Kaleka księżniczka z końca świata: Ciemność pochłania raj
Marzec 2022, środa, ok. 16:30
Ośrodek rehabilitacyjny, Wielkopolska — świetlica
---
Dowiedziałam się przy herbacie.
To jest szczegół który pamiętam nieproporcjonalnie dokładnie — że trzymałam kubek obiema rękami bo było zimno, że herbata była z torebki, ta tania którą ośrodek zawsze stawiał w świetlicy po południu, i że Daniel powiedział „mamy dla was coś do powiedzenia” tym tonem który używa się kiedy wiadomość jest dobra dla mówiącego i niekoniecznie dla słuchającego.
Adela siedziała obok niego. Uśmiechnięta, ale tym uśmiechem który jest trochę przepraszający.
Byłam ja i jeszcze dwoje pacjentów których znałam z poprzednich turnusów — Marek, czterdzieści kilka lat, po wypadku, i Zosia, mniej więcej w moim wieku, z niedowładem lewostronnym. Siedzieliśmy w świetlicy bo na dworze lał ten marcowy zimny deszcz który nie jest śniegiem ale dorównuje mu chłodem.
– Otwieramy własny gabinet — powiedział Daniel. – W Warszawie. Od maja.
Marek powiedział „o, gratulacje”, Zosia zaszczebiotała „super, nareszcie”, i oboje mówili to szczerze bo, znali ich krócej niż ja i w inny sposób.
Trzymałam kubek.
– To znaczy że odchodzicie z ośrodka — Stwierdziłam oczywistą oczywistość.
– Tak, po tym turnusie— powiedział Daniel. — Ale zostajemy z wami do samego jego końca.
„Zostajemy z wami.” To zdanie miało w sobie coś co mnie uwierało i dopiero wieczorem zrozumiałam co — że „z wami” oznaczało że nie ma tu nic osobnego, żadnego „z tobą”. „Z wami” tak samo jak z Markiem,Zosią i pozostałymi osobami, które są na tym turnusie.
Wiedziałam to wcześniej. Po prostu o szesnastej trzydzieści w środę przy herbacie nie mogłam się już dłużej oszukiwać.
–Rozumiemy jeśli to dla was trudna wiadomość — odezwała się Adela. – Wiemy że niektórzy z was przyjeżdżają tu od lat.
Patrzyłam na nią. Adela miała dwadzieścia siedem lat, była ładna w ten spokojny, nieoczywisty sposób, dobra w swojej robocie, i przez trzy lata byłam wobec niej uczciwa przynajmniej w tym sensie że jej nie nienawidziłam za coś co nie było jej winą.
– Kiedy zdecydowaliście? — zapytałam.
– Jesienią — odpowiedział Daniel. – Długo to planowaliśmy.
Jesienią. Widziałam się z nimi w październiku na poprzednim turnusie i przez całe dwa tygodnie nic nie powiedzieli. Siedzieliśmy w tej samej świetlicy, rozmawialiśmy o Japonii, Daniel pokazywał mi nowe ćwiczenia które wymyślił specjalnie pod moją lewą stronę. Wiedzieli.
Nie mam do nich pretensji. Naprawdę nie mam — rozumiem że to ich decyzja, ich życie. Nie mieli obowiązku mówić mi wcześniej.
Pamiętam tylko, że ręce zaczęły mnie boleć od trzymania tego kubka.
– To dobrze — powiedziałam. –Własny gabinet to dobry krok.
Daniel spojrzał na mnie i przez sekundę miałam wrażenie że widzi trochę więcej niż powiedziałam. Ma taki sposób patrzenia, lata pracy albo taka już jego natura, nie wiem. Nie skomentował.
– I zostajemy w kontakcie, wiadomo. – Zapewnił
„Wiadomo.” Słowo które znaczy dużo albo nic, zależy od tego co będzie potem.
Marek zaczął pytać o Warszawę, o lokalizację gabinetu, o ceny, i rozmowa poszła w tamtą stronę. Odstawiłam swój kubek, wstałam i powiedziałam że wychodzę na chwilę. Nikt mnie nie zatrzymywał bo nikt nie wiedział że jest powód,by to zrobić
Wyszłam na korytarz.
Korytarz był długi i słabo oświetlony i pachniał tym ośrodkowym zapachem — środek dezynfekujący,opary obiadu i trochę wilgoci z zewnątrz. Szłam przy ścianie, trzymając się jej mocniej niż zwykle.
Miałam dwadzieścia siedem lat, byłam w połowie drugiego tygodnia ostatniego turnusu z Danielem i jeszcze nie wiedziałam że kontakt internetowy który obiecali będzie trwał jakiś rok,i że za cztery lata będę leżeć na balkonie z granatowymi słuchawkami, słuchać Agaty Kristi i myśleć o nich rzadziej niż kiedyś.
Wiedziałam tylko że korytarz jest długi,że za oknem pada ten marcowy deszcz i że czarna herbata stygła na stole w świetlicy.
Doszłam do końca korytarza.
Zawróciłam.
Wróciłam do świetlicy ,usiadłam i wzięłam kubek z powrotem. Herbata była już letnia ale wypiłam, słuchałam jak Marek pyta o Warszawę i Daniel odpowiada, a Adela się śmieje z czegoś. Okno zachodziło parą od deszczu.
Zostało jeszcze trochę czasu.
Postanowiłam że go wykorzystam.
---
Marzec 2022, poniedziałek, ok. 10:00
Ośrodek rehabilitacyjny, Wielkopolska — gabinet Daniela
---
Daniel wiedział że się staram bardziej.
Nie powiedział tego wprost, bo Daniel rzadko mówił wprost jeśli mogło to kogoś zawstydzić, ale widziałam że widzi — po tym jak notował, po tym że sesje były bardziej intensywne niż zwykle, więcej ćwiczeń, więcej uwagi z jego strony, jakby odpowiadał na coś co ja robiłam bez słów.
Może to była tylko jego praca. A może po prostu on też chciał żeby te ostatnie dni były dobre.
– Jeszcze raz — powiedział.
Stałam przy drabinkach, ręce na szczeblach, i robiłam to przenoszenie ciężaru, które ćwiczyłam od pół roku i które wychodziło mi różnie— raz dobrze, raz źle, bez wyraźnego wzorca.
Teraz wyszło dobrze.
– Widzisz? — ucieszył się Daniel. –Jak się skupisz to potrafisz.
– Wiem.Problem jest wtedy kiedy się nie skupiam.
– To się skupiaj.
– Dziękuję, geniuszu od siedmiu boleści.
Zaśmiał się — ten krótki, szczery śmiech, zawsze kiedy coś go zaskoczyło. Przez sześć lat nauczyłam się rozróżniać jego śmiechy, co jest informacją której nigdy nikomu nie powiem bo brzmi niepokojąco nawet w mojej głowie.
– Siadaj — Zdecydował. – Zrobimy teraz biodra.
Usiadłam na macie. Gabinet był mały, jedno okno z widokiem na parking, na parapecie stała plastikowa roślina którą ktoś kiedyś postawił i która została. Daniel kucnął przy mojej nodze , zaczął ćwiczenie, to z rotacją zewnętrzną.
– Jak lewy bark? — zapytał, nie odrywając wzroku od nogi.
– Lepiej.
– Dobra Basia.
– To dobrze.
Przez chwilę pracowaliśmy w ciszy. Daniel miał tę umiejętność — że cisza przy nim była robocza, a nie niezręczna. Przy Magdzie cisza nie istnieje bo Magda ją wypełnia. Tutaj cisza była po prostu częścią sesji.
Postanowiłam że powiem.
Nie wiedziałam co powiem, ale postanowiłam że powiem.
– Daniel...
– Mhm?
– Cieszę się że byłeś przez te lata. Znaczy — że tu byłeś. W tym ośrodku.
Nie przerwał ćwiczenia, dokończył rotację, potem wyprostował się trochę i spojrzał na mnie. Nie tym zawodowym spojrzeniem. Innym.
– Ja też — powiedział. Prosto, bez owijania w bawełnę.
– Nauczyłam się tu więcej niż gdziekolwiek indziej.
– To twoja zasługa, nie moja.
– Twoja też. Nie musisz tego umniejszać.
Przez sekundę coś przemknęło mu przez twarz, nie wiedziałam co, i zanim zdążyłam to odczytać,wrócił już do swojego normalnego wyrazu.
– Napiszesz jak będziesz w Warszawie — Stwierdziłam To nie było pytanie.
– Napiszę.
– I jak gabinet ruszy to też.
– I jak gabinet ruszy.
Wiedziałam, że napisze. Napisał, przez rok pisał regularnie, potem rzadziej, następnie były te długie przerwy które się wydłużały, i w końcu ta cisza która nie jest już przerwą tylko stanem. Wiedziałam to z góry w tym sensie w jakim się wie rzeczy które jeszcze się nie wydarzyły ale już się je wie.
Nie powiedziałam tego głośno.
–Dobra — powiedział Daniel, wracając do nogi. — Jeszcze ta rotacja raz, potem wstajemy i idziemy do drabinek.
– Dobrze.
Niebo za oknem było zachmurzone, ta marcowa Wielkopolska szarość który nie jest dramatyczna tylko zwyczajnie zimna. Na parkingu ktoś odśnieżał samochód — za późno na śnieg ale śnieg nie pytał.
Zrobiłam rotację.
Wyszło dobrze.
— No — meukna6 Daniel, i w tym jednym słowie było tyle co trzeba.
Wstałam.
Podeszliśmy do drabinek.
---
Marzec 2022, sobota, ok. 13:30
Ośrodek rehabilitacyjny, Wielkopolska — pokój, potem korytarz.
---
Mama pakowała się od rana.
To znaczy — mama pakowała swoje rzeczy od rana, moje spakowała w dwadzieścia minut bo „Lilka ty byś tak zostawiła wszystko na ostatnią chwilę”. Teraz stała pośrodku pokoju i robiła ten swój przegląd wzrokowy który oznaczał że sprawdza czy czegoś nie zapomniała, obracając się powoli jak radar.
– Szampon zostawiłaś w łazience — powiedziałam z łóżka.
– Bo jeszcze rano myłam głowę, Lilka, nie przeszkadzaj.
Nie przeszkadzałam. Leżałam z telefonem, patrzyłam w sufit i myślałam że za dwie godziny będziemy w samochodzie, za jakieś pięć godzin będę w domu i że ten turnus się skończy tak jak kończą się wszystkie — nagle, mimo że data była wiadoma od początku.
–Wstań, bo zaraz obiad i po obiedzie wyjeżdżamy — powiedziała mama, wychodząc do łazienki po szampon.
Wstałam.
Obiad był taki jak każdy obiad w ośrodku — zupa, drugie, kompot. Mama rozmawiała z panią Henryką z Kalisza która też wyjeżdżała dziś i z którą przez dwa tygodnie wymieniała przepisy i plotki o personelu w równych proporcjach. Jadłam zupę, słuchałam jednym uchem i myślałam o tym że Daniel i Adela też jedzą gdzieś w tym budynku, może w pokoju socjalnym, może w gabinecie, i że po obiedzie będzie to pożegnanie które od środy wisiało w powietrzu.
Po obiedzie mama poszła zanieść torby do samochodu.
– Idź się pożegnać z tym swoim fizjoterapeutą. — powiedziała, jakby to była pozycja na liście do zrobienia, między zwrotem kluczyka od szafki a sprawdzeniem czy zamknęłyśmy okno.
– Idę — powiedziałam.
Korytarz był bardziej ruchliwy niż zwykle — sobota, wszyscy wyjeżdżali, personel chodził z papierami, gdzieś płakało małe dziecko które nie chciało wyjeżdżać albo nie chciało zostać, trudno powiedzieć.
Daniel stał przy drzwiach do sali z Adelą i z Markiem który też się żegnał.
Przez chwilę stałam z boku i czekałam aż Marek skończy, patrzyłam na nich oboje — Daniela który słuchał Marka i kiwał głową, Adelę która coś notowała w zeszycie.
Marek odszedł.
Podeszłam.
–A, Lilka. — Adela zamknęła zeszyt. – Już wyjeżdżacie?
— Za chwilę. Mama pakuje bagaże do samochodu.
– Twoja mama to czysta energia — powiedziała Adela z uśmiechem który był szczery. – Przez te wszystkie turnusy nie widziałam żeby siedziała spokojnie, chociaż przez chwilę.
– To prawda — przytaknełam.
Daniel oparł się o framugę gabinetu i patrzył na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem .
– Jak biodro? — zapytał.
– Jak zawsze — odparłam. – Pytasz o moje lewe biodro.
– Jestem twoim fizjoterapeutą.
– Wiem to doskonale.
– I pamiętaj o tym ćwiczeniu.
– Wiem.
Adela zerknęła na Daniela, potem na mnie, i powiedziała — tym swoim naturalnym, niewysilonym tonem — że idzie oddać dokumentację i zaraz wróci.
Odeszła, i zostałam z Danielem przy tym gabinecie na tym ruchliwym korytarzu.
– No — mruknął Daniel.
– No — powtórzyłam niczym echo.
Przez okno na końcu korytarza widziałam parking. Mama stała przy samochodzie i rozmawiała z panią Henryką, gestykulując, pewnie trajkotały o przepisie na ten bigos o którym mówiły przez cały tydzień.
– Daniel.. — zaczęłam.
– Mhm?
Otworzyłam usta.
I zamknęłam.
Bo to co chciałam powiedzieć— że to były dobre sześć lat, że jest mi żal bardziej niż powinno być — to wszystko to było prawdą i żadnego z tych zdań nie byłam w stanie powiedzieć na głos bez ryzyka że stałoby się czymś zbyt dużym na ramy w których była zamknięta nasza relacja.
Powiedziałam:
– Powodzenia w Warszawie.
Daniel prześwietlał mnie tym swoim spojrzeniem które widziało trochę więcej niż powiedziałam.
– Dzięki, Lilka — odpowiedział cicho. – Dbaj o siebie. I o to biodro.
– Postaram się.
– Wiem.
Z parkingu dobiegł głos mamy — „Lileczko, chodź już, korki na drodze” — ten jej głos który niesie się zawsze o pół tonu za głośno.
Daniel lekko się uśmiechnął.
– Idź — powiedział.
Kiwnęłam głową. Chwyciłam balkonik i ruszyłam korytarzem w stronę wyjścia.
Przy drzwiach odwróciłam się raz.
Daniel stał tam gdzie stał, patrzył za mną. Kiwnął głową.
Kiwnęłam głową.
Wyszłam.
Mama od razu wzięła mnie pod rękę i zaczęła mówić o trasie i o tym czy nie wstąpimy po drodze do tej restauracji w Kole która jest dobra, i ja szłam obok niej przez parking, czułam zimne marcowe powietrze, słyszałam ją i nie słyszałam jednocześnie.
Wsiadłam do samochodu.
Mama uruchomiła silnik, pani Henryka pomachała z sąsiedniego auta, ośrodek zaczął znikać za zakrętem.
Napisałam do Daniela jak tylko dojechałam do domu.
Odpisał że cieszy się, że dojechałam,że pozdrawia.
Przez rok pisaliśmy regularnie.
Potem rzadziej.
Potem już nic.
---
Kwiecień 2022
„Gabinet otwarty” — napisał w połowie kwietnia, z linkiem do strony internetowej i zdjęciem recepcji, jasne ściany, rośliny, logo które zaprojektowała Adela.
Napisałam że ładnie się urządzili, bo naprawdę tak myślałam
Odpisał że dziękuje, że pierwsze tygodnie intensywne ale dają radę, że Adela już ma pierwszych pacjentów a on dołączy do niej jak tylko skończy formalności.
Napisałam że trzymam kciuki.
Odpisał że wie.
Pisaliśmy jeszcze o Japonii — wyszła jakaś książka którą oboje chcieliśmy przeczytać, ustaliliśmy że jak przeczytamy to porównamy wrażenia. Napisałam że już zamówiłam. Odpisał że on pewnie za jakiś miesiąc znajdzie czas.
Przeczytałam w maju. On w sierpniu. Porównałyśmy wrażenia, jedna długa rozmowa, dobra, taka jak dawniej.
Pomyślałam że prawie nic się nie zmieniło.
---
Wrzesień 2022
Napisałam pierwsza.
To znaczy — zawsze pisaliśmy do siebie na przemian, ale tym razem minęły już trzy tygodnie od ostatniej rozmowy. Długo.
„Hej, co słychać u was w tej Warszawie?”
Odpisał po dwóch dniach. Że dużo pracy, że gabinet się rozkręca, że Adela właśnie wzięła kolejnego pacjenta i że ledwo widzą się w domu, ale dobrze, że tak ma być na początku.
Napisałam że rozumiem.
Odpisał że jak będzie spokojniej to się odezwie.
Czekałam.
Odezwał się w październiku.
---
Styczeń 2023
Napisałam na Nowy Rok, bo tak się robi, bo taka jest konwencja.
„Szczęśliwego Nowego Roku. Mam nadzieję że gabinet się rozkręca”
Odpisał tego samego dnia, co było miłe.
„Szczęsliwego Nowego Roku! Idzie dobrze, dziękujemy. Masz pozdrowienia od Adeli.”
Przeczytałam to zdanie dwa razy.
„Masz pozdrowienia od Adeli.”
Nie było w tym nic złego. To było normalne, uprzejme zdanie. Takie jakie powinno być. Tylko że wcześniej Adela pisała sama, oddzielnie, swoje własne wiadomości ze swojego profilu, a teraz były „pozdrowienia od”, i to jest taka mała zmiana którą można by przeoczyć.
Nie przeoczyłam.
Odpisałam że pozdrawiam ich oboje i odłożyłam telefon.
---
Maj 2023
Napisałam mu o jakimś artykule o Japonii który mi się trafił — coś o architekturze, wiedziałam że go zainteresuje.
Odpisał po tygodniu.
„O, ciekawe. Dzięki za link.”
Czekałam na więcej.
Więcej nie przyszło.
Napisałam że jak przeczyta to chętnie podyskutuję z nim o tym przy okazji.
Odpisał że jasne, przy okazji.
Przy okazji nie nastąpiło.
---
Październik 2023
Napisałam pierwsza.
Czekałam dwanaście dni.
Odpisał że przeprasza za milczenie, że ostatnie miesiące były intensywne, że gabinet się bardzo rozrósł, że ledwo łapią oddech.
Napisałam że rozumiem, że nie ma sprawy.
On napisał że się cieszę że rozumiem, że zawsze byłam wyrozumiała.
Patrzyłam na to zdanie przez dłuższą chwilę.
„Zawsze byłaś.” Czas przeszły. Jakby już mnie trochę nie było, jakby już była czymś z przeszłości na którą można patrzeć z życzliwością, ale z dystansu.
Może tak to wyglądało z jego strony. Może od dawna.
Napisałam żeby dbali o siebie.
Odpisał że nawzajem.
---
Marzec 2024
Dwa lata od ostatniego turnusu.
Nie napisałam.
Czekałam czy on napisze.
Nie napisał.
W połowie marca otworzyłam naszą rozmowę i przewinęłam do góry — wszystkie te wiadomości, od grudnia Dwa tysiące szesnastego roku, sześć lat znajomości na turnusach, dwa lata po, i widać było jak wiadomości się kurczą, jak odstępy między nimi rosną, jak zdania robią się krótsze.
Jak coś stygnie.
Zamknęłam rozmowę.
Nie napisałam.
On też nie.
I tak już zostało.
---
Gdzieś w 2026, wieczór
Czasem otwieram tę rozmowę.
Nie żeby napisać. Tylko żeby upewnić się, że była.
Że jest.
Komentarze (2)
zostawiam sobie komenta, żeby potem do końca doczytać
💗
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania