Poprzednie częściCień Areny - AKT I, rozdział 1.

Cień Areny - AKT I, rozdział 10.

Rozdział 10

 

W dalszej części budynku powietrze było duszne i ciężkie. Michał i Noah zostali poprowadzeni w milczeniu przez kolejnych dwóch żołnierzy. Korytarze zmieniły charakter — z betonowych, surowych, bardziej przypominały wnętrze przemysłowego laboratorium niż wojskową placówkę. Ściany były wykafelkowane, a echo ich kroków odbijało się głucho od podłogi, jakby cały ten świat zbudowany był z zimna i sterylności.

Wprowadzono ich do jasnego pomieszczenia bez okien. Czekał tam już mężczyzna w gumowym fartuchu i z gumowymi rękawicami ochronnymi naciągniętymi na dłonie. Nie odezwał się ani słowem. Wskazał tylko ręką na metalową ławkę.

— Ubrania — rzucił twardo, po rosyjsku, ale Michał zrozumiał. Ton głosu nie pozostawiał wątpliwości.

Obaj zdjęli z siebie to, co im zostało. Michał czuł, jak palce drżą mu z zimna i wstydu. Mimo wszystko był to moment upokarzający — nie tylko dlatego, że stali nago przed obcymi, ale dlatego, że nie wiedzieli, dlaczego.

Z sufitu trysnął nagły strumień lodowatej wody. W jednej chwili ich ciała zostały opłukane tak gwałtownie, że Noah zaklął pod nosem.

— Cholera jasna... — syknął po angielsku, odskakując w bok, ale nie było gdzie się schować.

Michał zacisnął zęby. Stał w miejscu, pozwalając wodzie spływać po głowie, plecach, ramionach — tam, gdzie rana zdążyła się już prawie zasklepić. Skóra piekła. Wszystko piekło.

Po minucie natrysk ustał, a w pomieszczeniu rozległ się szorstki, metaliczny dźwięk otwieranego schowka. Jeden z mężczyzn rzucił im po ręczniku i pomarańczowym komplecie – materiał był cienki, sztuczny, jak tanie kombinezony malarskie. Michał pomyślał mimowolnie o amerykańskich filmach, w których więźniowie paradują w podobnych ciuchach.

Więźniowie. Nie żołnierze, nie pacjenci. Więźniowie.

Zapiął się pod szyję. Ubranie było za luźne i pachniało tanim detergentem, jakby ktoś usiłował sprać z niego coś więcej niż tylko brud.

Zabrano ich dalej, do czegoś na kształt prowizorycznego gabinetu medycznego. Kolejna osoba w białym fartuchu i rękami w rękawiczkach — zapewne lekarz — z chłodnym spojrzeniem i kazał im się położyć na metalowych stołach. Michał nie miał już siły pytać ani protestować. Leżał, wpatrzony w sufit, słuchając brzęku narzędzi.

Sprawdzano ich dokładnie. Opatrzono mu ranę na ramieniu, zbadano oddech, krew i zrobiono prześwietlenie.

— Nie ma złamań. Siniaki, powierzchowne urazy. W porządku — rzucił lekarz do swojego asystenta, który wszystko notował.

Michał poczuł, jak mięśnie lekko się rozluźniają. Przez sekundę przemknęła mu ulga. Nie był połamany. Żył. Wszystko działało.

Ale zaraz potem przyszła cisza. A w tej ciszy — coś znacznie gorszego niż ból.

Nie wiedział, co dalej. Po co ta selekcja? Czemu badają ich tak szczegółowo? I — najgorsze — kim był ten generał, o którym tyle mówiono?

Spojrzał na Noaha. Tamten siedział na łóżku obok, wpatrzony w podłogę. Milczał.

Dlaczego ich wybrali?

Michał odetchnął głęboko i spojrzał na zamknięte drzwi przed sobą. Coś czaiło się po drugiej stronie. Coś, czego jeszcze nie rozumiał — ale już przeczuwał, że może zmienić jego życie.

Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że może Rosjanie po prostu potrzebują ludzi — mięsa armatniego, którym łatwo zapchać luki w topniejących szeregach własnej armii. W końcu wojna zbierała żniwo po obu stronach, a młodych, zdrowych mężczyzn nigdy nie było za wiele.

Ale im dłużej o tym myślał, tym mniej miało to sensu. Gdyby chodziło tylko o liczby, nie badaliby ich tak dokładnie. Nie przeprowadzaliby tak dokładnych oględzin, nie pobieraliby próbek krwi, nie kazaliby chodzić od komisji do komisji, a na koniec do generała. To przypominało bardziej eksperyment niż selekcję wojskową.

I co najdziwniejsze — zostawiliby Amerykanina?

Radecki spojrzał kątem oka na Johnsona, który stał teraz oparty o zimną ścianę, z zamkniętymi oczami, jakby drzemał. Mimo zmęczenia wciąż wyglądał jak człowiek z okładki wojskowego plakatu: wysoki, postawny, z wyraźnie zarysowaną linią szczęki. Michał szacował, że Noah miał jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, a jego postura sugerowała, że trenował całe życie.

Z punktu widzenia wojskowego — lepszy kandydat niż on sam. Bez porównania. Silniejszy, lepiej zbudowany. I prawdopodobnie lepiej wyszkolony, skoro służył w amerykańskiej armii.

Więc dlaczego właśnie on?

Może wcale nie chodziło o siłę. Może to, co liczyło się dla nich naprawdę, kryło się gdzie indziej — w psychice, w strukturze krwi, w jakimś genetycznym szczególe, którego nie potrafił pojąć.

Otworzył usta, by w końcu zapytać Johnsona o coś — cokolwiek — ale nie zdążył.

Z głębi korytarza dobiegł znajomy dźwięk: metaliczny zgrzyt i pisk otwieranych drzwi, który niósł się echem po całym pomieszczeniu niczym sygnał ostrzegawczy. Michał automatycznie odwrócił głowę.

W progu pojawiła się znajoma postać. Doktor Kazanov.

W śnieżnobiałym kitlu, z dłonią opartą nonszalancko na klamce. Jego twarz była spokojna, niemal wyprana z emocji, ale oczy — zimne i czujne — nieprzerwanie wpatrywały się w Michała, jakby rozpoznawały coś, czego on sam w sobie jeszcze nie dostrzegał.

Za Kazanovem stali dwaj żołnierze. Inni niż poprzednio — młodsi, równie milczący. Mieli twarze bez wyrazu i broń trzymaną z przesadną dyscypliną.

Michał poczuł, jak jego ciało automatycznie się napina.

Doktor spojrzał przelotnie na wnętrze celi, po czym skinął na Johnsona.

— Ty pierwszy.

Amerykanin ruszył bez słowa. Wymienił jeszcze krótkie spojrzenie z Michałem — coś pomiędzy niepewnością a pokrzepieniem — i wyszedł pod eskortą dwóch żołnierzy.

Drzwi zamknęły się z przeciągłym skrzypnięciem.

Nastąpiło długie, nieprzyjemne milczenie.

Michał usiadł z powrotem na łóżku, wpatrując się w podłogę. Czuł, jak jego oddech mimowolnie przyspiesza, mimo że próbował zachować spokój. Czekał. Piętnaście minut? Może dwadzieścia? Czas płynął powoli, rozciągał się w nieskończoność, jakby miał go złamać jeszcze zanim cokolwiek się zacznie.

W końcu znowu rozległ się ten sam pisk.

— Teraz ty — rzucił jeden z żołnierzy.

— Jakby był tu ktoś jeszcze. — pomyślał z irytacją.

Wstał.

Nie próbował zadawać pytań. Posłusznie ruszył za mundurem.

Szli w milczeniu. Korytarz ciągnął się w nieskończoność, oświetlony jarzeniówkami, które migotały leniwie. Minęli kilka par drzwi, wszystkie zamknięte, bez oznaczeń.

Wreszcie dotarli do pomieszczenia na końcu korytarza. Żołnierz otworzył drzwi i wprowadził go do środka — nie brutalnie, ale stanowczo, z wyraźnym sygnałem, że to nie on tu ma kontrolę.

Pomieszczenie przypominało Michałowi salę narad. Pomalowane na szaro ściany, proste oświetlenie, długi stół z krzesłami po obu stronach. Po jednej stronie siedziało dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Obaj w okularach, obaj łysiejący, obaj sprawiali wrażenie ludzi, którzy nigdy nie podnoszą głosu, a mimo to zawsze wiedzą więcej, niż powinni.

Obok nich — doktor Kazanov. Stał wyprostowany, z rękami splecionymi za plecami, jakby sam był częścią tego mebla zwanego systemem.

Ale wzrok Michała szybko przyciągnęła inna postać.

Na końcu stołu, nonszalancko oparty o blat, siedział wojskowy. Jego garnitur obszyty był medalami i odznaczeniami, których znaczenia Michał nie potrafił nawet odczytać. Mężczyzna miał siwe włosy, ostrzyżone krótko, jakby według starej szkoły. W dłoni trzymał papierosa, którego żar w półmroku pomieszczenia świecił niemal złowieszczo.

Spojrzenie miał chłodne, przeszywające. Nieprzyjemne nie dlatego, że krzyczało groźbą, ale dlatego, że nie mówiło nic. Zupełnie nic.

Michał nie musiał pytać. To musiał być ten cały generał.

Stanął na środku sali, pod czujnym okiem wszystkich obecnych.

Johnsona już nie było. Co się z nim stało? Czy był w innym pokoju? Czy… coś mu zrobili?

Nie zadawał pytań, choć miał ich w głowie dziesiątki. Zamiast tego czekał. Wiedział, że to nie będzie zwykła rozmowa.

Czekał.

Kazanov pierwszy zabrał głos.

— Michał Radecki. Polak. Osiemnaście lat. Brak trwałych obrażeń. Neurologicznie stabilny. Krew czysta. Nie jest najsilniejszy z grupy, ale ma sprawność, która nas interesuje. Fizycznie — idealny obiekt do sprawdzenia skuteczności działania projektu.

Mężczyźni za stołem nie zareagowali od razu. Starszy z nich poprawił okulary, spojrzał na arkusz papieru, potem na Michała.

— Znasz powód, dla którego tu jesteś?

— Nie — odparł krótko.

— Czy rozumiesz, gdzie jesteś?

— W rosyjskim więzieniu. Albo w czymś, co je udaje.

Mężczyzna uniósł brwi, ale nie skomentował. Zadał kolejne pytanie:

— Co czułeś, kiedy trafiłeś do niewoli?

— Nic konkretnego. Chaos. Strach. A potem… cisza.

— Cisza?

Michał skinął głową.

— Taka, jak po burzy. Wszystko się wali, a potem już tylko zostajesz ty i kurz.

Drugi, młodszy z mężczyzn włączył się do rozmowy:

— Zginął ktoś z twoich bliskich?

Michał spojrzał w sufit, jakby próbował sobie przypomnieć. Igor.

— Tak. Znajomy.

— Co wtedy czułeś?

Ci dwaj to chyba jacyś psychologowie – pomyślał. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym odparł:

— Wściekłość. Ale szybko przeszła.

— Dlaczego?

— Bo nie miała sensu.

Psycholog spojrzał na kolegę i coś zapisał.

— Co sądzisz o wojnie? — padło następne pytanie.

— Jest jak choroba. Albo ją przetrwasz, albo nie.

— A ludzie?

— Są albo po jednej stronie, albo po drugiej.

— A jeśli są pomiędzy?

Czy naprawdę ma to jakieś znaczenie? – pomyślał.

— To znaczy, że jeszcze się nie określili — odpowiedział po chwili.

Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie. Jeden z nich powiedział półgłosem, jakby tylko do notatnika:

— Myślenie binarne. Brak naturalnej empatii...

Padło jeszcze kilka pytań. Michał odpowiadał zdawkowo, bez zbytniego zaangażowania.

W końcu odezwał się generał. Jego głos był chropowaty, niski, jakby przejechany papierem ściernym.

— Sprawia wrażenie, jakby mu na niczym nie zależało.

Zaciągnął się papierosem, przyglądając się chłopakowi spod przymkniętych powiek.

— A jednak siedzi tu i odpowiada na nasze pytania. Bez buntu. Bez krzyku. Bez pytań. — Kutuzow skrzywił się lekko. — Nie ufam ludziom, którzy nie pytają. Ale…

Zawiesił głos.

— …może właśnie tacy są nam potrzebni.

Kazanov zrobił krok do przodu.

— Proszę, to właśnie mówiłem. Nieobciążony, czysty profil. Brak sentymentów. Brak uzależnień. Młody, zdrowy, psychicznie stabilny. Jego konstrukcja emocjonalna może być atutem.

— Albo bombą z opóźnionym zapłonem — rzucił jeden z psychologów.

— Każda bomba może być ukierunkowana — odpowiedział spokojnie Kazanov. — Trzeba tylko odpowiedniego zapalnika.

Generał zgasił papierosa o krawędź metalowej popielniczki. Pochylił się na krześle opierając łokcie o kolana:

— Masz jeszcze jakąś rodzinę? Ojca, matkę? — zapytał próbując uchwycić wzrok Michała

Ten chwilę patrzył w podłogę. Przed oczami pojawiły się twarze dziadka i Dawida. Nawet matki. Uniósł głowę.

— Nie — odparł chłodno z kamiennym wyrazem twarzy.

Przez chwilę panowała cisza.

— Dobrze — powiedział w końcu generał — Zobaczymy, co z niego wyciągniecie. Skierować do projektu.

Zapadło milczenie. Kazanov skinął głową, a jeden z żołnierzy dał znak Michałowi, by wstał.

Chłopak nie powiedział ani słowa. Czuł, że coś właśnie się zmieniło — że jego życie skręciło w kierunku, z którego może już nie zawrócić.

Nie był pewien, czy to jeszcze wojna.

Ale na pewno nie był to już tylko obóz jeniecki.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania