Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień dziesiąty.

Ciało pro­te­sto­wa­ło przy każ­dym drgnie­niu. Po­draż­nio­na skóra pa­li­ła dło­nie.

– Idę do Kwie­ci­sza – rzu­cił, chwy­ta­jąc sie­kie­rę. – Jesz­cze po­my­śli, że nie za­mie­rzam mu jej oddać.

Pa­trzy­ła za nim z tro­ską. Wstał z wy­sił­kiem, ru­szył sztyw­no przed sie­bie, ni­czym re­kon­wa­le­scent sta­wia­ją­cy pierw­sze kroki po cięż­kiej cho­ro­bie.

Sta­rzec sie­dział przed chatą. Spoj­rzał nie na twarz, lecz na po­ra­nio­ne dło­nie z tru­dem za­ci­ska­ją­ce się na trzon­ku. Zlu­stro­wał po­sta­wę przy­by­sza. Mil­czał. Prze­jąw­szy sie­kie­rę i oce­niw­szy ostrze, ski­nął głową z su­ro­wym sza­cun­kiem.

– Dobra ro­bo­ta – mruk­nął tylko i wró­cił do swo­ich zajęć.

W tych sło­wach za­mknął całe uzna­nie.

Widok po­tęż­ne­go zwału kory ode­brał im reszt­ki wiary. Spoj­rze­li na po­ka­le­czo­ne palce. – Tymi dłoń­mi jej nie udźwi­gnie­my – po­wie­dzia­ła cicho.

– Zro­bi­my to mą­drzej.

Wró­ciw­szy ze spi­chle­rza z pę­kiem sznu­rów i pu­sty­mi wor­ka­mi, chwy­cił jedną z żer­dzi le­żą­cych przy cha­cie. – Zro­bi­my no­si­dło – za­rzą­dził.

Prze­ło­ży­li żerdź przez dwa ru­lo­ny. Na jej koń­cach przy­wią­zał po­skła­da­ne worki, two­rząc mięk­ką wy­ściół­kę pod ra­mio­na.

– Dło­nie od­pocz­ną – rzu­cił krót­ko.

Usta­wi­li się na koń­cach no­si­dła, na ko­men­dę dźwi­gnę­li ła­du­nek. Po­wo­li, krok za kro­kiem, ru­szy­li w stro­nę rzeki. Dło­nie, choć pie­kły przy każ­dym wstrzą­sie, od­po­czy­wa­ły. Słu­ży­ły teraz je­dy­nie do utrzy­my­wa­nia rów­no­wa­gi.

Cho­dzi­li w mil­cze­niu, zsyn­chro­ni­zo­wa­ni we wspól­nym wy­sił­ku. Gdy ostat­nia par­tia kory znik­nę­ła pod wodą i ka­mie­nia­mi, pa­trzy­li na nurt, cie­sząc się wi­do­kiem do­brze wy­ko­na­nej ro­bo­ty.

– Teraz czas na mydło – oznaj­mi­ła. – Po­trze­bu­ję sta­łe­go żaru, nie wy­so­kich pło­mie­ni. Spoj­rza­ła na jego dło­nie. – Sama na­zbie­ram opał w obej­ściu. Pro­ces po­trwa dzień.

– Wy­stru­gasz mi czer­pak? – do­da­ła, wska­zu­jąc na ka­wa­łek drew­na.

Wsta­wi­ła do ogni­ska gar­nek z od­pad­ka­mi ze­bra­ny­mi w osa­dzie. Pod­trzy­my­wa­ła mały ogień, ła­god­ny żar roz­pusz­czał tłuszcz bez przy­pa­la­nia. Po­wie­trze prze­sy­cił cięż­ki, mdły za­pach. Ka­wał­kiem drew­na cier­pli­wie zgar­nia­ła z po­wierzch­ni szu­mo­wi­ny i skwar­ki. Wkrót­ce w na­czy­niu lśnił je­dy­nie czy­sty, zło­ci­sty tłuszcz.

Stru­ga­nie na­bier­ki po­ra­nio­ny­mi dłoń­mi wy­mu­sza­ło walkę z każ­dym włók­nem drew­na. Wy­ciąw­szy z li­po­we­go ko­na­ra frag­ment z od­no­gą, wy­skro­bał nożem głę­bo­ką cza­szę. Dumny z efek­tu, pod­szedł do na­czy­nia z łu­giem prze­te­sto­wać wy­na­la­zek.

– STÓJ! – krzyk­nę­ła.

Za­stygł z czer­pa­kiem za­wie­szo­nym w pół ruchu nad ciem­ną cie­czą.

– To żrący ług – wy­ja­śni­ła ci­szej, do­strze­gł­szy jego zdu­mie­nie. – Znisz­czysz na­bie­rak przy pierw­szym kon­tak­cie.

– Po co więc ka­za­łaś mi go stru­gać? – mruk­nął z nutą fru­stra­cji.

– Lubię pa­trzeć, jak two­rzysz. Twoje sku­pie­nie spra­wia, że świat prze­sta­je dla cie­bie ist­nieć… Uśmiech­nąw­szy się, pu­ści­ła do niego oko. – Pomóż mi. Zdej­mij­my tłuszcz, po­staw­my ług w żar. Niech na­bie­rze tem­pe­ra­tu­ry.

Za­nu­rzy­ła czer­pak w misie z cie­płym tłusz­czem.

– Aaaa, ro­zu­miem. Bę­dziesz wle­wa­ła tłuszcz do ługu… – za­czął.

– Nie – prze­rwa­ła mu. – Wleję ług do tłusz­czu, ty zaś bę­dziesz mie­szał. Naj­pierw za­im­pre­gnu­ję drew­no. Kiedy czer­pak na­siąk­nie tłusz­czem, nie podda się tak szyb­ko żrą­cej mocy.

Uznaw­szy mo­ment za wła­ści­wy, za­czę­ła al­che­mię.

– Teraz naj­waż­niej­sza chwi­la – szep­nę­ła bar­dziej do sie­bie, niż do niego.

– Obie fazy wy­ma­ga­ją tej samej tem­pe­ra­tu­ry – oznaj­mi­ła. – Po­zba­wio­na ter­mo­me­tru, po­le­ga­ła wy­łącz­nie na zmy­słach.

Roz­gar­nę­ła żar.

– Ostroż­nie! – ostrze­gła raz jesz­cze. – Nie po­chy­laj się nad garn­kiem; kro­pla ługu spali ci skórę.

Wle­wa­ła cien­ką struż­kę ciem­ne­go ługu do zło­te­go tłusz­czu, ski­nę­ła, by za­czął mie­szać. W miarę jak ług zni­kał w tłusz­czu, do­le­wa­ła ko­lej­ną por­cję. Mie­szał emul­sję, czu­jąc w ra­mio­nach na­ra­sta­ją­cy opór. Mie­sza­ni­na męt­nia­ła i gęst­nia­ła, przy­bie­ra­jąc barwę ja­sne­go brązu. Ko­lej­ne dawki ługu zmie­nia­ły tłuszcz w gęstą, lepką masę. Po­wie­trze prze­sy­cił ostry, che­micz­ny za­pach – aro­mat ro­dzą­ce­go się mydła.

– Jaki los go czeka? – prze­rwa­ła ciszę. – Jest silny, za­rad­ny, gar­nie się do pracy. Ale…

Zer­k­nął na nią, nie usta­jąc w jed­no­staj­nym ruchu dłoni. – Prze­trwa. Z nami zy­skał więk­sze szan­se… o ile sami po­do­ła­my.

– Nie mówię o samym prze­trwa­niu. Kar­mi­my go, a co z jego głową?– za­py­ta­ła, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od garn­ka. – Na­le­ży do tego świa­ta, tkwi w tu­tej­szych prze­są­dach, drży przed każ­dym cie­niem w kniei.

Wzru­szył ra­mio­na­mi. – I co w tym złego? To jego rze­czy­wi­stość. Nie mamy prawa bu­rzyć jego świa­ta.

– Brak nam prawa. A czy nie ciąży na nas obo­wią­zek da­ro­wa­nia mu cze­goś wię­cej? – prze­mó­wi­ła gło­sem drżą­cym z pasji. – Nie od­bie­ra­jąc mu bogów, wy­po­sa­żę go w na­rzę­dzia po­zwa­la­ją­ce le­piej ro­zu­mieć świat. Niech wiara prze­sta­nie wy­ra­stać wy­łącz­nie z lęku.

Za­stygł, po­ra­żo­ny traf­no­ścią tych słów. – Su­ge­ru­jesz… – ode­zwał się po­wo­li, ob­ser­wu­jąc kieł­ku­ją­cy w my­ślach plan – za­sy­pa­nie go py­ta­nia­mi… – Wpo­imy mu pod­sta­wo­we za­sa­dy kry­tycz­ne­go my­śle­nia.

– Do­kład­nie! – Roz­pro­mie­ni­ła się. – Oszczę­dzi­my mu ne­go­wa­nia Le­sze­go. – Jeśli wróci z lasu, twier­dząc, że sły­szał głosy, za­py­ta­my: „Co przy­po­mi­na­ły? Szum wia­tru w ga­łę­ziach? Sowie hu­ka­nie? Chodź­my jutro spraw­dzić, czy te ptaki gnież­dżą się w tam­tej gę­stwi­nie”. Wpo­imy mu nawyk za­da­wa­nia pytań. Na­uczy­my ob­ser­wa­cji.

– I eks­pe­ry­men­to­wa­nia – do­koń­czył. – Sam zo­ba­czy, że po do­da­niu moczu do ja­ło­wej ziemi bru­kiew uro­śnie więk­sza. Wnio­ski wy­cią­gnie sam.

Wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Wy­pra­co­wa­li plan – kon­kret­ny i pełen sza­cun­ku dla za­sta­ne­go świa­ta. Świa­ta nie za­mie­rza­li zmie­niać. Pra­gnę­li je­dy­nie wy­po­sa­żyć chłop­ca w na­rzę­dzia uła­twia­ją­ce prze­trwa­nie i roz­wój.

Ode­bra­ła mu mie­sza­dło. Gęsta masa spły­wa­ją­ca z drew­na zna­czy­ła po­wierzch­nię wy­raź­ną smugą.

– Go­to­we – szep­nę­ła z ulgą. Uzy­ska­ła „ślad” – masa osią­gnę­ła sta­bil­ność, prze­sta­ła gro­zić roz­war­stwie­niem.

Ostroż­nie wy­peł­ni­ła przy­go­to­wa­ne fo­rem­ki.

– Kiedy nada­dzą się do użyt­ku? – za­py­tał, z po­dzi­wem lu­stru­jąc gęst­nie­ją­cą masę.

– Mydło wy­ma­ga doj­rze­wa­nia. Pro­ce­sy trwa­ją; ług musi stra­cić żrącą moc, by nie po­pa­rzył nam skóry. Myślę, że przy­naj­mniej mie­siąc… im dłu­żej, tym le­piej. Po­da­ła mu czer­pak. Drew­no wy­gi­na­ło się przy każ­dym ruchu ni­czym cien­ka witka. – Bez im­pre­gna­cji roz­miękł­by już przy pierw­szej pró­bie – wy­ja­śni­ła.

* * *

Gniew­ko wra­cał z łąki, nio­sąc worek z trawą. Z od­da­li ob­ser­wo­wał ich pracę. Na co im to? Po co czas trwo­nić?

Nie ro­zu­miał ich dzi­wów. Od wielu wscho­dów słoń­ca lali pot nad ro­bo­tą nie­przy­no­szą­cą ni stra­wy, ni odzie­nia.

On skoro świt gnał bydło na trawę; niech na­bie­ra sił, niech brzu­chy pęcz­nie­ją. Tak wy­glą­da praca – owoc uka­zu­ją­cy się w peł­nej kro­wiej sła­biź­nie. Rżnął trawę i su­szył na słoń­cu, chro­niąc stado przed zimą. To była dobra ro­bo­ta.

A oni? Trwo­ni­li dzień na dep­ta­nie błota, z któ­re­go nie wy­ro­sło nic prócz… mazi. Skar­mi­li ogień górą drew, grze­jąc wodę, którą ona i tak wy­la­ła w po­piół. W jego świe­cie praca mu­sia­ła ro­dzić stra­wę, dawać żar lub chro­nić życie. Tu i teraz. Ich dziwy nie nio­sły po­żyt­ku a stra­tę.

Po­rzu­cił worek z trawą i pod­szedł bli­żej. Twarz roz­sa­dza­ła dzie­cię­ca fru­stra­cja prze­mie­sza­na z cie­ka­wo­ścią. Sta­nął przed nią.

– Na co to beł­ta­cie? – za­py­tał pro­sto, ce­lu­jąc pal­cem w misy. – Woda mętna, cuch­nie złem. Drwa trwo­ni­cie moc, choć trza za nimi w lesie grzbiet zgi­nać.

Wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Próba ich nowej me­to­dy na­de­szła szyb­ciej, niż za­kła­da­li.

– Słusz­nie mó­wisz. Ta pa­skud­na woda śmier­dzi i parzy – przy­zna­ła ku­ca­jąc przy nim. – Ten tłuszcz dawno zjeł­czał. Do ni­cze­go się nie na­da­je. Ale spójrz. Na­bra­ła na czu­bek pa­ty­ka kro­plę ciem­ne­go ługu, zbli­ży­ła go do lep­kie­go tłusz­czu. Na styku obu cie­czy mo­men­tal­nie wy­kwitł bia­ła­wy, my­dla­ny kła­czek.

– Wi­dzisz? Dwie złe rze­czy, złą­czyw­szy się, rodzą trze­cią, zu­peł­nie nową. Coś, czym zmy­je­my brud sku­tecz­niej niż pia­skiem. Le­kar­stwo na mór, któ­re­go oko nie do­strze­że. Czy taki cud nie za­słu­gu­je na kilka polan?

Wpa­try­wał się w białą grud­kę z fa­scy­na­cją. Praw­dzi­we dziwy, istne gusła, roz­gry­wa­ją­ce się tuż przed jego nosem.

– A ty? – zwró­cił się do Ro­ber­ta. – No­ra­łeś się w bło­cie cały dzień, a po­żyt­ku z tego żad­ne­go.

Męż­czy­zna za­śmiał się pod nosem. Schy­lił się i pod­niósł brył­kę gliny, którą słoń­ce zdą­ży­ło już ściąć na kra­wę­dzi dołu. Podał ją chłop­cu. – Skrusz ją.

Gniew­ko bez trudu skru­szył glinę w pal­cach.

– A teraz spójrz na naszą chatę. Wiatr ją chło­dzi, a deszcz roz­ma­ka. A co, jeśli ta glina, po za­ba­wie z ogniem, sta­nie się twar­da jak ka­mień, któ­re­go nie da się zgnieść? Czy z ta­kich ka­mie­ni mo­gli­by­śmy zbu­do­wać ścia­nę, któ­rej wiatr nie prze­wie­je?

Chło­piec mil­czał. Pa­trzył na pył z gliny w dłoni, potem na misę Agniesz­ki, a na końcu na ich twa­rze. Do­strzegł ład; ich dziw­ne dzia­ła­nia skry­wa­ły wła­sny po­rzą­dek, wciąż mu obcy.

Ro­bert par­sk­nął, wi­dząc jego re­ak­cję. Śmiech po­zba­wio­ny kpiny, pełen zro­zu­mie­nia dla lo­gi­ki dziec­ka, roz­ła­do­wał na­pię­cie. Kuc­nął przed nim.

– Wiem, co my­ślisz. Mar­nu­ję siły na próż­na za­ba­wę – za­czął spo­koj­nie. – Po­wiedz mi jed­nak: gdy orzesz pole, czy od razu kła­dziesz chleb na stole?

Chło­piec zmarsz­czył brwi. – Nie.

– No wła­śnie – kon­ty­nu­ował, a jego głos zy­skał cichy, ob­ra­zo­wy ton. – Wi­dząc ora­cza, po­my­ślał­byś: „Po co nisz­czysz darń dla bydła? Po co mę­czysz wołu, skoro po­żyt­ku brak?”. Praw­da?

Chło­piec przy­tak­nął po­wo­li, chło­nąc każde słowo.

– Moja praca ni­czym się nie różni. Zno­si­łem glinę i pia­sek, mie­sza­jąc je dla zy­ska­nia mocy. Oto moja orka. – Za­wie­sił głos, wi­dząc sku­pie­nie w oczach dziec­ka.

– Póź­niej mógł­byś za­py­tać: „Po co rzu­cać ziar­no w błoto? Le­piej je zjeść, nie mar­no­wać go”. Ja z tej gliny ule­pię cegły. To moje sia­nie.

Za­czerp­nął tchu, szu­ka­jąc w oczach dziec­ka zro­zu­mie­nia.

– Do­pie­ro kieł­ku­ją­ce ziar­no, pnące się ku słoń­cu w pełne kłosy, uka­zu­je sens trudu. Orka i siew dają chleb.

– Moje cegły przy­po­mi­na­ją na razie kupę gruzu; za­bra­kło mi na­my­słu – za­śmiał się, prze­sy­ła­jąc żonie roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie. – Ale nowe, wy­schną na słoń­cu ni­czym zboże. Potem na­dej­dą żniwa. Po­sta­wię z nich piec. Ogrze­je nas w sro­gie mrozy, dając Agniesz­ce ogień do pie­cze­nia chle­ba i wa­rze­nia stra­wy. I… – tu zni­żył głos do szep­tu, po­wie­rza­jąc chłop­cu naj­więk­szą ta­jem­ni­cę – …co naj­waż­niej­sze, dym prze­sta­nie dusić nas w izbie. Uciek­nie pro­sto do nieba.

Gniew­ko trwał w mil­cze­niu, ważąc każde usły­sza­ne słowo. W jego gło­wie świat za­czął ukła­dać się w nowy, zro­zu­mia­ły ład. Orka i siew pro­wa­dzi­ły do chle­ba. Mie­sza­nie gliny i for­mo­wa­nie ce­gieł obie­cy­wa­ło cie­płą chatę. Do­strzegł to: wy­si­łek się­ga­ją­cy da­le­ko w przy­szłość i upór wy­ku­wa­ją­cy po­ży­tek z brudu.

Wzrok chłop­ca po­wę­dro­wał ku rzece. – Ta kora… na sznu­ry? – za­py­tał, wy­zbyw­szy się drwi­ny na rzecz au­ten­tycz­ne­go głodu wie­dzy.

– Tak. Po­wią­żę nią trzci­nę. Stwo­rzę nową strze­chę – wy­ja­śnił Ro­bert, czu­jąc szyb­sze tętno.

– Prze­wyż­sza zie­mię rzu­co­ną na ga­łę­zie? – do­cie­kał chło­piec.

– Pytaj za­wsze, Gniew­ko. Po­zo­ry rzad­ko niosą praw­dę. – Ro­bert wska­zał za­pad­nię­ty dach zie­mian­ki. – Wi­dzisz to błoto? Cię­żar gnie­cie belki, aż pę­ka­ją. Lekka trzci­na oszczę­dzi drew­no. Po­słu­ży nam przez wiele zim.

Agniesz­ka do­łą­czy­ła do roz­mo­wy. – Wi­dzia­łeś wydrę wy­cho­dzą­cą z rzeki? Woda spły­wa po jej fu­trze, zo­sta­wia­jąc skórę suchą. Nasza trzci­na za­dzia­ła tak samo. Uło­żo­na gęsto, ode­pchnie każdą kro­plę desz­czu. – Zie­mia nad głową przy­po­mi­na zi­mo­wy ko­żuch. Póki suchy, grze­je. A gdy na­siąk­nie?

Gniew­ko wzdry­gnął się. – Lo­do­wa­ty. Cięż­ki tak, że ledwo krok po­sta­wisz – wy­szep­tał.

– Co le­piej grze­je w mróz: jeden mokry ko­żuch czy kilka su­chych gie­zieł?

– Kilka gie­zieł – od­parł bez na­my­słu.

Gniew­ko trwał w mil­cze­niu. W szu­wa­rach nad rzeką nie wi­dział już zwy­kłej trawy. Do­strzegł futro bobra i cie­płe ko­szu­le. Po­czuł spo­kój; jego do­ro­śli nie po­stra­da­li zmy­słów. Pa­trzy­li dalej niż resz­ta wsi. My­śle­li o ju­trze. A on, pierw­szy raz w życiu, za­pra­gnął pojąć tę sztu­kę.

* * *

Z cie­nia, nie­mal bez­sze­lest­nie, wy­ło­ni­ła się stara ko­bie­ta. – Wi­taj­cie. Żonam Cisa, zwą mnie Bo­gu­mi­ła.

– Dobry wie­czór, Bo­gu­mi­ło – ukło­ni­li się jej.

– Po­ło­wa sioła za­cho­dzi w głowę, co tu wa­rzy­cie – za­chry­pia­ła. – Któ­raż to ro­bo­ta zna­czy wię­cej niźli dach nad głową? Resz­ta drży przed gu­sła­mi, które z tych wa­szych swą­dów wy­czy­tu­je.

Agniesz­ka, zbita z tropu, wy­krztu­si­ła: – To… to na mydło.

Ko­bie­ta prych­nę­ła, krzy­wiąc usta w kpią­cym uśmie­chu. – Mydło. Mnie­masz, dziew­ko, żem ro­zu­mu po­zby­ta? Każda we wsi zna spo­sób na brud. I każda rze­cze: wasze beł­ta­nie z my­dłem wspól­ne­go nie dzie­li nic. Po co ten dym i smród? Prze­cież nie dla czy­sto­ści to czy­ni­cie!

Stała oszo­ło­mio­na. – Co mó­wisz? Wszyst­kie we wsi ro­bi­cie mydło? Innym spo­so­bem niż my!? Jak? Z czego?!

Za­miast wy­ja­śnień, są­siad­ka po­kuś­ty­ka­ła na skraj łąki. Wy­rwa­ła dużą ro­śli­nę. Ci­snę­ła ją pod nogi.

– To my­dl­ni­ca. Utłu­czesz ko­rzeń, wodą zle­jesz i piana sama wy­kwit­nie. Myjem się tym i pie­rzem od pra­dzia­dów. Gadaj teraz, co tu na­praw­dę wa­rzy­cie?

Bio­loż­ka po­wo­li pod­nio­sła ro­śli­nę. De­li­kat­ne, bla­do­ró­żo­we kwia­ty chy­bo­ta­ły się na sztyw­nej wło­cha­tej ło­dy­dze. Za­mknę­ła oczy, wcią­gnę­ła po­wie­trze. Pach­nia­ły słod­ko, nie­mal mdło. Prze­su­nę­ła pal­ca­mi w dół, ku gru­be­mu, uma­za­ne­mu zie­mią ko­rze­nio­wi. Ści­śnię­te włók­na trza­snę­ły. Pęk­nię­ta skór­ka uwol­ni­ła lepki, mętny sok. Chłod­na, śli­ska, kre­mo­wa piana na­wil­ża­ła jej po­draż­nio­ną skórę, przy­no­sząc na­tych­mia­sto­wą ulgę.

Sa­po­na­ria of­fi­ci­na­lis. Sa­po­ni­ny. Gli­ko­zy­dy… Pod­nio­sła wzrok na ko­bie­tę.

– Na­praw­dę wa­rzy­my mydło. Inne, o więk­szej mocy. Twoje służy do­brze przy pra­niu czy myciu wło­sów; moje zaś tłuszcz po­ko­na, rany oczy­ści, cho­ro­bie za­po­bie­gnie.

Bo­gu­mi­ła mil­cza­ła, pa­trząc to na Agniesz­kę, to na formy ze sty­gną­cym my­dłem. Choć słowa brzmia­ły obco, ton niosł jasny prze­kaz. W oczach przy­bysz­ki do­strze­gła nie aro­gan­cję, lecz pew­ność pły­ną­cą z nie­zna­nej wie­dzy.

– Oba­czym – mruk­nę­ła opusz­cza­jąc obej­ście.

– Za mie­siąc mydło doj­rze­je – za­wo­ła­ła za nią. – Przy­nio­sę ci ka­wa­łek; sama osą­dzisz.

– Do­brze. Przy­nio­sę wtedy dzban mo­je­go, spraw­dzi­my obie moce – od­par­ła, nie od­wra­ca­jąc się.

Dwie wiedź­my, wła­da­ją­ce od­mien­ną mocą, w mil­cze­niu uzna­ły swoją siłę.

Trwa­ła w bez­ru­chu długo po znik­nię­ciu sta­rej ko­bie­ty za wę­głem są­sied­niej chaty.

Wpa­try­wa­ła się w ko­rzeń – twar­dy, nie­po­zor­ny, uwa­la­ny zie­mią. Potem prze­nio­sła wzrok na wła­sne dzie­ło: fo­rem­ki wy­peł­nio­ne gęst­nie­ją­cą, szarą masą. Oto owoc dwu­dnio­wej, ry­zy­kow­nej ha­rów­ki. Tym­cza­sem sta­rusz­ka osią­ga­ła po­dob­ny cel, roz­bi­ja­jąc ka­mie­niem ka­wa­łek ro­śli­ny.

Ude­rzy­ła ją wła­sna pycha. No­wo­cze­sność i roz­wój stra­ci­ły nagle swoją oczy­wi­stą prze­wa­gę. Ci, któ­rych w po­ry­wie dumy brała za pro­stacz­ków, skry­wa­li głę­bo­ką, zro­dzo­ną z wie­ków ob­ser­wa­cji wie­dzę o na­tu­rze. Wie­dzę, która w jej świe­cie wy­pa­ro­wa­ła, zdła­wio­na przez dy­mią­ce ko­mi­ny i ste­ryl­ne la­bo­ra­to­ria.

Za­ci­snę­ła dłoń na ko­rze­niu. Wi­dzia­ła w nim kartę wy­dar­tą z po­tęż­nej, spa­lo­nej bi­blio­te­ki, w któ­rej przez ty­siąc­le­cia spi­sy­wa­no prawa na­tu­ry. Wie­dza ule­cia­ła z wy­go­dy lub zgi­nę­ła na sto­sach. Ko­bie­ty wła­da­ją­ce ta­jem­ni­ca­mi ro­ślin prze­zy­wa­no szep­tu­cha­mi, a ich do­świad­cze­nie okrzyk­nię­to cza­ra­mi.

– Po­stęp… – po­my­śla­ła z gorz­ką iro­nią. Kto w tym star­ciu wy­grał? My, po­trze­bu­ją­cy re­ak­to­rów do poj­mo­wa­nia świa­ta, czy oni, po­tra­fią­cy go po pro­stu słu­chać?

Pod­nio­sła wzrok na Ro­ber­ta. Nie wi­dzia­ła już w nim wy­łącz­nie in­ży­nie­ra wal­czą­ce­go z ma­te­rią. Do­strze­gła dru­gie­go ucznia w tej za­po­mnia­nej lek­cji trwa­nia.

Usta­wi­li formy pod ścia­ną, za­bez­pie­cza­jąc je płót­nem. Sty­gną­ca masa nio­sła na­ma­cal­ny dowód: ich wie­dza zy­ska­ła spraw­czą moc.

* * *

Spo­czę­li, wciąż drża­ły w nich reszt­ki emo­cji. Ciszę chaty mącił je­dy­nie mia­ro­wy od­dech Gniew­ka.

– Ro­ber­cie? – szep­nę­ła w ciem­no­ści.

– Hm?

– Mam dla cie­bie dwie in­for­ma­cje.

Uśmiech­nął się w mroku. – Do­brze. Za­cznij od tej złej.

Po krót­kim mil­cze­niu od­po­wie­dzia­ła cicho. – Obie są złe.

Miała jego pełną uwagę.

– Pierw­sza: nie zo­sta­niesz ojcem – szep­nę­ła z mie­szan­ką iro­nii i czu­ło­ści.

Se­kun­dę tra­wił te słowa, aż ude­rzy­ła w niego fala zro­zu­mie­nia – bru­tal­nie prak­tycz­na.

– Druga – kon­ty­nu­owa­ła – wła­śnie uświa­do­mi­łam sobie, że muszę pil­nie zna­leźć jakiś za­mien­nik pod­pa­sek.

Ko­lej­ne wy­zwa­nie do­ma­ga­ło się pil­ne­go roz­wią­za­nia.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania