Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA: EPILOG ( opowiadanie gore )
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA
EPILOG
Zamknąwszy oczy, zebrała się w sobie, aby odkryć jakiekolwiek uczucia. Zupełnie bezskutecznie, dlatego odetchnąwszy z ulgą, uśmiechnęła się złowieszczo. Czuła się spełniona. Uroczo zaciskając usta w seksownie niewinny wyraz, zawiesiła knąbrne, pełne pogardy spojrzenie, w zwłokach swojej niegdysiejszej przyjaciółki, która obecnie zdawała jej się być tak nie potrzebną, iż nawet ogień postanowił to docenić, jedynie częściowo ujmując jej popiersie zwęglonym ornamentem, znaczonym nieregularną siecią szkarłatnych rys, kontrastującym z na wpół upieczonym jego dotykiem, ludzkim mięsem. Nie była obecnie dla niej czymkolwiek więcej, dlatego postanowiła okazać akt miłosierdzia, z przepełnioną obrzydzeniem pogardą na nią splunąwszy, krzywiąc grymas twarzy, gdy jej mroczną świadomość, polizał parszywy syk.
- Co za pierdolony chlew... - zauważyła, z politowaniem odgarniając z policzka niesforny pukiel miedziano rudych włosów - właściwiee... too... - zaczęła popadać w zastanowienie, uroczo wskazując własne myśli palcem, spoglądając w ich odmęty poprzecznie - moje drogie:.. czas posprzątać ten plugawy burdel... tak!: to najlepsze rozwiązanie! Więc... - ton jej głosu wskazywał na szczere przemyślenia - O!, już wiem! - ucieszyła się Sylwia.
Zwracając się w kierunku lasu z gracją Harcerki, wyciągnęła przed siebie nie owiniętą pasmami szmat dłoń, zaciskając pięść, aby móc uściślić wskazaniem delikatnym palcem, czego właściwie dotyczy skryte za jej powiekami zło.
- Jeednaa... świnkaa... - zaczęła mamrotać pod nosem - iii... koleejnaaa... świnkaa... - odetchnęła, nie przerywając skupienia - doo... kolacjii... zasiaadaa... szorstkaa... rodzinka...
Pomimo słodyczy przesyconej złem, jej głos przerodził się w niski szept, którym zdawało się przemawiać nie tyle kilka głosów, co wszystkie potępione dusze. Jej ramię opadając bezwładnie, jakby machinalnie otworzyło jej oczy. Puste, mętne spojrzenie, tkwiło w śródleśnych zaroślach, jakby w oczekiwaniu na przyjęcie przez stwórcę. Podły uśmiech ponownie współgrał w jej obliczu z obojętnością. Zwłaszcza wówczas, gdy z zarośli wybiegł ogromny, możliwe, że nawet dwustukilowy dzik. Pochrumkując natarczywie z głową utkwioną w cmentarnej ziemi, zdawał się węszyć, co jakiś czas podnosząc ociekający śliną ryj, jakby dla upewnienia się, czy zmierza we właściwym kierunku. Owszem, nie mylił się, pośród swojej zwierzęcej krzątaniny, dlatego dane mu było zacisnąć szczęki na przestygłej łydce Kamili. Musiał być z tego powodu niezmiernie szczęśliwy, żując miękkie mięso, wraz z młodzieńczymi kośćmi. Pomimo, iż zewsząd zaczęło dobiegać uporczywe pochrumkiwanie, sporadycznie mieszane z trzaskami kruszonych zębiskami kości i dziwnym mlaskaniem, Sylwia była spokojna, wiedząc, iż dla jej gości, nie zabraknie strawy na dzisiejszej, makabrycznej uczcie, aż do ostatniego, najmniejszego kęsa, dlatego troskliwie cmoknęła na widok dwóch szczeciniastych zwierząt, rozdzierających między sobą przywleczony z lasu korpus, co wydało jej się dziwne, ponieważ doskonale wiedziała, że ten gatunek głodnych gości, najczęściej: posila się w miejscu podania posiłku.
- Cóż... - wypowiedziała z wyrozumiałym westchnięciem - Przecież... " bierzcie i jedzcie z tego wszyscy ".. czy nie? - co skwitowała ordynarnym parsknięciem.
Dla głodnego stada niespotykanie masywnych, szczeciniastych przyjaciół, spożycie zwłok czterech młodych, bardzo smakujących im dlatego kobiet, to zaledwie kilka kwadransów, po upływie których, najedzeni odchodząc, pozostawili po sobie jedynie plamy krwi, jakby stanowiące wystawne talerze. Oprócz tego, nie pozostało już cokolwiek. Niebo zmieniając barwę z ciemniejącej szarości na wzbogacający ją, wpadający w czerń granat, rwąc podmuchami mroźnego wiatru cisze, wypowiedziało potwierdzenie grzmotem, który jakby zawoławszy gniew chmur, nakazał im ronić rześkie łzy, na ziemski padół. Zanim runęły swoim żalem na dobre, pojedyncze krople rozcieńczając szkarłat, zabierały go w głąb ziemi. Rozumiejąc to doskonale, odeszła, kierując kołyszące jej biodrami kroki, w czas własnego istnienia, które zwane inaczej, zostało spisane " przyjściem zmarłych, aby żywych sądzić ", a jak sama uważała:.. zupełnie nie bezpodstawnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania