Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Touchdown! – Rozdział 7

Dzień meczu z Brawlersami, szatnia…

Chodzę po szatni skupiony jak kowboj podczas pojedynku. Przygotowuję się mentalnie na mecz, który może dla wielu z nas skończyć się boleśnie. Przez myśl nie przechodzi mi nic innego prócz możliwych taktyk na obronę drużyny Brawlersów z Lemon Hill. Nawet ten psychopata, który nam grozi nie jest w stanie odciągnąć mnie od futbolu… Żałuję, że musimy tak wcześnie grać z tymi rzeźnikami, każda formacja ataku w Teksasie się ich boi… Ale nie, nie myśleć o strachu… futbol… wykorzystywanie ich słabych stron… Włączyłem nawet Green Day w naszym radiu, żeby się nakręcić.

— Hej, Paul! – zawołał mnie nagle siedzący na prawo ode mnie Darius. — O co chodzi z tą głupią nazwą? Lemon Hill… co oni, mają jakiś fetysz na cytryny? – zapytał, przez co wszyscy siedzący obok parsknęli śmiechem, w tym ja. Chociaż przyznam, że nasz biegacz poruszył ciekawą kwestię. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale jakby teraz o tym głębiej pomyśleć to sam nie wiem co kryje się za nazwą ich miasteczka.

— Nie mam pojęcia, brachu, szczerze… – odpowiedziałem mu, gdy nasze śmiechy już ucichły. — Ale w sumie też mnie to ciekawi…

— Jak usiądziesz to ci powiem, Parish! – wtrącił się nagle trener Frank, który wyszedł z pomieszczenia personelu medycznego, a ja posłuchałem go niczym żołnierz generała i usiadłem przed swoją szafką. Ten stary piernik zaś udał się na środek pomieszczenia i zmierzył nas wszystkich wzrokiem. Czułem się trochę jak rekrut Marines w jednym z filmów wojennych, które uwielbia oglądać mój ojciec. Trener Frank tylko odchrząknął i rozpoczął swoją motywacyjną mowę, jednocześnie tłumacząc Ericowi na język migowy. Byłem tym faktem zdziwiony. Albo ten staruch nauczył się tego machania rękoma w rekordowo krótkim czasie albo ktoś z bliskich mu osób też to ma…

— Dziś jest kolejny mecz! Właśnie tak macie na to patrzeć! Lemon Hill Brawlers to po prostu kolejny rywal! Nie patrzcie na nich jak na najpotężniejszą obronę w Teksasie, bo wtedy na pewno zostaniecie zmiażdżeni! To po prostu kolejna przeszkoda na naszej drodze do mistrzostwa stanu! Tak macie na nich patrzeć! Nie dajcie się im sprowokować ich brutalną grą i nie okazujcie im strachu! Wielu waszych ojców grało przeciwko nim i z nimi nie przegrali. NIGDY. Nie tylko nie ponieśli porażki, ale także wygrywali wysokimi wynikami! I tego właśnie oczekuję od was: miażdżącego zwycięstwa!

Jego przemowa odbijała się echem po całej szatni i w naszych uszach. Kurde, trener Frank potrafił nas zmotywować niczym Vince Lombardi (1) swoich graczy z Green Bay Packers! Po chwili jednak znów odchrząknął i trochę się uspokoił.

— Jeśli chodzi o kwestie taktyczną meczu… Atak nie powinien nam sprawić większego problemu, ale obrony chyba przedstawiać: uparci, brutalni, najmniej straconych jardów w zeszłym sezonie. Szczególną uwagę poświęćcie Tylerowi Petersonowi – ich największemu liniowemu defensywnemu numer 92. Ucieleśnia wszystko, co stereotypowe w zawodniku obrony: brutalny, prowokuje, gra nieczysto. Walton! Ty i reszta linii ataku musicie go przytrzymać za wszelką cenę! Nie chcę, żeby Parish opuszczał boisko na noszach! A jeśli chodzi o nazwę miasteczka… powiem wam po meczu. To wszystko… zakładać hełmy i podejść na środek! – zakończył swoją mowę, a my podeszliśmy do niego kładąc ręce jedna na drugą. — DEVILS NA TRZY! RAZ, DWA, TRZY…

— DEVILS! – ryknęliśmy wszyscy i opuściliśmy szatnie, kierując się w stronę tunelu, który prowadził na nasze boisko. Każdy z nas zdeterminowany i skupiony na wygranej, całkowicie pozbywając się strachu. Ale czy na pewno?

— Ciekawe czy któryś z tych biedaków w Lemon Hill będzie miał jakieś w miarę nowe korki… nie chcę znów być najbogatszą osobą na boisku! – zaśmiał się Zane, poprawiając ochronę podbródka w kasku.

— Ty i te twoje pieniądze, Amigo… – westchnął Ramon. — Wiecie, w sumie cieszę się, że gramy przeciwko Brawlersom!

— Co?! Czemu? – zapytałem zszokowany.

— Wreszcie mam godnych przeciwników w obronie! – zaśmiał się Latynos i napiął biceps, warcząc przy tym.

— Łatwo ci mówić, to ty trenujesz dodatkowo boks… – westchnął Kevin. — Chryste, mam nadzieję, że przynajmniej nie są szybcy…

Już byliśmy gotowi do wparowania na boisko, kiedy komentator odchrząknął do mikrofonu i zaczął nas zapowiadać.

— A teraz, obywatele Whitewall… gorące brawa dla WHITEWALL DEVILS! – powiedział z dumą, po czym z małych urządzeń wystrzelił dym, a my w szpalerze Jennifer i reszty naszych cheerleaderek wbiegliśmy pewnie, słuchając oklasków widowni. A mój ojciec pewnie klaskał najgłośniej… Właśnie w takich chwilach zapominam o wszystkich negatywach życia. Gdy emocje już opadły, udaliśmy na wydzieloną strefę na środku boiska, żeby omówić taktykę po raz ostatni. Trener frank mocno ściskał książkę z zagrywkami.

— Pamiętajcie, moi żołnierze… Zero strachu, tylko determinacja! – powiedział bojowo, po czym udałem się z Kevinem, Chase’em i Winningtonem na środek boiska, gdzie sędzia miał rzucić monetą, co wybrałoby kto miał pierwszy dostałby piłkę po kopnięciu. Gdy już się tam znaleźliśmy i podeszli kapitanowie Brawlersów, zauważyłem, że uśmiechają się arogancko w naszą stronę. Jak ja ich nie znoszę…

— Orzeł czy reszka? – spytał sędzia pokazując monetę.

— Orzeł! – odpowiedział rozgrywający drużyny z Lemon Hill, a sędzia rzucił monetę do góry. Wypadła reszka…

— Otrzymujemy piłkę! – oznajmiłem i udałem się na boczną stronę boiska. Spora część Devilsów wbiegła zaś szykując się do kopnięcia zaczynającego mecz. Gdy wszyscy już się ustawili, kopacz posłał nogą piłkę w powietrze. Leciała prosto na Kevina, który złapał ją i zaczął biec w stronę pola punktowego. Był przy tym bardzo szybki! Dwudziesty jard naszej połowy… trzydziesty… czterdziesty i wciąż biegnie! Czyżbyśmy już mieli 7 punktów na rozpoczęcie?! Niestety nie, ponieważ jeden z Brawlersów powalił go równo na pięćdziesiątym jardzie. Wszedłem razem z resztą formacji ataku na boisko, żeby rozpocząć naszą „wyprawę” po przyłożenie. Ustawiliśmy się w kole i rozejrzałem się po zawodnikach.

— Spokojnie, chłopaki, jak będą dobrze kryć, spróbuję sam pobiec z piłką! – oznajmiłem i zobaczyłem na kartkę z taktykami na moim przedramieniu. — Okej, rozegramy taktykę Ohio 10! Długa piłka do Ramona! Gotowi?! BREAK! – dodałem przywódczo, po czym zaczęliśmy się ustawiać na linii wznowienia gry. Ku mojemu zdziwieniu, Brawlersi wciąż się cwanie uśmiechali. Co oni planują? Mniejsza, cokolwiek to jest, przechytrzymy ich!

— HIKE! – krzyknąłem i Walton podał mi piłkę do rąk. Cofnąłem się od linii ofensywnej i zacząłem rozglądać za Ramonem. Biegł prosto przed siebie gotowy na otrzymanie podania, choć obrońca deptał mu po piętach. No to zobaczymy jak sobie poradzi… Rzuciłem piłką daleko w stronę mojego latynoskiego skrzydłowego. Piłka leciała jak wystrzelona z haubicy… i znalazła się w rękach ścigającego go obrońcy. Chciałem rzucić wulgaryzmem i machać rękoma w rozpaczy, ale nie było czasu. Trzeba było zatrzymać tego obrońcę zanim znajdzie się w naszym polu punktowym. Kiedy tak biegliśmy wszyscy na niego słuchając jęków zawodu naszych kibiców, coś mnie zastanawiało: jakim cudem ich obrońcy obstawili nas AŻ TAK dobrze? To tak jakby… nie, nie mogli podglądać naszych treningów… prawda? Nie miałem jednak czasu na takie rozmyślania, ponieważ biegłem prosto na tego obrońcę. Wiedziałem, że Jen i jej koleżanki mnie obserwują, więc skupiłem całą swoją siłę i wpadłem na niego z takim impetem, że oboje znaleźliśmy się na ziemi. Niestety, nie wypuścił piłki… a więc teraz ich atak będzie rozgrywał swoje akcje. Schodziłem z resztą kumpli na linię boczną, gdzie czekał na nas trener Frank. Nie wyglądał na zadowolonego.

— Co to było, do cholery?! Jak mogliście w tak głupi sposób stracić piłkę?! – krzyczał na nas sfrustrowany, podczas gdy Holt, Winnington i reszta formacji obrony wchodziła na nasze miejsce. — Lepiej módlcie się, żeby obrona naprawiła ten burdel, bo jak pragnę zdrowia…

Usiadłem koło Ramona i napiłem się Gatorade’a ze stojacej obok beczki. Obok mnie usadowił się równie zirytowany Ramon.

— Jak ten pendejo mógł mnie śledzić z taką dokładnością?! Myślałem, że to złapię! – narzekał ściągając kask z głowy.

— Spokojnie, stary… to dopiero początek pierwszej kwarty, jeszcze wstaniemy po tym… poza tym, może Chase i reszta dadzą radę… – odpowiedziałem klepiąc go po ramieniu i przyglądając się obronie. W głowie miałem to, co Chase tłumaczył reszcie zespołu…

— No dobra, chłopaki… Atak dał ciała, ale my możemy to jeszcze naprawić. Zastosujemy taktykę Cover 2! – prawdopodobnie tłumaczył i wtedy musiał coś zauważyć… — Cholera, zapomniałem o Ericu! Przecież ty jesteś głuchy!

Założę się, że on musiał go jakoś uspokoić…

— Przypominam, że umiem czytać z ruchu ust! – zapewne odpowiedział mu zły przez jego postawę. — Wiem co robić! Mam kryć strefę boiska, gdzie jest drugi skrzydłowy! Dam radę!

Wtedy Chase musiał się uspokoić i odetchnąć z ulgą…

— No i super! Gotowi?! BREAK! – krzyknęli wszyscy i obserwowałem jak ustawiają się do akcji. Atak Brawlersów również to zrobił i po chwili obie formacje stały naprzeciwko siebie. Nagle piłka poszła w ruch… rozgrywający ją bierze od środkowego liniowego… wycofuje się… rozgląda i rzuca do jednego ze skrzydłowych, a ten niestety łapie ją, podczas gdy nasza obrona pogubiła się i po chwili jesteśmy jedno przyłożenie do tyłu. Na całym stadionie słychać jęki rozpaczy. Nie tego się spodziewaliśmy. Zastanawiam się jednak czy gdyby piłka poleciała w stronę skrzydłowego krytego przez Erica to by to złapał… No cóż, tego się nie dowiem na razie… Oj, coś czuję, że to będzie długi mecz…

 

Druga kwarta, Brawlersi prowadzą 14 do 3…

Nie jest dobrze… Właśnie razem z resztą ataku wróciłem na boisko na drugą kwartę po kopnięciu poprzedzonym zdobyciem kolejnego przyłożenia przez obronę Brawlersów. Znowu jeden z tych ćwoków przechwycił moje pytanie, ale tym razem nikt go nie zatrzymał. Nie tylko jestem zły na siebie oraz zaniepokojony takim stanem rzeczy, ale… coś mnie jeszcze zastanawia… Przez całą pierwszą kwartę nie mogliśmy skleić takiej akcji ofensywnej, która mogłaby ich zaskoczyć. Tak jakby z góry wiedzieli co zamierzamy zagrać… dziwne… Ale najważniejsze teraz to im odskoczyć.

— Dobra, chłopaki… zagramy Oregon 17, ale nikomu nie podam piłki. Spróbuję pobiegnąć… – oznajmiłem.

— Co? Dlaczego? – spytał zaskoczony Kevin.

— Może tego nie będą się spodziewać… – odparłem zniecierpliwiony. — Dobra, gotowi? BREAK! – krzyknęliśmy wszyscy i ustawiliśmy się. Po moim sygnale dostałem piłkę od Teda i zacząłem biec najpierw w prawą stronę boiska, a potem w stronę pola punktowego Brawlersów. Chyba zadziałało, bo pogubili się przez chwilę, ale potem już mieli tylko jedno w głowach: staranować mnie. Starałem się biec daleko od nich, ale jeden z ich większych obrońców dogonił mnie i wpadł jak rozpędzona ciężarówka. Poleciałem na linię boczną, a co najgorsze… wypuściłem piłkę, którą podniósł jeden z nich. Znowu mogli tworzyć atak. Czułem się okropnie upokorzony. Gdy wstawałem obolały, jednym okiem zauważyłem jak trener Frank rzucił o ziemię zeszytem z taktykami. Ale wygląda na to, że moja teoria jest prawdziwa: Brawlersi skądś dowiedzieli się o naszych taktykach! Ale skąd?

 

Trzecia kwarta, Brawlersi prowadzą 21 do 17…

Trochę udało się nam odrobić stratę, ale tylko dzięki dwóm czynnikom. Pierwszym z nich był fakt, że przez całą resztą drugiej kwarty i połowę trzeciej musieliśmy improwizować i wymyślałem zagrywki na poczekaniu. Efekt był częściowo udany, gdyż zdobyliśmy dwa przyłożenia i zmniejszyliśmy stratę. Gdyby tylko Winnington nie zaspał przy tym długim podaniu pod koniec drugiej kwarty… Drugim czynnikiem była dosyć brutalna gra Brawlersów. Ci rzeźnicy grają na kranicy legalności i często dostawali kary w postaci zysku jardów dla naszego ataku. Dzięki temu bardzo łatwo znajdowaliśmy się blisko ich pola punktowego. Niestety, ich agresja sprawia, że nawet Ramon ma lekkie obawy przed złapaniem piłki i w kluczowym momencie zacinał się i nie łapał podań. Siedziałem na linii bocznej i piłem Gatorade’a, gdy nagle podeszła do mnie Jennifer, która przed chwilą przestała tańczyć z resztą składu cheerleaderek.

— Tygrysku, przypomniałam sobie coś… – powiedziała z dość dużą powagą. — Pamiętasz jak opowiadałeś mi o tym fagasie, który podobno zabił mamę Chase’a i był u was w szatni? To tylko teoria, ale… myślę, że on ukradł waszego playbook’a(1) i przekazał go jakoś tym psycholom z Lemon Hill!

Nie wiedziałem co myśleć o słowach mojej dziewczyny. Z jednej strony jestem w stanie uwierzyć w taki scenariusz, zważywszy na fakt, że on nie mógł być w szatni bez powodu oraz miał motyw, żeby się na nas zemścić… ale z drugiej…

— Jen, kochanie, to, co mówisz ma trochę sensu, ale… jak on to mógł zrobić? – spytałem przysuwając się do niej.

— Bo widzisz, przypomniałam sobie kiedyś, że podsłuchałam coś interesującego: ta jego blada lalka chwaliła się mu kiedyś, że ma kolekcję wytrychów, które chętnie wypróbowałaby w szkole… Jak mówiłam, to tylko moje przypuszczenie, ale…

— … myślisz, że mogła go nauczyć jak się z nich korzysta i on ich użył do włamania się do którejś z naszych szafek i spisał sobie playbook? – przerwałem jej i zagotowałem się ze złości. — Niech ja go tylko dorwę po meczu… zrobię mu z du… – nie dokończyłem, ponieważ stał się cud. Chase dopadł rozgrywającego Brawlersów, a ten wypuścił piłkę, którą przejął Eric. No, całkiem nieźle jak na głuchego. Dobrze zrobiliśmy przyjmując go do drużyny.

— Wspaniale! Obrona się spisała! – pochwalił schodzących obrońców trener. — A teraz, Parish… ty i reszta macie dać nam przewagę w tym meczu! – oznajmił stanowczo. Ja z kolei założyłem hełm i razem z Ramonem, Kevinem, Dariusem i resztą wbiegliśmy na boisko po przyłożenie. Improwizacji ciąg dalszy.

— Dobra, panowie… tym razem zróbmy taktykę biegową. Darius, dasz radę przedrzeć się przez nich? Nie musisz od razu wywalczać pierwszej próby, wystarczy te osiem jardów! – zwróciłem się do swojego biegacza.

— Spokojnie, Paul, te łamagi nawet mnie nie tkną! – odpowiedział i spojrzał na mnie. — Możesz śmiało przekazać mi piłkę. Pora zbliżyć się do mojego stypendium sportowego…

Uśmiechnąłem się po objaśnieniu taktyki do końca ustawiliśmy się na linii wznowienia gry, gdzie już czekali nasi kochani oszuści. Te ich głupie i aroganckie uśmiechy doprowadzały mnie do wewnętrznego szału, ale wiedziałem, że oni chcą, żebym stracił kontrolę, bo rozjuszony człowiek popełnia błędy, a ja już limit błędów u trenera Franka wyczerpałem.

— Czerwony 22! Czerwony 22… HIKE! – krzyknąłem i po dostaniu piłki od Teda natychmiast przekazałem ją ustawionemu z tyłu Dariusowi. Ten zrobił zwrot na lewo i minął siłujących się liniowych. Miał jednak pozostałą część obrony na karku, chociaż Ramon nieźle torował mu drogę po kolejne jardy blokując Brawlersów. Allen właśnie zdobywał trzynasty jard, gdy nagle jeden z obrońców wpadł na niego z boku jak byk w toreadora. Poleciał z Dariusem jakieś cztery metry i gdy wylądowali, on wstał, ale Darius… zwijał się z bólu! Nie… tylko nie to… tylko nie kontuzja! Na szczęście jednak mój biegacz również wstał i kiwając się jak po alkoholu wrócił do nas.

— Nic ci nie jest, ziomek? – spytał Kevin patrząc na Dariusa zmartwiony.

— Nie, tylko mocny ból… oni są chyba na sterydach! – odparł.

— No dobra… – wtrąciłem się. — Chcą grać jak seryjni mordercy? Dostaną to, czego chcą! Ramon! Następne podanie jest do ciebie. Biegnij od razu na środkową część boiska, a ja poślę ci podanie. Staranuj każdego, kto ci stanie na drodze!

— Robi się, Amigo! – odpowiedział uradowany Latynos i po ponownym ustawieniu się i rozpoczęciu akcji postąpił tak jak mu powiedziałem. Posłałem silną piłkę w jego klatkę piersiową, którą mocno chwycił. Niestety, jeden z większych obrońców biegł prosto na niego, a Ramon… potrącił go tak, że ten zakręcił się w powietrzu i upadł z impetem, a mój skrzydłowy dalej biegł zostawiając wszystkich w tyle. Cała trybuna z naszymi kibicami wstała i zaczęła wiwatować, podczas gdy Bautista wbiegł na pole punktowe i zaczął tańczyć jakby był na jakiejś dyskotece. Po kopnięciu piłki znów objęliśmy prowadzenie i z 21 do 17 dla Brawlersów zrobiło się 24 do 21 dla Devilsów, czyli tak jak powinno być. Ale teraz trzeba się spiąć i podwyższyć to prowadzenie!

 

Końcówka czwartej kwarty, 28 do 24 dla Brawlersów…

Wiecie, nienawidzę takich meczów, gdzie trzeba gonić wynik. Wywierana na nas presja, uciekający czas, trener Frank, który wyszczekuje rozkazy w coraz większym stresie… Tak, chyba wiecie o czym mówię. Niestety, nie udało nam się zdobyć przyłożenia na wyrównanie, jednak wykonaliśmy kopnięcie za trzy punkty. Zawsze coś… Teraz jednak trzeba powalczyć o zwycięstwo w końcowych minutach, a do przejścia trzy czwarte boiska… będzie ciężko. Ustawiłem się razem z resztą ofensywy i po sygnale rozpocząłem pierwszą akcję. Liniowi się przepychają, a Ramon i Kevin próbują uwolnić się spod opieki obrońców. Rozglądam się i widzę, że Kevin jest wolny, gdy nagle patrząc na niego przypomniałem sobie to, co wydarzyło się ostatnio: jego Mustanga, zapewnienia, że to nie on… nie mogłem przestać o tym myśleć, co doprowadziło do tragedii w postaci Tylera Petersona, który wpadł na mnie z taką siłą, że wypuściłem piłkę z rąk. Na moje nieszczęście to nasi przeciwnicy dopadli do niej pierwsi. Świetnie, trener Frank i mój ojciec nie dadzą mi żyć po tym meczu… Już widziałem jak się wściekają kiedy schodziłem obolały z boiska. W głowie miałem słowa ojca na trybunach.

— Co się dzieje z tym moim synem?! Gra tak jakby nie był Parishem! – zapewne mówił zły. Ja tylko zszedłem z boiska z resztą zawodników ofensywy, gdzie trener Frank już czekał na nas.

— Za ten mecz czeka was morderczy trening… – szepnął do mnie nienawistnie, a mnie przeszły dreszcze i złość na samego siebie. Co z tego, że wyjaśnię mu okoliczności ich nagłego „przyrostu formy”… Jeśli przegramy, cała wina spadnie na moją biedną osobę! W tym samym czasie, obrona wchodziła na boisko. Widać było, że mieli powoli dosyć i byli wyczerpani. Musieli jednak wykrzesać z siebie choć trochę ducha, żeby wygrać. Nasze cheerleaderki gorąco ich dopingowały i choć z reguły z chęcią patrzyłem na tańczącą z pomponami Jen to jednak teraz nie byłem w nastroju na cokolwiek. Tymczasem obrona przygotowywała się do gry. Rozgrywający Brawlersów dał sygnał i po chwili zaczęła się walka. Chase zdołał się przedrzeć i już szarżował na przeciwnika, gdy ten w ostatniej chwili posłał piłkę w powietrze zanim Holt nie wpadł na niego tak, że aż tutaj czułem ten kontakt. Piłka zaś leciała w stronę skrzydłowego, gdy nagle… złapał ją Eric! Wszyscy byli w szoku, łącznie ze mną.

— BIEGNIJ, STARY! BIEGNIJ! – krzyczałem na całe gardło, a on sprintem ruszył w stronę pola punktowego Brawlersów. Ich biegacz próbował go powalić, ale Eric wykonał obrót o 360 stopni, omijając go i biegł dalej. Wszyscy byli za jego plecami i nikt nie mógł go dogonić. Czy to było to?! Czy głuchy koleś miał nam ocalić mecz?! Trzydziesty jard! Dwudziesty! Dziesiąty… TAK! Jest przyłożenie! Eric rozstrzygnął losy meczu! Wszyscy wrzeszczeliśmy i skakaliśmy w euforii, a Jasmine najwyżej z nas. Po ostatniej sekundzie meczu wszyscy wbiegliśmy na boisku wyściskać Erica, który… uśmiechał się. Nic dziwnego, w końcu został bohaterem meczu! Kiedy już jednak emocje trochę opadły i schodziliśmy, zauważyłem, że ten fagas Justin schodził wściekły z boiska w stronę… autobusu Brawlersów. Czyżby moje przypuszczenia były prawdziwe? Postanowiłem to sprawdzić.

— Trenerze? Mogę dołączyć później? Chcę porozmawiać z Jennifer! – zapytałem trenera Franka.

— Dobrze, byle nie za długo! I wiedz, że konsekwencje za twój fatalny występ cię nie ominą! – pogroził mi palcem i udał się w stronę tunelu prowadzącego do szatni. Ja zaś podszedłem do Jennifer i reszty cheerleaderek, które rozmawiały o meczu. — Jen, skarbie… chyba masz rację. Ten ćwok NAPRAWDĘ pokazał naszego playbook’a Brawlersom… – powiedziałem podchodząc do niej.

— Wiem, też widziałam jak tam idzie. Planujesz tam iść za nim? – spytała.

— Tak. Wyduszę z niego informacje choćby nie wiem co…

— Super! My, jakby, spróbujemy znaleźć tą jego bladą niunię i też z niej, jakby, spróbujemy wydobyć prawdę! – wtrąciła się Rebecca.

Ja tylko kiwnąłem głową i ruszyłem za tym frajerem, wściekły jak diabli. Gdy byłem już wystarczająco blisko, złapałem go za ubranie i powaliłem na ziemię.

— Myślałeś, że to wszystko ci ujdzie na sucho, gnojku?! – spytałem z gniewem, trzymając go, żeby nie wstał.

— Oszalałeś do reszty, Parish?! Puszczaj mnie! – warknął wyrywając się.

— Wiem, że to ty sprzedałeś naszego playbook’a Brawlersom! To by wyjaśniało co robiłeś w naszej szatni! – oskarżyłem go bez ceregieli.

— Nawet jeśli to co?! Należała wam się kara! Z resztą wygraliście, więc nie rozumiem o co się czepiasz! Ale powiem ci, że z chęcią będę patrzył jak ty i reszta tych małpoludów umieracie jutro na treningu! Przecież Brawlersi nigdy nie byli elitą Teksasu... – odwarknął ze złośliwym uśmiechem

Tego było już za wiele. Nie wytrzymałem i przywaliłem mu w twarz, po czym wstałem z niego.

— Zabiłeś matkę naszego przyjaciela i jeszcze dalej chcesz się nad nami znęcać?! – spytałem kopiąc go w brzuch.

— Nie ja… zabiłem… jego matkę… – wycharczał trzymając się za miejsce, w które go kopnąłem.

— Otworzyłeś puszkę Pandory, mięczaku… dwóch może grać w tą grę… Przygotuj się na piekło! – zagroziłem i po splunięciu na niego udałem się w stronę tunelu. Gnojek myślał, że może się bawić w film „Zemsta frajerów”… Problem w tym, że takie filmy często mają się nijak do rzeczywistości… i my już utwierdzimy go w tym przekonaniu. Ale spokojnie… wygrałem mecz, więc powinienem iść świętować nasz triumf z kolegami z drużyny, Jen i resztą cheerleaderek. I tak też zrobię.

 

1) Playbook – notatnik z naszkicowanymi taktykami ofensywnymi i defensywnymi danej drużyny

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania