Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 7: Gdzie się czai zło?

Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda

 

Streszczenie:

Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.

Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?

Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.

 

Poprzedni rozdział - https://www.opowi.pl/serce-wielkiego-gala-asterixobelix-a128112/

 

Rozdział 7 - Gdzie się czai zło?

 

Asterix, korzystając z pięknej pogody, wyszedł na ganek, by wypucować swój hełm.

Siedząc i doczyszczając smugi, wracał myślami do obiadu u wodza i jego żony Dobrominy.

Pierwsza dama wioski uwielbiała swoją rolę lokalnej gospodyni, tym bardziej że jej kunszt kulinarny cieszył się olbrzymim uznaniem społeczności.

Tym razem jednak czegoś brakowało. Zaserwowany prosiak był miękki, ale bez wyczuwalnej głębi smaku. Asterix nie śmiał jednak zwrócić na to nikomu uwagi. Dziękował w duchu, że tym razem nie było z nim Obeliksa, który nawet przy największych staraniach nie potrafiłby ukryć swojego niezadowolenia. Zwłaszcza gdyby okazało się, że coś mu smakuje gorzej niż zwykle.

W pewnym momencie Dobromina sama z siebie wyjaśniła, co poszło nie tak. Okazało się, że jej posłaniec został odesłany z kwitkiem przez kupiecką karawanę, która odmówiła dobicia targu w sprawie soli. Przed Świętem Wiosny należało więc oszczędzać zapasy.

Przede wszystkim jednak narzekała, że osobiście musiała iść poza osadę, aby zrobić awanturę o amforki z jej ulubionym kremem z tłuszczu, żywicy i lawendy, których kupiec również nie chciał wydać za galijskie monety.

– Od lat kupuję kosmetyki u tego zrzędy. A teraz ubzdurał sobie, że przyjmuje jakieś inne monety! Ostatecznie oddałam mu za jedną amforkę moją klamrę do włosów. W moim wieku nie wolno opuszczać regularnego smarowania, bo inaczej w ciągu roku człowiek może posunąć się o lat dziesięć! – mówiła.

Asparanoix, który dojadał żebro bez większego entuzjazmu, odezwał się dość markotnie:

– Ale i tak wciąż wyglądasz dla mnie młodo…

 Dobromina od razu rozpromieniła się. Stanęła za nim i pogładziła go po barkach.

– No widzisz, jak po tylu latach małżeństwa można nauczyć się normalnie ze sobą rozmawiać.

Asterix zaśmiał się w duchu, widząc, jak wódz podpiera się o ławę, krzywiąc się i mrucząc coś pod nosem, a Dobromina zaczyna bawić się jego włosami.

Nie mógł jednak odpędzić od siebie obaw, że za tym małym incydentem kryje się jakaś grubsza sprawa.

Teraz siedział na ganku, kończąc już polerowanie hełmu, kiedy zauważył nadchodzącego od strony lasu Obeliksa. W pierwszej chwili dostrzegł, że nie ma przy sobie żadnego dzika. Po chwili dało się wyraźnie poznać, że jest bardzo przybity.

– Obelix, wracasz bez dzika? Coś się stało? – zapytał z troską.

Obelix tylko minął go z kwaśną miną.

– Hej, widzę, że coś nie gra! – zawołał za nim. – Czy jest coś, o czym nie wiem?

Obelix zatrzymał się. Westchnął i cofnął się, by usiąść ciężko na schodach.

– Asteriksie… Chyba Livia jednak woli Mauriksa…

– Kogo? Mauriksa?! – skrzywił się, zupełnie zbity z tropu.

– No, tak. Przecież on jest całkiem ładny, pewny siebie, panuje nad sobą…

Asterix spojrzał na niego z powagą. Nie miał pojęcia, co zaszło, ale nie mógł uwierzyć, żeby miało to być coś, co definitywnie potwierdzałoby obawy przyjaciela.

– Wiesz, Obeliksie... Może nie dostrzegasz tego teraz, ale wydaje mi się, że ona darzy cię większą sympatią niż sądzisz.

Obelix uniósł wzrok. Rozgoryczenie na jego twarzy stało się tylko bardziej widoczne.

– Nie, Asteriksie… Nie masz racji. Wszystko idzie nie tak!

Nim Asterix zdążył coś odpowiedzieć, Obelix poderwał się z miejsca i ciężkim krokiem ruszył dalej.

– Zdaje się, że to dopiero początek kłopotów… – powiedział do siebie Asterix.

***

Livia i Maurix kroczyli wąskim szlakiem wzdłuż pagórków nieopodal osady. Później pokonywali przez jakiś czas wyższe wzniesienie i w końcu dotarli na miejsce. Widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach. Panoramie lasów i wzgórz otaczających sąsiednią wioskę towarzyszył akompaniament górskiego potoku, który płynął w spokojnym tempie. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu, rzucając ciepłe, złote światło na wszystko wokół. Livia musiała przyznać, że widok był naprawdę wart tej wyprawy.

– Czyż nie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłaś? – zapytał Maurix, spoglądając na nią z uśmiechem.

Livia skinęła głową, ale jej myśli krążyły gdzie indziej. Myślała o Obeliksie i ich wspólnej wyprawie do lasu. Zastanawiała się, czy gdyby nie pojawił się wtedy Maurix, wszystko mogłoby się jeszcze ułożyć? Albo… jeszcze bardziej wymknąć się spod kontroli? Nie mogła odpędzić od siebie tych rozterek.

Maurix, widząc, że Livia jest zamyślona, uznał, że to dobry moment, by zbliżyć się do niej bardziej. Zrobił krok w jej stronę, nachylił się nieco, próbując złapać spojrzenie dziewczyny.

– Livio, jesteś tak piękna… Nie mogę uwierzyć, że ktoś taki jak ty pojawił się w moim życiu – powiedział niskim głosem.

Livia poczuła jego bliskość wyraźniej niż dotychczas. Ciepło ogarnęło jej twarz, a po plecach przeszedł dreszcz. Przez moment nie miała gotowej odpowiedzi i czuła tylko, jak sztywnieje jej krtań. Przełknęła ślinę. Spojrzała na jego twarz. Jego spojrzenie było łagodne, a jednocześnie pełne namiętności i podziwu. Uśmiechnęła się lekko do niego, po czym odwróciła wzrok na krajobraz.

– To miejsce jest naprawdę piękne. Dziękuję, że mi je pokazałeś – powiedziała, robiąc krok w stronę krawędzi wzgórza i odwracając się w stronę panoramy.

– Od dawna marzyłem, żeby kiedyś móc się tu znaleźć z kimś dla mnie szczególnym – mówił z niezwykłą łagodnością. – Jesteś jedyną osobą od lat, z którą zdecydowałem się tu przybyć. Zobacz, Livio. Oboje doznaliśmy wielu krzywd. Oboje musieliśmy uciekać. Szukaliśmy swego miejsca w świecie. A teraz… Teraz trafiliśmy na siebie – dwie zbłąkane istoty, które w końcu mogą stanąć tutaj i przyznać przed sobą, że wszystko wraca na swoje miejsce.

Livia słuchała go z walącym sercem. Chciała wierzyć w to, co mówi Maurix. Próbowała przywołać spokój w obliczu tej czułej chwili, jednak na próżno. Bynajmniej nie potrafiła uwierzyć, że rzeczywiście wszystko wraca na swoje miejsce. Maurix wyciągnął dłoń, by delikatnie dotknąć jej ramienia. Znów uśmiechnęła się do niego ciepło.

Mężczyzna nachylił się ku niej. Był już blisko. Czuła jego oddech. Warga jej lekko zadrżała. Przez chwilę się wahała. Jednak w ostatniej chwili jej ciało zareagowało impulsem. Odruchowo odsunęła się na bok, jakby chcąc spojrzeć na widok z innego kąta.

– Muszę przyznać, że nigdy nie widziałam tak pięknego miejsca. Naprawdę doceniam, że mnie tu zaprosiłeś. Ale powinniśmy wracać, bo dzień zbliża się ku końcowi, a nie chciałabym wracać w ciemnościach – powiedziała, starając się zachować beztroski i niezwykle uprzejmy ton.

Maurix przez moment milczał. Nie tego się spodziewał. Livia nie odrzucała go wprawdzie otwarcie, ale coś w jej zachowaniu się zmieniło. Może znów coś się pomieszało w jej głowie, może znów borykała się z jakimś problemem. Przez chwilę chciał o tym z nią porozmawiać, ale ta jej jednoczesna uprzejmość… Istniała jakaś bariera.

– Może masz rację, powinniśmy wracać – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem.

Zaczęli wracać do wioski, ale Livia czuła, że coś się zmieniło. Maurix, choć próbował utrzymać rozmowę, z każdą chwilą stawała się ona coraz bardziej zdawkowa, a jego ton chłodniejszy.

***

Warsztat tętnił cichym rytmem pracy. Livia siedziała przy swoim stanowisku, poprawiając szew przy tunice wodza. Jej ruchy były precyzyjne, ale jej myśli były dalekie od skupienia.

– Jeśli jeszcze trochę będziesz pruć i zszywać w tym samym miejscu, zniszczysz go doszczętnie – odezwała się sucho Edana, siedząca nieopodal.

Livia drgnęła lekko.

– Przepraszam. Zam… Zamyśliłam się.

– To widać – odparła krótko.

Przez chwilę panowała cisza. Livia siedziała sztywno, zaciskając lekko palce na materiale. Wreszcie się przełamała.

– Edano… Mogę cię o coś zapytać?

– Możesz – spojrzała na nią z ukosa. – Ale nie obiecuję, że odpowiem tak, jakbyś chciała.

Livia uśmiechnęła się blado i przesunęła się nieco bliżej.

– Chcę tylko poznać twoje zdanie. Chodzi o Mauriksa.

Na to Edana w końcu podniosła wzrok.

– Oczywiście, że chodzi o Mauriksa – mruknęła. – Ostatnio połowa problemów w tej wiosce zaczyna się od niego, a wy wszystkie uganiacie się za nim jak za naleśnikiem.

Livia zawahała się i pokręciła głową.

– To nie tak, jak myślisz.

– To co cię tak intryguje w tym… trochę nazbyt opalonym turyście?

– Mówił mi… Mówił, że jest wygnańcem i….

– Phi! – parsknęła Edana na głos, przerywając jej zdanie. – No to może sobie tak twierdzić…

Livia zmarszczyła lekko brwi.

– Co masz na myśli?

Edana odłożyła robótkę i oparła się wygodniej.

– Możesz sobie wierzyć w wygnańców, którzy kręcą się wokół każdej możliwej okazji, byle… pogrzebać w dziwnych miejscach…

Livia poczuła dyskomfort i lekki chłód na karku. Edana z irytacją wywróciła oczami.

– …w miejscach, z których można coś wynieść! Przy okazji zadając głupie pytania.

– On bywa tutaj w warsztacie… często?

– Bywa. Za często jak na kogoś, kto twierdzi, że chce mieć święty spokój.

Livia oparła się łokciem o stanowisko i przyłożyła pięść do ust, próbując ułożyć sobie w głowie jakąś rozsądną dedukcję.

– Może po prostu…

– …lubi hafty? – Edana weszła jej sucho w słowo i popukała się po głowie.

Livia spuściła wzrok. Wszystko znów zaczęło się komplikować.

– Więc… według ciebie… Kim on właściwie jest i co tu robi? – spytała bardzo ostrożnie.

– Nie wiem, nie obchodzi mnie to – rzuciła chłodno. – Teraz wracaj lepiej do pracy, bo już dużo czasu straciłyśmy na tego twojego „wygnańca”…

Edana nie wydawała się chętna do dalszej rozmowy. Jednak Livia nie chciała odpuszczać. Wciąż przeżywała rozterki, które nie pozwalały jej pracować w skupieniu.

– A… A wiesz może…

– Co znowu? – spytała niecierpliwie Edana, która już wróciła do pracy.

– Obelix… Jego praca.

– Ooo – Edana odchyliła się lekko. – Menhiry… Myślisz o przebranżowieniu się?

Livia jednak nie nastawiała się na żarty.

– Nie, skąd…

„…szkoda…” – dało się wyłapać to wypowiedziane pod nosem słowo, ale Livia udała, że tego nie usłyszała.

– Zapytałam go tylko, komu i do czego służą te kamienie, i…

– Kamienie mówisz… i co?

– Trochę się uniósł.

– Trochę? No to miałaś szczęście.

– Ale dlaczego?

– Trafiłaś w czuły punkt.

Livia uniosła lekko kącik ust.

– To nie było aż tak brutalne pytanie…

– Dla ciebie – wzruszyła ramionami Edana. – Dla niego to przecież cały sens życia – prychnęła. – I coś, z czego śmieją się ci, którzy nie rozumieją, że to nie tylko kamienie z ładnym czubkiem.

Livia zastygła, przykładając chłodne dłonie do swych skroni.

– Teraz daj mi z łaski swojej skończyć pracę – ucięła twardo Edana. – Ty też mogłabyś już zejść na ziemię.

Livia pokiwała głową. A więc naprawdę ta praca z menhirami aż tyle dla niego znaczyła? Poczuła przez moment ukłucie żalu. Może rzeczywiście… wtedy go nie zrozumiała. Zapragnęła jeszcze z nim o tym porozmawiać.

– Aha, i jeszcze jedno – rzuciła nagle Edana, obracając się raz jeszcze w stronę Livii. – Skoro już mnie pytasz o opinię, to wiedz, że ja nigdy nie ufam ludziom, którzy zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania