Inne kolory życia - część IX
Przez moment siedzieli w kompletnej ciszy. Dwóch karków, których Felek nie widział nigdy na oczy, obserwowali okolicę. Korciło go, aby powiedzieć im, że w takiej ciemności to za wiele nie zobaczą, ale powstrzymał się. Podskórnie zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogłoby to ze sobą nieść. Solidny łomot należał do najlżejszej z możliwości.
– Felek? – zapytał pasażer.
Na jego słowa kierowca wrzucił bieg i ruszył. Kierowali się w stronę Wiór, Felek znał okolice od tego przystanku w tamtą stronę. Może nie jakoś idealnie, ale wystarczająco.
– Tak... Krzysiek mówił...
– Majster – poprawił go kierowca. – Niebieski to teraz Majster.
Felek przytaknął.
– Mówił, że będziesz.
– A on?
– Co on? – zapytał ten na fotelu pasażera.
– No… on będzie?
Kierowca skręcił gwałtownie, nie redukując biegu. Felek nie zapiął pasów, wiec z miejsca wylądował na drugiej stronie kanapy. O mało nie zarąbał głową o drzwi.
– Coś miał. Może potem.
Resztę drogi, w sumie kilka minut, spędzili w ciszy. Żadnego radia, żadnych rozmów. Felek mógł tylko przypuszczać, że karki dostali cynk, żeby młodego trochę zahartować do roboty. Sami pewnie rozkręciliby radio na cały regulator i rżeli ze śmiechu.
Dojechali pod blok w Wiórach-Parcelach. Lampy oświetlały odrapaną elewację i stare, zakonserwowane przez czas okna. Na jednej z trzech klatek stał jakiś starszy facet i palił szluga. Wyglądał tak jak powinien wyglądać ktoś z tych okolic według Felka – zapuszczony, nieogolony z wyraźną nutą przetrawionego alkoholu roztaczającą się wokoło.
Minęli faceta przy klatce i podeszli do następnej. Felek wszedł ostatni. Prowadzili go w zupełnej ciszy, znowu. Cel był na drugim piętrze, mieszkanie numer sześć. Na drzwiach wyryto dwa środkowe palce i trochę laurek dla policji.
– Morda w kubeł młody. Dzisiaj tylko pokazówka – powiedział jeden z nich, a potem zapukał.
Nie czekali długo. Drzwi otworzyły się po chwili. Stanęła w nich kobieta, na oko czterdziestoparoletnia. Była wychudzona i cuchnęła czymś, co Felek nie mógł zidentyfikować. Ten sam fetor roztaczał się w mieszkaniu urządzonym nad wyraz skromnie, co nie przeszkodziło w zabałaganieniu go pustymi puszkami po piwie, wypitymi do cna małpkami i wszelkim innym, podobnym śmietnikiem.
Poszli do największego i najmniej zasyfionego pokoju. Na kanapie siedział Krzysiek, Majster. Od razu poznał Felka.
– Młody! Jesteś w końcu. Wieczory zimne, to nasza baza na chłodne dni – wyjaśnił. Potem gestem ręki kazał odstąpić karkom od chłopaka.
– Nie sądziłem, że to tutaj – powiedział Felek nerwowo, nie wiedząc czego się spodziewać.
– Wióry-Parcele, blok numer dwanaście, mieszkanie sześć. Musisz to zapamiętać, bo mam dla ciebie pierwszą robotę.
Felek przełknął ślinę, ale nie zamierzał o nic pytać. Wiedział, że muszą zobaczyć jego lepszą stronę, tą pozbawioną naturalnego strachu.
– Byłeś w Złorzewie kiedyś?
– Nie.
– Się zajebiście składa. Mają tam taką budę. Jeden frajer ma jutro oddać zaległość z poprzedniego miesiąca. Pojedziesz, odbierzesz i dostarczysz tutaj. Co do grosika, jasne?
Felek pokiwał głową.
– Masz adres. Sprawdź se pociągi. – Krzychu podał chłopakowi nieco zmiętolony kawałek papieru, na którym zapisany był adres liceum ogrodniczego w Złorzewie.
Kobieta, która im otworzyła stała obok Felka i przyglądała się ciekawsko świstkowi, który dostał. Chłopak pomyślał, że gdyby był wyżej w hierarchii, to lafirynda pewnie nawet by obok niego nie przeszła. Ale w tym mieszkaniu był obecnie mniej ważny niż to, co spuszczają w klozecie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania