KRES - Rozdział 10
Obserwowała, jak troje brońmistrzów skrupulatnie przetrząsa ustawione na bruku bagaże. Jej bagaże, gwoli ścisłości. Nadgorliwość, z jaką podeszli do przydzielonego im przez Hegerta zadania, była doprawdy zatrważająca. Co gorsza, wyglądali, jakby chorą uciechę sprawiało im bezwstydne gmeranie w damskiej bieliźnie i rozbebeszanie do cna starannie zapakowanych skrzyń. Wszystkie wysiłki, które podjęła, dbając o to, by każdy przedmiot ułożyć równiutko, a ciuchy poskładać niczym przykładna kobieta w podobnym jej wieku, poszły na marne. Cały bagaż zapakowany tak, aby na styk zmieścić go w dwóch niedużych kufrach, walał się teraz przed domem sąsiadki, zamiatając kurz z całej ulicy. Mężczyźni za nic mieli sobie upraszanie się o jakąkolwiek przyzwoitość czy poważanie cudzej własności. Pod niewidzialnymi skrzydłami Hegerta czuli się nietykalni. Najgorszy plew w jego szeregach. Lepiej wybrać nie mógł.
Banda gnid – wymyślała im w duchu oparta o chłodną ścianę piekarni. Raz nawet wykonała obelżywy gest, gdy jeden z brońmistrzów, przyglądając się parze koronkowych majtek wygmeranych spomiędzy innych ciuchów, spojrzał na nią, cmokając po świńsku.
Dobrze, że Bredo w porę ostrzegł ją przed zaplanowaną rewizją. W głębi serca dziękowała za wszystkie jego niezapowiedziane wizyty. Dzięki niemu miała bowiem szansę zmienić zawartość pakunków, usuwając z bagaży wszystkie podejrzane elementy. Przepakowała również dathraksa do Essia Veali z nadzieją, że mężczyźni nie ośmielą się doń zajrzeć. Broni zostawić przecież nie mogła. Essia Vea był średniej wielkości kuferkiem, najczęściej wykonanym z brzozowego drewna, obitym farbowaną skórą z tłoczonymi na niej wyobrażeniami uroczych czy po prostu ładnych rzeczy, a zawierał on w sobie podstawowy zestaw podróżny – wyłącznie dla pań. W kuferku Lary, poza ukrytą na samym dnie bronią, znajdowały się przeróżne zioła, zarówno na problemy zdrowotne, jak i wspomagające ogólne samopoczucie. Był tam też pakiecik wełnianych wkładek obszytych delikatną tkaniną, na comiesięczne krwawienia, opatrunki i woreczek z suszonymi owocami hallmio zapobiegającymi niechcianym ciążom. Mała dawka tych owoców faktycznie hamowała procesy organizmu odpowiedzialne za rozwój nowego życia, jednak w większej ilości owoce te mogły być trujące, czy nawet doprowadzić do zgonu, jeśli ich dawka była zbyt duża. Ich stosowanie uważano za kontrowersyjne nie tylko przez wzgląd na silny wpływ wywierany na organizm, ale również dlatego, że wiele kobiet zażywało je po to, aby wywołać poronienie. Larze zdarzyło się łyknąć kilka takich owoców. Dwa, trzy razy, nie więcej. Tak dla pewności. Na wszelki wypadek. Popełniła w życiu parę głupstw, o których wolałaby nikomu nie wspominać. Tym razem z rozmysłem dodała je do kuferka. Gdyby faktycznie znalazła się w patowej sytuacji, sam na sam z mężczyzną, a miała, czy raczej, mogła przecież znaleźć się w otoczeniu samych kompletnie nieznanych jej mężczyzn, do tego odgrodzona od świata potężnymi ścianami labiryntu, owoce te mogłyby okazać się zbawieniem.
Rewizja niestety przekreślała większość dotychczasowych planów Lary, a poczynione dotąd przygotowania można było wyrzucić w błoto. Cała praca, wszystkie poniesione koszta poszły na marne. Nie było jednak mowy, aby w związku z tym odpuścić sobie ceremonię. Wściekła na cały świat liczyła mimo wszystko, że po drodze uda jej się coś wymyślić. Gryzło ją tylko, że niepotrzebnie wydała tyle pieniędzy na lewe dokumenty, a Sybil na darmo poświęciła cenny czas, który mogła przecież spędzić z córką, na szycie dla niej męskich ubrań, zalegających obecnie na dnie szafy, gdzieś pomiędzy ulubioną skórzaną i nadal niewyczyszczoną całkowicie kurtką a sukienką z pierwszego spotkania z Castonami.
Uporawszy się z weryfikacją pakunków i oszacowaniem ich legalności, włączając w to ledwie rzut oka na spoczywające na samym wierzchu Essia Veai specyfiki, poinformowano ją, by oczekiwała na konwój. Konkretnie mówiąc, na jej powóz, który miał odłączyć się na chwilę od reszty, aby nie robić w okolicy zbytecznego zamieszania. Bo oczywiście przeprowadzona przez przydupasów Hegerta rewizja, była czymś całkowicie normalnym i wcale zamieszania nie powodowała.
Rzecz jasna, mówiąc o niepotrzebnym zamieszaniu związanym z pojawieniem się nawiedzonej rodzinki, nie miano na uwadze jej dobra. Chodziło raczej o to, aby Castonowie nie musieli pokazywać się publicznie na jednej z nędzniejszych dzielnic miasta. Wielki, całkiem bogaty korowód, zwróciłby na siebie uwagę całego kwartału, tymczasem jeden powóz będzie obiektem dyskusji co najwyżej przez kolejne kilka dni, tym bardziej, że sąsiedzi mieli czas przywyknąć do bądź co bądź dość natężonej bytności kalekiego Castona w ich okolicy, i to głównie popołudniami, tak więc na jego temat zdążyli już chyba przedyskutować wszelkie możliwe teorie.
Tymczasem powozu miała wyglądać lada chwila, bo wedle słów brońmistrzów, Castonowie opuścili posiadłość.
– A moje bagaże? Chyba nie myślicie ich tak tutaj zostawić?
Wskazała na bajzel, jaki po sobie pozostawili.
– Musi pani sama je sobie zapakować – odezwał się najmłodszy z twarzą pokrytą bliznami po trądziku. – Nam kazano wracać do garnizonu, zaraz jak panią sprawdzimy.
I ten jego parszywy uśmieszek, kiedy tłumaczył jej wszystko powoli, jakby była niedorobiona intelektualnie. Miała ochotę zetrzeć mu go z kaprawej mordy. Najlepiej porządnie zaostrzonym szpadlem z solidnym trzonkiem i to minimum kilka razy, żeby mieć pewność, że nigdy na ów mordę nie wróci.
Mężczyźni właśnie mieli się oddalić, gdy przed dom zajechał ktoś na wyjątkowo urodziwym koniu. Wielki biały ogier zarżał głośno, kiedy jeździec nakazał mu się zatrzymać. Potrząsnął grzywą i poirytowany wydanym mu gwałtownie poleceniem, zastukał podkowami o bruk.
– Jeszcze tego tu brakowało – wymamrotała do siebie. – Książę na białym rumaku. Narcyz w złotej doniczce. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam – fefloniła pod nosem.
Gyles wysiadł z siodła i podając lejce jednemu z podkomendnych ojca, zbliżył się do niej, poprawiając kołnierz munduru.
– Jesteś już gotowa, Laro?
Zmarszczyła brew.
– A wyglądam ci na gotową? – Potoczyła wzrokiem po porozrzucanych wszędzie ciuchach. – Pomroczność jasna cię dopadła? Poza tym, mam na imię Laryiena, nie Lara – dodała. – Luki w pamięci w tak młodym wieku nie wróżą niczego dobrego, Gyles.
Nie odpowiedział. Zamiast tego odwrócił się do mężczyzn i niespodziewanie ryknął na nich autorytarnym tonem:
– Co to ma do cholery znaczyć?! Macie w tej chwili zapakować wszystko tak, jak było, albo zdegraduje was za niestosowanie się do rozkazów kapitana!
– Ale... ale kapitan kazał przeszukać – zająknął się młody przemądrzalec.
– Włącznie z zapakowaniem wszystkiego z powrotem. Jesteście jacyś zapóźnieni, czy co? Takim zachowaniem przynosicie ujmę całej jednostce. Bierzcie się do roboty!
– A koń? – zapytał ten trzymający lejce. – Sprawiał wrażenie, że zaraz rozdwoi się, aby zająć się i jednym i drugim. Pobladł przy okazji o przynajmniej dwa odcienie. Widocznie nie tylko Hegert potrafił zaleźć za skórę niższym stopniem brońmistrzom.
– A nie potrafisz go gdzieś uwiązać?
– Tak, tak. Już, proszę pana.
W pośpiechu, potykając się o własne nogi, pociągnął zapierające się zwierzę do najbliższego płotu.
Tyle z waszego chojrakowania – pomyślała.
– Laro...
– Laryieno. Też jesteś jakiś zapóźniony, czy co? A może głuchy?
Westchnął aż nazbyt głęboko.
– Słuchaj. Nie traktuj mnie, jak swojego wroga. Daj mi szansę...
– Szansę na co? Po coś tu w ogóle przylazł? – Przeszło jej przez myśl, że podobną wymianę zdań prowadzi już po raz drugi, z tym że tym razem, jej kompan przyciągał wzrok gawiedzi z nieco innych powodów niż jego poprzednik.
Gyles wyraźnie się zniecierpliwił.
– Nie pozwalasz mi nawet dokończyć zdania. Poza tym wypadałoby chociaż podziękować...
– A ktoś cię prosił o pomoc? Bo jakoś sobie nie przypominam.
Założyła ręce pod piersią. Przez płaszczyk, który zarzuciła na siebie ze względu na chłód poranka, materiał na ramionach śmiesznie uniósł się ku górze, upodabniając ją do rycerza w osobliwej zbroi.
Z sąsiedniego domu wyjrzała zaciekawiona wydarzeniami na ulicy kobieta. Pewnie nie tylko ona obserwowała po kryjomu, co to też działo się znowu w życiu młodej konstruktorki.
– Wyjaśnij mi proszę, dlaczego traktujesz mnie w ten sposób? Owszem, może nie zaczęliśmy najlepiej, ale są rzeczy, na które wpływu niestety nie mamy.
– Nie mam ci czego wyjaśniać, Gyles.
Spróbował zbliżyć się bardziej i sądząc po wyciągniętej łapie, położyć jej dłoń na ramieniu. Tak to mógł uspokajać małe dziecko, ale nie ją. Dała krok w tył. Gyles zatrzymał się i podrapał po głowie. Brakowało tylko, żeby znowu westchnął.
– Wiesz, że nie mogę odpuścić, prawda? Nie mam pojęcia, co takiego zrobił mój brat, że spoufalił się z tobą do tego stopnia, ale chcesz czy nie chcesz, będziesz musiała wyjść za jednego z nas i doskonale wiem, że nie wybierzesz Breda. Dałabyś więc sobie spokój i spróbowała się w końcu ze mną porozumieć, zamiast knuć jakieś intrygi za plecami wszystkich. Wyobraź sobie, że ja też zostałem praktycznie postawiony pod ścianą i wolałbym zakopać wojenny topór. Musimy dojść do porozumienia.
Lara wybuchnęła sztucznym śmiechem.
– Świetny żart. Biedny Gyles. Życie rzuca mu kłody pod nogi, bo musi poślubić koleżankę z dzieciństwa – zadrwiła. – Nie wiem w ogóle, czemu wy nadal zakładacie, że będzie jakiś ślub. Nie deklarowałam przecież Hegertowi, że zamierzam za któregoś z was wychodzić. To, że coś tam sobie sam uroił, to jego problem.
– Wolisz pójść do więzienia? Taki był warunek ojca. Nie wiem, czy pamiętasz.
– Nawet jeśli... To co? Co wtedy zrobicie? Znajdziecie sobie inną ofiarę z szanowanym nazwiskiem? Nie ma nas dużo, ale pewnie dacie radę. Wywieście ogłoszenie na tej waszej bramie wjazdowej, a tych dwóch pajaców gwardzistów może dostać po tamburynie. Niech w nie walą i pląsają pod łukiem. Gwarantuję, że wtedy więcej osób zwróci uwagę.
Gyles napiął szczękę i zacisnął pięści. Czoło zmarszczyło mu się groźnie. Tak bardzo przypominał jej teraz Hegerta, że aż skarciła się za chwilę słabości, kiedy przez moment maślanymi oczami obłapiała młodego Castona w jego posiadłości.
– Będę miał na ciebie oko w Pograniczu. – Zapowiedział oschle. – Nie ruszysz się na trzy metry od pensjonatu, bez mojej wiedzy.
– To ma być jakaś groźba?
– Groźba? Skądże. Kiedy wrócimy do domu, przekonasz się, że wszystko to dla twojego dobra.
– Jeśli tym dobrem ma być twoja rodzina, to ci się chyba definicje potentegowały.
Młody Castone wręcz kipiał wściekłością. Słabo wychodziło mu ukrywanie emocji, zwłaszcza tych negatywnych. Każda kolejna żyła pojawiająca się na jego szyi zwiastowała rychły wybuch. I może faktycznie doszłoby do wybuchu, gdyby nie pojawianie się karety. Zamiast eksplozji, doszło więc do spuszczenia pary i cichej kapitulacji. Gyles obrócił się na pięcie, łypnął z niechęcią na zerkającego na niego przez okienko karety Breda i ruszył po konia.
Lara, nie czekając, aż podstawią jej stopień i otworzą drzwi, sama władowała się do powozu.
– Witam uniżenie drugiego z braci – rzuciła w stronę Breda, siadając na przeciwległej ławeczce. Krew szumiała jej w uszach. Czuła nadciągający ból głowy.
– Witaj – odpowiedział niepewnie. – Posprzeczaliście się z Gylesem?
Rozczapierzając palce przy skroniach, z zamkniętymi oczami, wypuściła przez usta strumień powietrza.
– Proszę cię, Bredo. Nie zaczynaj.
– Tylko zapytałem.
– Nie zaczynaj zdania od tylko. Wasze "tylko", zazwyczaj niesie za sobą katastrofalne skutki. Zresztą nieważne, co mówicie, zawsze podnosicie mi ciśnienie – warknęła. – Bądź tak miły i po prostu siedź cicho, dopóki się nie uspokoję.
– Jasne. Tak chyba będzie najlepiej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania