Poprzednie częściCórka mroku

Córka mroku 9

Widok na Hrimgrim

Światło dnia, choć blade i pozbawione ciepła, oślepiło ich na moment po długich godzinach spędzonych w mroku jaskini. Eion wyszedł jako ostatni, ciężko dysząc. Jego dłonie wciąż drżały od wysiłku, jakim było kontrolowanie niszczycielskiej mocy.

– Na Czterolicego i resztę bogów, przeszliśmy! – Eldiole odetchnęła głęboko lodowatym powietrzem, otrzepując futro z lodowego pyłu. Odwróciła się do Eiona z furią w oczach, która ledwo maskowała ulgę. – Powiem szczerze, Eionie, że nie wiem, czy twoje czary to zaleta, czy wada. Przy tobie, bez żadnych wrogów w zasięgu wzroku, otarłam się o śmierć więcej razy niż stary woj przez całe bitewne życie!

– Ale lód skruszył – rzucił chrapliwie Gjord. Wyłonił się z otworu zaraz za nią, kurczowo trzymając się szorstkiej sierści Bulfira. Pies prowadził go pewnie, omijając największe odłamy skalne.

Eion nie odpowiedział. Nie miał siły na kłótnie. Przymrużył oczy, bacznie rozglądając się po okolicy. Widoczność była nadspodziewanie dobra – mroźny wiatr wyczyścił niebo z chmur, choć ciął policzki niczym brzytwa.

– Skruszył, to prawda, ale o mało nie zwalił nam na głowy reszty góry! I jeszcze te pioruny! Co to było, Eionie?! – Eldiole nie odpuszczała, wciąż roztrzęsiona wspomnieniem błyskawic, które rykoszetowały w ciasnym korytarzu.

– Drakkary! – przerwał jej nagle Eion, prostując się gwałtownie.

– Co? Pytałam o te twoje wybuchy...

– Tam, drakkary! – Czarodziej wskazał drżącym palcem na północny zachód.

Na horyzoncie, zaledwie o trzy smocze klepsydry drogi, przez białą pustynię przemykało kilkanaście żaglowców szturmowych. Ich żagle, brunatne i poszarpane, łapały wiatr, niosąc kadłuby na płozach z nieludzką prędkością.

– Co to ma znaczyć? Gdzie my jesteśmy? – Eldiole poczuła, jak żołądek wywraca jej się na drugą stronę. Równocześnie z Eionem wbili wzrok w swojego ślepego przewodnika.

Gjord stał nieruchomo. Bulfir uniósł łeb, wciągając powietrze i wydając z siebie niski, ostrzegawczy pomruk. Vilkund zdawał się ignorować pytanie, jakby wsłuchiwał się w pieśń wiatru, która niosła ze sobą odgłosy dalekiego miasta.

– Te, ślepy! Gdzieś nas przyciągnął?! – Eldiole szarpnęła go za rękaw futra.

Gjord uniósł swoją bladą, martwą twarz w stronę, którą wskazał Eion. Na jego ustach pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.

– Tam jest Hrimgrim. Stolica mrozu i stali mojego ojca – obwieścił z rozbrajającą szczerością. – Wyszliśmy na tyłach enklawy. To jedyne miejsce, gdzie nikt nie spodziewa się gości... zwłaszcza takich, którzy śmierdzą magią i królewskimi perfumami.

Eldiole pobladła. Byli o rzut kamieniem od serca potęgi Ragnara Bezbrodego.

– Jesteśmy w jaskini lwa... – szepnęła. – Eionie, twój czar nie tylko nas uwolnił. On nas rzucił prosto pod topory Vilkundów.

– Patrzcie na drakkary – powiedział cicho Eion, ignorując jej zaczepkę. – Nie płyną do Hrimgrim. One z niego wypłynęły i kierują się na południe. Tam, gdzie wampiry próbowały nas dopaść.

Gjord zacisnął dłoń na karku psa.

– Mój ojciec nie wyprowadza floty, żeby łowić ryby. On poczuł krew. To, co widzicie, to nie patrol. To młot, który ma spaść na kowadło.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania