Upadły-Rozdział 6

Podróżowanie przez terytorium Heliosa było niebezpiecznym zajęciem, choć wygodnym. Liczne drogi i okolice bez bandytów sprzyjały wędrówce, jedynym zmartwieniem były liczne patrole. Jednak rzadko który zatrzymywał się przy nieuzbrojonej gromadce, wielu żołnierzy miało u wodnych medyków długi wdzięczności. Mało kto żył z danin, nie pobierając wymyślnych opłat. Nero mógł lekceważąco spoglądać na dobre uczynki, mimo to doceniał korzyści, wiążące się z nimi.

Tak, jak piękny dzień musi ustąpić nocy, tak prosta droga w końcu zmienia swój kształt. Z traktu wkroczyli w słoneczny, zielony las, pełnego różnych zapachów i dźwięków, występujących tylko tutaj. Jednak jak to bywa, nie zawsze to co ładne jest wspaniałe i bezpieczne.

— Ej młody. Jeśli nie chcesz stracić ręki, to lepiej odejdź od tego chwasta — rzekł błękitno włosy w kierunku adepta. — Z pierwszej perspektywy ten las może się wydawać niczyim, jednak wierz mi, tak nie jest. Pani tego lasu jest osobą nieprzewidywalną i skorą do gniewu. Nie lubi, gdy ktoś okrada gaj, myśląc, że jest bezkarny.

— O czym ty mówisz? Jesteś tylko strażnikiem, taki ktoś nie powinien się w ogóle odzywać — odparł wyniośle młodzieniec. Nero zacisnął dłoń w pięść, ledwie powstrzymując się od uderzenia nadętego smarkacza. Równie dobrze mógł mieć gdzieś tę całą ekspedycję, wiernych można znaleźć gdziekolwiek, wprawdzie oznacza to konflikt z danym bóstwem i zaczynanie wszystkiego od nowa, ale jest wykonalne.

— Anotosie, uspokój się młodzieńcze. Ile razy powtarzałem ci, że będąc na obcym terenie, trzeba być naprawdę ostrożnym — wtrącił się Hipokrates, ratując mu życie.

— Ależ starszy, mój wdzięk i wysokie urodzenie wśród patrycjuszy chronią mnie przede wszystkim. Kto ośmieli się tknąć takiego geniusza? — Błysnął bielą zębów, przeczesując dłonią bujne, blond włosy. Upadły nie czuł już gniewu, wystarczyło kilka słów, by zmienił zdanie z wrogiego na pogardliwy. Mała różnica, aczkolwiek młody nie będzie się witał z Nekros u wrót podziemi.

— Więc co wiesz, o tym gaju, Nero? — Słowa starca zabrzmiały sztucznie jakby ledwo wydarte z pomarszczonej krtani. Członkowi starożytnego plemienia trudno było zwrócić się imieniem do będącego wyżej rangom od niego, jednak ustalili, że publicznie będzie tak mówił do swojego mistrza. Był to pierwszy raz, kiedy musiał użyć tego zwrotu, przedtem albo nie rozmawiali ze sobą wprost, albo rozmawiali, idąc z tyłu, gdzie nikt ich nie słyszał.

— Przepięknie tutaj. Pachnące zioła, zielona trawa, zwierzęta przechadzające się pomiędzy drzewami. Normalnie raj na ziemi.

Ludzie dookoła z uznaniem kiwali głową, zachwycając się otoczeniem wokół.

— Błąd! — krzyknął, rzucając kamieniem. Trafiony ptak spadł w gęste krzaki, które z głośnym odgłosem miażdżenia kości, pochłonęły truchło. Z niektórych damskich gardeł, a może i paru męskich wymsknął się cichy okrzyk przerażenia. — Gaj Dasos jest jak śmiertelne bagno, wabiące naiwnych podróżnych. Jeśli nie znasz odpowiednich ścieżek, szybko staniesz się pożywką miejscowej fauny i flory. My ludzie za bardzo ufamy wzrokowi, co bardzo często jest przyczyną naszej zguby — rzekł, jakby do siebie.

W kilka sekund bez żadnych szmerów utworzyli podwójny szereg, ustawiając Nero i Hipokrates na jego czele.

— Widzisz stary przyjacielu, tysiąclecia mijają, jak szalone, a człowiek był głupcem i nadal nim jest. I gdzie ten cały rozwój? — szepnął kpiąco Nero.

— Lata spokoju i umiarkowanego dobrobytu nie wpływa motywująco na postępy żadnej rasy. W końcu, po co zmieniać coś, co działa. A jeśli chodzi o głupotę... Jest wpisana w geny i nie istnieje żadne lekarstwo na nią. Przynajmniej ja o niczym takim nie wiem. Przeszywają mnie dreszcze, gdy spoglądam wokół. Krajobraz niby cieszy oko, ale jak się zna prawdę, to wolałbym wrócić do starych slumsów. Tam przynajmniej złodziej był złodziejem.

— Czyżby lata stagnacji i na ciebie wpłynęły, stary przyjacielu? Zawsze nie cierpiałeś tego miejsca, mimo to nigdy nie słyszałem od ciebie takich słów. Ponoć starość nie znaczy nic dla istot z twego plemienia.

Już Hipokrates szykował się do odpowiedzi, gdy do ich uszu dobiegł powabny głos, powodujący gęsią skórkę u starca.

— Byłeś tchórzem od naszego pierwszego spotkania, wężu.

— Ciężko nim nie być, gdy przed sobą ma się taką matronę, Dasos. — odrzekł niechętnie Hipokrates. Spomiędzy drzew w asyście uzbrojonych, aczkolwiek urodziwych łuczniczek dostojnym, powabnym krokiem nadeszła piękna leśna pani. Jej płaszcz uszyty z lśniącego zielenią listowia ciągnął się daleko za nią, by przypadkiem nie ubrudził się, końce były trzymane przez czterech karłów. Wśród długich włosów barwy świeżej trawy widniał brązowy diadem z nieznanej skały, a dumne szmaragdowe oczy spoglądały na przybyszów, niemal pożerając ich w całości.

— Drzewa podpowiedziały mi, że umarły kroczy pośród korzeni. Nie dawałam im wiary, musiałam sprawdzić to na własne oczy. I nie rozczarowałam się, mógłbyś, chociaż uprzedzić o swojej wizycie. Inaczej bym się przygotowała — rzuciła, oblizując usta i pochylając się do przodu, ukazując głęboki dekolt.

— Miałem zbyt dużo na głowie. Jesteś niczym las, niezmienna od tysiącleci. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. — Nero chłonął wzrokiem każdy centymetr jej ciała, minęło sporo czasu, od kiedy był z kobietą.

— Uwierz mi, drogi upadły, że dobrze. — Podeszła do niego i musnęła delikatnie po policzku. — Jak mniemam, zostaniecie kilka dni? Mamy wiele do... obgadania. — rzuciła, zmysłowo przeciągając ostatnią cześć zdania.

— No nie wiem, czas nas goni.

— W tym miejscu nawet czas nie ma władzy, upadły. Zejście z drogi, nie zawsze musi kończyć się źle.

— Jednak przeważnie tak jest.

— Czyżbyś utracił swój pociąg do ryzyka? A może wielki Nero, obawia się takiej słabej damy, jak ja? — powiedziała z widoczną ironią.

— Strach to oznaka ostrożności, co zyskam za zbłądzenie? Musi to być coś warte takiej ceny.

— Uwierz mi, jest. — Zachichotała delikatnie. Cała ta scena była tylko grą, gdzie uczestnicy doskonale wiedzieli, jak się skończy.

— Niech stracę, prowadź. — odpowiedział lekceważąco, skrycie czekając na dalszy ciąg. Bogini skinęła palcem i orszak ruszył za nią w głębi leśnej głuszy. Kapłani odczuwali niepokój, idąc za piękną panią, wszakże Nero ostrzegał ich przed złudnością tego miejsca, czyż więc pani ów gaju nie była niebezpieczeństwem? Dlaczego mimo to za nią podążają? Spoglądali na Hipokratesa, lecz nie odezwał się żadnym słowem. Bez wyraźnej odpowiedzi kontynuowali podążanie, mając za sobą zachodzące słońce. Podróżowanie przez terytorium Heliosa było niebezpiecznym zajęciem, choć wygodnym. Liczne drogi i okolice bez bandytów sprzyjały wędrówce, jedynym zmartwieniem były liczne patrole. Jednak rzadko który zatrzymywał się przy nieuzbrojonej gromadce, wielu żołnierzy miało u wodnych medyków długi wdzięczności. Mało kto żył z danin, nie pobierając wymyślnych opłat. Nero mógł lekceważąco spoglądać na dobre uczynki, mimo to doceniał korzyści, wiążące się z nimi.

Tak, jak piękny dzień musi ustąpić nocy, tak prosta droga w końcu zmienia swój kształt. Z traktu wkroczyli w słoneczny, zielony las, pełnego różnych zapachów i dźwięków, występujących tylko tutaj. Jednak jak to zawsze bywa, nie zawsze to co ładne jest wspaniałe i bezpieczne.

— Ej młody. Jeśli nie chcesz stracić ręki, to lepiej odejdź od tego chwasta — rzekł błękitno włosy w kierunku adepta. — Z pierwszej perspektywy ten las może się wydawać niczyim, jednak wierz mi, tak nie jest. Pani tego lasu jest osobą nieprzewidywalną i skorą do gniewu. Nie lubi, gdy ktoś okrada gaj, myśląc, że jest bezkarny.

— O czym ty mówisz? Jesteś tylko strażnikiem, taki ktoś nie powinien się w ogóle odzywać — odparł wyniośle młodzieniec. Nero zacisnął dłoń w pięść, ledwie powstrzymując się od uderzenia nadętego smarkacza. Równie dobrze mógł mieć gdzieś tę całą ekspedycję, wiernych można znaleźć gdziekolwiek, wprawdzie oznacza to konflikt z danym bóstwem i zaczynanie wszystkiego od nowa, ale jest wykonalne.

— Anotosie, uspokój się młodzieńcze. Ile razy powtarzałem ci, że będąc na obcym terenie, trzeba być naprawdę ostrożnym — wtrącił się Hipokrates, ratując mu życie.

— Ależ starszy, mój wdzięk i wysokie urodzenie wśród patrycjuszy chronią mnie przede wszystkim. Kto ośmieli się tknąć takiego geniusza? — Błysnął bielą zębów, przeczesując dłonią bujne, blond włosy. Upadły nie czuł już gniewu, wystarczyło kilka słów, by zmienił zdanie z wrogiego na pogardliwy. Mała różnica, aczkolwiek młody nie będzie się witał z Nekros u wrót podziemi.

— Więc co wiesz, o tym gaju, Nero? — Słowa starca zabrzmiały sztucznie jakby ledwo wydarte z pomarszczonej krtani. Członkowi starożytnego plemienia trudno było zwrócić się imieniem do będącego wyżej rangom od niego, jednak ustalili, że publicznie będzie tak mówił do swojego mistrza. Był to pierwszy raz, kiedy musiał użyć tego zwrotu, przedtem albo nie rozmawiali ze sobą wprost, albo rozmawiali, idąc z tyłu, gdzie nikt ich nie słyszał.

— Przepięknie tutaj. Pachnące zioła, zielona trawa, zwierzęta przechadzające się pomiędzy drzewami. Normalnie raj na ziemi.

Ludzie dookoła z uznaniem kiwali głową, zachwycając się otoczeniem wokół.

— Błąd! — krzyknął, rzucając kamieniem. Trafiony ptak spadł w gęste krzaki, które z głośnym odgłosem miażdżenia kości, pochłonęły truchło. Z niektórych damskich gardeł, a może i paru męskich wymsknął się cichy okrzyk przerażenia. — Gaj Dasos jest jak śmiertelne bagno, wabiące naiwnych podróżnych. Jeśli nie znasz odpowiednich ścieżek, szybko staniesz się pożywką miejscowej fauny i flory. My ludzie za bardzo ufamy wzrokowi, co bardzo często jest przyczyną naszej zguby — rzekł, jakby do siebie.

W kilka sekund bez żadnych szmerów utworzyli podwójny szereg, ustawiając Nero i Hipokrates na jego czele.

— Widzisz stary przyjacielu, tysiąclecia mijają, jak szalone, a człowiek był głupcem i nadal nim jest. I gdzie ten cały rozwój? — szepnął kpiąco Nero.

— Lata spokoju i umiarkowanego dobrobytu nie wpływa motywująco na postępy żadnej rasy. W końcu, po co zmieniać coś, co działa. A jeśli chodzi o głupotę... Jest wpisana w geny i nie istnieje żadne lekarstwo na nią. Przynajmniej ja o niczym takim nie wiem. Przeszywają mnie dreszcze, gdy spoglądam wokół. Krajobraz niby cieszy oko, ale jak się zna prawdę, to wolałbym wrócić do starych slumsów. Tam przynajmniej złodziej był złodziejem.

— Czyżby lata stagnacji i na ciebie wpłynęły, stary przyjacielu? Zawsze nie cierpiałeś tego miejsca, mimo to nigdy nie słyszałem od ciebie takich słów. Ponoć starość nie znaczy nic dla istot z twego plemienia.

Już Hipokrates szykował się do odpowiedzi, gdy do ich uszu dobiegł powabny głos, powodujący gęsią skórkę u starca.

— Byłeś tchórzem od naszego pierwszego spotkania, wężu.

— Ciężko nim nie być, gdy przed sobą ma się taką matronę, Dasos. — odrzekł niechętnie Hipokrates. Spomiędzy drzew w asyście uzbrojonych, aczkolwiek urodziwych łuczniczek dostojnym, powabnym krokiem nadeszła piękna leśna pani. Jej płaszcz uszyty z lśniącego zielenią listowia ciągnął się daleko z nią, by przypadkiem nie ubrudził się, końce były trzymane przez czterech karłów. Wśród długich włosów barwy świeżej trawy widniał brązowy diadem z nieznanej skały, a dumne szmaragdowe oczy spoglądały na przybyszów, niemal pożerając ich w całości.

— Drzewa podpowiedziały mi, że umarły kroczy pośród korzeni. Nie dawałam im wiary, musiałam sprawdzić to na własne oczy. I nie rozczarowałam się, mógłbyś, chociaż uprzedzić o swojej wizycie. Inaczej bym się przygotowała — rzuciła, oblizując usta i pochylając się do przodu, ukazując głęboki dekolt.

— Miałem zbyt dużo na głowie. Jesteś niczym las, niezmienna od tysiącleci. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. — Nero chłonął wzrokiem każdy centymetr jej ciała, minęło sporo czasu, od kiedy był z kobietą.

— Uwierz mi, drogi upadły, że dobrze. — Podeszła do niego i musnęła delikatnie po policzku. — Jak mniemam, zostaniecie kilka dni? Mamy wiele do... obgadania. — rzuciła, zmysłowo przeciągając ostatnią cześć zdania.

— No nie wiem, czas nas goni.

— W tym miejscu nawet czas nie ma władzy, upadły. Zejście z drogi, nie zawsze musi kończyć się źle.

— Jednak przeważnie tak jest.

— Czyżbyś utracił swój pociąg do ryzyka? A może wielki Nero, obawia się takiej słabej damy, jak ja? — powiedziała z widoczną ironią.

— Strach to oznaka ostrożności, co zyskam za zbłądzenie? Musi to być coś warte takiej ceny.

— Uwierz mi, jest. — Zachichotała delikatnie. Cała ta scena była tylko grą, gdzie uczestnicy doskonale wiedzieli, jak się skończy.

— Niech stracę, prowadź. — odpowiedział lekceważąco, skrycie czekając na dalszy ciąg. Bogini skinęła palcem i orszak ruszył za nią w głębi leśnej głuszy. Kapłani odczuwali niepokój, idąc za piękną panią, wszakże Nero ostrzegał ich przed złudnością tego miejsca, czyż więc pani ów gaju nie była niebezpieczeństwem? Dlaczego mimo to za nią podążają? Spoglądali na Hipokratesa, lecz nie odezwał się żadnym słowem. Bez wyraźnej odpowiedzi kontynuowali podążanie, mając za sobą zachodzące słońce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • little girl 3 miesiące temu
    "zawsze bywa, nie zawsze to co ładne jest wspaniałe i bezpieczne. " - zmień to pierwsze zawsze
    "ciągnął się daleko z nią, by " - za nią
  • krajew34 3 miesiące temu
    Dzięki za wizytę, jak zwykle coś musiało mi umknąć. Mam nadzieję, że mimo to rozdział nie był nudny. :)
  • little girl 3 miesiące temu
    krajew34 co Ty. Ciekawa ta kreacja bohatera. Interesująca fabuła I wgl. Niekiedy masz takie smiszne wtracenia trochę robiące komiczne jakieś wazniejsze momenty, ale spoko.
    Ogólnie na plus. Masz wyobraźnię:)
  • krajew34 3 miesiące temu
    little girl miło mi, nadal ćwiczę swój warsztat więc jest daleko od ideału. Cieszę się, że moje bazgroły przyniosły choć trochę ciekawości.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania