Poprzednie części:  KRES - Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

KRES - Rozdział 9

Bredo miał rację, mówiąc, że dostanie się do Pogranicza nie będzie problemem. Szybko okazało się, że Hegert bez mrugnięcia okiem przystał na pomysł ich wspólnej podróży. Jego naprawdę nie obchodziło, który z synów sprawi mu wnuka. Wystarczyło, że Lara nie będzie się opierać. Mało tego, wyszło też na jaw, że Hegert zaplanował sobie tę podróż o wiele wcześniej, choć na nieco innych warunkach. On i Gyles również postanowili bowiem wziąć udział w ceremonii, co w ogóle nie powinno nikogo dziwić. Córki Baenora natomiast, przyszłej synowej, nie można było w związku z tym pozostawić samopas, ryzykując, że pod ich nieobecność ucieknie z Attbury.

 

Gylesowi oczywiście ani trochę nie spodobało się, by „jego narzeczona”, jak ją określił, podróżowała ze starszym bratem, który za jego plecami nawiązał z nią zadziwiająco dobre stosunki, o których to szeptano już w całej dzielnicy. Był wściekły, dowiedziawszy się o schadzkach mających miejsce w obu domostwach i choć sam do Pogranicza miał ruszyć konno, życzyłby sobie, aby wraz z Laryieną podróżowała matka i kilku zaufanych brońmistrzów. Wyraził nawet swoje stanowisko, konfrontując się z ojcem, wspierany dodatkowo przez stojącą za nim murem Amarę, czym doprowadził ponoć do niemałej kłótni. Całe szczęście bez obecności obiektu całego zamieszania.

 

Koniec końców Lara, owszem, mogła jechać wraz z Bredem, aczkolwiek nie bez obstawy składającej się z czterech brońmistrzów. Rzekomo przydzielonych im tylko i wyłącznie dla bezpieczeństwa. Nie zamierzała się spierać. Grunt, że mogła prostym sposobem zrealizować część swojego planu. O to, jak poradzi sobie na miejscu, miała się martwić później. Na chwilę obecną wolała skupiać się na niełatwych i, co gorsza, kosztownych przygotowaniach do podróży, a przede wszystkim na tym, co było jej głównym celem.

 

***

 

Prostokątny szyld z wymalowanym czarną farbą bazgrołem obrazującym szczura toczącego beczkę, zakołysał się potrącony ogonem prawdziwego gryzonia. Zwierzę wyglądnęło z wąskiego pęknięcia w ścianie tuż ponad kawałkiem owej niewyględnej deski. Wyliniały szkodnik, oparłszy łapki na wystającym z fasady pręcie, chłonął zapachy zbliżającej się nocy, gotów, by wyruszyć na długo oczekiwany żer.

 

Słońce zaszło już niemal za horyzont, toteż do przybytku powoli ściągała stała klientela, witając się uściskami dłoni i śmiejąc donośnie przy sfatygowanym, niemal zupełnie startym progu. Zmęczeni ciężką robotą chłopi, drobni złodzieje i oszuści, tudzież przewlekli lenie na utrzymaniu żon. Wszyscy oni, nie licząc kilku wyjątków, spotykali się w karczmie „Pod szczurem" w jednym konkretnym celu — zalaniu się w trupa.

 

– Oleg, ty pieprzony oszuście! – Lara przywaliła pięścią w poplamiony blat zapyziałego baru. – Nie na taką kwotę się umawialiśmy!

 

Wątły karczmarz o ogorzałej twarzy, z paskudną raną zamiast nosa bezemocjonalnie wycierał umyty kufel. Poplamiona szmata przesuwała się w tę i we w tę po wyszczerbionym szkle. Nie patrzył na przyodzianą w czarną, skórzaną kurtkę kobietę, nieomal włażącą mu na ladę. Ignorował ją, odkąd odmówiła zapłaty za wykonaną usługę.

 

W miejscu, gdzie trzymał pieniądze, daleko poza zasięgiem klientów, leżał niewielki plik sfałszowanych dokumentów, mający zapewnić Larze nową tożsamość. Na długiej liście rzeczy potrzebnych i czynności niezbędnych do wykonania planu zostały jej jedynie owe papiery. Bez nich mogła pożegnać się z i tak nikłą szansą na wejście do labiryntu.

 

– Słuchasz mnie?! – Zabębniła w blat po raz kolejny, próbując zwrócić na siebie uwagę. – Miało być połowę mniej!

 

Cuchnące tytoniowym dymem powietrze gryzło ją w gardło, a oczy łzawiły od gęstej, wypuszczanej z płuc szumowin mgły. W miejsca takie, jak przybytek Olega, przychodziła jedynie załatwiać nie całkiem legalne interesy. Najczęściej związane ze sprzedażą zużytych części do broni, które normalnie powinny trafić do utylizacji. Zysk z tego procederu nie był duży, ale pieniądz to pieniądz, jaki by nie był. Miał spore znaczenie zwłaszcza dla mieszkającej samotnie kobiety.

 

Skrzywiła się, odnotowując klepnięcie w pośladek.

 

– Nie denerwuj się tak kociaczku – zachrypiał do niej zgrzybiały, pozbawiony połowy uzębienia staruch, ładując kościsty tyłek na stołek tuż obok. – Postawić ci jakiś napitek? – Wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu, próbując położyć łapsko na jej udzie.

 

– Spierdalaj, śmierdzący cepie – huknęła na chłopa, zdzielając go łokciem prosto w kartoflany kinol, tak, że z łomotem poleciał na podłogę.

 

Staruch zbierając się do kupy, ponarzekał w przestrzeń urażony odrzuceniem, po czym popełzł ku wolnym stołom w poszukiwaniu miejsca dla dokładniejszych oględzin, prawdopodobnie połamanego nochala.

 

Oleg odstawił naczynie na półkę. Ledwo zerknął na Larę, po czym bez słowa sięgnął po kolejny kufel.

 

– Usługi podrożały – rzucił beznamiętnie, zajęty polerowaniem szkła. Niewzruszony zajściem. – Brońmistrzowie coraz częściej kręcą się po mieście, robią kontrole. Trzeba bardziej uważać.

 

Lara mocniej zacisnęła dłonie. Nie miała więcej pieniędzy. Odłożyła dokładnie tyle, na ile wcześniej wyceniono lewe dokumenty. Domyślała się, skąd ten nagły skok ceny i wcale nie wynikał on ze wzmożonych kontroli. Karczmarz musiał dowiedzieć się o jej zaaranżowanym małżeństwie z dobrze sytuowaną rodziną. A że doskonale ją znał, założył, że tonęła i chwytała się brzytwy, więc można było wyciągnąć od niej sporą sumę, której jeśli nie ma, to w związku z odpowiednimi znajomościami pozyska.

 

Powinna była załatwiać tego typu rzeczy dalej od domu. Gdzieś, gdzie nikt jej nie znał.

 

– Skąd mam niby wziąć taką kwotę? – Bezradnie rozwaliła się pomiędzy pustym słojem na napiwki a stertą byle jak poskładanych chustek do wycierania dłoni.

 

– To już nie mój problem.

 

Tylko przez wzgląd na obecność świadków nie wyciągnęła dathraxa i nie przystawiła lufy do szpetnego łba chytrej mendy. Okręciła się w kierunku obserwujących ją ukradkiem klientów. Szukała znajomej twarzy. Początkowo każda gęba wydawała się taka sama, czerwona, zapijaczona, napuchnięta od miernego alkoholu, ale spośród identycznych łbów wyłowiła w końcu znajome rysy. Zeskoczyła z wysokiego stołka. Skierowała się ku odwracającemu od niej wzrok chłopaczkowi. Siedzący samotnie, ledwo wkraczający w dorosłość młodzieniec całą uwagę skupił na pieczonej jagnięcinie, stygnącej przed nim na drewnianym talerzu.

 

– Nie ignoruj mnie, smarkaczu, kiedy do ciebie idę – warknęła na niego, zajmując miejsce po przeciwległej stronie stołu.

 

– Panienka Baenor... Prawie panienki nie poznałem – odparł, przełykając strzęp suchego mięsa.

 

– Nie wciskaj mi kitu. Rozpoznałeś mnie, jak tylko weszłam do środka. Zwiałeś spod lady w ten ciemny kąt, w nadziei, że cię nie zauważę, a że szkoda ci było zostawiać żarcie, nie dałeś jeszcze dyla.

 

– Nie mam tylu pieniędzy, ile panienka potrzebuje. – Zupełnie zapominając o jedzeniu, przybrał obronny ton i jakby skurczył się w sobie.

 

– Widzisz... – Pochyliła się nad stołem, na łokciach opartych o kraciasty obrus. Wsparła twarz na otwartych dłoniach, wyzywająco patrząc się chłopakowi prosto w oczy. – Czyli jednak mnie rozpoznałeś i nawet słyszałeś, o czym rozmawiałam z karczmarzem.

 

– No... Tak – przyznał wystraszony. – Ale ja naprawdę nie mam tylu pieniędzy – dodał prędko.

 

– Wiem. Wierzę ci. – Uśmiechnęła się aż nazbyt promieniście. – Biorąc pod uwagę, że wyglądasz, jakbyś miał za chwilę zesrać się ze strachu, trudno ci nie uwierzyć.

 

Chłopak odchrząknął nerwowo. Lara przyłapała go kiedyś na kradzieży. Wraz z kolegami próbował zwędzić z garnizonu nowe strzemiona do siodeł. Gdyby się nie stawiali i nie pyskowali, biorąc Larę za słabą, nieporadną kobietę, która w ich mniemaniu znalazła się tam przypadkiem i nie powinna się wtrącać w nie swoje sprawy, nie dostaliby takiego łomotu, jaki im zgotowała.

 

– Więc? Czego ode mnie chcesz? – zapytał spłoszony.

 

Milczała. Uśmiechała się nadal, zmuszając go do wpatrywania się w swoją osobę. Wiercił się na ławce, coraz bardziej nieswój, aż ta wyciągnęła gwałtownie rękę i zerwała z szyi zdezorientowanego rozmówcy srebrny łańcuch. Zauważyła go wcześniej, kiedy schylał się po pieniądze na rachunek za jagnięcinę. Ciężki metal wysunął mu się wówczas spod kołnierzyka koszuli.

 

Złapał się za obnażoną szyję.

 

– Hej! To moje!

 

Lara wstawała właśnie, aby wraz z łupem udać się do Olega.

 

– Jakie twoje? Przecież wiem, że komuś go ukradłeś.

 

Ignorując rozjuszonego małolata, wróciła pod bar. Rzuciła srebrny łańcuch przed karczmarza.

 

– Może być?

 

Oleg zainteresowanie biżuterią okazał szybciej, niż zwerbalizował myśli. Złapał chciwie błyskotkę. Zważył ją w dłoni.

 

– Nada się – zadecydował. Po prawdzie w takiej formie otrzymał niemal trzy razy większą zapłatę. Wobec tego, bez ociągania, podał jej dokumenty. Postawił też przed nią pełen kufel piwa. – Na koszt firmy.

 

– Dziękuję, ale nie skorzystam. Niech tamten dzieciak sobie wypije. – Wskazała na pałającego żądzą zemsty smarka.

 

– Dobrze jest robić z tobą interesy.

 

– Czego nie można powiedzieć o tobie – burknęła i wyszła z zakopconej speluny, chowając papiery do wewnętrznej kieszeni kurtki.

 

***

 

Pod domem Ingi stał powóz. Znajoma, czterokołowa konstrukcja, niepasująca do okolicy.

 

Lara wywróciła oczami. – Nici ze spokojnego wieczoru – pomyślała. Siedzący na przodzie woźnica skłonił się grzecznie, ściągając kapelusz. Odwzajemniła pozdrowienie dygając z opuszczoną głową, choć domyślała się, że musiało wyglądać to śmiesznie w jej prostym, codziennym stroju. Odprowadzana jego wzrokiem, udała się na tyły budynku. Pod zamkniętymi drzwiami, oparty o ścianę, sterczał Bredo. Obrócił się niespokojnie, słysząc zbliżające się kroki.

 

– Nie stresuj się tak – mruknęła, zrównując się z mężczyzną. – To tylko ja. Na twoje szczęście nie jestem żadnym mentem, który mógłby niechcący ukręcić ci łeb w ciemnym zaułku. Mógłbyś się następnym razem dwa razy zastanowić, nim postanowisz wysiąść z powozu i czekać pod moim domem po zmroku.

 

Nie odpowiedział, ale widać dotarła do niego ta jakże celna sugestia, bo zakłopotany odchrząknął sucho.

 

Od dnia, kiedy okazała przy nim słabość, unikała go jak ognia. Jednak skoro sam do niej przylazł, nie miała innego wyjścia, jak wejść z nim w interakcję. Włożyła klucz do zamka i otworzyła drzwi prowadzące na schody. Wiedziała, że będzie chciał wejść. Inaczej nie stałby przecież pod budynkiem. Zaczęła wspinać się na górę, co, sądząc po odgłosach za plecami, zrobił również Bredo.

 

Gdy weszła do mieszkania i podpaliła naftę w trzech okopconych lampach, ten nie był nawet w połowie schodów, a dolne drzwi uchyliły się popchnięte przeciągiem.

 

– Nie założyłeś skobla – wytknęła mu z piętra, choć przecież na co dzień go nie zakładała. Jako że jednak nadarzyła się sposobność uszczypliwego komentarza, nie potrafiła sobie odmówić.

 

Zatrzymał się. Zerknął w dół. Zerknął na nią.

 

– Mam zejść i je zamknąć?

 

– Nie mamy całej nocy na twoje wędrówki po schodach Castone. Właź na górę. Sama je później zamknę.

 

Jęknął coś niezrozumiale.

 

– Nie marudź, tylko właź.

 

Nim dotarł na górę, Lara prędko wkopała stertę niewypranej pościeli do spiżarki. Zanim pojawił się w progu, zdążyła dorzucić na szczyt dwa nieumyte garnki i patelnię z kawałkiem przypalonej karkówki. Miednicę z pozostałymi naczyniami wepchnęła za zasłonkę pod kuchenną szafką, a śmietnik, który musiała najpierw stamtąd wyciągnąć, by zrobić miejsce, ułożyła na wierzchu chybotliwej konstrukcji. Obserwował, jak nieświadoma jego obecności w pomieszczeniu zagarnia kruszyny i wyschnięte strzępy szczypioru pod kosz z przejrzałymi śliwkami.

 

– Na twoim miejscu wytarłbym wpierw tę plamę po winie. – Wskazał kulą na nieregularny, ciemny kształt przy fotelu. – Bardziej rzuca się w oczy. Gdybym nie wiedział, że to twoje mieszkanie, pomyślałbym, że to dywan.

 

– Odwal się, Castone – fuknęła. – Nie miałam czasu posprzątać. Nie moja wina, że upodobałeś sobie zjawiać się tutaj bez zapowiedzi.

 

Minąwszy niemile widzianego gościa, zdjęła kurtkę. Powąchała ukradkiem skraj jej kołnierza, by upewnić się, czy za bardzo nie przeszła smrodami taniej speluny, po czym wyćwiczonym ruchem ukryła w niej wyciągniętą zza paska broń. Dopiero teraz, wraz z powietrzem, które wzburzyła swoim ruchem i pociągnęła za sobą, uderzyła w nią znana woń męskich perfum. – Znowu się wypachnił – pomyślała, zaciągając się przyjemnym zapachem, i nim zorientowała się, co robi, zwyczajowo cisnęła ciuch na skrzynię pod wieszakiem.

 

Bredo uniósł brwi.

 

– Jeśli to skomentujesz, bogowie mi świadkami, że cię stąd wykopię – zarzekła się.

 

Uniósł kąciki ust w ten swój irytujący sposób. Milcząc, usiadł w fotelu.

 

– Co? – rzuciła, gdy nakryła go na szpiegowaniu jej wzrokiem.

 

Wzruszył ramionami.

 

– Nic takiego. Pomyślałem, że u siebie w domu jesteś zupełnie inną osobą.

 

– Jakby mnie to obchodziło – mruknęła. – Skup się lepiej na czymś innym... Masz. – Rzuciła w niego zagarniętą z kuchennego blatu ulotką. Zwinięty w rolkę papier pacnął go w pierś, ale zdążył uchwycić lekki przedmiot, nim ten, odbiwszy się od przeszkody, upadł na ziemię. Rozwinął rulonik. Wielki napis nakreślony na kawałku kartki brzmiał „Budujemy nową szkołę”, a pod spodem „Ręce do pracy mile widziane” i wodospad tekstu opisujący rzeczoną inwestycję. – Poczytaj sobie.

 

Usiadła na rozbebłanym łóżku, z dala od mężczyzny. Bredo na powrót zwinął ulotkę. Widać budowa szkoły niespecjalnie go zainteresowała. Za to Lara, jak najbardziej, bo znowu się jej przyglądał.

 

– Mogę wiedzieć, co właściwie u mnie robisz? – Spróbowała przekierować uwagę z siebie, na niego.

 

– Prawdę powiedziawszy... Też się nad tym zastanawiam – odparł szczerze, trochę zawstydzony własnym wyznaniem.

 

– Czyli nie wiesz. Nie widziałeś tego już na etapie ładowania tyłka do powozu, czy teraz z nagła wyleciało ci to z głowy? Mgła mózgowa i zaniki pamięci to jedne z wczesnych oznak tetrycznia Bredo. Tak dla twojej informacji.

 

Wyglądał na rozbawionego. Powinno ją to wkurzyć, albo chociaż zirytować, ale nie, tym razem po prostu czekała, w jaki sposób odpowie na jej zaczepki.

 

Nie odpowiadał. Widać było, że chce coś powiedzieć, ale boi się, jak mogłaby zareagować.

 

Czego nie chciał mówić, to że obawiał się zachowania Lary po ich ostatnim spotkaniu. Tamtego dnia, zupełnie nie spodziewał się, że pyskata kobieta z nagła, rozsypie się mu w ramionach. Nie był na to wówczas przygotowany. Postąpił wtedy tak, jak podpowiadała mu intuicja. Coś, co miało być jedynie chwilowym wsparciem, wymknęło mu się jednak nieco spod kontroli. Poczuł, że za bardzo się zaangażował. Zaczynał myśleć o Larze w sposób, w jaki nie powinien. Jej dzisiejsza, udawana opryskliwość trochę go uspokoiła, ale nie na tyle, by podzielić się z nią tym, z czym tak naprawdę do niej przyjechał. Poza tym ona też nie wydawała się gotowa na poważniejszą rozmowę. Nie bez kozery zerwała z nim kontakt na te parę dni.

 

– Castone?

 

Przywołała go do rzeczywistości.

 

– Wybacz. Zamyśliłem się.

 

Patrzyli na siebie w oczekiwaniu, aż któreś wreszcie zacznie mówić do rzeczy. Dobrze, że na ulicy doszło do bliżej nieokreślonego zamieszania, bo inaczej oboje mieliby problem, żeby jakoś sensownie poskładać kolejne zdania.

 

Tymczasem ich uwaga, całkiem nieudawana, zwróciła się ku krzykom dochodzącym z zewnątrz.

 

– Co za kretyn drze mordę o tej godzinie.

 

Lara wstała. Podeszła do uchylonego okna. Wychyliła się na zewnątrz, w połowie zawisając na parapecie. Jako że od dawna było ciemno, a pochodni pod jej domem płonęło mało, z góry ciężko było dojrzeć, co dzieje się na dole.

 

– Uważaj – ostrzegł ją Bredo, a w jego głosie słychać było autentyczną troskę.

 

Obróciła ku niemu głowę, balansując między pokojem a ciemnością nocy, wsparta na ramie okiennej tylko na wewnętrznych stronach dłoni i linii bioder. Nogi majtały jej w powietrzu, huśtając się góra dół dla lepszej równowagi.

 

– Co jest? Boisz się, że wypadnę? – Uśmiechnęła się przebiegle.

 

– Nie jest to szczególnie rozważne. – Wyjaśnił jej rzeczowo, wyraźnie spinając się, gdy ta za bardzo wychylała się na zewnątrz. – Jakbyś się poślizgnęła, czy…

 

– To chodź tu i mnie przytrzymaj – weszła mu w słowo, a mówiąc to, przekornie wychyliła się jeszcze dalej.

 

– Lara! – nieomal wstał. Uniósł się nieznacznie, podpierając się ramionami na podłokietnikach.

 

Zaśmiała się. Po raz pierwszy chyba przy Castonie, pozwoliła sobie na szczery śmiech.

 

Nie podszedł. Usiadł z powrotem w siedzisku fotela. Nie podobało mu się, że droczyła się z nim w tak niebezpieczny sposób.

 

Jeszcze raz wyjrzała na ulicę. Znany w okolicy centaur wszedł właśnie w krąg migotliwego światła. Z łoskotem ciągnął za sobą wóz wypełniony po brzegi beczkami i zdaje się po raz kolejny ponaglił stojącego przed nim woźnicę, aby ustąpił mu drogi. Kareta Castonów blokowała bowiem całą szerokość bruku. Zazwyczaj nie stanowiła problemu, bo po wąskich uliczkach tej dzielnicy przemieszczano się w ogromnej mierze pieszo lub konno, ale w tej sytuacji, jeśli jeden nie ustąpił drugiemu, nie było szans, żeby się zmieścić.

 

– Twój pan powożący musi chyba na jakiś czas odjechać – zauważyła.

 

– Co? Czemu? – zainteresował się żywo.

 

– I po co się znowu stresujesz? – Odepchnęła się lekko do tyłu. Lądując zgrabnie na stopach, okręciła się, opierając pośladki na wąskim podokienniku. Podparła się dłońmi o grubą deskę i luźno zaplotła nogi. Stała teraz przodem do Breda. – Musi objechać kilka ulic, żeby przepuścić drugi wóz. Dla pojazdów kołowych to ulica jednokierunkowa, dwa obok siebie nie przejadą – wyjaśniła.

 

– Rozumiem, co oznacza jednokierunkowa, Lara – żachnął się, nadal trochę zły za jej niedawny pokaz lekkomyślności.

 

– Rozumiem co oznacza jednokierunkowa – zakpiła, nieudolnie naśladując jego głos.

 

Bredo pokręcił głową.

 

– Cieszę się, że masz dobry humor – przyznał, mimo że wcale nie ubyło mu złości.

 

– Mhm. – Zgodziła się, niezrażona nastrojem rozmówcy. – Dotarło do mnie, że nareszcie udało mi się doprowadzić kilka spraw do końca. Spraw, które wydawały mi się jednym z wielu murów nie do przekroczenia.

 

Przekrzywił się zaciekawiony na siedzisku, licząc na szersze wyjaśnienia, ale nie zdradziła niczego więcej. I tak za dużo mu powiedziała. I faktycznie. Miał rację. Odkąd weszła do domu, poczuła, jak spory ciężar spada z jej ramion. Czuła się lepiej. Nie przeszkadzało jej już, że Castone ją odwiedził. Powiedziałaby nawet, że chyba się ucieszyła. Dzięki niemu, mogła się rozluźnić.

 

Jako że jednak los ostatnio wyraźnie się na nią uwziął, żadna chwila radości nie mogła trwać wiecznie.

 

Potwierdzając felerność obecnego stanu rzeczy, drzwi do mieszkania otworzyły się, a do środka weszła rozpędzona matka Lary. Nie usłyszeli wcześniej jej kroków na schodach.

 

– Co to za raban u ciebie o tej porze – zaczęła, ledwo minąwszy próg. – Musiałam zostawić bryczkę za rogiem, bo jakiś bezczelny centaur zajechał nam drogę. Nie wiem, czy w ogóle powinni wpuszczać ich do miasta. Całe to obce tałatajstwo w twojej okolicy jest strasznie problematyczne. Że też nie zrezygnowałaś jeszcze z tego mieszkania. Nie wiem jak ty tutaj wytrzymujesz.

 

Zatrzymała się wpół kroku, przerywając swój monolog. Uświadomiła sobie, że Lara nie jest w mieszkaniu sama. Powiodła wzrokiem po uśmiechniętej córce, której rysy właśnie tężały, a uśmiech zastępowało zaskoczenie, i dalej, poprzez pokój, zatrzymując się na siedzącym w fotelu mężczyźnie. Skonsternowana utknęła na środku pomieszczenia.

 

Lara rzuciła się do przodu, by ratować sytuację. Dostrzegła minę matki. Widziała napięcie na twarzy Breda.

 

– Mamo? Co ty tutaj robisz? – zapytała, odbierając od rodzicielki małą tackę z ciastem, którą ta trzymała przed sobą, a która niebezpiecznie zaczęła przekrzywiać się w jedną stronę. – Ratując ciasto przed upadkiem i odstawiając je na kuchenny blat, zwróciła się do mężczyzny. – Bredo. Poznaj moją matkę, Tamarę. – Głos trochę jej drżał. – Mamo, to jest Bredo. Starszy brat Gylesa, syn Hegerta.

 

– Dobry wieczór, panie Castone – matka przywitała się z uśmiechem niedosięgającym jej oczu. Te pozostawały chłodne i oceniające.

 

Lara doskonale wiedziała, co to oznaczało.

 

– Dobry wieczór, pani Baenor – grzecznie odpowiedział jej Bredo. Wyglądał na zmieszanego. Wiedziała, że poczuł niechęć bijącą od kobiety. – Wybaczy pani, że nie wstanę i należycie się nie przedstawię, ale… – Wskazał na swoje nogi.

 

Tamara zignorowała go. Ostentacyjnie odwróciła wzrok, tak jakby dłużej nie chciała na niego patrzeć. W Larę uderzyła fala ogromnej złości. Była wściekła i wstyd jej było za matkę. Tamara oceniła Breda już na samym początku. Od razu wyrobiła sobie zdanie o starszym z synów Castona. Wystarczył jej jeden rzut okiem na jego nieruchomą sylwetkę, a niechęć i pogardę dało się odczuć niemal fizycznie. Gdyby te uczucia mogły parzyć, wszyscy w pomieszczeniu pokryliby się pęcherzami. Matka nie potrafiła ukryć ich nawet pod maską krzywego uśmiechu. Zerknęła na niego raz jeszcze, dosłownie na ułamek sekundy, kierowana jakąś chorą fascynacją i niezdrową ciekawością. Obróciła się jednak prędko, jak gdyby miała przed oczami coś obrzydliwego, nie wartego nawet rzutu okiem. W Larze dosłownie zagotowała się krew. Jak ona mogła? Nie znała matki od tej strony. Przerażało ją to, co właśnie na jej temat odkryła.

 

– Laro, muszę z tobą porozmawiać – oznajmiła tymczasem stanowczo Tamara.

 

– W porządku. Mów.

 

– Na osobności – uściśliła kobieta.

 

Te dwa słowa nie tylko określały sposób rozmowy, one miały przede wszystkim zasugerować Larze, że Bredo powinien wyjść.

 

– Nic z tego, mamo. – Pomyślała. – Nie wywalę go na ulicę, bo ty tak chcesz.

 

– Wobec tego porozmawiajmy na zewnątrz – zaproponowała Lara.

 

– Muszę z tobą pomówić o rzeczach – mówiąc, pozwoliła sobie na wymuszone, sugestywne spojrzenie w stronę Breda – o których nie wypada mówić na ulicy.

 

– Laro, słuchaj, może ja… – Bredo zaczął się nieporadnie podnosić, prawidłowo odczytując zamiary Tamary.

 

– Siedź – Lara warknęła na niego pośpiesznie. – Wyjdziemy z mamą na schody, skoro nie chce rozmawiać ani tutaj, ani na zewnątrz.

 

***

 

Wróciła po kwadransie. Sama, bez matki. Niespecjalnie dało się odczytać, co siedziało jej w głowie. Bredo obserwował, jak mija go, podchodzi do paterki z ciastem i wystawia ją za parapet na wyciągniętej dłoni. Czekał, aż je wyrzuci, ale po namyśle cofnęła rękę.

 

– Bez sensu – wymamrotała do siebie. – Szkoda dobrego ciasta.

 

Wyjęła z szafki dwa drewniane talerzyki. Ukroiła po kawałku wydobytym z szuflady tasakiem do mięsa. Sądząc po jej minie, noża tam nie znalazła. Na jednym talerzyku położyła łyżkę, na drugim widelec, bo widocznie pozostałe sztućce też gdzieś się jej zapodziały. Palcami oderwała fragment z jednego kawałka i wsadziła go sobie do ust, ciamkając i mrucząc do siebie z aprobatą. Wzięła obie porcje i usiadła z nimi na podłokietniku fotela Breda, wpychając mu w ręce jeden talerzyk.

 

– Masz. Bananowo truskawkowe.

 

– Wszystko w porządku? – zainteresował się, nabierając łyżką nieco deseru.

 

– Mhm – Lara zdążyła pochłonąć całą swoją porcję i teraz z zapchanymi ostatnim pokaźnym kęsem ustami próbowała przytaknąć. – Jest wręcz rewelacyjnie – to mówiąc, rzuciła pustym talerzem, podkręcając go tak, że wylądował płasko na łóżku.

 

– Chyba nie przypadłem twojej matce do gustu, co? – postanowił zapytać, potwierdzając to, co już wiedziała: słyszał całą rozmowę. – Delikatnie mówiąc – dodał.

 

Lara wypuściła z ręki widelec. Sztuciec upadł na deski z głuchym stuknięciem. Odchyliła się do tyłu i, zaplatając przedramiona na brzuchu, oparła się na ramieniu Breda. Poczuł jej czoło na policzku, kiedy przekrzywiła głowę.

 

– Mogę tak trochę poleżeć? – zapytała zamiast odpowiedzieć.

 

Dość ciężko przyszło mu przełknięcie tego, co przed chwilą przeżuwał, ale kiedy z sukcesem udało mu się dojeść ciasto i przy okazji się nim nie udusić, przytaknął niemrawo.

 

– Krępuje cię to? – zadała kolejne niewygodne pytanie.

 

– Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie – przyznał.

 

– Nie przejmuj się. Mnie też…

Następne części:  KRES - Rozdział 10

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania