Dzień szósty
Kolejny zimny poranek przywitał ich brutalnie. Noc nie dała ukojenia, wręcz przeciwnie – pozwoliła, by kwas mlekowy zalał każde włókno ich nieprzywykłych do wysiłku ciał. Obudzili się sztywni. Jęknął głucho, próbując usiąść; jego plecy i ramiona, skatowane wczorajszą walką z radłem i łopatą płonęły tępym, rwącym bólem. Każdy gest – naciągnięcie buta, schylenie się po drewno – wymagał teraz świadomej decyzji i zaciśnięcia zębów.
Rutyna dnia: dar dla Mokoszy, rzeka, woda. Oczyścił palenisko z popiołu i ułożył na dnie białe kamienie, które wczoraj znieśli z pola. Rozpalili ognisko i gotowali tę samą jałową zupę z brukwi, którą jedli od kilku dni.
Siedzieli nad parującymi miskami, wpatrując się w tę samą, wodnistą breję, czuli, jak ich organizmy desperacko wołają o tłuszcz, o mięso, o energię. Ta jałowa zupa oszukiwała żołądek na chwilę, ale nie dawała siły, której potrzebowali na kolejny dzień walki.
— Dobrze, słuchajcie — zaczął Robert. — Dzisiaj ja zaczynam mój projekt. Idę do wykopu, przynoszę glinę i piasek, i zaczynam wyrabiać masę na pierwszą partię cegieł. Agnieszko, tobie przyniosę kolejny worek.
– A ty, Gniewko... pójdziesz na wspólną łąkę. To twój nowy, ważny obowiązek. Weź sierp, będziesz kosił trawę i znosił ją tutaj. Tyle, ile dasz radę. Musimy zgromadzić jak najwięcej siana na zimę dla bydła.
Chwycił łopatę. Pierwszy cel: stworzenie warsztatu. Nieopodal chaty wykopał płytkie, okrągłe zagłębienie. To była jego betoniarka, mieszalnik, serce całej operacji. Potem zaczęły się pielgrzymki. Kilkanaście długich kursów do glinianego wykopu, każdy powrót z wiadrem ważącym tyle, że jego ramiona zdawały się płonąć żywym ogniem. Następnie siedem wypraw nad rzekę po piasek. Tam, stojąc w lodowatej wodzie, płukał go metodycznie, aż mętna zawiesina mułu ustąpiła miejsca czystym, lśniącym ziarnom.
W tym czasie Agnieszka rozłożyła na ziemi kawałek grubej, lnianej płachty i wysypała na nią ziarno z worka.
On, dźwigając kolejne wiadra wody z rzeki, zatrzymał się na chwilę przy żonie. Pochylił się, opierając kolana o łopatę, próbując unormować oddech.
– Zapotrzebowanie na wodę gwałtownie nam rośnie – wydyszał, ocierając pot z czoła. – „Złoty deszcz”, zupa, a teraz glina… Studnia byłaby zbawieniem.
Pokręcił głową, wiedząc, że w najbliższym czasie to nierealne marzenie, i wrócił do swojego błota.
Jej światem na długie godziny stawał się cichy, suchy szelest ziaren przesypywanych na płachcie i delikatne pstryknięcie, gdy jej paznokieć odrzucał na bok kolejny kamyczek lub trujący sporysz. Jej praca była cicha, skupiona i nie mniej ważna. Palcami, które z każdym dniem stawały się coraz zwinniejsze, przebierała zboże. Oddzielała plewy, małe kamyczki i, co najważniejsze, fioletowo-czarne, rogate ziarenka sporyszu. Wyglądały niewinnie, ale były wyrokiem. Ergotamina. Spazmatyczny skurcz naczyń krwionośnych, niedokrwienie, sucha zgorzel.
Przymknęła oczy i nagle wyobraźnia podsunęła jej obrazy, których wolałaby nigdy nie widzieć. Zobaczyła ciemną izbę ich chaty. Zobaczyła Gniewka, jego siostrę, która krzyczała, że płonie, błagając, by ktoś zgasił ogień trawiący jej nogi. Widziała jego brata, rzucającego się z obłędem w oczach na niewidzialne demony, toczącego pianę z ust w ataku halucynacji. Widziała rodziców, których stopy i dłonie czerniały, wysychały i odpadały kawałek po kawałku, jak zwęglone drewno.
A pośrodku tego piekła on. Mały chłopiec. Co widział? Nie widział zatrucia mykotoksynami. Widział demony wysysającego życie. Widział opętanie.
Zrozumiała ten potworny syndrom ocalałego w świecie demonów. To on mógł podawać im ten chleb. On przetrwał, gdy oni gnili za życia. Bał się siebie.
Każdy odrzucony sporysz był małym zwycięstwem w walce o ich zdrowie. W południe przerwała pracę, by podtrzymać ogień i wzbogacić resztki porannej zupy. Dorzuciła do garnka dokrojoną brukiew oraz dwie garście świeżych liści, które zebrała rano: komosę i młodą pokrzywę. Uśmiechnęła się do siebie z nutą goryczy. To były sprawdzone, bezpieczne składniki. Zastanawiała się nad innymi roślinami, które widziała na łące, ale jej naukowa ostrożność brała górę. — Nie znam ich — pomyślała, mieszając zupę. — Nie wiem, jakie mają alkaloidy ani jak reagują po ugotowaniu. Muszę to z kimś skonsultować, zanim zrobimy z siebie króliki doświadczalne.
Gniewko pojawił się dwukrotnie, za każdym razem ciągnąc za sobą worek wypchany świeżo skoszoną trawą, która pachniała słońcem i latem. Zrzucił swój ładunek na wyznaczonym miejscu, gdzie siano miało schnąć, wymienił z Agnieszką szybki uśmiech i bez słowa pobiegł z powrotem na łąkę. Każdy z nich, na swój sposób, budował fundamenty pod przetrwanie zimy.
Obiad zjedli w milczeniu, zbyt zmęczeni na rozmowę. Wymieniali tylko spojrzenia, w których kryło się zmęczenie i cicha determinacja. Zaraz po nim Robert wrócił do swojego dołu. Nadszedł czas na najważniejszy etap. Zdjął buty i spodnie, wszedł do lepkiej, chłodnej masy. Zaczął deptać.
Słychać było tylko miarowe, głuche mlaskanie błota i jego ciężki oddech. Czuł pod stopami gładką, niemal tłustą strukturę gliny, którą co chwilę przerywał ostry, szorstki opór ziaren piasku. Jednak taki niezwykły widok nie mógł na długo pozostać niezauważony. Najpierw przybiegły dzieci. Stanęły w bezpiecznej odległości, z otwartymi z ciekawości ustami. Po chwili ich zdumienie przerodziło się w chichot. Widok dorosłego mężczyzny, który celowo, boso, tapla się w błotnym bajorze, był dla nich najzabawniejszą rzeczą, jaką widziały od dawna.
Ich śmiech przyciągnął dorosłych. Dwie kobiety wracające z polany z naręczami ziół przystanęły, kręcąc z niedowierzaniem głowami. Agnieszka, która siedziała nieopodal przebierając ziarno, usłyszała ich przyciszone, ale wyraźne komentarze.
– Patrzaj, Jaga, co ten dziwak wyprawia. W błocie się nurza jak prosię w chlewie.
– Mój stary, jakby tyle siły miał, to by w lesie za zwierzem ganiał, a nie w ziemi kopał. Strzecha im na łeb leci, a ten zabawy sobie szuka.
Agnieszka poczuła, jak na jej policzki wypełza gorący rumieniec wstydu. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć razem z przesypywanym ziarnem. Zacisnęła zęby, wbijając paznokcie w dłonie i zmuszając się, by patrzeć na płachtę. Ale wstyd był tylko pierwszą, powierzchowną falą. Pod nią kłębił się gniew – zimny i ostry jak odłamek lodu. Jej palce, do tej pory zwinne i precyzyjne, na moment zamarły nad płachtą. Paznokieć, który miał odrzucić kolejne ziarnko sporyszu, z siłą wbił się w zdrowe żyto, niemal je miażdżąc.
Zabawy? – pomyślała z furią. Nazywacie go dziwakiem, bo widzi dalej niż czubek własnego nosa.
Właśnie wtedy nadciągnął Dobrogost w towarzystwie innego kmiecia. Stanęli, opierając się na swoich laskach, i z wyższością patrzyli na depczącego w błocie sąsiada.
– Mówiłem wam. Głowę ma w chmurach, a nogi w błocie. Stara izbica mu się na łeb sypie, a ten zabawy sobie szuka.
— Zamiast chudoby doglądać, on w ziemi depcze. Dyć to robota dla wołów, nie dla chłopa.
Śmiech, który przeszedł przez małą gromadkę, był głośniejszy i bardziej złośliwy. On słyszał to wszystko. Ona widziała, jak jego plecy na moment sztywnieją. Każde słowo, każda kpina była jak ukłucie szpilką, a ona czuła je wszystkie, jakby były wymierzone w nią. Czuła na sobie ich spojrzenia – ciekawskie, pogardliwe, pełne niezrozumienia.
Wy widzicie błoto – kontynuowała w myślach, a jej gniew zamieniał się w gorzką dumę. – My widzimy piec, który ochroni nas przed zimą. Widzicie chłopa taplającego się w ziemi. Ja widzę męża budującego nam dom.
Na moment przestał, a jego ramiona opadły. W tym jednym geście zobaczyła całe jego zmęczenie i ciężar ich drwin. Ten widok uciął jej gniewne myśli. Słowa nic tu nie znaczyły. Nie zamierzała wdawać się w pyskówki z ludźmi, którzy i tak nie zrozumieją. Ale gest... gest zrozumieją wszyscy. A przede wszystkim on.
Wstała, otrzepując dłonie z pyłu, i podeszła do krawędzi dołu, podając mu wodę. Zanim odebrał kubek, jej dłoń na ułamek sekundy spoczęła na jego spoconym, ubrudzonym gliną ramieniu. W jej oczach nie było wstydu. Była tylko duma i ciche wsparcie.
Ten niemy gest podziałał na niego jak rozpalone żelazo. Wypił wodę, oddał jej kubek i ponownie zanurzył się w pracy. Ale teraz było inaczej. Złość i upokorzenie zamieniły się w zimną furię, w paliwo dla jego mięśni. Zacisnął szczękę. Jego deptanie stało się mocniejsze, bardziej rytmiczne i brutalne. Każde uderzenie pięty w glinę było odpowiedzią na ich drwiny. Śmiejcie się – myślał, czując, jak pot spływa mu po plecach. Śmiejcie się, póki możecie. Zobaczymy, kto będzie się śmiał, gdy nadejdą pierwsze mrozy, a ja będę siedział przy ciepłym piecu w suchym domu.
To była pierwotna, brudna i wyczerpująca praca. Czuł, jak jego nogi zapadają się w błocie, jak każdy krok wymaga siły, by wyrwać stopę z objęć ziemi, która zdawała się wciągać go w głąb. Ale teraz nie walczył już tylko z materią. Walczył z ich ignorancją, a każdy ugnieciony kawałek gliny był jego małym, osobistym zwycięstwem.
Słońce już dawno minęło zenit i zaczęło kryć się za drzewami, gdy uznał, że masa jest gotowa. Była gładka, jednolita, bez grudek. Wygramolił się z dołu, zlany potem i oblepiony gliną. Chciał od razu zacząć formować cegły, ale gdy spróbował się schylić, poczuł, że jego ciało odmawia posłuszeństwa. Mięśnie drżały, a w plecach czuł ostry, kłujący ból.
– Gniewko! – zawołał, a jego głos był ledwo słyszalny. Chłopiec podbiegł natychmiast. – Liści. Tych dużych. Potrzebuję ich dużo.
Z pomocą malca przykryli szczelnie cały urobek, by nie wysechł przez noc. Robert patrzył na ten kopiec błota, czując jednocześnie rozczarowanie, że nie zrobił więcej i ogromną satysfakcję z tego, co udało mu się osiągnąć. To był namacalny początek. Fundament. Reszta mogła poczekać do jutra.
Powłócząc nogami, poszedł umyć się do rzeki. Każdy krok był osobnym wysiłkiem. Jeszcze dołożyli drwa do ogniska, by podgrzać tę zupę na kolację. Po tym usypali żar, by dokładnie przykrył kamienie. Resztką sił wrócił do chaty, nie pamiętał nawet, jak kładł się na twardym łożu. Po prostu opadł w ciemność, która zabrała go natychmiast.
Jego ciało było pokonane, ale umysł, po raz pierwszy od dawna, był spokojny. Miał fundament. A to wystarczyło.
Komentarze (10)
/Widział demony wysyłającego życie./?
/jakby tyle siły miał, to by w lesie/ – tutaj razem; toby
/– My widzimy piec, który ochroni/ – zbędna półpauza
Musiałeś merytorycznie zbadać zagadnienie i już samo to jest wporzo.
Trochę mnie ominęło twoje opko ale może kiedyś nadrobię...
cul8r
gest - wymagał
"Widział demony wysysającego życie." - trafna uwaga dzięki.
"jakby tyle siły miał, to by w lesie" - sprawdziłem i wszystko mówi mi, że jednak "to by"
"Wy widzicie błoto — kontynuowała w myślach, a jej gniew zamieniał się w gorzką dumę. — My widzimy piec, który ochroni nas przed zimą. Widzicie chłopa taplającego się w ziemi. Ja widzę męża budującego nam dom."
ta półpauza jest częścią mowy zależnej....
dzięki za uwagi. zawsze się boję, że narobię ortów... w szkole nie byłem prymasem ;-)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania