Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Touchdown! – Rozdział 6

Ostatni dzień przed meczem z Brawlersami…

 

Dwa dni… dwa cholerne dni. Tyle czasu zajęło mi pogodzenie się z myślą, że Kevin MÓGŁ być odpowiedzialnym śmierci pani Holt. Próbowałem wszystkiego… układania logicznych dla mnie scenariuszy i powodów, dla których jego Mustang był wtedy przed domem, nieprzyjmowania tego, co się stało do wiadomości, szukania alibi dla Taylora… Ale nic z tego. Kevin był podejrzany, a i nic nie mogłem z tym zrobić. Nie było go z nami, to BYŁ jego samochód… to mówi samo za siebie, prawda? Nie… nie mogę tak myśleć! Musi być jakieś wyjaśnienie, PO PROSTU MUSI! Rozmawiałem też o tym z Jen podczas naszej wczorajszej randki, ale jej również nic nie przychodziło do głowy, chociaż też powtarzała, że nie wierzy aby to Taylor siedział za kierownicą Mustanga. Może ktoś mu go ukradł?

— Kev… proszę… bądź niewinny… – powiedziałem patrząc na siebie w lustro w moim pokoju. Znowu wyglądam jak Pearl Harbor po ataku Japońców. Muszę się w końcu dobrze wyspać. Ale do cholery jasnej… jak mam porządnie sypiać ze świadomością, że jeden z moich przyjaciół może być mordercą?! No i jeszcze ten mecz z Brawlersami. Może to niepodobne do mnie, ale trochę się ich boję. Ta banda sadystów gra tak jakby miała gdzieś, że sędzia nałoży na nich kary jardowe. W zeszłym roku grali tak ostro, że co najmniej dwóch zawodników grających przeciwko nim opuszczało boisko na noszach, w tym nasz rozgrywający, który był w pierwszej drużynie przede mną. Efekt? Nowy rekord Teksasu w najmniejszej liczbie zdobytych przez przeciwników jardów. Ale chwileczkę… z takim podejściem na pewno przegramy! Nie możemy do tego dopuścić! Z Kevinem porozmawiam o tym jutro po meczu, na razie skupmy się na rzeczach najważniejszych dla miasteczka!

— Synu! Przygotowałeś się już? Musimy porozmawiać. Zejdź na dół na śniadanie… – powiedział do mnie ojciec po nagłym wejściu do mojego pokoju. Brzmiał na dosyć niepocieszonego. Odruchowo spojrzałem w jego stronę. Na szczęście byłem już w pełni ubrany, więc nie miał powodu, żeby mnie zgnoić za nieprzygotowanie.

— Tak, tato! Spokojnie, już idę! – odpowiedziałem luźno i po chwili zszedłem na dół, gdzie przy stole w jadalni czekali na mnie mama i tata. Oboje byli niezadowoleni. Poczułem niepokój. Ciekaw jestem co mają do powiedzenia…

— Paul… trener Frank dzwonił dzisiaj do nas i powiedział nam co ty i reszta drużyny zrobiliście na treningu Justinowi… – zaczęła mama. Upłynęły dwie sekundy zanim zdałem sobie sprawę o czym mowa: starzy dowiedzieli się o naszej małej „zemście” na tym mięczaku.

— Justin, hmm? A więc tak ma na imię… zapamiętam… – powiedziałem cicho do siebie i uśmiechnąłem się. Przydatna wiadomość, w sumie…

— Może byś się przestał głupio szczerzyć?! – skarcił mnie nagle ojciec. — O czym wy myśleliście?! Co to miało znaczyć?! Co ci mówiłem o znęcaniu się nad innymi?!

— Że mam to zostawić dla tych, którzy na to zasługują… – odparłem monotonnie. — Ale mamo, tato! On naprawdę sobie zasługuje na takie traktowanie! Ten skur…

— JĘZYK! – przerwał mi ojciec i wskazał mnie palcem.

— Przepraszam… – burknąłem. — Ten… drań… prawdopodobnie zabił matkę Chase’a! Zasługuje na najgorsze gó… rzeczy, które można sobie wyobrazić! – próbowałem wytłumaczyć, ale ku mojemu zdziwieniu to nie robiło na nich wrażenia.

— To zbadają szeryf Walton i jego ludzie! Tobie i reszcie chłopaków nie powinno być nic do tego! Macie mecz jutro i to powinno być waszym priorytetem! Brawlersi to w końcu zeszłoroczni rekordziści pod względem jak najmniejszej liczby straconych w obronie jardów! – odpowiedział mi ojciec. Serio, jak on może być tak krótkowzroczny?! A może nie zna całej historii? — Skąd w ogóle takie podejrzenie?! – spytał. I tego się właśnie obawiałem.

— No bo my… – próbowałem wyjaśnić, ale on i tak się domyślił…

— Bo już wcześniej się nad nim znęcaliście? Paul, nie możesz się tak zachowywać. To do niczego dobrego nie prowadzi! Tłumaczyliśmy ci to już z dobry milion razy! – powiedział stanowczo.

— Tata ma rację, synku. A teraz jedz śniadanie. Ted i reszta twoich kolegów powinni się zjawić… – nie dokończyła, gdy nagle usłyszała znajomy klakson. — … teraz. – dopowiedziała, po czym szybko zjadłem kilka kanapek, pożegnałem się ze starymi i poszedłem w stronę auta Teda. Na pace już znajdowali się Darius, Ramon i właśnie Kevin. Byli w równie nieciekawych nastrojach i mogłem się tylko domyślać dlaczego… Westchnąłem tylko i dołączyłem do kolegów, po czym Ted ruszył w stronę szkoły.

— Ciebie też starzy opieprzyli za tego ćwoka? – spytał mnie Darius.

— Żebyś wiedział. Aż mam ochotę znów na niego wpaść na treningu. Ale dlaczego tak się o to wściekli? Przecież to on stoi za śmiercią matki Chase’a! – odpowiedziałem mu.

— Spokojnie, jak nikt nie będzie widział, znowu mu dokopiemy! – wtrącił się Ramon. — Taka mała rozgrzewka przed jutrzejszym spotkaniem z Brawlersami!

— Musimy wygrać ten mecz, chłopaki… Brawlersi to banda sadystów! – próbował nas zachęcić Kevin. Naprawdę chciałem pogadać z nim o tym wszystkim, ale teraz nie był raczej dobry moment na to, zwłaszcza, że właśnie na pakę wskoczył Chase. Był wściekły jak diabli.

— Chase? Coś się stało? – spytałem, choć dobrze znałem odpowiedź.

— Stary zrobił mi awanturę o tego mięczaka, który zabił moją matkę! Twierdzi, że nie mamy prawa wymierzać samosądów oraz że nie mamy dowodów i spuści mi łomot stulecia, jeśli znów zrobimy coś takiego! Co za dupek z niego! Ja chcę wymierzyć mu sprawiedliwość za skrzywdzenie naszej rodziny, a on co?! Mówimy tu nie tylko o mojej matce, ale też o jego żonie. Jestem pewien, że tak naprawdę sam chciałby go wypatroszyć jak prosiaka w rzeźni! – tłumaczył wściekły. Nie dziwię mu się, ale też trochę przejąłem się słowami jego ojca. To fakt, niewiele potrzeba, żeby wyprowadzić pana Holta z równowagi. Jak byliśmy mali i wyszło na jaw kiedyś, że Chase znęcał się nad jakiś dziesięciolatkiem z naszej szkoły, jego stary tak się wściekł, że uderzył go na naszych oczach! Na szczęście nie był to jakiś szczególnie silny cios, ale Chase miał traumę bardzo długo.

— Hej, Kev… – zaczepiłem mojego skrzydłowego z ciekawości. — Twoje auto… wybierałeś się nim na przejażdżkę ostatnio? Coś mogło być z nim nie tak? – spytałem subtelnie. Miałem nie poruszać tematu, ale uznałem, że jeśli zrobię to dyskretnie, uniknę smrodu, który zrobiłby się, gdybym spytał bezpośrednio.

— Co? Eee… nie? Nie, wszystko w porządku z moim Mustangiem. Tylko… wydaje jakieś dziwne dźwięki przy skręcaniu! – odpowiedział Kevin z uśmiechem, chociaż w jego tonie głosu wyczułem zakłopotanie. Nie poprawiło mi to humoru ani trochę… Nie, Taylor nie mógł tego zrobić, chociaż… co, jeśli trener Frank maczał w tym palce? To by wyjaśniało ich dziwaczne zachowanie…

Moje myśli przerwał jednak Ted, który w końcu zawiózł nas pod szkołę i oznajmił nam to klaksonem samochodu. Wszyscy wysiedliśmy i udaliśmy się do środka, gdzie czekała na mnie Jennifer.

— Och, Paul! Jak dobrze, że jesteś! Chodź, musimy pogadać! – oznajmiła łapiąc mnie za rękę i ciągnąć na korytarz znajdujący się po prawej. Wyglądała na spanikowaną, chociaż moi kumple patrzyli jak odchodzimy z uśmiechami. Prawdopodobnie myśleli, że idziemy się kochać…

— Hej, Jen… co się dzieje, o czym chcesz pogadać? – spytałem idąc za nią. Ona nic nie odpowiedziała i ciągnęła mnie dalej. Zastanawiałem się dokąd mnie zabierała i trochę martwiło mnie jej przerażenie. Czyżby ten cholerny strzelec znów uderzył?! Nie, całe Whitewall by o tym huczało, nie mówiąc już o informacji od ojca Teda. W końcu zatrzymaliśmy się na sali gimnastycznej. Jennifer rozejrzała się dookoła czy nikogo nie ma…

— No dobra… jesteśmy sami… słuchaj, mamy mega problem! – oznajmiła zaniepokojona.

— Spokojnie…spokojnie… okej… – powiedziała cicho do siebie po kilku wdechach i wydechach. — Chciałam ci dać mały prezent przed meczem z Brawlersami, ok? Więc poszłam w stronę twojej szafki, patrzę, a tam wystaje kartka! – wytłumaczyła trzęsąc się.

— Kartka? Jaka kartka?! – spytałem, pomijając temat prezentu. I wtedy zastanowiłem się chwilę i zacząłem się domyślać o czym mówiła Jennifer…

— Najlepiej sam przeczytaj… – powiedziała i podała mi złożony kawałek papieru. Powoli wziąłem go od niej i otworzyłem. Jego zawartość sprawiła, że poczułem się jakby mój żołądek stał się bezdenny…

„TO BYŁ MAŁY ZWIASTUN MOJEJ POTĘGI. NIE POWSTRZYMACIE MNIE PRZED MOJĄ ZEMSTĄ, SUKINSYNY! WASZE TYŁKI BĘDĄ MOJE”

Z szoku aż opuściłem kartkę i nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Więc to był tylko przedsmak czyjejś zemsty?! Czy to oznacza, że to jeszcze nie koniec?! Tego wszystkiego było za wiele…

— Skarbie… boję się… – powiedziała Jennifer. — Ja nie chcę umierać! Nie chcę, żeby ktokolwiek umarł! – dodała patrząc na mnie ze łzami w oczach i przytuliła mnie mocno.

— Spokojnie, Jen… wszystko będzie dobrze, obiecuję. Znajdziemy tego sukinsyna i wymierzymy mu sprawiedliwość… Ale spróbujmy o tym nie myśleć na razie. Mamy jutro mecz do wygrania. Ty i ja musimy dać z siebie wszystko prawda? – spytałem z nadzieją, że ją uspokoję. Czułem, że to nie był najlepszy dobór słów z mojej strony, ale nic lepszego nie mogłem wymyślić. Na szczęście podziałało, bo Jennifer tylko otarła oczy i kiwnęła twierdząco głową. — Zobaczysz, ta historia będzie miała szczęśliwe zakończenie… – dokończyłem i pocałowałem ją czule. Po paru minutach stania wtulonym w siebie zadzwonił dzwonek i udaliśmy się na zajęcia. Nawet jakby obchodziło mnie co mówi nauczycielka to i tak nie mógłbym się skupić. Nie z powodu tego listu i jutrzejszego meczu. A co, jeśli właśnie na nim coś się wydarzy? Muszę mieć oczy szeroko otwarte i przede wszystkim… powiedzieć reszcie naszej paczki. Nie mogę tego trzymać w tajemnicy. Boję się tylko tego jak Kevin zareaguje. W końcu to był JEGO samochód. Teraz jak o nim myślę to przypomina mi się jego odpowiedź na moje pytanie odnośnie Mustanga. Zupełnie jakby… nie wiedział co powiedzieć i wymyślać na poczekaniu wymówkę…

— Paul? – zawołała mnie nagle nauczycielka, na co od razu spojrzałem w jej stronę odciągnięty od swoich rozmyślań.

— Tak, proszę pani? – spytałem bawiąc się długopisem na biurku.

— Trener Frank kazał mi przekazać, że ty oraz panowie Bautista, Holt, Winnington, Walton oraz Taylor macie się zjawić po lekcjach na boisku futbolowym. Wspominał coś o karze za karygodne potraktowanie rówieśnika. – wyjaśniła. No pięknie… chyba naprawdę wszyscy uwzięli się na nas przez tego siusiumajtka na deskorolce i jego bladej laleczki. Pierwszy raz zostaliśmy ukarani za coś takiego. Jak dotąd, wszystkie żarty lub złośliwości, które płataliśmy innym uchodziły nam płazem ze względu na prestiż, jakim cieszyliśmy się w szkole. Czemu nagle to się zmieniło? Ja oraz reszta ukaranych znajdujących się w klasie westchnęliśmy zawiedzeni. Wygląda na to, że moja randka z Jen będzie musiała trochę poczekać.

— Rozumiemy… dziękujemy za informację, pani Foley… – odpowiedziałem znużonym głosem i oparłem głowę na skrzyżowanych rękach. Czułem, że to będzie bardzo długi dzień, gdy nagle dostałem kartką od Jennifer. Zapewne zawiera informację, więc rozwinąłem ją i odczytałem zawartość…

„Nie przejmuj się, skarbie, przekonam kilka dziewczyn od składu i razem przyjdziemy do was! Chociaż tak spędzimy razem dzień…”

Spojrzałem w jej stronę z uśmiechem, na co ona puściła mi oczko. Ta to wie jak mi poprawić humor… chociaż może starczy już tych liścików? Przez wiadomość od tego psychola wpadnę chyba w jakąś listo-fobię…

 

Po zajęciach, boisko drużyny Whitewall Devils…

Przyszedłem na boisko, gdzie czekali już na mnie inni ukarani. Żaden z nas nie był z tego powodu zadowolony. Co takiego ten stary piernik zaplanował? I to jeszcze przed meczem?! Nie, myślę, że nie będzie nam kazał wykonywał pełno kontaktowych ćwiczeń ani samobójczego cardio. Nie w taki dzień! Przez swoje przemyślenia zauważyłem, że nie ma z nami Kevina.

— Ktoś widział Kev’a? – spytałem chłopaków. — W sumie nie widziałem go od pojawienia się w szkole…

— My też nie! – odpowiedział Zane. — Ale mnie martwi bardziej czego trener Frank od nas chce i dlaczego akurat dzisiaj, kiedy miałem zaprosić do siebie Rebeccę na wieczór filmowy! Stary specjalnie kupił mi nowy telewizor na tą okazję! – marudził dalej w swoim stylu.

— Normalnie bym ci kazał się zamknąć z tym marudzeniem, ale tym razem podpisuję się pod tym zażaleniem… – westchnął Chase. — Też miałem plany co do mojej ukochanej rudowłosej piękności z Polski…

— Wiecie, Taylor ostatnio jakoś dziwnie się zachowuje w obecności trenera… – wtrącił się Ted. — Tak jakby starał się go unikać, a rozmowa z nim była dla niego torturą.

Słowa mojego ulubionego liniowego ofensywnego wprawiły mnie w osłupienie. A więc nie oszalałem! Nie tylko ja zauważyłem, że coś jest nie tak! Tylko co…

— Więc ty też to widzisz? – zadałem Waltonowi pytanie retoryczne. — Coś między nimi jest, ale nie potrafię powiedzieć co…

— Hej… a co, jeśli trener Frank i Taylor… – zaczął mówić zaniepokojony Holt.

— Chase, amigo, zamknij się! – uciszył go Ramon. — Fuj, na samą myśl, żeby ten anciano i nasz Kevin… Gracias, idiota! Zostanie mi po tym uraz na całe życie! – dodał z obrzydzeniem, na co wszyscy parsknęliśmy śmiechem. Owszem, była to kretyńska teoria, zwłaszcza że chyba trener Frank już… nie może… nie, teraz ja to sobie wyobrażam! Ohyda! — Jak ty się w ogóle trzymasz, Chase? Wszystko w porządku, amigo? – spytał.

— Tak, tak, ja już powoli dochodzę do siebie. Gorzej z ojcem… – odparł ze spuszczoną głową.

— Wiem jak to jest, ese… Jak mówiłem, ja też straciłem członka familii przedwcześnie.

No właśnie… Ramon kiedyś coś wspominał o swojej rodzinie, ale nigdy nie wyjaśnił co dokładnie się stało.

— Naprawdę? Ale chyba nie…? – powiedziałem zaciekawiony.

— Nie, to było jeszcze jak mieszkałem na przedmieściach Las Vegas. Mój padre podpadł pewnej grupie motocyklistów i wtedy… przepraszam, nie chcę o tym rozmawiać, opowiem wam kiedy indziej, dobrze?

— Zgoda. – odpowiedzieliśmy wszyscy, choć próbowaliśmy ukryć rozczarowanie. Ale cóż, nie powiedział, że nie powie W OGÓLE, więc w końcu na pewno uznamy prawdę. To jednak musiało poczekać, gdyż w końcu pojawiły się dwie zguby w postaci Kevina i trenera Franka. Nasz skrzydłowy z dredami przywitał się, po czym trener kazał nam ustawić się w półkole. Zdecydowanie nie był uradowany.

— Chłopcy… to, co zrobiliście Justinowi na ostatnim treningu było niewybaczalne! Takim zachowaniem hańbicie nie tylko imię naszej drużyny, ale także całej szkoły jak i miasteczka! Możecie sobie wyobrazić co by było, gdyby ktoś z Lemon Hill był na przeszpiegach i zauważył ten rażący brak dyscypliny?! Kompromitacja! – przemawiał oburzony. — Ale przynajmniej było śmiesznie, tak?! BYŁO ŚMIESZNIE?! – zagrzmiał nagle i spojrzał Ramonowi prosto w oczy. Ten z kolei opuścił wzrok w strachu, co było u niego niespotykane. —Spokojnie, mam sposoby nie niezdyscyplinowanych gnojków takich jak wy! Trening podań! Parish! Będziesz przyjmował piłkę od Waltona i podawał do Bautisty lub Taylora! Holt i Winnington! Waszym zadaniem będzie krycie skrzydłowych i niedopuszczenie do sukcesu w podaniu! Jakieś pytania?!

— Trenerze, może jednak kogoś jeszcze pan sprowadzi? Jestem szybki, ale za Ramonem nie nadążam mimo wszystko! – podniósł rękę Holt.

— Ale z ciebie maruda, Chase… ale masz rację, zaraz kogoś znajdę do krycia Bautisty… – westchnął trener Frank i zaczął się rozglądać. Jak na zawołanie pojawiły się Jennifer, Rebecca, Anna, Jasmine i ktoś jeszcze… jakiś chłopak. Był dosyć chudy, miał bladą skórę i krótkie kasztanowe włosy. Zauważyłem, że kiedy laski coś do niego gadały, on wykonywał jakieś dziwne gesty rękoma. Wyglądało to w sumie komicznie. — Wygląda na to, że będziecie mieli publiczność… Tylko skupcie się na treningu! – rozkazał trener i podszedł w stronę trybun. Zauważyłem, że wymieniał z tym chłopakiem parę słów. Po chwili trener wracał do nas z nim obok. Nie… czy to możliwe?

— TEN GOŚĆ ma grać na obronie? – spytał z niedowierzaniem Zane. — Przecież nawet Kevin go złamie!

— Nie żaden gość tylko Eric! I tak, będzie krył Kevina! – odpowiedział mu trener, po czym ten chudzielec podszedł do nas.

— Hej… Eric Palmer! – przedstawił się dosyć ponuro i wykonał znów jakieś gesty. Zdecydowałem się to pominąć.

— Ok… cześć, Eric! Zajmij pozycję przed Taylorem i możemy zaczynać! – powiedziałem do niego z uśmiechem i uścisnąłem mu rękę. W końcu zaczęliśmy trening. Od razu postanowiłem sprawdzić, co ten dziwak potrafi albo czego nie potrafi. Kto wie, może będzie śmiesznie… Dałem sygnał i moi skrzydłowi ruszyli. Ku mojemu zdziwieniu, Eric dawał sobie radę z kryciem Kevina. Na szczęście Ramon nie miał żadnych problemów z Zane’em, więc to on złapał moje podanie na trzynaście jardów. Dziewczyny zaczęły wiwatować jakby były na prawdziwym meczu, a zwłaszcza moja ukochana Jennifer. Byłem zadowolony z tego początku. Zaliczyłem później kilka celnych podań, aż w końcu znaleźliśmy się na piętnastym jardzie połowy boiska należącej do obrony. Wszystkie podania jak dotąd trafiały do Ramona, więc postanowiłem zrobić wyjątek. Po sygnale Kevin ruszył i próbował zmylić Erica, co na początku się udało. Niewiele myśląc rzuciłem piłkę w jego stronę, gdy nagle ten chudzielec wyciągnął rękę i… przechwycił moje podanie. Byłem w szoku. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Koleś, który chyba nigdy wcześniej nie dotknął piłki futbolowej przechwycił podanie najlepszego rozgrywającego w Teksasie?! Cholera, mam nadzieję, że nikt prócz cheerleaderek tego nie widział…

— Dobra, panienki, na dzisiaj wystarczy! – powiedział trener Frank. — Jestem dobrej myśli odnośnie tego meczu! Jutro zaliczymy nasze kolejne zwycięstwo! A jeśli chodzi o Ciebie, Eric… – zwrócił się nagle do chudego. — Gratulacje, synu! Jesteś przyjęty! – oznajmił z uśmiechem. Wszyscy byliśmy zdziwieni, ale żaden nie kwestionował decyzji trenera. W sumie gość nawet jest szybki i ma dobry refleks, a jak popracuje nad techniką i nabierze doświadczenia to może coś z niego będzie. No i o co chodzi z tymi dziwacznymi ruchami rękoma?

Po złożeniu mu zasłużonych gratulacji wszyscy w dobrych nastrojach udaliśmy się do szatni. Niestety, szybko prysły one, kiedy zobaczyliśmy lalusia, którego woleliśmy nie oglądać…

— Co ty tu robisz, mięczaku?! – spytałem wściekły.

— Nic, co powinno was obchodzić! Zostawiłem tu coś… – odwarknął Justin.

— Jasne, że zostawiłeś, ale swoją męskość w przedszkolu! – dogadał mu Zane, na co wszyscy poza Eric’iem parsknęliśmy śmiechem.

— A może szukasz kolejnych ofiar? Moją mamę już odstrzeliłeś, ale ciągle ci mało… – podszedł do niego bojowo Holt.

— Zgłupiałeś do reszty?! Po co miałbym zabijać twoją matkę?! Już bym wolał zabić ciebie, gdybym miał taką możliwość! – odpowiedział mu skejt chamskim głosem. Chase nie wytrzymał. Chwycił gościa za szmaty i rzucił nim o ścianę. — Oszaleliście do reszty! Żałuję, że ten psychol was nie powystrzelał… – wycharczał w naszą stronę.

— Znajdę dowody na ciebie i osobiście zaprowadzę do szeryfa Waltona… Odpowiesz na wszystko, ćwoku... – powiedział mrocznym głosem Chase, a my wyszliśmy za nim. Zane nie omieszkał się jednak przedtem splunąć na tego całego Justina. Trochę nie dawała mi spokoju obecność tego typa w szatni. Co on tam robił tak naprawdę? Rozmyślanie na ten temat na razie zostawię, ponieważ nasze laski stanęły przed nami.

— Już po treningu, panowie? – spytała Jasmine.

— Nie było w sumie tak źle… Ten Eric to niezły gracz tylko jakiś dziwny jest! – stwierdziłem. — O co chodzi z tymi gestami? I dlaczego wcześniej się nie zapisał skoro jest takim geniuszem? – spytałem. Jasmine chyba naprawdę się wkurzyła na mnie, bo zmierzyła mnie surowym spojrzeniem.

— Jesteś taki głupi, Parish… słowo daję, większego głąba tu nie ma chyba… – powiedziała.

— Ty, uważaj sobie! – zwróciła jej uwagę Jennifer. — Ale naprawdę, o co chodzi z tym gościem?

— Jest głuchy! – odpowiedziała czarnoskóra cheerleaderka. — Jest głuchy i myśli, że przez swoją chorobę jest bezużyteczny! A te ruchy rękoma to język migowy! Słyszeliście kiedyś o czymś takim?

Wszyscy byliśmy w chwilowym szoku, ale przypomniałem coś sobie…

— Ale… ale chwileczkę! – wtrąciłem się. — To jakim cudem rozumiał co do niego mówimy!

— Bo czyta z ruchu ust… – wyjaśniła Jasmine.

— To prawda… ale tylko słuch mam popsuty. Wzrok, refleks i całą resztę chcę opanować do perfekcji! – wtrącił się nagle Eric i stanął między nami. Wyglądał na niezadowolonego. To był jeden z tych rzadkich momentów w moim życiu, kiedy autentycznie zrobiło mi się głupio.

— Przepraszam, Palmer… nie wiedziałem i nie domyśliłem się. Dobry z ciebie zawodnik i nie mogę się doczekać co zaprezentujesz jutro! – powiedziałem pokornie i położyłem mu rękę na ramieniu. Jasmine w tym czasie gestami tłumaczyła każde moje słowo. Chłopak jednak nadal nie był w najlepszym nastroju.

— Ja też, ale… nie znam taktyk… – odparł.

— Wyluzuj, będziemy ci wszystko tłumaczyć! – wtrącił się Chase. — Dasz radę!

Po tym lekkim „ochłodzeniu” sytuacji wszyscy opuściliśmy szkołę, żeby w końcu ruszyć do domu. Nagle na drodze stanąl mi Kevin.

— Paul, możemy pogadać chwilę odnośnie jutrzejszego meczu? Na osobności? – spytał.

— Jasne, Kev! – odrzekłem. — Ludzie, poczekajcie na nas chwilę! – zawołałem do reszty. Tak też zrobili. Kev zaprowadził mnie z powrotem do szkoły, co było trochę niepokojące. — No dobra… o czym chciałeś pogadać na osobności? – spytałem patrząc na niego, a on… nagle próbował powstrzymać płacz. — Kevin, co się dzieje?! – spytałem, obawiając się najgorszego. Czyżby… nie, nie zrobił tego, nie mógł być za to odpowiedzialny!

— Paul… błagam cię, pomóż mi… powiedz, że nie wierzysz, że to ja… – powiedział ze szklącymi się oczami. Byłem zdjęty grozą. A więc Kevin wie o wszystkim! Miałem jednak tyle pytań…

— Kev… oczywiście, że ci wierzę! Wszyscy chcemy ci wierzyć, ale… ten twój Mustang… kto go prowadził? O co tu chodzi? – spytałem zmieszany.

— Wiem jak to wygląda, ale wysłuchaj mnie! To nie ja go prowadziłem! Ktoś mi go ukradł! Nie wiem nawet jak i kiedy! Ktoś mnie próbuje wrobić! Ba, to nie ja zabiłem matkę Holta! Ja nawet nie wiem gdzie mój stary trzyma swoją broń! – odpowiedział. — Jakby tego było mało, znalazłem jakąś kartkę na tylnym siedzeniu… – dodał.

— KARTKĘ?! Masz ją przy sobie?! Pokaż mi ją! – powiedziałem stanowczo.

— Nie… nie mogę… na kartce jest napisane, żebym nie pokazywał jej zawartości tobie ani nikomu innemu, bo sam zginę…

Jeśli wcześniej udawałem, że wszystko wróci do normy, skończyło się to w tej chwili. Byłem przerażony na Maksa. Nie wiedziałem co mam robić. Wierzyłem Kevinowi, ufałem mu. On nie miał powodu, żeby mścić się na nas. Ale wtedy przypomniała mi się pewna osoba…

— Kev… czy to ma związek z trenerem Frankiem? – spytałem patrząc na niego.

— Co?! Nie, oczywiście, że nie! Skąd w ogóle ten pomysł?! – odpowiedział mi pytaniem na pytanie.

— Jeśli mam ci pomóc, musisz mi powiedzieć prawdę! Słyszałem twoje rozmowy z nim, a twoje zachowanie, gdy on jest w pobliżu jest naprawdę podejrzane! Czy to on za tym stoi?

— Nie… nie on… – odparł Taylor. — Trener Frank to zupełnie inna historia i jej też nie mogę zdradzić. Ale to jest teraz nieważne! Paul… potrzebuję pomocy…

Myślałem chwilę co powiedzieć. Każde rozwiązanie wydawało się głupie. Ale jak wyjście trzeba było znaleźć… A informacja odnośnie trenera wcale nie poprawiła mi nastroju. Co ten stary drań chce od Taylora? Nie jest rasistą, nie traktuje go jakoś niesprawiedliwie... o co tu chodzi?

— Dobrze… posłuchaj… – zacząłem w końcu. — Jutro mamy mecz z Brawlersami i to na nim musimy się skupić najbardziej w tym momencie. Ale zaraz po meczu… a właściwie po opuszczeniu szatni spotykamy się z resztą przed szkołą lub na imprezie w przypadku zwycięstwa i mówimy im wszystko. Razem znajdziemy tego psychola i damy go zlinczować całemu Whitewall. A trenerem Frankiem też się zajmiemy tylko nie możesz nas trzymać w niewiedzy, dobrze?

Kevin otarł oczy z łez i spojrzał na mnie.

— Dobrze, Paul. Dziękuję ci za wszystko i przepraszam, że nie powiedziałem nic o trenerze. Obiecuję, że dowiesz się w swoim czasie. – powiedział, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Na mojej również i razem wróciliśmy do reszty paczki.

— Cholera, co tak długo? – spytał zirytowany Ted. — Kochaliście się tam czy co?

— Nie, spokojnie, Paul tylko wyjaśniał mi plany na mecz oraz razem zastanawialiśmy się kto zabił matkę Chase’a.

— No jak to kto?! Ten cienias na deskorolce! – powiedział Holt i wsiadł do samochodu Teda.

— Też tak myślę! Poza tym, czemu ten pendejo kręcił się w szatni? Pewnie szukał nas do zarżnięcia! – wtrącił się Ramon. — Musimy być czujni!

— Bautista ma rację! – odezwała się nagle Rebecca. — Ten koleś to jakiś, jakby, psychol i powinno się go odizolować od społeczeństwa!

— Mi też się tak wydaje… – przytaknęła jej cichutko Anna.

— Tym zajmiemy się później. Na razie wracajmy do domu. Musimy wszyscy odpocząć przed meczem! – wtrącił się także Kevin i wszyscy wsiedliśmy do samochodu Teda (choć było nam wszystkim cholernie ciasno…) i zaczęliśmy wracać do domu. Mam tylko nadzieję, że nie czekają nas niespodzianki na meczu. No i że wygramy!

Następne częściTouchdown! – Rozdział 7

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Pontàrú 4 miesiące temu
    Trzyamjące w napięciu tak szczerze. Coraz więcej pytań a i kilka odpowiedzi. Ode mnie 5
  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Czyli opowiadanie spełnia swoją powinność! :D

    Dziękuję i pozdrawiam ciepło :)
  • DEMONul1234 3 miesiące temu
    Wypadło spoko, tak klimatycznie. Liczę, że wpadniesz czytać "To COŚ" krtminał z elementami fantasy
  • TheRebelliousOne 3 miesiące temu
    Fantasy to nie do końca moja bajka, ale pewnie, że wpadnę :D

    Pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania