Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 8: Obudzony demon
Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda
Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.
Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?
Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.
Rozdział 8 - Obudzony Demon
Następnego dnia Asterix, chcąc wspierać Obeliksa w kryzysie, poszedł z nim na rybi targ, by z racji braku dziczyzny znaleźć coś zastępczego na śniadanie. Obelix już drugi dzień nie wykazywał żadnej motywacji do polowań.
Zatrzymali się przy drugim już stoisku, które obsługiwał pulchny rybi kupiec – Ahigienix. Obelix spojrzał z krzywą miną na wielkiego, wąsatego suma wyłożonego na środku ławy.
– Gwarantuję najlepszą, lutecjańską jakość! – zachęcał Ahigienix. – Nie to, co u konkurencji obok. Smarowane jakimś badziewiem, żeby tylko nabrać klienta na świeży wygląd.
– Wszystko słyszałem, dwulicowy bałwanie! – wrzasnął starszy kupiec z sąsiedniego stanowiska, potrząsając pięścią.
– Jak mnie nazwałeś?!
I po chwili rzucili się na siebie. Tarzając się po ziemi, okładali się własnym rybim towarem. Wokół nich aż się kurzyło, a rybia woń zaczęła tak intensywnie się roznosić, że niektórzy klienci zaczęli oddalać się z odrazą. O dziwo, sama walka nie wydawała się robić szczególnego wrażenia, jakby już od dawna regularnie dochodziło do kupieckich potyczek.
Obelix wciąż stał, posępnie spoglądając na suma z szeroko rozdziawionymi wargami, jakby czytał jego myśli.
– Chyba i tak nie mam na niego ochoty. Tak jakoś na mnie dziwnie patrzy…
– A ten znowu zaczyna wymyślać… – mruknął pod nosem Asterix, który stał w pobliżu, oglądając sandacze.
Obelix spojrzał w dal. Przez plac wioski przechodziła Livia, która nagle zatrzymała się, gdy tylko podszedł do niej Maurix, nawiązując rozmowę. Obelix, przekonany, że Livia nigdy już na niego nie zwróci uwagi, usiadł na dopiero co przewróconej przez walczących kupców grubej beczce, pochylając głowę.
„Co właściwie miałaby we mnie widzieć taka kobieta jak Livia?” – myślał. „Maurix ma maniery, a ja… Ja tylko noszę menhiry i jem dziki… choć teraz, od biedy, ryby… fuj…”.
Asterix, widząc przygnębionego przyjaciela, zbliżył się do niego.
– No, gadaj. Co cię znów gryzie, Obeliksie?
Obelix westchnął ciężko.
– To przecież widać, Asteriksie. Livia i Maurix pasują do siebie. On jest taki… taki doskonały w każdym calu, a ja… cóż…
Asterix popatrzył w stronę Livii i Mauriksa. Pokręcił głową i powiedział zdecydowanie, ale też z lekką irytacją:
– Obeliksie, przestań w końcu użalać się nad sobą, bo nie ma powodu. Może ci się wydawać, że Maurix ma przewagę, bo jest przystojny i gładko mówi, ale ewidentnie widzę, że Livia nie czuje do niego tego, co ci się wydaje.
Obelix spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem.
– Przecież oni ciągle kręcą się koło siebie…
– Nie masz racji. To on kręci się wokół niej, ale widziałeś, jak ona się przy nim zachowuje? Spójrz na nią teraz – powiedział, wskazując w stronę Livii.
Obelix spojrzał niepewnie. Livia rzeczywiście rozmawiała z Mauriksem, ale jej spojrzenie wydawało się odległe, jakby jej myśli były gdzie indziej.
Wtem Livia lekko odwróciła wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Nagle się uśmiechnęła, jej oczy rozjaśniły się. W jednej chwili zdało się, że rozmowa z Mauriksem straciła dla niej na znaczeniu. Ruszyła lekkim truchtem w jego stronę, zostawiając zaskoczonego towarzysza.
– Obeliksie! – zawołała z radością, podbiegając do niego.
Minęła krztuszącego się w obłokach kurzu rybiarza, który przymierzał się do kolejnego susa na Ahigieniksa, zdając się zupełnie nie zwracać uwagi na chaos, jaki stworzył się wokół kupców.
– Myślałam o tobie… Masz chwilę, żeby pójść ze mną w stronę warsztatu?
Obelix spojrzał na nią, nieco onieśmielony:
– Aaa… A nie gniewasz się już za tamto?
Livia podeszła jeszcze bliżej, ściszając głos.
– Chyba już nie, ale chciałabym, żebyśmy to sobie wyjaśnili po drodze, dobrze? – chwyciła Obeliksa pod rękę.
Maurix, który stał nieopodal, patrzył, niedowierzając własnym oczom. Zacisnął mocno pięści. Livia minęła go, kierując całą swoją uwagę na Obeliksa.
– Livio… Czy nie mieliśmy porozmawiać o…
– Nie teraz, Maurix. Muszę z nim porozmawiać. Proszę, Obeliksie. Chodźmy. – Jej głos był ciepły, a spojrzenie pełne czułości.
Asterix, widząc tę scenę, uśmiechnął się pod nosem. Usatysfakcjonowany takim obrotem spraw, odwrócił się i popatrzył na stoiska rybne.
– Przestańcie już obaj – powiedział nośnym głosem do walczących kupców. – Wezmę trochę tamtych sandaczy od ciebie. A od ciebie… – zwrócił się do Ahigieniksa – …pół tuszy tego dorodnego, wąsatego potwora.
– Pół… suma? – powtórzył Ahigienix, unosząc głowę.
– Tak. Tylko oby był świeży – dodał Asterix niewzruszenie.
Kupcy spojrzeli na siebie. Po sekundzie odepchnęli się nawzajem i niemal jednocześnie poderwali na nogi, otrzepując ubrania. W tle rozległo się jeszcze kilka obrażonych mruknięć, ale rybiarze już wrócili za swoje lady, z zaciętą determinacją udowadniając świeżość towaru.
Tymczasem Obelix kroczył przy Livii, która żwawo przebierała nogami, trzymając się jego ramienia.
– Trochę tam śmierdzi – przyznała, marszcząc czoło.
– Najgorzej jest, gdy zaczynają się tak trącać tymi rybami… – skomentował Obelix, wyraźnie odczuwając ulgę, że w końcu mógł oddalić się od straganów.
– Naprawdę chciałeś kupić tam rybę?
– No, chyba… Asterix mówił, że człowiek coś jeść musi.
– Brzmi jak poważna sytuacja. Ale przecież miałeś upolować dzika.
– No… jakoś tak tym razem nie wyszło…
– Pochowały się przed tobą, co?
– No… niezupełnie. Po prostu… dużo wtedy rozmawialiśmy i… I jakoś mi umknęły. – Zwolnił trochę kroku czując, że zaczyna się rumienić.
– Aha… No ale potem? Też nic? – spytała Livia, nieco ostrożniej.
Obelix zwolnił jeszcze bardziej tak, że Livia niemal przystanęła.
– Wtedy jak już poszłaś z Mauriksem? – Spojrzał na nią niepewnie, a kiedy zauważył skinienie jej głowy, odszedł od niej o dwa kroki, uwalniając ramię i przez chwilę nerwowo przygryzał wargę. – Tak jakoś… nie miałem już ochoty.
Livia zatrzymała się i spuściła lekko głowę. Przez chwilę nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wokół słychać było tylko odgłosy zwierząt z pobliskich gospodarstw: meczenie kóz, gdakanie kur, odgłosy świń taplających się w błocie… Wreszcie Livia zebrała się w sobie.
– Obeliksie, ja… Chyba musimy sobie tamto wyjaśnić.
Obelix odwrócił się do niej powoli.
– Livio… Naprawdę cię przepraszam. Nie powinienem był krzyczeć.
Livia splotła dłonie na dole, zbliżając się do niego nieznacznie.
– Sama zachowywałam się nie najlepiej – przyznała.
Obelix zdecydowanie pokręcił głową.
– Ja bardziej.
Ruszyli razem dalej, tym razem wolniej i nieco niepewnie.
– Jak tylko znalazłam się w wiosce, jedną z pierwszych rzeczy, jakie przykuły moją uwagę, były właśnie menhiry – rzekła nagle bardziej ożywiona. – Byłam zdumiona, jak ktoś mógł czegoś takiego dokonać.
– No, tak, no… właśnie. – Obelix nagle się rozpogodził i od razu zaangażował się w tłumaczenie. – Bo ja naprawdę sam je od początku obrabiam, wygładzam te czubki, potem patrzę, czy dobrze stoi… Każdy jest trochę inny. Ale wiesz, nie wystarczy tylko tak mocno uderzać o skałę i…
– …trzeba precyzyjnie wyczuć linię kamienia, zanim stanie się menhirem.
– Właśnie.
– I jesteś z tego dumny. – Uśmiechnęła się szerzej.
– Tak. Bo patrzę potem na moje rzemiosło i myślę sobie „To zrobiłem ja”. I wtedy wiem, że umiem zrobić coś jeszcze. Nie tylko pobić Rzymian albo coś przenieść. Bo wiesz… Jestem trochę bardziej silny niż słaby i inni mnie często proszą, żebym zrobił to, tamto… Nie narzekam, naprawdę. Lubię pomagać, lubię, jak ktoś mnie potrzebuje, ale…
– …lubisz też czasem stworzyć coś naprawdę własnego. – Pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Właśnie…
– …i dlatego tak się zdenerwowałeś moim niezręcznym pytaniem o „kamienie”…
– Trochę… – zamilkł na chwilę i od razu spochmurniał. Odwrócił się do niej, jakby z obawą. – Bałaś się mnie wtedy?
Livia zatrzymała się. Obelix widział przez chwilę, jak patrzy z powagą w dół, wahając się. Twarz mu zesztywniała, gdy Livia powoli nabrała powietrza i wypuściła je, przymykając powieki.
– Tak…
– Wiedziałem… – westchnął z bezsilności i odwrócił się.
Livia po chwili namysłu zerknęła w jego stronę.
– Ale ochłonęłam, przemyślałam to i… z jakiegoś powodu bardzo chciałam, żebyśmy spróbowali to sobie wyjaśnić.
– Dlaczego? Jaki to powód? – spytał, czując nagłe zaintrygowanie i jednocześnie przebłysk nadziei.
Livia zrobiła kilka niespokojnych kroków, zastanawiając się, jak ubrać myśli w słowa.
– Bo wcześniej wszystko wyglądało trochę inaczej i miałam wrażenie, że z tobą… Na Odyna, jak to głupio brzmi…
– Wcale nie brzmi.
– Jeszcze nie skończyłam.
– Więc na razie nie brzmi głupio.
Nie wytrzymała. Parsknęła śmiechem, następnie odchrząknęła.
– To słuchaj. Jesteś tak bardzo inny od ludzi, których znałam wcześniej…
– To niedobrze, prawda? – spytał, przyglądając się jej badawczo.
– Raczej przeciwnie, bo… – Zwilżyła usta, po czym otworzyła je, jakby jeszcze się zastanawiała, czy kontynuować. – Jakoś z tobą zawsze było mi tak spokojnie.
– Ze mną? Jesteś pewna? – Obelix był wyraźnie zdezorientowany.
– No, chyba… Chyba tak… Jestem pewna. Bo z jakiegoś powodu ci zaufałam
– Urwała na moment, nie dowierzając, jak łatwo przeszło jej przez gardło to słowo.
– I chciałam z tobą przebywać. Chciałam chodzić z tobą na spacery, nawet jeśli nie było specjalnie powodu do rozmowy. Mogłam czasem powiedzieć coś bez większego sensu, mogłam nie wiedzieć czegoś o Galach i… jakoś nie przeszkadzało mi to aż tak. Po prostu… – Jej głos znacznie przycichł. – Czułam się wolna. Od dawna nie miałam tak przy nikim. Bez tego ciągłego… No strachu… I dlatego wtedy…
Livia przełknęła ślinę, czując pieczenie pod powiekami. Zacisnęła na moment wargi, po czym kontynuowała:
– …dlatego tak mnie to zabolało. Bo przez chwilę pomyślałam, że może się pomyliłam. Że to wszystko, co zaczęłam przy tobie czuć… że nagle mi to znika…
Głos jej się załamał, a jedna łza zdążyła wypłynąć z kącika oka. Otarła ją, niemal ze złością na siebie.
– Przepraszam… Przecież miała być to tylko rozmowa…
– Livio… – Obelix nagle poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. – Ja naprawdę nie chciałem… Nie chciałem, żebyś kiedykolwiek się mnie bała…
Livia wzięła głęboki wdech, spoglądając w niebo i próbując opanować emocje.
– Wiem. Dlatego przyszłam do ciebie. Bo… och, nie wiem, czy umiem to dobrze nazwać... Stałeś się dla mnie ważny i nie chciałam, żeby taka jedna głupia chwila wszystko popsuła.
Obelix zdał sobie wnet sprawę, że broda mu drży. Szybko odwrócił głowę, a jego ramiona uniosły się przy zaczerpnięciu powietrza.
– Obeliksie? – spytała Livia, nagle ciszej.
– Mhm. – Jego głos był podejrzanie cienki.
Zaczął poruszać się gwałtowniej, próbując zebrać się w sobie. Drżącymi rękami chwycił krawędź spodni i je podciągnął wyżej. Potem zdjął hełm, rzucił na niego krótko okiem, obracając niesfornie w palcach i założył go z powrotem. W końcu odchrząknął i zaczął mówić znacznie pogodniejszym tonem:
– To… dobrze. Bardzo dobrze, że sobie wyjaśniliśmy. Bo takie niewyjaśnione rzeczy są niedobre. Asterix też czasem coś źle zrozumie, tylko on zwykle udaje, że nie. W ogóle dziś jest ładna pogoda, pewnie dużo dzików będzie wychodzić i… chyba zaraz pójdę zobaczyć, czy Idefix nie jest głodny...
Obelix wiercił się i rozglądał się, jakby wszystko interesowało go poza Livią. Nie umknęło jej jednak to, że jego oczy stawały wilgotne. Mówił dalej, jakby bał się przestać.
– Ostatnio próbował kawałka mojego buta. Może czegoś mu brakowało i… i ryba chyba też nie będzie taka zła, jak się ją dobrze przypiecze. Chociaż sum… – Urwał, bo głos zaczął mu drżeć. Szybko zamrugał, odwracając twarz w bok i patrząc gdzieś w dal. – Chyba mam alergię na wiatr…
– Och.
Tylko tyle była w stanie odpowiedzieć. Stała nieruchomo, poruszona niemal w sposób krępujący. Widziała już w życiu wojowników: rannych, rozwścieczonych, zuchwałych, upokorzonych… Wiedziała, jak z nimi rozmawiać. Zawsze umiała znaleźć coś, dzięki czemu mogła częściowo rozładować atmosferę i jednocześnie ratować samą siebie. Ale to, na co teraz patrzyła, było dla niej czymś nieprawdopodobnym. Człowiek, który mógłby bez trudu rozbijać całe garnizony tych wszystkich dumnych żołnierzy, stał tu przed nią, nie potrafiąc spokojnie oddychać po kilku jej słowach, które go wzruszyły.
Obelix jeszcze raz zaczerpnął powietrza i na moment zacisnął powieki. Z jego gardła wyrwał się ledwie słyszalny, urwany dźwięk, który natychmiast stłumił wymuszonym kaszlem.
Livia spuściła tylko wzrok, czując, jak do jej oczu znów napływają łzy.
– No! – powiedział nieco zbyt gwałtownie. – Nie ma na co czekać. Chodźmy dalej, żebyś zdążyła.
Przytaknęła nieśmiało i po chwili ruszyli dalej. Warsztat był już w zasięgu wzroku, a między nimi zrobiło się cicho. Livia bardzo chciała jeszcze coś powiedzieć. Zwilżyła wargi, nabrała powietrza i spojrzała na niego. Wzrok miał przygaszony, ale kącik jego ust był lekko uniesiony.
– Od dawna z nikim tak nie rozmawiałam. Wiesz… brakowało mi tego. Cieszę się, że zgodziłeś się ze mną pójść.
– Ja też – odparł nagle bez wahania i spojrzał na nią. Poczuł mocniejsze uderzenie serca, gdy ich oczy znów się spotkały. – Naprawdę bardzo – dodał.
Kiedy stanęli przed warsztatem, Livia splotła nerwowo palce.
– Chyba muszę iść.
– No – odpowiedział Obelix, przytakując lekko.
Jednak przez kilka chwil żadne z nich się nie ruszyło. Wtem Obelix zerknął jeszcze na nią. Livia odwróciła się powoli w jego stronę tak, że stanęli naprzeciwko siebie.
– Dziękuję ci – szepnęła.
– Ja dziękuję, że jednak postanowiłaś wrócić. Myślałem, że się obrazisz, albo, co gorsza, będziesz się mnie bała i już nigdy… – zamilkł, przełykając ślinę. Serce drżało mu niespokojnie.
Livia pokręciła głową i uśmiechnęła się ciepło, a jej oczy zaszkliły się.
– Nie… – powiedziała krótko, niemal półgłosem.
Obelix patrzył na jej twarz i zanim zdążył pomyśleć, uniósł powoli dłoń i skierował do jej policzka, jakby chciał go dotknąć.
Livia, nie spuszczając z niego wzroku, zastygła jeszcze bardziej, gdy jego dłoń znalazła się już bardzo blisko jej twarzy.
Nagle Obelix zesztywniał. Palce niezręcznie zmieniły kierunek i delikatnie musnęły pasmo jej włosów. Machnął nimi kilka razy obok jej skroni.
– Owad – powiedział.
– Co za owad? – Jej głos nadal był stłumiony.
– A… taki mały – odparł, przyglądając się przez moment pustej przestrzeni. – Już sobie poleciał.
Livia opuściła wzrok, ukrywając uśmiech.
Wtem z warsztatu dobiegło kilka kobiecych śmiechów i głos pani Długowieczniksowej. Na jego dźwięk Livia prawie podskoczyła.
– Livia! My tu pracujemy, czy urządzamy sobie spotkania towarzyskie?
– Już idę!
– Musisz iść – odpowiedział Obelix i odsunął się niepewnie o krok.
Livia przytaknęła i poczyniła dwa, bardzo wolne kroki ku wejściu. Zatrzymała się i jeszcze raz odwróciła w jego stronę. Obelix wciąż nie ruszał się z miejsca. Wróciła do niego i bez większego namysłu ujęła jego ciepłą dłoń w obie swoje. Obelix aż drgnął.
– Dziękuję jeszcze raz – szepnęła – To naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Patrzył na nią bez słowa, czując, jak czoło i kark zaczynają mu się robić zbyt ciepłe.
Livia nie puszczała jego dłoni. Jej serce waliło zbyt szybko.
– Livio! – dobiegło ponownie z warsztatu.
Dopiero teraz Livia zdała sobie sprawę, jak długo trzymała Obeliksa za rękę.
– Już idę! – Odwróciła się i szybko weszła do środka.
Obelix jeszcze przez chwilę stał w miejscu. Spojrzał na własną dłoń, potem na wejście do warsztatu i dopiero wtedy na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.
***
Maurix nie mógł pojąć, dlaczego jego starania spotkały się z takim traktowaniem ze strony Livii. Ostatnie wydarzenie było dla niego upokarzającym policzkiem, absolutnie nie do zniesienia. W dodatku jeszcze ten uśmieszek Asteriksa… Najbardziej jednak drażniła go myśl o Obeliksie, którego Livia tak nagle wzięła pod rękę i zostawiła go w tyle, jakby nie było to dla niej najmniejszym problemem. Jakby wybór między nimi był czymś oczywistym. Kim on w ogóle jest, że można było wybrać go zamiast mnie?
„Ten grubas? Ten impulsywny gamoń i obżartuch?” – myślał z frustracją.
W końcu zaczęło to narastać w nim do tego stopnia, że następnego dnia, gdy słońce powoli znikało już za horyzontem, zawitał do Airy. Chciał przemówić Livii do rozsądku. Zdecydowanie nie wiedziała, co robi. Może jeszcze nie potrafiła uporządkować swoich problemów.
– Muszę niezwłocznie porozmawiać z Livią – zadeklarował stanowczo. – Proszę, niech pani mnie wpuści, jeśli pani łaskawa.
– Jest tam w izbie – wskazała Aira beznamiętnie, choć jak tylko Maurix przekroczył próg, zrobiła się cała blada i zaczęła się trząść. Cały czas zachowywała czujność, stojąc w progu, gotowa kogoś wezwać.
Tymczasem Livia, wyglądając przez okno, w pewnym momencie dostrzegła wędrujący w oddali, olbrzymi głaz. Kołysał się dość zabawnie, ale…
Na Odyna, kamienie chyba nie umieją chodzić!
Po chwili dostrzegła zarys tej charakterystycznej, postawnej i zaokrąglonej sylwetki.
No, tak! To przecież Obelix. Kochany, poczciwy Obelix... Jak to spektakularnie wygląda! Ktoś tak duży niesie jeszcze większy głaz...
Przez chwilę chciała wyjść, ale nie... Nie może mu przeszkadzać… Zbyt dobrze pamiętała, czym to może się skończyć. Obelix – niezgrabny, ale pełen entuzjazmu – wykonywał pracę, którą przecież tak kochał…
W pewnym momencie podbiegło do niego troje dzieci, wyraźnie pod wrażeniem wielkości głazu. Livia wstrzymała oddech, ale zaraz się uspokoiła. Obelix ochoczo zaprezentował dzieciom swój wytwór. Wnet, ruszywszy kamieniem nieco za wysoko, niemal zniszczył wiszącą nad nim wielką wiązankę świeżych, ozdobnych wieńców. Strącił co prawda kilka gałązek, jednak odstawił szybko ciężar, aż ziemia lekko zadrżała, i spróbował naprawić sytuację, wpychając gałązki z powrotem między zaplecione łodygi. Estetyczna konstrukcja była już jednak nie do uratowania.
Obeliksie… – wyrwała jej się nagle myśl. – Gdybyś ty wiedział, ile dla mnie znaczysz…
W tym czasie Maurix wszedł cicho do pokoju. Zorientował się, że Livia przygląda się Obeliksowi.
– Naprawdę nie rozumiem, co ty takiego w nim widzisz – zaczął z przekąsem.
Livia poczuła serce w gardle. Odwróciła się gwałtownie.
– Co ty tu robisz, Mauriksie?
– Musimy porozmawiać.
– O co chodzi? – spytała, starając się sprawiać wrażenie opanowanej, choć po całym ciele zaczęły przechodzić ją dreszcze.
– Spójrz tylko. – Wskazał ręką, zbliżywszy się do okna. – Przecież Obelix ledwo potrafi chodzić bez demolowania wszystkiego wokół. To cię tak bawi w tym narwanym łakomczuchu?
Livia odwróciła się do niego z wyraźnym zaskoczeniem.
– Mauriksie, jak ty możesz w ogóle…
Maurix zwężył na chwilę usta i od razu wszedł jej w słowo – cicho, choć stanowczo.
– Livio… Mówię ci to dla twojego dobra. Nie oszukujmy się. Żałujesz go… Pomyliłaś zwykłą litość z czymś więcej. Martwię się o ciebie. Kto poważny mógłby…
Jego słowa były jak trucizna. Livia z każdą chwilą czuła, jak wzbiera w niej gniew. W końcu wybuchła:
– Wiesz co, Maurix? – Jej głos był pełen zimnej stanowczości. – Wypraszam sobie, żebyś mi sugerował, co ja czuję. Twoje próby poniżania Obeliksa tylko udowadniają, jak podłym, małym człowiekiem jesteś.
Maurix drgnął. Przez chwilę tylko na siebie patrzyli.
– Słucham? I ty mówisz o poniżaniu? Po tym jak wczoraj mnie potraktowałaś?
– Nic ci nie zrobiłam. Nie jestem ci nic winna.
– A jemu jesteś? – rzucił ostro. – Temu wielkoludowi? Naprawdę nie widzisz, jaki on jest?
– Do pięt mu nie dorastasz – powiedziała mu prosto w oczy, a jej powieka lekko zadrżała.
Wtem Maurix zbliżył się gwałtownie. Przez chwilę wydawało się, jakby chciał ją uderzyć. Livia jednak nie zamierzała pokazać mu strachu.
Maurix uśmiechnął się drwiąco.
– Skoro tak chcesz to rozegrać… Żal mi ciebie, Livio. Obelix nigdy nie zrozumie twoich potrzeb ani pragnień. Ja poświęcałem ci czas, kiedy byłaś tutaj obca i prawie nikogo nie znałaś. Słuchałem rzeczy, których bałaś się powiedzieć innym. Troszczyłem się o ciebie, choć przecież wcale nie musiałem.
Livia uniosła lekko głowę, nie spuszczając z niego wzroku.
– Doskonale poradzę sobie bez twojej troski.
Maurix zrobił wdech, jakby chciał zapanować nad sobą.
– Oj, Livio – pokręcił głową. – Już niedługo… a wspomnisz moje słowa. Będziesz żałować swych prób upokorzenia kogoś, kto tyle dla ciebie robił.
– Nie obchodzi mnie to, Mauriksie. I jeśli myślisz, że możesz mnie zastraszyć, to się mylisz.
Maurix zastygł na moment, zaskoczony jej stanowczością. Po chwili zaczął chichotać. Jednak był to chichot pełen wyższości i drwiny.
– Rzymianie mają długą pamięć, Livio – powiedział cicho. – A ty… zostawiłaś po sobie więcej śladów, niż sądzisz. – Podszedł jeszcze bliżej. Teraz dzieliło ich tylko pół kroku. – Jedno słowo – dodał szeptem. – I twoje „bezpieczne schronienie” przestanie istnieć. Możesz jeszcze podjąć decyzję. Wciąż daję ci szansę.
– A więc widzę, że mi grozisz. – Pokiwała głową Livia, krzyżując ramiona.
– Nie grożę. Nie zmuszaj mnie tylko do rzeczy, których nie chciałbym ci zrobić.
Livia patrzyła na niego z niezłomną determinacją.
– Nie boję się ciebie, Mauriksie – powiedziała spokojnie. – Cokolwiek mi zrobisz, nie zmieni to już prawdy o tobie. Maska opadła. Możesz już wyjść.
Maurix przez moment mrużył powieki. Nagle chwycił ją za twarz i przycisnął jej usta do swoich.
Livia zesztywniała. Po chwili szarpnęła głową i odskoczyła gwałtownie, niemal tracąc równowagę, i zaparła się dłonią o ramę okna. Ruszyła panicznie ręką i natrafiła na opartą przy oknie przęślicę. Pochwyciła ją bez zastanowienia i skierowała w stronę Mauriksa. Jej źrenice rozszerzyły się, twarz zadrgała, a oddech natychmiast przyspieszył.
Maurix popatrzył tylko na nią pobłażliwie.
– Panuj nad sobą. Tylko się pożegnałem.
Po tych słowach pokręcił głową, parsknął śmiechem i wolnym krokiem opuścił izbę.
Livia stała tak jeszcze przez kilka chwil. Dopiero gdy jego kroki zupełnie ucichły, poczuła się słabo. Upuściła przęślicę i opadła na posłanie, łapiąc się za głowę.
Upłynęło trochę czasu, zanim jej oddech się unormował, dłonie przestały drżeć, a ona była w stanie ponownie wstać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania