Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Uniwersum Metro 2033: Czarne Diabły cz.7 (z poprawkami)

Rozdział 2

,,Obcy"

—Musisz się tak guzdrać? — spytał zniecierpliwiony Goryl.

Wiatr się zerwał. Świszczało mu w uszach. Podszedł do okna. Wszędzie rysowały się szare ruiny pokryte dziwnym pomarańczowym bluszczem, który na całej swojej powierzchni pulsował. Otaczały one kwadratowy dziedziniec, z którego popękanych płyt wychodził ten sam powój, co pochłaniał budynki. Czarne oczodoły tych pustostanów wzbudzały w nim niepokój. Nigdy nie wiesz, co kryją. Mutanty? Anomalie? Duchy? Na myśl o tym ostatnim, aż się wzdrygnął. Spojrzał po każdym widocznym oknie z osobna. To nie był najlepszy pomysł, aby tu przyłazić. Plotki o tym, że stary poradziecki wojskowy szpital na ulicy Stanisława Wyspiańskiego jest nawiedzany przez duchy, pochodziły jeszcze sprzed Armagedonu. Długo by wymieniać zjawy, które miały być rezydentami tego przybytku. Nie miał ochoty spotkać ani jednej z nich pomimo tego, że przez ostatnie dziesięć lat widział takie rzeczy, które się filozofom oraz pisarzom fantastyki nie śniły. Gdyby nie te informacje od Szramy i Spryciarza nie wyściubiłby nawet nosa poza terytorium enklawy. A tak musi latać w środku nocy po nawiedzonym szpitalu na terenie kanibali za jakimiś skrzyniami.

— Nic tu nie ma poza papierami po angielsku… — wysyczał nosowo Tropiciel, świecąc latarką do środka skrzyni, cisnął folder dokumentów na podłogę — Szrama i Spryciarz zjebali… Miały być leki oraz broń po tych amerykańcach…

— Nie narzekaj… Papiery też się przydadzą na rozpałkę w ostateczność — powiedział uspokajająco Lis — Może w tych dokumentach coś ciekawego będzie…

Goryl jak oparzony odskoczył od okna. Padł na podłogę. Po chwili podczołgał się pod parapet. Wycelował swoją broń. Błyskawica mimo tego, że była konstrukcją wywodzącą się z czasów II wojny światowej, świetnie odnalazła się w nowej rzeczywistości. Tworzona z rurek hydraulicznych i wytwarzana prymitywnymi metodami szybko zastąpiła muszkiety stosowane w pierwszych latach po Armagadonie.

— Zgaś latarkę!

Tropiciel szybko ją wyłączył oraz schował. Położył się na brzuchu. Powoli, aby nie uszkodzić kombinezonu na śmieciach zalegających na podłodze podczołgał się do Goryla. Lis oparł się plecami o odrapaną, pokrytą pleśnią ścianę osłaniając wejście od lewej strony. Analogicznie postąpił ostatni ze stalkerów Wiking.

— Co jest?

— Ruch na dwunastej — wyszeptał nosowo.

Tropiciel wytężył wzrok. Oczy jeszcze ponownie nie przyzwyczaiły się do mroku panującego na zewnątrz i widział tylko przelewające się żółte plamki przed oczami. Chwilę to zajęło, zanim z ciemności zaczęły wyłaniać się zarysy obiektów. Rzeczywiście na pierwszym piętrze w pokoju naprzeciwko, którego się znajdowali, coś się poruszało. Podniósł broń. Przyłożył okular maski przeciwgazowej do celownika ACGOG swojego G36. Uwielbiał tę broń. Zawsze się uśmiechał, gdy wspominał wyprawę, na której ją zdobył. Co by o Niemcach nie mówić, wiedzieli jak projektować broń. Nieliczne sztuki krótkiej wersji C mimo wykonania z tworzywa sztucznego przetrwały atomową wojnę i znajdowały się w murach dawnego komisariatu policji…

— Widzisz to? — spytał szeptem Goryl, przerywając jego rozmyślania.

Tropiciel wytężył bardziej wzrok. Wtedy z mroku wyłoniły się sylwetki…

***

Historia człowieka od samego jego początku to nie kończące się wojny. Toczone o władze, surowce, ziemie. Można powiedzieć, że pokolenia ludzi przychodziły na Ziemie po to, by stoczyć tak jak ich przodkowie bezsensowną walkę i tak samo, jak oni skończyć jako szkielet obgryzany przez różnego rodzaju robactwo. Jednak w człowieku przed tysiącami lat wykształciło się coś, co nakazywało tworzyć i zdobywać wiedzę. Jakaś boska cząstka, która zmieniła zwierzę w istotę wyższego rzędu. Stworzenie, które zaczęło łaknąć coraz większej wiedzy. Tworzące monumentalne dzieła, ale także wynoszące zabijanie swoich pobratyńców na coraz bardziej chore poziomy. Istota ta również była krucha, naiwna oraz gnuśna. Ta ostatnia cecha doprowadziła ją na skraj zagłady…

***

— Czy to…? — spytał Tropiciel.

— To nie duchy. Zobacz, jakie mają ciuchy — wyszeptał nosowo Goryl.

— Widzę. Na kanibali też nie wyglądają. Za dobrze ubrani…

Ludożercy byli zmorą Świnoujścia, od kiedy bomby spadły na świat. Los stania się tymi potworami otrzymali ludzie, którzy nie zdążyli schować się w podziemiach. W pierwszych latach po zagładzie stanowili niewielkie zagrożenie. Wówczas przypominali jeszcze mieszkańców enklaw. Dopiero po burzach radiacyjnych stali się tymi potworami, którymi są dzisiaj. Na samą myśl o ich wyglądzie Tropicielowi przeszły ciarki po plecach. Przed oczami stanęły mu powykręcane ciała. Okryte czerwonymi oraz brązowymi wrzodami lub szarą owłosioną skórą. Jednak to, co zauważyli, nie wskazywało na ich obecność. W kierunku wyjścia z dziedzińca kierowało się kilku ludzi ubranych w jakieś czarne szaty z kapturami. Przez ramiona przewieszoną mieli broń. Niestety z tej odległości Tropiciel nie dostrzegł, co to było.

— Kościelni tutaj? — wyszeptał głucho.

— Nie. Oni uważają to miejsce za przeklęte — odpowiedział Goryl.

— Ruch na pierwszej. Ja pierdole!!!! To… — wrzasnął Wiking.

W tym momencie nad głową Tropiciela śmignęła kula, a potem do uszu doleciał huk wystrzału. Stalker padł na ziemię, o mało nie uszkadzając kombinezonu. Goryl poszedł w ślady swojego kolegi.

— Żyjesz? — wyszeptał.

— Chyba tak… — odpowiedział niepewnie Tropiciel.

Zaczął sprawdzać, czy nigdzie nie ma rany. Podczołgał się pod ścianę i zajął miejsce po prawej stronie okna. Lis rzucił się w stronę drugiego ubezpieczającego, aby ten nie wystrzelał całego magazynka. Gdy do niego dopadł, uderzył go na odlew z liścia w twarz.

— Opanuj się, bo nas pozabijasz durniu!! — wysyczał.

Przez szkła buldoga patrzyły na niego dwa ogromne spodki. Lis zaczął podejrzewać, że Wiking musiał zobaczyć jakiegoś wyjątkowo paskudnego ducha. Z głębin pamięci znowu powrócił mu przed oczy obraz małej dziewczynki ze wbitymi prętami w głowę, którą miał kiedyś wątpliwą przyjemność spotkać przy pierwszej próbie rajdu na ten przybytek. Wówczas jak oparzony wybiegł stąd, wrzeszcząc. Prawie dwa miesiące po tej przygodzie nie wyściubiał nosa poza enklawę. Za drzwi dobiegł głuchy bas.

— Poddajcie się niewierni! Przyjmijcie prawdę!

Po tych słowach do uszu tropiciela doszedł odgłos serii ostrzegawczej.

— Przestań strzelać idioto, bo jeszcze więcej ścierwa się tu zlezie!! — krzyknął Lis.

— Milcz!

— Kurwa czy ja na każdym wyjściu muszę wpierdalać się w jakieś szambo — rzucił wściekle Tropiciel.

— Co robimy? — spytał szeptem Wiking.

— Przez okno nie wyjdziemy. Widzę kilku na dworze. Cofnęli się. Ściągną nas, zanim postawimy stopę na zewnątrz — powiedział Goryl, wychylając się delikatnie zza ściany.

— Chyba pozostaje się przebić. Masz granaty?

— Mam cztery — odpowiedział Lis, wyjmując cztery taśmiane zawiniątka z kawałkiem liny oraz osmoloną metalową zapalniczkę.

Granatami w enklawach nazywano prymitywne ładunki wybuchowe. Stworzone z puszek lub taśmy wypełnione szkłem. W jego wnętrzu znajdowała się mała petarda, której wybuch na niewielkiej przestrzeni mógł spowodować bardzo paskudne obrażenia.

— Rzuć im tam dwa. Jeden na lewo dla ubezpieczenia, drugi wiadomo. Jak huknie, biegniemy w przeciwnym kierunku. Goryl jeszcze puści im serie. Formacja kwadrat. Ja, Lis, Wiking, Goryl. Na trzy — rzucił szeptem Tropiciel — Raz… Dwa… Trzy…

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Maksimow pół roku temu
    Tekst dobry akcja itp. ale brakuje mi imion (nie czytałem poprzednich części).
  • slawko00 pół roku temu
    Zapraszam do przeczytania w takim wypadku :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania