KRES - Rozdział 13
Pół godziny. Dokładnie tyle i ledwie tyle minęło, odkąd Bredo kategorycznie zapowiedział, że zamierza już tylko i wyłącznie odpoczywać. Uparł się jak osioł. Nie chciał nigdzie wychodzić ani nawet wysłuchać jej propozycji na resztę wieczoru. Jakby z góry założył, że cokolwiek od niej usłyszy, i tak postawi na swoim. Początkowo próbował jeszcze zachować spokój, ale im dłużej Lara nalegała, tym wyraźniej było widać skazy i pęknięcia pojawiające się na coraz cieńszej granicy jego cierpliwości. Chcąc uniknąć eskalacji drobnej sprzeczki, która jakimś cudem wywiązała się z nagła, nie wiadomo skąd, odprawiła go do sąsiedniego pokoju, żeby tam realizował swój plan i bez przeszkód mógł tonąć w tej swojej błogiej bezczynności. Oboje byli tego dnia rozdrażnieni i zarówno jedno, jak i drugie próbowało to maskować, choć najwyraźniej żadnemu z nich nie wychodziło to już szczególnie dobrze. Mimo wszystko naprawdę nie rozumiała, jak po tylu godzinach tłuczenia się karetą można było mieć jeszcze ochotę na siedzenie w czterech ścianach.
Sytuacja szybko zaczęła działać jej na nerwy. Irytacja wkrótce sięgnęła zenitu i nie pomagało już nawet bezcelowe kursowanie po pomieszczeniu połączone z wściekłym rąbaniem piętami w podłogę. Chciała zobaczyć miasto. Potrzebowała wyjść na zewnątrz. Nie chodziło jedynie o rozeznanie się w terenie. Całą sobą tęskniła za chwilą wolności. Musiała odpocząć od Castonów. Świadomość tego, że po tak długiej, wspólnej podróży nadal są gdzieś w pobliżu, dosłownie wykręcała jej żołądek. Z Bredem było jednak inaczej. Choć również należał do tej przeklętej rodziny, przy nim nie czuła ciężaru, który pojawiał się na samą myśl o pozostałych. Powiedziałaby więcej. Od jakiegoś czasu odczuwała osobliwą potrzebę, by mieć go blisko siebie. Dla Lary Bredo był trochę jak kukułcze jajo, nieszczęśliwie podrzucone do niewłaściwego gniazda… Do siedliska sępów, czy czegoś równie obrzydliwego.
Nie potrafiła tego tak zostawić. Mógł sobie mówić, co chce, ale nie zamierzała pozwolić, żeby jego pomoc skończyła się wyłącznie na przywiezieniu jej do Pogranicza. Zobowiązał się jej pomóc w ogólnym tego słowa znaczeniu, więc powinien dotrzymać danego przyrzeczenia. Wiedziała, że jej zachowanie jest samolubne. Niedojrzałe również. Z dwojga złego wolała jednak wyjść na egoistkę, niż tkwić do rana w pensjonacie.
Wypadła na korytarz, zderzając się niemal z jednym z wartowników. Stojący zaraz za drzwiami mężczyzna spojrzał niepewnie na kolegę. Nie wiedzieli, czy wpierw powinni ją łapać, czy może zadawać pytania.
– Który to pokój Breda? – Ubiegła ich, nieświadomie rozwiązując budujący się dylemat.
Na logikę, pamiętając o wcześniejszej awanturze za ścianą, ten właściwy powinien być po sąsiedzku po lewej, ale wolała się najsampierw upewnić, żeby nie wyjść na idiotkę, wparowując jak burza do obcych ludzi.
Mężczyzna stojący bliżej wytypowanego wejścia zapukał niepewnie i widocznie coś usłyszał, bo delikatnie uchylił drzwi i zaczął otwierać gębę, żeby o coś zapytać. Lara nie zamierzała czekać. Namierzyła cel. Przekroczyła próg sąsiedniego apartamentu, nie czekając, aż wartownik zdąży ją zatrzymać. Nie dała mu nawet dojść do słowa, a zaraz potem z głośnym trzaskiem odcięła się od korytarza.
Bredo nie wyglądał na zaskoczonego. Widocznie spodziewał się jej wizyty. Być może nawet przewidział, w jakiej formie się ona odbędzie. Siedział w fotelu z książką na kolanach i sprawiał wrażenie człowieka, który wyjątkowo ceni sobie harmonię i niezachwiany spokój. Tyle że Lara znała go już na tyle, by zauważyć, że ów spokój był chyba odrobinę zbyt wymuszony.
– Muszę przyznać, że się nie ceregielisz, kiedy ci na czymś zależy – powiedział nietypowym dla niego, wyciszonym głosem, odrywając wzrok od treści zapisanej na kartkach.
Drzwi za Larą skrzypnęły, a w wąskiej szczelinie pomiędzy nimi a futryną pojawiła się zdezorientowana twarz strażnika.
– Panie Castone? Wszystko w porządku?
– A ciebie chłopie nie nauczono, że nie wchodzi się bez pukania? – warknęła na niego, nie przejmując się tym, że sama właśnie wlazła tu nieproszona.
– Oczywiście. – Bredo całkowicie zignorował jej słowa, patrząc prosto na mężczyznę. – Może pan zostawić nas samych i wrócić do pracy.
Strażnik zawahał się jeszcze przez moment, po czym wycofał się i przymknął drzwi.
Lara wybita z rytmu nieoczekiwanym epizodem stała na środku pomieszczenia, nie do końca wiedząc, co w zasadzie powinna zrobić. Chaotyczny, impulsywny plan, jaki miała w głowie, nim postanowiła naruszyć przestrzeń osobistą Castona, gdzieś wyparował.
– Weź się w garść, kretynko – wymamrotała pod nosem.
– Słucham?
– Nie, nic. Mówiłam do siebie. – Podeszła bliżej fotela, w którym siedział. Nie mając pojęcia, w co włożyć ręce, po prostu zaplotła ramiona pod biustem. – Co robisz? – zapytała z braku sensowniejszych opcji.
Zamiast odpowiedzieć, podniósł opasłe tomiszcze. Obrócił je w jej stronę. Na zielonej obwolucie wytłoczono jakieś skomplikowane bohomazy – kwiaty i inne chwasty. Tytuł ponad nimi głosił dumnie: „Encyklopedia roślin”, a dopisek drobniejszym drukiem uściślał: „gatunki, występowanie, budowa, struktura i zastosowanie”.
– Aż pożałowałam, że zapytałam – skwitowała, krzywiąc się lekko.
Zaśmiał się cicho.
– A plany na kolejne dni? – dopytała, bo zaczęło ciekawić ją, na jakież to jeszcze świetne pomysły mógłby wpaść jej towarzysz.
Bredo milcząc, wskazał podbródkiem na stertę stojącą obok. Na stoliku przy fotelach leżało paręnaście różnych, ciężkich pozycji. W większości tyczących się nudnego, naukowego bełkotu.
– Proszę, powiedz, że sobie żartujesz. – Ręce jej opadły. – Wlekłeś się pierdyliard dni do Pogranicza tylko po to, żeby gnić tu zamknięty na cztery spusty wraz ze swoimi książkami?
– Jest jeszcze ogród na tyłach pensjonatu. Mają tam ładne altany – odparł z nieznośną wręcz łagodnością w głosie. – Tam też można posiedzieć i poczytać.
Aż musiała wziąć głębszy wdech.
– Nie chcesz zobaczyć miasta? Ani trochę?
Przez moment nie odpowiadał. Wrócił wzrokiem na karty książki, jakby ledwie rozpoczęta rozmowa zaczynała go męczyć.
– Mówiłem ci już w twoim apartamencie, zanim mnie z niego wygoniłaś, że nie mam takiej potrzeby. – Głos mu spoważniał, a z jego twarzy zniknął jakikolwiek ślad wcześniejszego rozbawienia. – Nie przepadam za tłumem.
– Ale ja nie chcę tkwić w pensjonacie. Naprawdę chciałabym zobaczyć miasto – powiedziała, jakby sama jej zachcianka miała wystarczyć za argument. – Udało nam się tu wspólnie dotrzeć. Jesteśmy tutaj razem. Mamy szansę zrobić coś więcej... a ty naprawdę zamierzasz przesiedzieć cały pobyt w pokoju?
– Możliwe – mruknął, udając, że coś czyta.
– Bredo.
– Co? – Mimo że słuchał, nadal celowo nie kierował na nią uwagi.
– No weź. – Prawie zakwiliła. – Chyba jesteś niepoważny.
Kącik jego ust drgnął, ale ani trochę nie wyglądało to na znany jej grymas wesołości.
– Jestem bardzo poważny.
– Wyjdź ze mną chociaż na chwilę – kontynuowała uparcie. – Nie mówię o całym wieczorze. Przejdziemy się kawałek, zobaczymy kilka ulic i wrócimy.
– Nie.
Lara zaczęła z nerwów krążyć wokół stołu, toteż pozwolił sobie na moment oderwać się od tekstu i przyjrzeć jej poczynaniom.
– Przecież nawet nie wiesz, dokąd chcę iść – mówiła, gestykulując coś chaotycznie, wyraźnie poirytowana.
– To niczego nie zmienia. – Wrócił do książki.
– Skąd możesz wiedzieć? – Zatrzymała się wpół kroku.
– Bo nie chcę wychodzić.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie podobało jej się, jak łatwo potrafił zablokować każdą jej próbę kilkoma zwięzłymi słowami.
– Przecież nie każę ci robić niczego szczególnego.
– Dokładnie to robisz przez ostatnie kilkanaście minut.
– Bo zachowujesz się, jakby na zewnątrz czaiło się samo zło, a wychodząc mogłyby spłynąć na ciebie wszystkie nieszczęścia świata.
Bredo przymknął powieki. Oparł głowę na zagłówku mebla. Przez kilka chwil trwał tak bez słowa, jakby próbował zebrać cierpliwość, której zaczynało mu już brakować, po czym zaczął niepewnie:
– Lara...
– Jeden spacer. – Nie dała mu dokończyć. – Tylko jeden... a potem możesz tu wrócić i dalej wertować sobie te swoje monotematyczne nudy.
– Naprawdę aż tak bardzo chcesz wyjść? – zapytał, otwierając oczy. Wyprostował się w fotelu i zamknął książkę.
– Tak.
– Tak bardzo, że nie odpuścisz, dopóki nie spróbujesz mnie do tego przekonać?
– Tak.
Przyjrzał jej się uważniej.
– Nawet jeśli musiałabyś iść sama?
Zawahała się na ułamek sekundy.
– Nie chcę iść sama. – Jej odpowiedź zabrzmiała lżej, niż zamierzała. – Przecież właśnie dlatego tutaj jestem – dodała szybko, zanim zdążył coś powiedzieć. – Bo nie chcę sama włóczyć się po obcym mieście.
Jego spojrzenie na kilka chwil zatrzymało się na jej twarzy. Lara nie potrafiła powiedzieć, co właściwie w nim zobaczyła. Nie zdążyła się jednak nad tym zastanowić, bo Bredo odchrząknął i powoli odłożył zamkniętą książkę na oparcie fotela. Splótł palce, przeciągając je z głuchym trzaskiem stawów.
– Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? – zapytał cicho.
– O spacer – odparła, jakby absurdalne pytanie wymagało równie absurdalnej odpowiedzi.
Kącik jego ust ponownie drgnął, lecz i teraz nie było w tym ani krzty wesołości.
– Lara, przyjrzyj mi się. – Widząc, jak nie rozumiejąc jego intencji, unosi brwi, westchnął ciężko. – Mówię poważnie. Przyjrzyj mi się bardzo dokładnie. Spójrz uważnie od góry do dołu, i powiedz… Wyglądam ci na kogoś, z kim można ot tak chodzić na spacery?
– Ale…
– Nie, Laro! – przerwał jej. Tym razem odezwał się ostro, wyraźnie już zdenerwowany. – Nie ma żadnego ale! Nie wyjdę z tobą na miasto! Ani dziś, ani później!… Proszę cię, chociaż ten jeden raz... – spuścił z tonu. – Odpuść mi.
Sparaliżowana brutalną wręcz bezpośredniością jego prośby i konsekwencjami, jakie przyniosło jej ostatnie, niepotrzebne słowo, poczuła się jak największa idiotka na świecie. W jej głowie zapanowała absolutna pustka. Żaden przytyk, żadna prowokacja ani dobre chęci nie miały tu prawa bytu. Bredo kategorycznie wyznaczył granicę, a Lara po raz pierwszy poczuła, że całkowicie utknęła w martwym punkcie. Momentalnie straciła resztki rezonu. A potem przyszły myśli. Cała lawina. Poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Chciała mu dogadać, chciała zmusić go do działania, a zamiast tego sprawiła, że Bredo, zasadniczo jednym, krótkim zdaniem, musiał przypomnieć jej o czymś, o czym oboje przecież doskonale wiedzieli. I to bolało najbardziej.
Dopiero teraz zaczęła układać sobie w głowie drobne sytuacje z ostatnich dni. Subtelne znaki, które wówczas dostrzegała, ale nie potrafiła odczytać. Bo dla niej Bredo był po prostu Bredem. Człowiekiem, z którym mogła się przekomarzać, którego potrafiła zirytować, na którego obecności zaczęło jej zależeć i z którym teraz chciała po prostu zobaczyć miasto. Tymczasem jego reakcje w pensjonacie. To, jak zmieniał się, kiedy nagle pojawiał się ktoś obcy. To, jak szybko znikała z niego cała swoboda, którą widziała, kiedy byli sami. To powinno już dawno dać jej do myślenia.
Przypomniała sobie awanturę zza ściany. Wtedy wystarczyło, że jego matka sprowadziła do pokoju kilka obcych kobiet, a one weszły do jego przestrzeni bez pytania, jakby nie przyszło im nawet do głowy, że mogą naruszać czyjąś prywatność. Wykonywały polecenia Amary, grzebały w jego rzeczach, właziły tam, gdzie nie powinny, a jego własne zdanie najwyraźniej nie miało dla nich żadnego znaczenia. Traktowały go przedmiotowo. A Bredo... niemal natychmiast wpadł w furię.
I najgorsze było to, że sama przecież od kilkunastu minut postępowała podobnie. Wtargnęła do jego pokoju bez pytania, nie przyjmowała do wiadomości kolejnych odmów i uparcie próbowała wyciągnąć go z miejsca, w którym chciał zostać.
Dźwięk uderzającej o drewno pięści jej zawadzał. Był tak cholernie natarczywy i ponaglający.
Że też ktoś musiał akurat teraz pukać do drzwi. A może to dobrze – pomyślała. – Może dzięki temu będę mogła po prostu stąd wyjść. – Bez tłumaczenia się, bez szukania wymówek i łagodzenia chwili. Popatrzyła na Breda. Nie odrywał od niej wzroku, oczekując na reakcję z jej strony. Pozornie ignorowali dźwięk dobiegający z korytarza. Udawali, że niczego nie słyszą.
Bogowie, proszę. Niech ktoś wejdzie do środka – powiedziała do siebie w myślach.
Klamka drgnęła. Jakby w niepewnej zapowiedzi spełnienia jej kaprysu. Z nadzieją obróciła się w kierunku, z którego jeszcze do niedawna dobiegało pukanie.
Drzwi otworzyły się bez pośpiechu. Zawiasy zaskrzypiały niemal niedosłyszalnie.
Lara odruchowo wyprostowała plecy. Nie dlatego, że nagle poczuła się pewniej. Wręcz przeciwnie. W progu stanął bowiem Gyles, ostatnia osoba, którą chciałaby tam zobaczyć. Emocje, jakie wywarł na niej człowiek przekraczający próg pokoju, były ponad jej siły. Po tym, co wydarzyło się przed chwilą, nie miała żadnych złudzeń, że pomoc nie nadejdzie. Mogło być tylko gorzej.
Gyles wkroczył do środka, zatrzymując się ledwie kilka kroków od wejścia.
– Szukałem cię – zakomunikował oschle, a jego wzrok od razu napotkał Larę. Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu, a potem, spojrzał na Breda. Nie był to długi ani szczególnie ostentacyjny gest. Wystarczył jednak, by atmosfera jeszcze bardziej zgęstniała. W jego oczach nie było ani krzty zaskoczenia. Była za to wyraźna niechęć. Coś na kształt pretensji, której nawet nie zamierzał ukrywać. – Nietrudno było się domyślić, gdzie jesteś, kiedy nie zastałem cię w pokoju – dodał, nie odrywając oczu od brata.
Lara poczuła, jakby imadło zacisnęło się na jej krtani. Instynktownie spłyciła oddech. Coś się z nią działo. Nie umiała powiedzieć, co. Czy bardziej chodziło o Gylesa, o Breda, czy o własne zachowanie sprzed kilku minut.
– Czego ode mnie chcesz, Gyles? – wydusiła z siebie. Jej głos zabrzmiał jednak znacznie mniej stanowczo, niżby sobie tego życzyła.
Gyles albo tego nie zauważył, albo nie zamierzał komentować. Podszedł za to o krok bliżej.
– Matka przygotowała dla ciebie strój na kolację – odparł tonem kogoś, kto wyjaśnia rozkazy podwładnym. – Wszystko jest już załatwione. W apartamencie czeka na ciebie służba, która pomoże ci się przygotować.
– Na jaką kolację? – Lara zamrugała.
– Dzisiejszą. – Powiedział to tak, jakby odpowiedź była oczywista. – Masz pół godziny, żeby się przyszykować. Będę czekał na ciebie w karecie na podjeździe. Straż odprowadzi cię na dół – mówił spokojnie, rzeczowo i z taką pewnością siebie, jakby właśnie odczytywał jej rozkład dnia, ustalony wiele godzin wcześniej. Jakby wcale nie przyszło mu do głowy, że Lara mogłaby mieć inne plany.
Patrzyła na niego, niezdolna do reakcji. Wszystko było postanowione. Nie zdążyła nawet poukładać sobie w głowie odpowiedzi. Jeszcze przed chwilą chciała wydostać się z pensjonatu. Chciała zobaczyć miasto. Chciała, żeby Bredo poszedł z nią. Teraz ktoś inny właśnie oznajmił jej, dokąd pojedzie.
– Ale ja... – urwała, bo Gyles już odwracał się w stronę drzwi.
Zatrzymał się jeszcze na moment, rzucając Larze krótkie spojrzenie, a potem zwrócił zainteresowanie ku starszemu bratu. Tym razem w jego oczach pojawiło się coś, co przypominało niemal triumf. Właśnie wykonał ruch, którego Bredo nie był w stanie przewidzieć.
– Pół godziny – przypomniał. I wyszedł.
Drzwi pozostały otwarte.
Przez kilka następnych sekund Lara stała nieruchomo, patrząc na fragment pustego korytarza. Nie usłyszała nawet, kiedy kroki Gylesa ucichły. W pokoju zapanowała cisza. Spokój nie do zniesienia. Bredo milczał, wciąż siedząc w fotelu. Czuła na sobie jego spojrzenie, choć uparcie wpatrywała się gdzieś ponad progiem otwartych drzwi. Nie miała odwagi, by na niego spojrzeć. Nie miała już siły się z nim kłócić. Nie miała nawet pomysłu, co mogłaby powiedzieć.
Wszystko, co chciała zrobić, jeszcze kilkanaście minut temu wydawało się tak proste. Przekonać Breda. Wyjść. Zobaczyć miasto. Zrobić cokolwiek, byle nie siedzieć zamknięta w tym przeklętym pensjonacie. A teraz została z poczuciem, że udało jej się jedynie skomplikować wszystko jeszcze bardziej.
– Muszę już iść – powiedziała nieco głośniej od szeptu.
Mimo to, nie ruszyła się od razu. Przez krótką chwilę zapragnęła spojrzeć na Breda. Głowa drgnęła jej niemal niezauważalnie. Chciała obrócić się w jego stronę, sprawdzić jego twarz, znaleźć na niej cokolwiek. Nie zrobiła tego. Zacisnęła palce i ruszyła w stronę drzwi. Minęła próg. Jeszcze jeden krok. I wtedy usłyszała jego głos.
– Zamierzasz pójść z nim na kolację?
Zatrzymała się. W pytaniu tym było coś, czego nie potrafiła do końca rozpoznać. Niedowierzanie. Irytacja. Może nawet coś bardziej osobistego, czego nie chciała teraz nazywać. Przymknęła oczy. Przekręciła głowę tylko odrobinę, tak, aby nie widzieć swojego rozmówcy ani żeby on nie mógł dostrzec jej twarzy.
– A mam jakieś wyjście?
Nie czekała na odpowiedź. Ruszyła dalej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania