Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA ROZDZIAŁ VI ( opowiadanie gore )
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA
ROZDZIAŁ VI
Śniło jej się, że spada. Jak na ironię, nie dane jej było zaznać kresu, rozpryskującego jej ciało na dnie spokoju. Jeżeli nawet wcale tak nie było, usilnie postanowiła nie brać tego pod uwagę, dając się ponieść przemijającej w umyśle czerni. Gdyby mogła dokonać czegokolwiek więcej, możliwe, że postąpiłaby inaczej. Jednak, tak właśnie było. Czym właściwie? Nie zdążyła pojąć. Powracająca świadomość, napełniła jej płuca w tak pokaźnej objętości, że właściwie... chwyciła je w szpony, kolejnym uczuciem pozbawionego woli bezdechu. Nie rozumiała, dlaczego nie ma to dla niej znaczenia, chcąc odwrócić wzrok od otaczających ją zewsząd ścian. Było to możliwe jedynie, przez mistyczne spojrzenie w nieboskłon, który, ku jej zdziwieniu: jako sklepienie, stanowiło litą ścianę płomieni, tańczących w racjonalnie niemożliwej ku temu płaszczyźnie. Wywarło to na Żanecie wrażenie, mimowolnie nakazujące utkwienie zmrożonego przerażeniem wzroku tam, gdzie miała nadzieję, iż znalazła oparcie dla stóp. Owszem. Stała niezaprzeczalnie stabilnie, jak spostrzegła: pośród ubitych odłamków zmąconych piaskowymi odcieniami minionych wieków, kości. Czy ludzkich? Chciała to zrozumieć, nie mogąc przestać kontemplować ich ostro zszarganych, parabolicznych osobliwości. Co jednak było tylko pretekstem, do usilnych prób utrzymania równowagi, gdy odczuła, że wszystko zaczyna, coraz bardziej, bujać się, niczym seledynowa morska toń, przechodząc w czerniejący granat, chcąca zdobić własne dno, jednym z wielu wraków smutnej, ledwo skleconej łajby. Dzieląca ją od ścian odległość powodowała, iż jedynym, czym mogła zadbać o własny ratunek, było niezdarne stawianie kroków, równoważących bieżące odchyły rzeczywistości. Jeżeli Taniec Umarłych może ich nie dotyczyć: tak właśnie mogło sprawić wrażenie, do momentu, gdy tracąc równowagę, upadła na kolano, niczym zawodowa modelka, pod którą zarwał się cienki obcas delikatnego obuwia. Przerosło to jej oczekiwania, umieszczając garść ostrych odłamów pod jej skórą, co jeszcze pogłębiło tarcie jej ciała, uniemożliwiające jej odzyskanie równowagi, kolejnym bezlitosnym wahaniem. Zanim poczuła, iż bezwładnie przewaliła się na przeciwległą stronę, od jej lewego kolana, aż po kostkę, odarte ze skóry mięśnie, ulegały takiej samej destrukcji, jak zdobiący je uprzednio aksamit. Po drugim lądowaniu z mokrym uczuciem zdających się trwać nieskończenie szarpnięć, przestała je liczyć zupełnie. Może nawet w momencie, gdy odczuła, iż cierpienie... nie zechce jej opuścić: wtulając w swą pozbawioną uczuć, wydającą się nienaturalnie twardą, głębię. Nie obchodziło jej już, ile właściwie jej, stanowi obecnie nią samą. Jak się spodziewała, może oby więcej, niż jej się wydawało. Przy wielu z kolejnych upadków, przed oczami migały jej przecież coraz bardziej skąpane w szkarłacie strzępy... i modliła się, podczas przerywników uderzających jej zębami o siebie, przy każdym z kolejnych łupnięć, aby... to już nie była ona. Wówczas wszystko ustało. Usiłowała oddychać, jęcząc bezumysłowo w bolesnej agonii. Przestała czuć siebie, a jedyne, dlaczego o tym wiedziała, płonęło w jej przerażonym spojrzeniu. Nawet, gdy ten nieznany jej twór stanowczo zamarł, pokracznie przedrzeźniając geometrię, pod kątem pozwalającym na nic więcej, jak odsłonięcie szkieletu, zdobiąc go nierówno ciętymi, niczym przez poddanego działaniu psychozy, nadpobudliwego chirurga, najrozmaitszymi, wlokącymi się za nim bezwiednie, kształtami. Zamknęła oczy, czując, iż krajanka jej ciała uzyskuje lekkość, powodującą podświadome uczucie nieustannie płynącego nacisku. Na swoje szczęście, tylko do momentu, gdy zetknęła się morderczym impetem ze ścianą ognia, witającą serdecznie... namiętnością zgniecenia jej czaszki, z głuchym, donośnym chrupnięciem. Pozwoliła zatem odejść własnej świadomości, bez układania na beżowo purpurowej, miękkiej poduszce: stanowiącej do niedawna mózg, spoczywający w jej dziewczęcej główce, co napawa żałością, niestety: z nią samą, jako żarliwie połączona breja, jak na złość: posiadająca do niedawna uczucia.
Tylko godzina... to niby nie długo, jednak: nie to ją przerażało. Miała zaledwie godzinę, aby zrozumieć, jak właściwie stąd odejść, gdy nadejdzie ku temu czas. Już niedługo. Nawet ogień to rozumiał, przygasając, jakby odchodził w dal, nie chcąc inaczej. Nie czuła chłodu, a złapała się na uporczywym postukiwaniu rzędami równych, schludnie białych, zgrabnych zębów. Utkwiwszy potulny katatonią wzrok na śpiącej u jej stóp Sylwii, walczyła ze sobą, aby nie puścić się biegiem przez mroczną, szczerze przerażającą ją gęstwinę. Rozumiała, że byłoby to ostatnim, czego dokonałaby w życiu, nie tylko swoim, ale jeszcze skutego nieświadomością, przydzianego w nasyconą, miedzianą barwę, umysłu. Czym to jest?.. Czego chce?.. Te pytania zawsze śmieszyły ją w filmach. Aż do teraz. Bo gdy zdecydowanie przestały, wraz z maską naiwności, uśmiechniętą rzucaniem w siebie wzajemnie popcornem, zdarły z jej twarzy dawny zdrowy, pozbawiony znaków choroby psychicznej, wyraz. Obecnie: to już nie ona. A jednak musi zrobić coś, czego jako dawna osoba, zupełnie sobie nie wyobrażała, a mimo wszystko: okazało się być jej życiem. Także w momencie zastanowienia nad nim, gdy poczuła kłujące, brutalne uderzenie bolesnego punktu na swojej lewej piersi, powodujące, iż świat przed jej oczyma, zaczął mdło ciemnieć. Każde uderzenie serca, napawało ją wybuchającym w jej klatce piersiowej bólem, powodując odejście sił, stanowiące bezwładne zwieszenie jej ramion, nie pytające tym o zgodę jej woli. Nawet wówczas, gdy drobna, delikatna dłoń ujęła jej kark. Żyła jeszcze wówczas, gdy dłoń należąca do Sylwii, pchnęła jej brnące w bezwład ciało, na przygasające ognisko. Mogła odczuć płomienie, goszczące wewnątrz niej, ostatnim, syczącym krwawo pośród nich oddechem.
Sylwia wyszarpnęła kolejowy gwóźdź z jej piersi, jakby zajmowała się tym od dawna. Oblizując go lubieżnie, delektowała się smakiem krwi, wzbogaconym rdzawo metaliczną nutą. Podnosząc z ziemi plecak, postanowiła zabrać jedynie srebro, czując przejaw podniecenia, że właśnie okrada zmarłą, ponadto: nie skalaną piekłem, a nawet: chcącą ją dlatego uratować. Brzęk zczerniałych bibelotów o jej metrykę rodową, zapieczętowaną w salomonowym metalu, nawełniał jej umysł spełnieniem. Dokonała zapłaty. Czekając, aż tłuszcz z twarzy Aśki podnieci ogień, nie mniej, niż ją samą: z gracją powierzyła plecak ogniu: ekscytując się wrzaskiem potępionych dusz, wybrzmiewającym z jego otchłani. Za tyle nieskalanych ofiar, mogła doczekać świtu: żyjąc, a przecież... aby opuścić Zaświaty, trzeba dokonać poświęceń... Prawda?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania