Inne kolory życia - część X
Morowo, 27 września 2011, Hanna Tuszyńska
Robiło się ciemno. Wieczory zaczynały przypominać długie wyczekiwania pory snu. Specyfika jesieni.
Hanna jechała przez miasto, po którym kręciło się trochę aut, ale chodniki prawie opustoszały. Nieliczni szczęśliwcy wędrowali obok bloków ze swymi czworonogami. Kobieta dodała gazu. Ciągłe ograniczenia prędkości irytowały ją tak samo jak namolne emerytki. Co za różnica czy przez te sto metrów będzie jechać pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt na godzinę?
Knajpa, w której się umówili, zamajaczyła w oddali. Jasny, podświetlany szyld widać było z daleka. Jakaś typowa, azjatycka nazwa, trudna i dziwnie brzmiąca, żeby naiwniacy myśleli, że zjedzą tam wyłącznie oryginalne potrawy z dalekiego wschodu.
Parking świecił pustkami, więc Hanna nie musiała szczególnie dbać o poprawne parkowanie. Tym lepiej, nie należała do grupy kierowców umiłowanych w tej części sztuki kierowania autem. Zawsze miała problem, gdy ostatnie miejsce parkingowe było ciasne, a za nią stały już kolejne dwa auta czekające, by jechać dalej. Paskudna sytuacja, dłonie się trzęsą, wzrok wyostrza, sprzęgło wie, że dostanie po dupie.
Kiedy wychodziła z auta, usłyszała dźwięk powiadomienia. Wyjęła komórkę i odczytała wiadomość. Jej kompan do rozmowy był już w drodze. Nie miała więc wiele czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego miejsca.
Gdy tylko otworzyła drzwi, w nozdrza uderzył ją zapach tłuszczu, sosu sojowego i taniej chińszczyzny. Stoliki w większości były puste. Gdzieś w oddali przy jednym siedział jakiś facet pochylony nad talerzem.
Usiadła przy oknie. Niewiele później na parking zajechał kolejny samochód, z którego wyszedł znajomy mężczyzna. Hanna umierała z ciekawości, co też chciał jej powiedzieć.
Przedstawił się jako Piotr. Sprytnie od razu przeszedł do sedna, rezygnując z podania nazwiska. Widać miał jakieś obawy, aby w tej sytuacji upubliczniać je.
– Jestem ciekawa pańskiego planu – powiedziała Hanna, udając, że czyta menu.
– W gruncie rzeczy to nic odkrywczego. Niektórzy może nawet by rzekli, że to prostackie.
– Czyżby?
– No tak, tak. Bo widzi pani, ten maszynista zawsze był jakiś dziwny. Ja dojeżdżam pociągiem do pracy od poniedziałku do piątku.
– No i?
– Ta sytuacja nie była jednorazowa. Kilka razy miałem przez niego problemy w pracy. Spóźnienie, tłumaczenie się szefostwu. To nic miłego. Cały dzień spaprany, bo ten konował nie potrafi wykonywać swojej pracy, jak należy.
Hanna pokiwała z uznaniem głową. Chciała się odegrać na tym maszyniście. Dlaczego? A czemu by nie? Ot, tak, bo nadarzyła się okazja. Kolejny facet, który za bardzo poczuł władzę w łapie. Sam jeden przeciwko tylu pasażerom, a jednak zawsze musiał wygrać. Niby z jakiej racji? Teraz jej się przypomniało, że w lecie, ten sam mężczyzna zatrzymał pociąg, bo jakiś stary piernik poczuł się źle i zaczął panikować, że ma zawał. Potem okazało się, że to tylko starcze pieprzenie. Prawie dwa kwadranse opóźnienia. Wtedy jednak jakimś cudem nie podjęła żadnych działań, żeby go ukarać. Może miała bardzo dobry dzień. Jeden z tych nielicznych.
– Co pan zamierza?
– Mój szwagier ma pewne… znajomości – powiedział, ściszając głos, nachylony nad stołem.
– Ach tak. Proszę mówić dalej.
– Kibole naszego klubu sportowego, sekcji piłkarskiej.
– Czerwonych Morowo?
Piotr pokiwał głową.
– Ale… chyba pan nie chce…
– Oczywiście, że nie. Chodzi o element strachu. Czysto psychologiczna zagrywka. Facet ma żonę, dziecko, może nawet dwoje. Trzeba to wykorzystać. To typowy, kochający mąż i tatuś miękiszon.
Hanna nie była do końca przekonana. Wolała trzymać się z daleka od tego typu sytuacji. Tym bardziej zadzieranie z kibolami wydawało się wyjątkowo durnym pomysłem. Sama nigdy nie kibicowała rodzimemu klubowi i w ogóle nie była fanką piłki nożnej. Kiedyś, dawno temu miała chwilowy etap zauroczenia biegami narciarskimi.
– Zamierza pan go porwać?
Mężczyzna uśmiechnął się. Było w tym coś niepokojącego. Ten uśmiech – bardzo życzliwy, taki zwykły, a przecież ta rozmowa nie należała do klasycznych pogaduszek o pogodzie.
– Nie ja, tylko oni, ci kibole. I nie porwać, a zaprosić na rozmowę. Kwestia doboru słownictwa. Sumienie trzeba urabiać regularnie, żeby nas nie zdławiło do reszty.
– W takim razie, po co ja jestem potrzebna?
– Jeśli ten facet jeszcze wystarczająco bystry, powiąże panią z tą… rozmową. Widziałem panią w pociągu. Pani jedna miała odwagę powiedzieć głośno, co wszyscy myślą. Więc, kiedy znajomi szwagra zrobią, co mają zrobić, pani przypadkowo pojawi się w pobliżu i udzieli mu pomocy. Spokojnie, nie pogruchotają mu kości.
Kobieta przełknęła nerwowo ślinę. Z jednej strony chciała odegrać się na tym lalusiu, z drugiej ryzyko, że pójdzie coś nie tak, było duże. Ale przecież życie to ciągły wyścig z ryzykiem, przynajmniej jej.
– Dobrze, wchodzę w to.
– Świetnie. Zdzwonimy się, kiedy ustalę wszystko. Może to trochę potrwać, ale jeszcze w tym tygodniu facet odbędzie jedną z poważniejszych rozmów w swoim życiu.
Gdy mężczyzna odjechał, Hanna stała na parkingu jeszcze kwadrans. Wciąż miała wątpliwości. Nie chciała ich, ale one pojawiały się i nie chciały odejść. Jak komary w letnią noc. Przez moment była bliska odmowy, zadzwonienia do tego całego Piotra i wycofania się. Ale nie zrobiła tego. Wyszłaby przed nim na tchórza, który potrafi jedynie zbesztać emerytki, a kiedy przychodzi co do czego podkuli ogon i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Nie, ona taka nie była.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania