Kaleka księżniczka z końca świata: Niebieskawa poświata
Środa, 11 lutego 2026, ok. 16:30
Pokój Lilki
---
Słońce zachodziło o szesnastej trzydzieści i robiło to bez dramatyzmu — po prostu gasło, zostawało po nim to niebieskie światło które nie jest jeszcze nocą ale nie jest już dniem, ta godzina która nie ma dobrej nazwy w polskim choć powinna mieć.
Leżałam na łóżku bez słuchawek, co jest rzadkością, ale dziś miałam ochotę na ciszę.
Niebieskawa poświata wchodziła przez drzwi balkonowe i kładła się na boazerii w długich prostokątach.
Boazeria w tym świetle wyglądała inaczej niż zwykle — mniej brązowo, bardziej grafitowo, jakby z innego materiału.
Za oknem wieś była cicha tą zimową ciszą— bez ptaków, bez dzieci, bez kosiarek. Tylko bloki naprzeciwko z tymi żółtymi prostokątami okien które zapalały się jedno po drugim w miarę jak robiło się ciemniej.
Leżałam,patrzyłam w sufit i myślałam o niczym konkretnym, co jest stanem który lubię bo rzadko się zdarza.
Potem przyszło do mnie to pytanie.
Nie wiem skąd — może z wczorajszej rehabilitacji,gdy Magda mówiła o jakimś nowym pacjencie który „bardzo chce wyzdrowieć” tym tonem który sugerował że ja też powinnam, nawet jeśli to nie jest realne do osiągnięcia, może po prostu z tej ciszy i tego niebieskiego światła które sprzyja pytaniom bez odpowiedzi.
Pytanie brzmiało: czy powinnam pragnąć być zdrowa?
Leżałam z tym pytaniem przez chwilę.
Logicznie jest to oczywiste — tak, powinnam, każdy powinien chcieć być zdrowy, to jest normalne, ludzkie i właściwe. Mama by tak powiedziała. Magda by tak powiedziała. Pewnie każdy by tak powiedział.
Tylko że gdy próbuję to poczuć — gdy próbuję znaleźć w sobie tę chęć, to pragnienie żeby było inaczej — trafiam w pustkę.
Nie dlatego że jest mi zajebiście tak jak jest. Jest jak jest, to nie to samo co pełnia szczęścia.
Ale dlatego że nie umiem wyobrazić sobie siebie jako kogoś innego.
Próbowałam.
Próbowałam wyobrazić sobie siebie bez balkonika, bez kul, bez czworakowania po korytarzu, bez tej ekonomii ruchu którą wypracowałam przez trzydzieści lat. Siebie która wstaje rano i idzie do kuchni bez trzymania się czegokolwiek, która niesie kubek z herbatą obiema rękami, która wychodzi sama na spacer.
I nic.
Nie ma obrazu.
Jest tylko białe miejsce tam gdzie powinien być obraz.
To tak jakby próbować wyobrazić sobie kolor którego się nigdy nie widziało — wiadomo że istnieje, wiadomo że inni go widzą, ale nie ma w głowie materiału żeby go zbudować.
Pełnosprawna Lilka nie istnieje nawet jako wyobrażenie.
Istnieje tylko ta Lilka — z balkonikiem opartym o ścianę, z granatowymi słuchawkami, z korytarzem który zna od dołu lepiej niż od góry, z herbatą zostawianą na kuchennym blacie bo nie da się jej nieść i jednocześnie iść.
I tu jest ten wyrzut sumienia — że nie umiem pragnąć czegoś tak oczywistego dla całej reszty świata, i że może powinnam umieć, i że może to że nie umiem jest kolejnym dowodem na coś czego nie chcę nazywać.
Zapaliło się kolejne okno w bloku naprzeciwko.
Czyjeś życie, czyjaś kuchnia, czyjaś godzina siedemnasta.
Boazeria ciemniała w miarę jak niebieskie światło powoli zamieniało się w ciemność
Wzięłam słuchawki z poduszki i założyłam na uszy.
Leżałam, słuchałam i nie próbowałam już wyobrażać sobie siebie jako kogoś innego, bo po co, bo tej Lilki nie ma i nigdy nie było, nigdy nie będzie.
Jest ta która jest.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania