Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
KRES - Rozdział 12
Apartament przydzielony Larze mile ją zaskoczył. Mając na uwadze wygląd budynku oraz estetykę wnętrz w częściach wspólnych, założyła, że zamieszka w marmurowym sześcianie z kryształowymi oknami, złotymi klamkami i meblami, które mają wyglądać, ale niekoniecznie być funkcjonalne. Tymczasem weszła do przytulnego pomieszczenia oświetlonego naftowymi lampami, umieszczonymi na kutych w żelazie kinkietach. Ściany pokoju obłożono drewnianymi panelami w ciepłej barwie mlecznej czekolady. Surowe drewno nasączone specjalnym wyciągiem uwydatniło strukturę wszelakich bruzd, słojów i sęków. Ich ciemny kolor pięknie współgrał z ustawioną pomiędzy dwoma okienkami czarną kozą. Mały piecyk wyposażono w miejsce na czajniczek i specjalny rozkładany stelaż do suszenia ręczników. Ciemnozielone zasłony pasowały do pikowanej narzuty i wielkich poduch z frędzlami zdobiących całkiem pokaźne dwuosobowe łoże. Lara doszła do wniosku, że każdy apartament w pensjonacie wyposażono zapewne w podobne wyro. W ten sposób pojedynczy pokój mógł pomieścić zarówno jednego, jak i dwóch gości. Po dłuższym namyśle stwierdziła, że musiały być jednak i pokoje z dwoma mniejszymi łóżkami, bo nie wyobrażała sobie sytuacji, gdzie dwóch chłopa zmuszonych dzielić to samo pomieszczenie, śpi na jednym materacu. No chyba że lubili się bardziej, niż zwyczajowo było przyjęte.
Poskrobała się za uchem, nie bardzo wiedząc, w co włożyć ręce. Czy rozpakować przyniesione przez brońmistrzów bagaże? O dziwo równo ustawione pod ścianą. Poszukać zawczasu miejsca na ukrycie broni? Lepszego od jej podręcznego kuferka. Czy może umyć się wpierw po podróży? Nigdy wcześniej nie podróżowała, toteż reguły rządzące drogą i noclegiem były dla niej czystą abstrakcją.
Powąchała się pod pachą. Własny zapach zadecydował za nią. W oczywistym pierwszym odruchu rozejrzała się za miednicą, zlewem czy czymkolwiek, do czego można by nalać wody, ale jedynym naczyniem w pomieszczeniu okazał się zgrabny blaszany czajniczek, służący do samodzielnego parzenia gorących napojów.
– No bez jaj – mruknęła, opierając dłonie na biodrach.
Skonfundowana zajrzała pod łóżko, na szafę, za kozę, przeszukała zakamarki za dwoma fotelami, etażerką i odkryty ponad drzwiami pawlacz, w którym leżały jedynie dodatkowe koce, ręczniki i żelazko na rozgrzane węgle.
Usiadła w fotelu. Zapadła się w mebel głębiej, niż się spodziewała. Na miękkim obiciu poczuła się jak na puchowej kołdrze wypchanej świeżym mchem. Powodowana ogarniającą ją błogością, zarzuciła głowę na oparcie, pozwalając sobie na ciche westchnienie. Stwierdziła, że jeśli pójdzie zapytać personel o miednicę, wezmą ją za idiotkę. Wystarczyło pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na wszystkich przy schodach. Już ją zapamiętali. Inne okazje do zaprezentowania się publicznie w niekoniecznie dobrym świetle, miały zapewne objawić się naturalnie, prędzej czy później. Szkoda byłoby świadomie je generować. Wróciła do myśli o nieszczęsnej blaszanej misce. Pensjonat o takim standardzie musiał przecież zaopatrywać gości w przybory dedykowane czynnościom higienicznym. Niemożliwe, żeby wydawali krocie na kretyński wystrój, sępiąc swoim klientom zwyczajnych misek. Nie wydawało jej się również, żeby dla gości przydzielono wspólne łaźnie. Bogacze kąpiący się na golasa w jednym pomieszczeniu? Takie coś by nie przeszło. No chyba że bogacze lubili tego typu rozrywki. Każda grupa społeczna wyróżniała się wszak jakimiś odchyleniami od normy. Rybacy na przykład, lubili szczać z łodzi do kanałów, co Lara uważała za obrzydliwe, bo z tych samych kanałów wyciągali później ryby.
Tracąc czas na bezproduktywne rozmyślania, wodziła wzrokiem po schludnym wnętrzu, układając głowę to na lewym, to na prawym policzku. Splotła wygodnie nogi, bo z nerwów zaczynała zapalczywie kiwać nimi góra-dół, jak szwaczka wprawiająca w ruch niewidzialną maszynę. Jej uwagę przykuła wystająca ze ściany gałka. Element dekoracyjny, który wcześniej wzięła za ekstrawagancki wieszak. Osobliwie nisko zainstalowany ekstrawagancki wieszak. Dźwignęła się z miejsca. Pochylając się, z zaintrygowaniem podeszła do metalowego obiektu. Ostrożnie objęła go palcami w dziwnym przeświadczeniu, że oto robi z siebie kretynkę. Na szczęście nikt nie mógł jej zobaczyć, co dawało nikłe poczucie psychicznego komfortu.
Tymczasem gałki wcale nie przytwierdzono solidnie do ściany. Lekko poruszyła się pod naciskiem dłoni. Przekręciła ją więc w kierunku wyraźnie wyczuwalnego luzu. Coś szczęknęło. Za jednym z paneli, będącym w rzeczywistości drzwiami, ukazało się dodatkowe pomieszczenie. W pełni wyposażona łazienka. Zainstalowano w niej toaletę, podobną do tej, jaką mieli Catonowie, zlew z kranem i brodzik z zasłonką oraz przypominającą końcówkę od konewki rurkę z sitkiem, wystającą ze ściany powyżej. Znaczyło to ni mniej ni więcej, że w przybytku tym mieli nawet bieżącą wodę. Odkręciła kran, pozwalając, by krystaliczna ciecz spłynęła po wierzchu dłoni. Z początku chłodna woda, po chwili zrobiła się ciepła. System grzewczy. Nie lada wynalazek. Drogi już na etapie instalacji i kosztowny w utrzymaniu. Do tego wymagał stałego nadzoru osoby pilnującej pieców, zlokalizowanych w optymalnej dla rozprowadzania rur części budynku. Larę, na myśl o gorącym prysznicu, przeszedł dreszcz podekscytowania.
Popędziła ku bagażom i, wybebeszając je niczym trzewia prosięcia, wygmerała dla siebie parę spodni oraz lekką bluzkę z wąskimi rękawami. Dłuższą chwilę zajęło jej buszowanie za brązowym, letnim sweterkiem, który, jeśli dobrze zapamiętała, zapakowała gdzieś na samo dno, ale przypomniało jej się, że przecież brońmistrzowie zdążyli wszystko powyciągać i przetasować minimum jeden raz. Pozostawiwszy za sobą ubraniowy kataklizm, zarówno w kufrach, na podłodze, jak i na łóżku, w podskokach ruszyła do łazienki. Zdjęła z siebie przepocone odzienie, zsunęła bieliznę, po czym pacnęła wszystko byle jak w kąt pomieszczenia. Cieplutka woda, która wytrysnęła z sitka ponad brodzikiem, pozwoliła jej zupełnie zatonąć w błogim doświadczeniu. Działała lepiej niż niejeden masaż. Unosząca się w powietrzu para rozluźniła napięte mięśnie i oczyściła zatoki. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła się tak dobrze. Gdyby usiadła teraz pod spływającą z góry kaskadą, od razu odpłynęłaby do krainy snów, zapominając o bożym świecie.
Przymknęła oczy, namydlając się pachnącą konwaliami kostką, ale przyjemnym chwilom nie dane było trwać, zmąciły je dobiegające z sąsiedniego pokoju hałasy. Lara przywarła płasko do wyłożonej szklanymi płytkami ściany. Przytknęła ucho do mokrej powierzchni, wypluwając wodę, nabraną nieopatrznie do ust podczas gwałtownego ruchu. Jeśli miała zwyzywać kogokolwiek, kto śmiał zakłócić jej ten jakże doniosły moment, musiała wiedzieć, z czym konkretnie ma do czynienia.
– Powtarzam ci po raz setny, matko! Dajże mi święty spokój!
Szeroko otworzyła oczy, aż zapiekły ją od spływającej z włosów piany. Rozpoznała podniesiony głos Breda. Zdumiał ją rozdrażniony ton mężczyzny. Raptem pół godziny wcześniej wydawał się przecież relatywnie spokojny, nawet poweselały. Trzymał nerwy na wodzy, mimo iż służba napastowała go przy schodach.
– Powinieneś być wdzięczny matce, że się o ciebie troszczy! Dlaczego zawsze reagujesz na moją dobrą wolę taką agresją?! – odezwała się Amara, nie pozostając mu dłużną i również podnosząc głos.
– Dobrą wolę?! Tyle razy ci powtarzałem, że sam potrafię się sobą zająć! Skąd pomysł, że bez twojej pomocy nie dam sobie rady z wzięciem kąpieli?! Kto w ogóle pozwolił tej młodej dziewce wejść do łazienki bez mojego pozwolenia?! Po jaką cholerę przyciągnęłaś tu te wszystkie kobiety?!... I z jakiej racji grzebią one w moich rzeczach?! – Wściekły, rzucał pytanie za pytaniem.
Odpowiedź Amary padła po chwili milczenia, przerywanej dźwiękami szurania, stukania i ludzkich kroków.
– One tylko pomagają ci się rozpakować!
– Właśnie! Pomagają! Znowu to… pomagają! A czy ja prosiłem o jakąkolwiek pomoc?! Nie przypominam sobie, bym o cokolwiek kogoś prosił! Sam sobie ze wszystkim poradzę, więc błagam cię, wyjdź z mojego pokoju!
– Dobrze. Jak sobie życzysz, synu.
– Wy też! Wypierdalać mi stąd! I niech nikt tu nie wchodzi bez mojego wyraźnego przyzwolenia! Czy to jest jasne?! Dotarło do was?!
Lara cofnęła się o krok. Strumień tryskającej nieprzerwanie wody uderzył ją w głowę. Strużki ciepłej cieczy wlały się jej do oczu, całkiem rozmazując wizję. Kilka mokrych kosmyków zsunęło się na czoło. Włosy przykleiły się jej do policzków, ust, zawinęły na brodzie i pod szyją. Zacisnęła powieki i przemyła twarz dłońmi. Zszokowało ją zachowanie starszego z synów Hegerta. Poczuła, że nie powinna była słuchać tego, co działo się w sąsiednim pokoju. Sytuacja ta będzie pewnie teraz do niej wracać za każdym razem, kiedy spotka się z Bredem. Wiedziała, że mężczyzna był nerwowy, że on także potrafił wpaść w złość. Nie uszło jej uwadze, iż służba w posiadłości Castonów za nim nie przepadała. Mimo to względem niej zachowywał się zupełnie inaczej. Ciężko było poukładać sobie to w głowie. Pogodzić oba jego tak różne oblicza. Zastanawiała się, z czego wynikało to jakże specjalne traktowanie jej osoby. Domyślała się oczywiście, że Bredo ją lubił. Pewnie nawet mu się podobała. Lecz to nie tłumaczyło diametralnie różnych osobowości, jakie sobą reprezentował.
Wykąpana i przebrana stanęła pośrodku pokoju rozważając, czy aby na pewno powinna niepokoić dziś mężczyznę. Nie brzmiał jak ktoś skory do przyjmowania wizytacji. Co prawda zapowiedziała się wcześniej, lecz sprawy mocno się pokomplikowały. Poza tym była spóźniona co najmniej dwadzieścia minut względem zadeklarowanej przy schodach pory. Czas upłynął nie wiedzieć kiedy.
Opadła brzuchem na łóżko. Poleżała trochę bez ruchu, narzekając na wszystko i na nic, po czym podpełza ku poduchom i rozwaliła się pomiędzy nimi, układając się dla odmiany na plecach. Wlepiła wzrok w sufit.
***
Obudziło ją pukanie do drzwi. Stęknęła poirytowana.
– Tak?!
– To ja! Mogę wejść?!
Bredo. Pomyślała spłoszona. Zapomniała o nim zupełnie.
Odchrząknęła, podciągając się na łokciach, aby nie leżeć całkiem płasko na materacu.
– Otwarte! – odkrzyknęła. – Chyba – wymamrotała do siebie, bo jednak nie pamiętała czy faktycznie nie zakluczała drzwi.
Bredo wszedł do środka, wpuszczony do pokoju przez dwóch pilnujących drzwi strażników.
– Jesteś spóźniona ponad dwie godziny – oznajmił.
– I sprawdzasz wobec tego, czy nadal żyję?
– Można tak powiedzieć. Zwykle jesteś słowna, więc...
– Rozmyśliłam się i tyle. Potrzebowałam odpocząć po podróży – odpowiedziała, trochę mijając się z prawdą.
– Widzę – powiedział, mając przed oczami rozwaloną na pomiętej narzucie kobietę.
Lara z udawanym ociąganiem przesunęła się na bok materaca. Usiadła i wstała, poprawiając porozciąganą bluzkę. Przeczesała palcami rozpuszczone włosy, bo i bez lustra doskonale wiedziała, jak wyglądały.
– Wiele się u ciebie działo – kontynuował, tocząc wzrokiem po bałaganie w pomieszczeniu. – Coś wybuchło w międzyczasie.
Zorientowała się, do czego pije. Jej ciuchy porozrzucane jak po eksplozji, leżały dosłownie wszędzie. Kamień spadł jej z serca. Był to jednak ten sam Bredo, którego znała. Po wybuchu, jaki zgotował tutejszym służkom, nie został nawet cień.
Mężczyzna uniósł brwi.
– No co? – zapytała.
– Nie będziesz na mnie krzyczeć, czy coś?
Wzruszyła ramionami.
– Przetransportuj lepiej swoje cztery litery na fotel. Fala uderzeniowa tam nie dotarła, więc jest względnie bezpiecznie i czysto – mówiąc to, obserwowała reakcję Castona. Nie była pewna, czy go testuje, czy co w zasadzie robi. Musiała przekonać się, że rozgniewany Bredo nagle nie powróci. – Chcesz, to dam ci nawet swoje majtki do potrzymania, bo widzę, że wyjątkowo cię zainteresowały – dodała, widząc, na czym zakotwiczył się wzrok jej towarzysza. – Ocenisz, czy nie doszło do większych szkód w materiale.
Bredo spąsowiał. Pomijając, że rzeczywiście gapił się na majtki Lary, zwisające beztrosko z oparcia jednego z trzech krzeseł, to nieprzyzwoity temat, jaki poruszyła sprawił, że poczuł zażenowanie.
– Niby jeszcze niedojrzały, a się cały czerwony zrobił. – Minęła go, wytykając zadziornie język.
Wzięła się za spychanie najbardziej newralgicznej części ciuchów, w jeden róg pomieszczenia. Wszystko przesuwała byle jak stopą, bo tak było najprościej i najszybciej.
– Próbuję przyswoić sobie twoje poczucie humoru, lecz średnio mi to wychodzi. – Westchnął, tarabaniąc się poprzez okraszoną ubraniami podłogę. – I nie jestem niedojrzały – powiedział poważnie, sadowiąc się na wygodnym pufie. – O pewnych rzeczach po prostu nie wypada mówić.
– Rany, gadasz jak stary zramolały dziad. – Posłała mu spojrzenie pełne udawanego ciężkiego zmęczenia, jakby wysłuchiwanie go było fizyczną katorgą.
Uśmiechnął się, zapominając widać o wcześniejszym skrępowaniu. Wystarczyło jedno jej zdanie, by uleciała z niego cała sztywność.
– No. Udało się. Czekałem na tę minę. Skoro wszystko się zgadza, mogę się wreszcie odprężyć. – To rzekłszy, wygodnie rozparł się na oparciu i z wyolbrzymionym spokojem ducha przymknął powieki.
Bredo zachowywał się dziwnie. Wiedział. Domyślił się, że go słyszała i że to dlatego nie przyszła do niego o umówionej porze. Na pewno gryzło go, jak po tym wszystkim przebiegnie ich spotkanie.
No cóż. – pomyślała. – Było, minęło. Ważne, że obecnie jest po staremu.
– Masz jakieś plany na wieczór? – zapytała, zajmując drugi z foteli.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania