Poprzednie częściCień Areny - AKT I, rozdział 1.

Cień Areny - AKT I, rozdział 9.

Rozdział 9

 

Michała obudziły szarpnięcia. Najpierw ledwo wyczuwalne, potem mocniejsze, jakby ktoś szarpał nim na przemian w górę i w dół. Powieki miał ciężkie jak ołów, a w uszach dudnił tępy puls. Wokół czuł zapach metalu, oleju napędowego i czegoś jeszcze — kwaśnego i mdłego, jakby spoconego ludzkiego ciała. Albo uryny.

Z trudem otworzył oczy.

Nad jego głową — ciemność. Wzrok potrzebował chwili, by się przyzwyczaić. W końcu dostrzegł przetartą, parcianą plandekę nad sobą. Był w ciężarówce. Czuł, jak metalowa podłoga wibruje pod jego ciałem przy każdym skręcie i nierówności terenu.

Obok leżało lub siedziało około dwudziestu innych mężczyzn — może więcej. Wszyscy w różnym stanie. Ktoś miał nogę owiniętą w prowizoryczny opatrunek z zakrwawionej koszuli. Inny trzymał się za bok i trząsł w gorączce. Ktoś kaszlał, ktoś inny mamrotał coś przez sen. Twarze blade, obce, wymęczone. Michał nie znał żadnej z tych osób.

Na oko — od osiemnastu do może dwudziestu pięciu lat. Młodzi. Zbyt młodzi.

Spróbował się podnieść, ale przeszył go ostry ból w żebrach i ramieniu. Syknął, łapiąc się za bok. Draśnięte ramię było poszarpane, opatrzone na szybko jakimś starym bandażem. Siniaki na klatce piersiowej i udach paliły przy każdym ruchu. Czuł, że głęboki oddech wywołuje falę bólu. Może coś pękło. Może po prostu był obtłuczony jak po wypadku samochodowym.

— Kurwa... — wymamrotał przez zaciśnięte zęby.

Nikt nie zareagował.

Dopiero po chwili zorientował się, że niektórzy patrzą. Nie wrogo — raczej obojętnie, jakby był kolejnym zbitkiem mięśni i ran, który dołączył do tej ponurej kolekcji. Kilku rozmawiało półgłosem. Język... rosyjski. Gdzieniegdzie przebijał się ukraiński akcent. Jeden z mężczyzn powtarzał w kółko jakąś modlitwę. Drugi szeptał przekleństwa pod nosem, głową opartą o kolano.

Michał poczuł dziwne odrętwienie. Nie tylko fizyczne — także wewnętrzne. Tak wyglądała druga strona wojny. Bez chwały. Bez marszy. Bez barw. Tylko ból, blizny i brudna ciężarówka.

Przez rozchyloną plandekę w tyle dało się dostrzec szare niebo i pojedyncze drzewa mijane gdzieś daleko.

Zerknął w stronę drzwi i dostrzegł dwóch żołnierzy siedzących przy tylnej klapie. Broń trzymali luźno, ale gotowi byli w każdej chwili zareagować.

Michał opuścił głowę na ręce i zamknął oczy. Było mu zimno. Za zimno jak na lato.

Nie miał pojęcia, z kim jedzie, ani dokąd. W głowie dudniło mu od bólu i głodu, a do tego ten cholerny dźwięk silnika — monotonny, drgający, otępiający. Spróbował się nieco podnieść, by ponownie podejrzeć, co dzieje się za krawędzią plandeki, ale od razu przeszył go ból w boku. Skulił się, zaciskając zęby, po czym zwrócił się do mężczyzny siedzącego naprzeciw:

— Kuda my jedziem? — rzucił łamanym rosyjskim. — Ty znajesz?

Mężczyzna uniósł głowę. Miał wychudzoną twarz z podkrążonymi oczami i nieświeży zarost, ale spojrzenie — zaskakująco trzeźwe.

— Nie wiem — odparł krótko, po czym dodał po chwili: — Każdego dnia gdzie indziej. Raz na wschód, raz na północ. Dziś znowu nowy skład.

Michał spojrzał na niego uważniej.

— Ty... z Ukrainy?

— Oleg. — mężczyzna kiwnął głową. — Byłem w wojsku. Lwów padł. Mnie wzięli. Od tej pory tylko przewożą. Nikt nie pyta, nikt nie mówi. Nie wiem, czego chcą. Czasem ktoś znika. Czasem wraca. Czasem nie.

— Przesłuchania?

— Nie. Jeszcze nie. Nikt ze mną nie rozmawiał. Od tygodnia. Tylko woda. Jedzenie? Zapomnij. Raz chleb. Dwa dni temu. Albo trzy?

Oleg mówił bez emocji, jakby opowiadał o złym śnie, który powtarza się tak długo, aż człowiek przestaje wierzyć, że może się obudzić. Michał przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał na jego podarte ubranie, wystające spod opatrunku żebra, oczy pozbawione błysku.

Przypomniał sobie słowa z pierwszego tygodnia szkolenia, wypowiedziane przez dowódcę surowym tonem, bez cienia emocji:

— Jeżeli traficie do niewoli, nie jesteście już ludźmi. Jesteście materiałem do przesłuchania. Waszym zadaniem jest żyć — i czekać na moment, kiedy będziecie mogli uciec. Albo umrzeć tak, żeby nie powiedzieć za dużo.

Michał wtedy nie do końca rozumiał ciężar tych słów. Teraz już rozumiał. Za dobrze.

Spojrzał znów na Olega.

Nie będzie przesłuchania? Dziwne. Albo jeszcze nie. Może ktoś wyżej decyduje, komu warto zadawać pytania. Może tylko sortują. Może część z nich jedzie prosto do grobu.

Mimo bólu i gorączki, która zaczynała powoli łaskotać mu czoło, wiedział jedno: on wybiera opcję pierwszą.

Żyć i uciec.

Nie wiedział jeszcze jak, ani dokąd. Nie wiedział, kiedy pojawi się okazja, ale kiedy już się pojawi — nie zawaha się. Musi tylko wytrzymać. Tylko wytrzymać.

Ciężarówka zagrzechotała mocniej, zjeżdżając na nierówną drogę, i raz jeszcze wszystko wokół zadrżało.

Reszta pasażerów ciężarówki składała się głównie z Ukraińców — rozpoznawalnych po akcentach, pojedynczych słowach, czasem po mundurach z oderwanymi naszywkami. Wyglądali na zmęczonych i wychudzonych, jakby od tygodni nie mieli porządnego posiłku ani snu. Michał przyłapał się na myśli, że z każdym kilometrem coraz mniej wyglądają jak żołnierze, a coraz bardziej jak ludzie, którym po prostu odebrano wszystko.

Był jednak ktoś jeszcze — postawny mężczyzna o ciemniejszej karnacji i krótkiej brodzie, który wyraźnie odróżniał się od reszty. Nie pasował do nich ani językiem, ani wyglądem. Miał na sobie podarty, przybrudzony mundur w amerykańskim kroju z rozerwanym oznaczeniem i z naszywką, z której dało się jeszcze odczytać jedno słowo: Medic.

— Nie jesteś stąd — rzucił cicho Michał po angielsku.

Mężczyzna podniósł głowę. Miał sińce pod oczami, rozcięty łuk brwiowy i obandażowaną rękę. Skinął lekko.

— Sierżant Noah Johnson, 3. batalion, 69. pułk pancerny, Armia USA — wyrecytował wyuczoną formułkę.

— Sanitariusz?

— Tak. Sanitariusz wojskowy.

— Co tu robisz?

— Mój oddział stacjonował pod Orzyszem. W ramach Wzmocnionej Wysuniętej Obecności NATO. Rosjanie mocno nas zaatakowali trzy dni temu. Znacznie mocniej niż się spodziewano. Naloty, drony, artyleria. Chaos. Większość z nas zginęła. Reszta próbowała się wycofać. Opatrywałem rannych, kiedy opanowali naszą pozycję. Obudziłem się w ciężarówce. W tej ciężarówce.

Michał skinął powoli, z uczuciem zimna pełznącego po plecach.

— Zostawili cię? — zapytał, ledwie dosłyszalnie.

Johnson spojrzał na niego uważnie, po czym odparł:

— Nie celowo. Byliśmy przytłoczeni. Nikt nie wiedział, kto zginął, a kto żyje. My uciekaliśmy. Oni uciekali. Wszyscy uciekali.

Michał poczuł nagle znajome ukłucie gdzieś głęboko w środku. Zostawili go. Wszyscy ci, z którymi jeszcze dzień wcześniej maszerował i jadł z jednej menażki, nie upewnili się, że przeżył. Nie sprawdzili. Nie wrócili. Przed oczami przemknęła mu twarz Igora. Wciąż widział jego ciało.

A może tak właśnie to wygląda? Może to nie zdrada, nie tchórzostwo — tylko chaos. Strach. Walka o życie.

Wciąż bolało.

— Podobnie ze mną — powiedział tylko cicho, nie dodając nic więcej.

Johnson przez chwilę milczał. W końcu skinął.

— Witaj w klubie.

Zamilkli.

Silnik ciężarówki zawył, jakby pokonywała podjazd. Michał spojrzał na innych. Wszyscy milczeli. Każdy pogrążony we własnych myślach, traumach, pytaniach bez odpowiedzi.

A może oni też czuli się porzuceni?

Michał zacisnął pięści.

To wszystko musiało do czegoś prowadzić. Bo jeśli nie — to po co w ogóle żyli?

Samochód w końcu zwolnił. Silnik zniżył obroty, a w uszach Michała nagle zrobiło się cicho. Nienaturalnie cicho. Tylko szum opon na żwirze, jakieś pojedyncze komendy rzucane ostrym rosyjskim tonem i zgrzyt metalu.

Ciężarówka się zatrzymała.

Drzwi z tyłu otwarto gwałtownie. Do środka zajrzał uzbrojony żołnierz z latarką przypiętą do karabinu.

— Wychodzić! Szybko! — krzyknął po rosyjsku.

Wysiadali pojedynczo. Każdy z nich dostawał przydział jednego „opiekuna” — uzbrojonego po zęby Rosjanina, który trzymał ich na muszce przez cały czas marszu. Nad głowami wisiało wieczorne niebo, może już nocne — trudno było stwierdzić.

Znaleźli się na terenie jakiejś bazy — Michał zdołał zauważyć ogrodzenie z drutem kolczastym, wieżyczki wartownicze i kilka baraków z blachy falistej. Nic znajomego. Żadnych oznaczeń. Żadnych map. Żadnych napisów.

Po chwili zaprowadzono ich do niskiego, surowego budynku. Ceglany korytarz, duszny zapach potu, dezynfekcji i starych materiałów opatrunkowych. W środku kazano im się rozebrać do pasa i ustawić w kolejce.

Przegląd.

Każdy jeniec stawał naprzeciwko trójki: dwóch mężczyzn w białych fartuchach, najpewniej lekarzy wojskowych, oraz jednego wysokiego oficera w zielonym mundurze z czerwonymi pagonami i dystyngowaną miną. Pułkownik? Generał? Michał nie rozpoznawał oznaczeń. Ale jego spojrzenie — chłodne, beznamiętne — mówiło wszystko.

— Ten jest słaby. Nerki? Żółtaczka? — zapytał jeden z lekarzy, zerkając na wychudzonego chłopaka. I tak po kolei oglądali i wydawali werdykt.

— Niepotrzebny. Dalej.

— Nogi nie da się uratować. Amputacja. Dalej

— Nie, tego odrzuć.

Nadeszła kolej Johnsona.

— Ten Amerykanin... Hmm. Silny. Ręka? Zagoi się. Wnętrza w porządku. Bierz..

— Zrozumiano.

Noah nawet nie spojrzał na Michała. Stał nieruchomo, jakby chciał zniknąć.

Ci, których odrzucano, byli kierowani do bocznych drzwi, za którymi czaiła się ciemność. Bez wyjaśnienia. Bez słowa. Michał zauważył, że niektórzy z nich ledwie stali na nogach. Inni — patrzyli pustym wzrokiem, jakby już dawno ich tu nie było.

Kulki w łeb. Katyń. Myśl pojawiła się nagle, tak żywa, że aż musiał przełknąć ślinę. Wpatrywał się w tę ciemną futrynę, przez którą prowadzono „odpadki”. Chciał odwrócić wzrok, ale nie potrafił. Pojawiło się drżenie w kolanach. Tego nie było w szkoleniu. Tego nie uczyli.

W końcu przyszła jego kolej. Podszedł powoli do komisji. Każdy ruch ciałem wywoływał bolesny protest — żebra, ramię, plecy. Skóra na ramieniu była posiniaczona, z zaschniętą krwią w miejscu draśnięcia. Mimo to szedł prosto. Choćby na chwilę chciał sprawiać wrażenie silniejszego, niż się czuł.

Stanął i czekał.

Jeden z lekarzy obszedł go dookoła.

— Młody. Budowa - normalna. Uraz barku, siniaki. Brak infekcji. Rozumiesz po rozyjsku?

— Trochę — odpowiedział Michał

Pułkownik zmierzył go od stóp do głów z widocznym brakiem entuzjazmu.

— Ten to za tęgi to nie jest. Ja go tu nie widzę — burknął po rosyjsku, machając niedbale dłonią, jakby odganiał natrętną muchę.

Michał nie zrozumiał dokładnie wszystkiego, ale ton był wymowny. Jakby nie warto było nawet się nim zajmować.

— Wręcz przeciwnie — odezwał się drugi z komisji, ten w białym fartuchu z naszywką Kazanov. Mówił płynnie, ale powoli, jakby wiedział, że nie każdy tu wszystko rozumie. — Nie jest silny, ale nie ma poważnych ran. Zdrowy. Sprawny. Fizycznie — idealny obiekt do sprawdzenia skuteczności działania projektu. To się właśnie liczy.

Michał wyłapał słowa „zdrowy”, „projekt”, „obiekt”. Zrobiło mu się chłodniej, choć przecież nie zdjęto więcej niż bluzy. Nie podobało mu się to. Nie podobało mu się, że ktoś ocenia jego ciało tak bezosobowo. Jakby był sprzętem. Albo mięsem.

— Niech idzie — rzucił znudzony wojskowy — I tak przed nim jeszcze rozmowa z generałem. A tam to nic nie wiadomo.

Kolejny żołnierz pojawił się obok i skinął głową. Michał został popchnięty delikatnie w stronę bocznego korytarza — tego jasnego, dobrze oświetlonego. Usłyszał za sobą przesuwające się kartki, brzdęk długopisu. Jakieś jego dane właśnie zostały zapisane. Zaklasyfikowane.

„Rozmowa z generałem.”

Poczuł ciężar tych słów, jakby przed nim miało się wydarzyć coś więcej niż kolejna ocena. W głowie odezwał się głos dziadka:

„Jeśli coś cię niepokoi, słuchaj instynktu. Ale nie pokazuj strachu.”

Ruszył przed siebie, mijając kolejne drzwi, aż zniknął z oczu komisji i kolegów z transportu.

Wkrótce miał się dowiedzieć, czym był ten projekt. I kim był generał.

Następne częściCień Areny - AKT I, rozdział 10.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania