Poprzednie częściUpadły-Rozdział 1  Upadły-Rozdział 2  

Upadły-Rozdział 3

Wnętrze nie było jakoś specjalnie piękne, ot budynek mający tylko służyć bez zbędnych dla oka pierdół. Na ścianach wyblakłe symbole wody, podłoga bez barwy i wszędzie stały prowizoryczne posłania z jęczącymi, chorymi ludźmi. Najdziwniejsze jednak był brak smrodu, jakby coś czyściło powietrze dookoła.

Nero powoli przechodził między pacjentami, nie wiedząc, co o tym myśleć. Na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że kult nadal istnieje, pomimo śmierci jego boga. Dlaczego kapłani nadal leczą? Przecież nie mają już błogosławieństw, czy specjalnych mocy, tylko własną energię, umożliwiającą używanie prostych zaklęć.

— Achajonie, gdzie jest nóż do operacji? Myślałem, że miałeś go położyć obok innych — zabrzmiał znajomy głos z głębi budynku. Czyżby on przeżył? Niemożliwe. Musiał przekonać się na własne oczy. Skierował kroki w stronę źródła dźwięku, niestety drogę zagrodzili mu dwaj, rośli strażnicy uzbrojeni w sztylety, zupełnie niegroźną broń w starciu z żołnierzem regularnego wojska.

— Wstęp wzbroniony, mistrz właśnie operuje. Jeśli masz jakieś dolegliwości, zgłoś się do jednego z akolitów. — powiedział chropowatym, ciężkim głosem, zasłaniając ogromnym cielskiem wejście dalej.

— Mistrz? Więc na dawnego sługę mówią mistrzu. Jak nie pana to wszystko staję na głowie — rzucił Nero.

— Coś powiedział łachmyto? Chcesz jeszcze używać zębów? — Podszedł drugi ze strażników, pogardliwie spoglądając na intruza.

— Dzieci drogie, co to za hałasy? Przecież pacjent po operacji musi odpoczywać. Cisza i spokój to podstawa tego miejsca. — We wnęce stanął siwy staruszek, odziany w błękitną szatę.

— Przepraszamy mistrzu, ale ten intruz nie słuchał naszych poleceń. Jeszcze śmiał obrazić mistrza. Jasno przekazałeś, by ci nie przeszkadzać. — Ochrona skłoniła się lekko.

— Więc dziecię drogie, w jakiej sprawie przychodzisz, że nie mogłeś poczekać? — Zwrócił się do Nero.

— Czy pan musi mieć sprawę, by odwiedzić sługę?

Starzec zbladł, a na jego twarzy mieszały się różne emocje. Próbował coś powiedzieć, lecz prócz niezrozumiałego jąkania, nic z tego nie wyszło.

— Może udamy się w ustronne miejsce? Raczej wątpię, by ta sala sprzyjała długiej rozmowie.

— Tak, tak. Chodź za mną. — Ujął delikatnie Nero za ramię i wprowadził do środka, ku zdumieniu swoich ludzi. Wnętrze nie odbiegało od innych części budynku, ściany niewiadomej barwy, pełne pęknięć. W centrum stało drewniane biurko, pamiętające zamierzchłe czasy, zawalone mnóstwem zwojów, a tuż, zanim znajdował się mebel do siedzenia z tego samego materiału, łatany niejednokrotne.

— Nie zmieniłeś się Hipokratesie, nadal wśród ludzi i nadal zawalony papirusami. — Nero rzucił okiem na dalszą część pomieszczenia, skąd dobiegały jęki.

— Mistrzu. — Starzec upadł na kolano i spuścił głowę. — Błagam o wybaczenie. Zamiast cię szukać, uznałem, że nie żyjesz. Wymierz mi karę stosowną do mego wykroczenia.

— Kara... — Niebiesko-włosy młodzieniec zadumał się i nic nie odpowiedział. — Dawny ja zrobiłby to z przyjemnością. Naprawdę ledwie powstrzymuje mój gniew, jednak z drugiej strony byłoby to nonsensem. Cały świat zapomniał o mnie i potędze wody, zostałem zdradzony przez najbliższą mi osobę. Pokonany i zrzuconą w piekielną otchłań, gdzie miał po mnie pozostać tylko proch. — W ciszy pokonał kilka kroków i spojrzał przez okno na miasto. — Popatrz stary przyjacielu. W przeszłości rozkoszowałem się w tym miejscu przepięknym jeziorem, a teraz stoi tu miasto mego najgorszego wroga. Czy to twoja wina, że tak się stało? Nie, to tylko i wyłączna moja wina. Nie mogę oczekiwać, by słudzy na wieść o śmierci pana, zrobili coś głupiego. Opowiedz, co zdziałałeś przez ten długi czas mojego snu.

Twarz starca rozpromieniła się.

— Dzięki ci za twą ogromną łaskę. Moje osiągnięcia nie są czymś, o czym warto wspominać. Przez te kilka tysiącleci przenosiłem się z miasta do miasta, szkoląc naszych nielicznych kapłanów. Z wielkiego klanu wody zrobiłem małe społeczeństwo medyków. Wybacz mi.

— Uczyniłeś więcej niż ja w okresie panowania. Pogoń tylko za mocą, nie wpływa dobrze na przyszłość. — Wytworzył na dłoni dużą kulę wody i zmiażdżył ją, zaciskając pięść. — Dobra koniec tych smutnych bredni. Nie w moim charakterze są dysputy i inne umysłowe pierdoły. Na czym aktualnie stoimy drogi Hipokratesie.

— Przygotowujemy się właśnie do opuszczenia miasta, mistrzu.

Nero zdumiony spojrzał na sługę.

— Przecież dobrze prosperujecie, macie mnóstwo pacjentów.

— Zgadza się, jednak Helios nie może dłużej tego tolerować. Wczoraj posłaniec dał nam siedem dni na opuszczenie miasta. Pomogliśmy wielu, jednak nieufny władca nie może nam pozwolić na „widoczne” zdobywanie wpływów. W końcu jesteśmy przeklętym kultem. — Hipokrates podszedł do biurka i zaczął zbierać zwoje do dużego, wiklinowego koszyka.

— Gdzie zamierzasz się udać ze swoją gromadką?

— Nie mam pojęcia, wyrzucili nas już z każdego miasta. Pozostała tylko dzicz, ale jak ja ich tam nakarmię, tego nie wiem. — rzucił smutnym głosem. Nastała niezręczna cisza, żadne słowa nie układały się w głowie Nera tak, by mógł powiedzieć coś logicznego. W bezruchu wpatrywał się w przygotowujących do podróży ludzi Hipokratesa. Oni już nie byli jego, nie rządził na błękitnym tronie, wzbudzając lęk swych poddanych. Nie miał teraz nic, dopiero teraz odczuł ogromną samotność i słabość. Z wyraźnym zmęczeniem osunął się pod ścianą, co teraz miał robić? Po wybudzeniu cel był wiadomy, sprowadzić krwawą zemstę na swych wrogów, jednak z czasem nic już nie wydawało się tak jasne.

— Mistrzu możemy ruszać.

Nero podniósł głowę i ujrzał, stojącego nad nim starego przyjaciela.

— Wy jeszcze tutaj? Mieliście być już dawno w drodze.

— Co masz na myśli mistrzu? Klan nie może obejść się bez lidera. — Wyciągnął rękę w stronę siedzącego.

— To twoi ludzie Hipokratesie i to na ciebie mówią mistrzu. Ja jestem reliktem przeszłości, który poniósł srogą porażkę.

— Mistrzu za pozwoleniem, pierdzielisz głupoty. Klanem wody rządzi tylko Błękitny Nero, nie nikt inny. Skoro na mnie tak wołają, to ty będzie arcymistrzem. Teraz gdy powróciłeś, możemy znów urosnąć w siłę. Nie w tak pozorną, jak dawniej, ale opartą na fundamentalnych wartościach. Wprawdzie nie ma nas tysiące i w sumie mam około trzystu akolitów, jednak powinno wystarczyć. Śmiej się panie i ucztuj, a nadgorliwców karz odpowiednio. Taki jesteś i taki będziesz. Możesz zemścić się na wiele różnych sposobów, niekoniecznie krwawych. Pójdź z nami i stań się liderem. — Sługa pomógł wstać Nero.

— Masz trochę racji, jednak nie znam na tyle obecnego świata, bym potrafił was poprowadzić. Na razie zatrudnij mnie w charakterze ochrony, a później zobaczymy. — Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech.

— Jeśli tego pragniesz... Ale nie potrafię wydawać ci rozkazów.

— Powiedzmy, że z racji mych umiejętności dałeś mi wolną rękę w tej sprawie.

Po dogadaniu szczegółów ruszyli w stronę bramy miasta. Dziwny był to orszak w niebieskich szatach i znakami dawno już zapomnianymi. Nikt nie wiedział, komu służą i po co, wiadome było tylko to, że leczą i pomagają innym. Uchodźcy przez nikogo niezaczepiani opuścili w końcu metropolię. Tylko postać z zamku przyglądała się im złowrogo, planując niewesołą przyszłość.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania