofnąłem stalową lufę od jego czoła. Opuściłem broń.
Frank zamknął oczy, zanosząc się histerycznym szlochem ulgi. Trząsł się jak dziecko w kałuży własnej krwi. Wstałem powoli. Patrzyłem na niego z absolutnym obrzydzeniem.
— Żyj z tym, Frank — powiedziałem głucho, chowając pistolet. — Żyj z tą twarzą. Żyj z wiedzą, że jesteś tylko pustym, żałosnym złodziejem, który ocalał dzisiaj tylko dlatego, że ja zdecydowałem się nie być taki jak wy wszyscy. Twoja legenda dzisiaj umarła.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę wyjścia, zostawiając go na marmurowej podłodze, we krwi i rozbitym szkle. Nie oglądałem się za siebie. Gdy otworzyłem ciężkie drzwi i wyszedłem na chłodne, deszczowe powietrze, poczułem, jak opuszcza mnie cały ten toksyczny mrok.
Zegar w Fordzie pokazywał pierwszą w nocy, gdy wpadłem na pusty parking komendy głównej. Moje ręce wciąż delikatnie drżały, a zakrwawiona koszula lepiła się do ciała. Szedłem przez głuche korytarze, prosto na piętro wydziału kryminalnego. Ostre światło jarzeniówek raziło moje zmęczone oczy.
Drzwi do gabinetu kapitan Rodriguez wciąż były uchylone. Siedziała w fotelu, masując zmęczone skronie. Kiedy usłyszała moje kroki i podniosła wzrok, zamarła całkowicie. Wyglądałem jak upiór. Z moich zdrapanych knykci wciąż kapała krew.
— Harrison... — zaczęła zszokowana, powoli wstając. Jej dłoń odruchowo powędrowała w stronę kabury na biodrze. — Co ty zrobiłeś?
Podszedłem do biurka. Nie wyciągnąłem broni. Sięgnąłem do kieszeni brudnego płaszcza, wyciągnąłem moją złotą odznakę w skórzanym etui i rzuciłem nią z całą siłą. Z głośnym trzaskiem uderzyła w blat, rozrzucając dokumenty.
— Skończyłem z tym — wychrypiałem, opierając zakrwawione dłonie o krawędź biurka. — Skończyłem z wami. Z waszym dziurawym prawem, z waszymi układami i z waszą żałosną sprawiedliwością na pokaz.
— Zamknę cię za to, Adam. Nieważne, co mu tam zrobiłeś, zniszczę cię...
— Nie musisz — przerwałem jej stanowczo, patrząc w sam środek jej tchórzliwej duszy. — Frank Hegry wam o tym incydencie nigdy nie powie. Jest zbyt dumny i zbyt przerażony, żeby przyznać przed kamerami, że czołgał się we własnej krwi, błagając o litość policjanta, którego chcieliście zniszczyć. Będzie milczał. Ale zanim stąd wyjdę, chcę, żebyś usłyszała jedno, Rodriguez. Jesteś tysiąc razy gorsza od Owensa. Bo jemu za to obrzydliwe zepsucie płacili grubymi przelewami. A ty? Ty sprzedałaś Marka, mnie, Katy Hegry i ten cały pieprzony wydział zupełnie za darmo. Żeby zatrzymać ciepły stołek i podlizać się Ratuszowi. Jesteście siebie warci. San Pedro w pełni na was zasługuje. Niech to miasto spłonie razem z wami.
Odwróciłem się na pięcie, nie czekając na jej odpowiedź. Wychodząc z gabinetu, usłyszałem tylko jej cichy, płytki oddech. Szedłem przez milczący wydział. Nie czułem już absolutnie niczego. Została tylko czysta, bezkresna pustka.
Zanim na zawsze opuściłem granice San Pedro, pojechałem w jeszcze jedno miejsce. Cmentarz Komunalny na wzgórzach tonął w gęstej mgle. Szedłem w całkowitych ciemnościach, znając tę drogę na pamięć. Zatrzymałem się przed nagrobkiem mojej matki. Nie miałem już w sobie więcej łez. Dotknąłem chłodnego, obmywanego przez deszcz kamienia krwawiącą dłonią.
— Odrobiłem swoją lekcję — wyszeptałem w mrok. — Dutch we mnie nie wygrał. Przepraszam, mamo, że zrozumienie tego zajęło mi tak cholernie długo.
Odwróciłem się. Wsiadłem do starego, poobijanego Forda. Przekręciłem kluczyk. Silnik zaryczał nierówno, a mocne światła reflektorów rozcięły gęstą mgłę. Wyjechałem na opustoszałą, śliską od deszczu autostradę międzystanową. Betonowy, zgniły masyw San Pedro – z jego zepsutymi gliniarzami, mordercami w garniturach, wiceburmistrzem Dixonem i zakopanymi na zawsze w fundamentach areny dowodami – powoli znikał w lusterku wstecznym, pochłaniany przez noc.
Przede mną roztaczała się ciemna, niekończąca się wstęga asfaltu. Wycieraczki miarowo zgarniały zacinający deszcz z przedniej szyby, a z każdym mijanym kilometrem czułem, jak krew na moich dłoniach wreszcie zasycha, a zepsute, duszne powietrze tego okrutnego miasta na dobre opuszcza moje płuca.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania