KU WOLNOŚCI Rozdział 9 "Echo tamtej nocy"
Rozdział 9
Echo tamtej nocy
„Niektóre długi nie przedawniają się nigdy. A moje imię również zapisano na rachunku wystawionym przed laty…”
— Ląd na horyzoncie! — zawołał Thomas, stojąc na dziobie.
Mary uniosła głowę. Daleko przed dziobem statku dostrzegła niewyraźną linię lądu. Na tle jasnego nieba majaczyły ciemne sylwetki odległych wzgórz, gdzieniegdzie opadających ku morzu. Lekka mgła sprawiała, że trudno było rozróżnić poszczególne fragmenty wybrzeża. Dziewczyna oparła się o nadburcie, pogrążając się w zadumie. Jeszcze tydzień temu opuszczała ten port jako panna z dobrego domu, której pozwolono odbyć niewinny rejs pod opieką zaufanego kapitana. Teraz wracała bogatsza o pierwsze doświadczenia na morzu. Przez siedem dni była dla wszystkich młodym chłopakiem uczącym się marynarskiego fachu. Pracowała razem z pozostałymi i po raz pierwszy mogła choć na chwilę zapomnieć o świecie, do którego należała na lądzie.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.
— Już czas, Mary... — odezwał się cicho Flint. — Idź do Eleonor. Pora pożegnać się z Martinem Grayem.
Dziewczyna odwróciła się ku niemu. Kapitan stał tuż obok, spoglądając na zbliżające się Plymouth.
— Ale, że już? — zapytała z żalem.
— Mamy jeszcze kilka godzin, zanim wejdziemy do portu. Ale musisz się umyć, przebrać i trochę odpocząć...
Mary spuściła wzrok na swoją znoszoną, brudną koszulę, po czym spojrzała na pracujących nieopodal chłopaków. Jeszcze niedawno sama uwijała się razem z nimi przy linach. Teraz trudno jej było uwierzyć, że za kilka godzin wszystko to stanie się jedynie wspomnieniem.
— Nie było łatwo, Flint... Czasem nawet cholernie ciężko. A jednak tak trudno mi się z tym wszystkim rozstać... — wyznała. Stary żeglarz ścisnął lekko jej ramię.
— Wiem mała... Gdybym mógł, podarowałbym ci jeszcze trochę czasu. Ale oboje wiemy, że nie mogę.
Mary podniosła na niego wzrok, a potem, nie mówiąc ani słowa, przysunęła się i mocno go objęła. Kapitan odwzajemnił uścisk, otaczając ją ramieniem.
— Dziękuję ci...— wyszeptała, wtulając twarz w jego kaftan. — Za ten rejs, za wszystkie lekcje... i za to, że dałeś mi szansę… Choć Martin Gray przestanie istnieć, zawsze będę wdzięczna, że pozwoliłeś mu choć przez chwilę zaznać prawdziwego życia na morzu….
— Och, Mary... — westchnął, delikatnie poklepując ją po plecach. — Gdybyś tylko wiedziała, ile radości sprawiało mi patrzenie, jak z każdym dniem coraz lepiej sobie radzisz... Przyznam, że nie spodziewałem się po tobie aż takiego uporu…
Odsunął się od niej nieco, po czym położył dłonie na jej ramionach i spojrzał jej głęboko w oczy. Jego dotąd surowe oblicze złagodniało, a w spojrzeniu pojawiła się ojcowska czułość.
— Posłuchaj mnie uważnie... Martin Gray to nie tylko imię, pod którym pływałaś przez ostatni tydzień. On jest częścią ciebie i zawsze tak będzie. I pamiętaj, że wszystko, czego się tutaj nauczyłaś, pozostanie z tobą, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Nikt ci tego nie odbierze. — Uśmiechnął się łagodnie. — A teraz idź już pod pokład. Złap jeszcze trochę snu.
Miniony tydzień okazał się dla Eleonor prawdziwą próbą wytrzymałości. Choroba morska nie dawała jej niemal chwili wytchnienia, a nawet troskliwa opieka Flinta niewiele mogła tu zaradzić. Kobieta miała ziemistą cerę i podkrążone oczy. Do fizycznego wyczerpania dochodził jeszcze nieustanny niepokój o Mary, przez który nie potrafiła zaznać spokoju.
Nagle drzwi kajuty otworzyły się, a w progu ukazała się długo wyczekiwana podopieczna. Eleonor, która z takim utęsknieniem wyglądała tej chwili, , zamiast ucieszyć się na widok dziewczyny, znieruchomiała ze zgrozy.
—Dobry Boże, miej nas w swojej opiece! — jęknęła żałośnie, po czym przeżegnała się z przejęciem.. — Panienko, aż strach na ciebie patrzeć! Jak ja cię pokażę twojemu ojcu?! Chodźże no tutaj, może jeszcze uda mi się jakoś doprowadzić cię do ładu!
Nie czekając na odpowiedź, ujęła ją pod ramię i pomogła jej usiąść na koi. Przy posłaniu stał już stołek, na którym zawczasu ustawiła misę z ciepłą wodą oraz przygotowała mydło i czyste płótna.
— Eleonor, nie musisz tego robić… Naprawdę mogę sama…
— Ani mi się waż sprzeciwiać, panienko! — ofuknęła ją łagodnie. — Dość już się natrudziłaś przez ten tydzień. Pozwól mi wreszcie się tobą zająć.
Rozpięła jej koszulę, na której morska sól i ciężka praca pozostawiły wyraźne ślady. Kiedy jednak wyciągnęła ręce, by pomóc ją zdjąć, Mary łagodnie ją powstrzymała. Sama ściągnęła znoszone płótno i rozłożyła je na kolanach. Jej palce przesunęły się po znajomych przetarciach, a na twarzy pojawił się cień smutku. Po chwili zebrała koszulę w dłoniach i przycisnęła ją do piersi, jakby wraz z nią chciała ocalić wspomnienie minionych tygodni.
— Chciałabym zatrzymać wszystkie te rzeczy... — odezwała się cicho.
Opiekunka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
— Ale po cóż ci one? Przecież to tylko stare, brudne łachmany…
— Na pamiątkę... — wyszeptała, mocniej obejmując koszulę. — To wszystko, co pozostanie mi po lekcjach u Flinta i… po Martinie Grayu….
Głos zadrżał jej przy ostatnich słowach. Po policzku spłynęła łza, a zaraz za nią kolejna. Eleonor przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu. Dotąd nie rozumiała, dlaczego dziewczyna tak bardzo przywiązała się do kilku starych szmat. Teraz jednak, widząc, jak tuliła do siebie znoszone płótno, zaczynała pojmować, ile znaczyły dla niej tygodnie nauki na keczu i te kilka dni na morzu.
— No dobrze, kochanie — powiedziała w końcu łagodnie. — Weźmiemy te rzeczy… skoro tak bardzo ci na nich zależy…. —Pogładziła ją czule po ramieniu, po czym pokręciła głową i powiedziała spokojnie, choć stanowczo. — Ale otrzyj już te łzy. Przecież wiedziałaś, że ta przygoda nie będzie trwała wiecznie.
Dziewczyna posłusznie otarła mokre policzki i niechętnie oddała koszulę. Eleonor odłożyła ją na bok, po czym pomogła jej zdjąć resztę ubrań, które starannie złożyła i schowała na dnie kufra.
Następnie zamoczyła czyste płótno w ciepłej wodzie i zaczęła ostrożnie obmywać Mary twarz, szyję i ramiona. Dziewczyna siedziała spokojnie, pogrążona we własnych myślach. Opiekunka cierpliwie zmywała z jej skóry nagromadzony brud i sól, raz po raz zmieniając wodę w misie. Nie szczędziła przy tym westchnień i pełnych troski uwag, zwłaszcza gdy dostrzegała kolejne otarcia i siniaki.
— Żeby tak dobrowolnie skazywać się na podobne trudy... — mruczała pod nosem. — Nigdy nie pojmę, czemu cię do tego ciągnie…
Mary nie odpowiedziała. Wracała wspomnieniami do minionych dni: kołyszącego się pokładu, szorstkich lin i wspólnej pracy z chłopakami. W końcu jej wzrok zatrzymał się na zamkniętym kufrze, w którym spoczywało wszystko, co pozostało po jej pierwszej, a zarazem ostatniej marynarskiej przygodzie.
Gdy dziewczyna miała już na sobie świeżą koszulę, Eleonor zajęła się jej włosami. Ostrożnie rozplotła warkocz, umyła splątane od morskiego wiatru pasma, po czym cierpliwie zaczęła je rozczesywać. Co jakiś czas kręciła głową z dezaprobatą, natrafiając na kolejny kołtun. Na koniec wygładziła włosy odrobiną pachnącego olejku.
— No już jest zdecydowanie lepiej… A teraz połóż się jeszcze chociaż na trochę moje dziecko. I żadnych sprzeciwów — zarządziła stanowczo — Mamy jeszcze kilka godzin spokoju, więc spróbuj nabrać sił.
Tym razem Mary nie zamierzała protestować. Z ulgą opadła na koję i przymknęła oczy. Dopiero teraz, gdy zeszło z niej całe napięcie, poczuła paraliżujące wyczerpanie. Westchnęła cicho, poprawiła poduszkę i naciągnęła koc pod samą brodę. Eleonor przysiadła na brzegu posłania, z troską patrząc na zniszczone dłonie dziewczyny.
— Och, dziecko... — odezwała się cicho. — Pokaż mi je na chwilę. Ulżę ci trochę, zanim zaśniesz.
Zanim jednak zdążyła dotknąć jej palców, do drzwi dobiegło zdecydowane pukanie.
— Kto tam? — zawołała
— To ja, Flint. Można?
Wstała i otworzyła drzwi. Na korytarzu oprócz kapitana stał Thomas Reed. Opiekunka natychmiast wyszła do nich, przymknęła za sobą drzwi i rozejrzała się uważnie, upewniając się, że są sami.
— Panie Barett, najwyższy czas, żebyśmy sobie poważnie porozmawiali! — fuknęła oburzona. — Czy pan w ogóle widział, w jakim stanie jest ta biedna dziewczyna?! Doprawdy, nie pojmuję, jak mógł pan przyklasnąć tym jej szalonym pomysłom! Najpierw ta harówka w porcie, a teraz ten rejs... Przecież to panienka z dobrego domu, a nie parobek do najcięższej roboty! Ma ledwie piętnaście lat! W tym wieku różne głupstwa strzelają do głowy, ale pan, panie Barett, powinien mieć przecież więcej rozsądku!
Stary żeglarz spuścił wzrok i westchnął ciężko.
— Wiem, Eleonor... Ale sama mnie błagała. Tak bardzo jej zależało, że po prostu nie miałem serca odmówić. Przyznaję jednak, że to zaszło za daleko. Powinienem był dużo wcześniej powiedzieć „dość”.
— Owszem, powinien pan! I co ja teraz powiem jej ojcu?! Przecież Edward żywcem mnie zje, jak zobaczy jej pokiereszowane ręce!
— Z gubernatorem sam porozmawiam, jeśli zajdzie potrzeba — zapewnił spokojnie kapitan. — A tymczasem pan Reed chciałby zamienić z Mary kilka słów, może zostawimy ich na chwilę?
Eleonor zmierzyła młodego marynarza podejrzliwym, chłodnym spojrzeniem.
— Samych w kajucie?! — oburzyła się. — O, nie! Przenigdy się na to nie zgodzę!
— Spokojnie... — Flint uniósł pojednawczo dłoń. — Jeśli to cię uspokoi, mogę zostać z nimi.
— Pan?! — Kobieta prychnęła z jawnym niedowierzaniem. — Po tym wszystkim doprawdy nie wiem, czy mogę jeszcze ufać pańskiemu rozsądkowi!
— Na miłość boską, kobieto... — jęknął przewracając oczami. — Chłopak chce się tylko pożegnać z przyjaciółką. Obiecuję, że nie zabierze jej wiele czasu.
Eleonor przez dłuższą chwilę taksowała obu mężczyzn surowym wzrokiem, szukając jakichkolwiek oznak podstępu. W końcu odpuściła z rezygnacją.
— No dobrze, niech się pożegnają… Ale uprzedzam, kapitanie, że nie spuszczę was z oka. Mary już dość się nacierpiała podczas tego rejsu.
Pokręciła jeszcze głową, mrucząc coś z niezadowoleniem, po czym otworzyła drzwi kajuty. Flint wszedł pierwszy, a za nim Thomas. Kapitan i opiekunka stanęli nieco z boku, pozwalając młodym spokojnie się pożegnać.
— Thomas... — Mary uśmiechnęła się sennie na widok przyjaciela. — Jak dobrze, że jesteś...
— Nie wybaczyłbym sobie, gdybym pozwolił ci odejść, nie zamieniwszy z tobą choćby paru słów — odparł chłopak, siadając na brzegu koi. Jego wzrok natychmiast powędrował ku jej dłoniom. Ostrożnie ujął jedną z nich i przyjrzał się otarciom, marszcząc brwi z niepokojem.
— Ach, Mary... Przecież ty masz te dłonie całkiem zdarte... — odezwał się cicho. — Musiało cię porządnie boleć, a ty jeszcze uparcie pracowałaś razem z nami.
Pokręcił głową, ostrożnie oglądając rany.
— Nieźle się urządziłaś, ty mały uparciuchu — dodał ciszej, z wyraźną troską.
— Thomas... Czy wszyscy musicie się dziś nade mną tak rozczulać? — spytała z lekkim westchnieniem.
— A cóż to? Nasz dzielny marynarz boi się odrobiny troski? — zapytał z uśmiechem, sięgając po słoiczek różanej maści i czyste płótna przygotowane przez Eleonor — Daj sobie pomóc… obiecuję, że nie będę prawił kazań.
Opiekunka poruszyła się niespokojnie, najwyraźniej zamierzając interweniować, ale Flint powstrzymał ją łagodnym gestem.
— Pozwól mu... — odezwał się cicho. — To ich ostatnie wspólne chwile…
Mary posłusznie wyciągnęła rękę. Thomas ułożył ją na swojej dłoni i zaczął ostrożnie wsmarowywać maść w najbardziej obtarte miejsca. Kiedy przypadkiem dotknął bolesnego pęcherza, dziewczyna wzdrygnęła się i syknęła.
— Wybacz... — cofnął odruchowo dłoń.
— Wszystko dobrze — uspokoiła go, posyłając mu słaby uśmiech.
Chłopak odpowiedział tym samym i zaczął owijać jej palce miękkim materiałem. Przez chwilę pracował w milczeniu, a Mary przyglądała mu się spod coraz cięższych powiek.
— Wiesz, Thomas... — odezwała się cicho. — Mam złe przeczucie… Potwornie złe…
Chłopak uniósł głowę.
— Co cię trapi?
— Sama nie wiem... Czuję, że kiedy wrócę do domu, wszystko się zmieni. Że ta moja beztroska właśnie dobiega końca.
— Skąd takie czarne myśli? — zapytał spokojnie.
— Ojciec coś szykuje. Jestem tego pewna. Jeszcze przed rejsem napomykał o jakiejś „poważnej rozmowie”. — westchnęła, poddając się zmęczeniu. — Znam ten jego ton... I coś mi mówi, że nie spodoba mi się to, co usłyszę.
Thomas sięgnął po kolejne pasmo płótna i ujął jej drugą dłoń.
— Może niepotrzebnie się zamartwiasz na zapas? Przecież jeszcze nie wiesz, co chce ci powiedzieć.
— Nie wiem... naprawdę nie wiem — szepnęła. — Ale kiedy o tym mówił, był dziwnie smutny. Jakby ukrywał coś, o czym nie miał śmiałości mi wspomnieć...
Zamilkła i zamknęła oczy. Thomas w skupieniu kończył bandażowanie, co chwilę zerkając na jej twarz. Myślał, że dziewczyna już odpłynęła, gdy nagle znów usłyszał jej cichy, senny głos:
— Thomas... Myślisz, że jeszcze kiedyś się spotkamy? Boję się, że jak wrócę do domu to nie będzie już okazji…
— Hej, mała... — Chłopak ujął ciepło jej owinięte dłonie, a na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. — Nie żegnaj się ze mną tak, jakbyśmy mieli już nigdy się nie spotkać.
— Ale przecież... — Urwała, ziewając szeroko. — Przecież wszystko może się zmienić.
— Może — przyznał. — Ale nie musi. Nie dręcz się teraz czymś, na co i tak nie masz wpływu.
— Wiesz... — wymruczała już ledwie słyszalnie. — Chciałam ci podziękować.
— Za co, głuptasku?
— Za wszystko... Za to, że zawsze... że tyle razy...
Nie dokończyła. Jej głos zgasł, a oddech wyrównał się i pogłębił. Chłopak uniósł głowę i uśmiechnął się ze wzruszeniem, widząc, że sen wygrał tę walkę.
— Ech, Mary... — szepnął. — Nawet ze zmęczeniem musisz walczyć do samego końca.
Ostrożnie ułożył jej dłonie na kocu.
— I żebyś wiedziała... — dodał tak cicho, że ledwo sam siebie słyszał. — Ja też mam ci za co dziękować. I jestem z ciebie naprawdę dumny.
Pochylił się i złożył na jej czole krótki, serdeczny pocałunek.
— Śpij spokojnie, mała.
Chłopak siedział przy niej jeszcze przez chwilę, jakby nie chciał przerywać tych ostatnich wspólnych chwil. W końcu ostrożnie wstał i podszedł do drzwi, przy których czekali Flint i Eleonor. Zatrzymał się na moment przed opiekunką.
— Dziękuję... Już więcej nie będę was niepokoił. — powiedział cicho.
— No już, chłopcze. Nie ma o czym mówić — odparła kobieta z uśmiechem.
Thomas raz jeszcze obejrzał się na śpiącą Mary, po czym wyszedł z kajuty razem z Flintem.
Przez chwilę obaj milczeli. W końcu kapitan westchnął ciężko i odezwał się przyciszonym głosem:
— Wiesz, chłopcze... Jeszcze niedawno Mary była tylko małym brzdącem, który z wypiekami na twarzy słuchał moich opowieści o morzu. — Uśmiechnął się smutno na to wspomnienie. — Ale ona dorasta, Thomas. A wraz z wiekiem przychodzą obowiązki, przed którymi nie może wiecznie uciekać. Jako córka gubernatora ma swoje miejsce w świecie. Niezależnie od tego, jak bardzo pragnęłaby innego losu.
Chłopak spuścił głowę. Przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w deski podłogi.
— Wiem, Flint. Doskonale o tym wiem — przyznał w końcu. — Ale co miałem jej powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze? Przecież sam w to nie wierzę... — Oparł się plecami o grodź i westchnął ciężko. — Tak bardzo chciałem ją pocieszyć. Powiedzieć, że nie ma się czego bać, że jakoś to wszystko się ułoży...
Flint przyglądał mu się przez chwilę ze współczuciem, po czym położył mu dłoń na ramieniu.
— Rozumiem cię, synu — powiedział łagodnie. — Ale nie na wszystko znajdziemy pocieszenie w słowach. Czasem jedyne, co możemy zrobić, to po prostu przy kimś być. Dopóki jeszcze mamy taką możliwość.
Mary spała tak głęboko, że nie obudziły jej ani ciężkie kroki na pokładzie, ani głośne nawoływania marynarzy. Dopiero gdy opiekunka delikatnie potrząsnęła ją za ramię, poruszyła się niespokojnie i niechętnie otworzyła oczy.
— Pora wstawać, panienko. Za chwilę będziemy w porcie.
Eleonor pomogła dziewczynie włożyć suknię z ciemnoniebieskiego, jedwabnego adamaszku, a następnie delikatnie upięła jej włosy. Mary znosiła te zabiegi w milczeniu, choć po tygodniu spędzonym w luźnym, marynarskim ubraniu dopasowany stanik nieprzyjemnie ją uciskał, a ciężkie fałdy materiału krępowały ruchy. Kobieta wygładziła jeszcze ostatnie zagniecenia sukni, po czym przyjrzała się dziewczynie krytycznym okiem.
— Zrobiłam, co mogłam… — powiedziała z rezygnacją — Ale wyglądasz tak mizernie, że serce się kraje. Doprawdy, strach mi pomyśleć, jak twój ojciec zareaguje, kiedy cię zobaczy!
— Daj spokój… — Dziewczyna roześmiała się cicho. — Ojciec doskonale wiedział, na co się godzi.
— Doprawdy, panienko? — Opiekunka uniosła znacząco brwi. — Czy aby na pewno wiedział o wszystkim?
Mary przygryzła wargę, próbując powstrzymać uśmiech.
— No dobrze... Może pominęłam jeden „dość istotny szczegół”... — przyznała z niewinną miną. — Ale nie martw się. Jakoś go udobrucham…
— Obyś tylko miała rację, moje dziecko… — Eleonor pokręciła głową i sięgnęła po przygotowane rękawiczki. — A tymczasem schowaj te ręce, bo na samą myśl, co powie twój ojciec, kiedy je zobaczy, robi mi się słabo…
Kiedy wyszły na pokład, Sea Swallow stał już przy nabrzeżu. Przy burcie rozmawiało dwóch młodych marynarzy. Michael i Stephen. Chłopaki z jej wachty. Jeszcze poprzedniego dnia pracowała u ich boku i słuchała ich żartów. A teraz oboje na jej widok natychmiast umilkli, zdjęli czapki i skłonili głowy. Nie rozpoznali jej.
— Dzień dobry, panienko Ashcroft — odezwał się jeden z chłopaków. — Mam nadzieję, że podróż nie była dla panienki nazbyt męcząca…
— Niestety morze nie obeszło się ze mną łaskawie — odpowiedziała mu uprzejmie. — Ale na szczęście to już koniec mej udręki.
—Oj morze potrafi nieźle dać w kość! — rzekł drugi z życzliwym uśmiechem. — Z pewnością cieszy się już pani z powrotu do Plymouth…
— Nawet pan nie wie jak bardzo! — przyznała Mary. — Przyznam, że nie mogłam się już doczekać, kiedy wreszcie skończy się to nieustanne kołysanie.
— Na lądzie szybko pani o nim zapomni — odparł wesoło — Choć proszę się nie zdziwić, jeśli jeszcze przez parę dni ziemia będzie się pani bujać pod nogami. Taki to już urok morskich podróży!
— Och, niechże mnie pan nie straszy! — spojrzała na niego, teatralnie chwytając się za serce. — Miałam nadzieję, że przynajmniej po zejściu na ląd odzyskam równowagę.
— Sądzę, że wystarczy parę spokojnych nocy, by odzyskała pani pewność kroku. Życzymy wszystkiego dobrego i rychłego powrotu do pełni sił.
— Dziękuję, panowie. To bardzo uprzejme z waszej strony.
Skinęła im lekko głową i odwróciła się, by ukryć uśmiech. Kto by pomyślał, że Michael i Stephen potrafią być aż tak układni! Martin Gray z pewnością nie doczekałby się z ich strony podobnych uprzejmości.
— Mary, twój ojciec już na nas czeka! — oznajmiła Eleonor, wskazując w stronę nabrzeża. Dziewczyna odwróciła głowę. Nieopodal zacumowanego statku, tuż przy powozie, stał Edward Ashcroft i właśnie rozmawiał z Flintem. Dostrzegłszy córkę, uniósł rękę i pomachał jej na powitanie. Mary odwzajemniła gest, a na jej zmęczonej twarzy pojawił się szczery uśmiech.
— Chodźmy, kochanie — ponagliła ją opiekunka — Najwyższy czas wracać do domu.
Dziewczyna skinęła głową. Nie zdążyła jednak zrobić kilku kroków, gdy usłyszała za sobą znajomy głos.
— Panienko...
Odwróciła się. Kilka kroków za nią stał Thomas. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, poszedł do niej, dyskretnie ujął jej dłoń i delikatnie zacisnął na niej palce.
Mary zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. Chłopak uśmiechnął się lekko, po czym pochylił się ku niej, tak by nikt poza nią nie usłyszał jego słów.
— To jeszcze nie koniec twoich przygód, PoProstuMary — szepnął. — Jestem tego pewien. Nie trać nadziei...
Dziewczyna poczuła, jak ściska ją w gardle. Przez chwilę patrzyła na przyjaciela, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów. W końcu odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
Thomas powoli wypuścił jej dłoń, po czym cofnął się o krok, zdjął czapkę i ukłonił się z należnym szacunkiem.
Mary odpowiedziała mu lekkim dygiem, jak przystało na pannę Ashcroft. Kiedy się wyprostowała, przez chwilę jeszcze patrzyła na niego, nie spiesząc się z odejściem.
— Dziękuję ci, Thomas — powiedziała cicho. — Za wszystko.
— Nie masz za co, Mary — odparł równie cicho. — Tylko pamiętaj, co ci powiedziałem.
Skinęła głową. Chciała dodać coś jeszcze, lecz zabrakło jej słów. Trudno było jej pogodzić się z myślą, że za chwilę każde z nich pójdzie własną drogą i nie wiadomo, kiedy znów się zobaczą.
— Mary, no chodźże no już, moje dziecko! — ponagliła ją Eleonor, czekająca przy trapie.
Dziewczyna raz jeszcze uśmiechnęła się do Thomasa, po czym odwróciła się i ruszyła za opiekunką.
Słowa przyjaciela pozostawiły w jej sercu iskierkę nadziei. Może rzeczywiście nie wszystko było jeszcze stracone? Może los pozwoli jej kiedyś znów powrócić na morze?
To jeszcze nie koniec twoich przygód...
Chciała wierzyć, że miał rację.
Gdy tylko zeszła na nabrzeże, poczuła, że ziemia wciąż kołysze się pod jej stopami. Przystanęła na chwilę, po czym ruszyła niepewnym krokiem w stronę ojca, który czekał przy powozie. Edward uśmiechnął się na widok jej chwiejnego chodu. Sam doskonale znał to osobliwe uczucie po zejściu ze statku. Jednak gdy córka znalazła się bliżej, dostrzegł jej bladą twarz, podkrążone oczy i wyraźne zmęczenie. Uśmiech ustąpił miejsca zatroskaniu.
— Mary, Mary, Mary... — odezwał się, ujmując ją za ramiona. — Widzę, że ten rejs kosztował cię więcej sił, niż przypuszczałem.
— Nic mi nie jest, ojcze… — zapewniła z uśmiechem. — Potrzebuję tylko trochę odpoczynku w wygodnym, ciepłym łóżku.
Edward spojrzał z niepokojem na stojącego obok Flinta.
— Nie rób takiej miny, panie gubernatorze! — zaśmiał się cicho kapitan. — Tydzień na rozkołysanym morzu potrafi zmęczyć nawet starego wilka, a cóż dopiero młodą pannę! Sam przecież chciałeś, żeby zaznała trochę niewygód. No to teraz nie dziw się, że wygląda na zmęczoną!
Edward westchnął, lecz na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Cóż, faktycznie sam tego chciałem… — przyznał. — Jedźmy już kochanie. W domu czeka na ciebie ciepłe łóżko i porządny posiłek.
—Byleby nie była to kolejna porcja solonego mięsa — zażartowała Mary.
Edward zaśmiał się cicho, po czym zwrócił się do kapitana.
— Dziękuję ci, przyjacielu, za opiekę nad nią.
— Zawsze do usług, panie gubernatorze! — odparł Flint z udawaną powagą, ściskając jego dłoń. — A teraz zabieraj ją do domu, niech wreszcie porządnie wypocznie.
Mary podeszła jeszcze do Flinta i serdecznie go uściskała.
— Dziękuję za wszystko Flint — powiedziała ciepło. — Nigdy nie zapomnę tego rejsu.
— Żegnaj, panienko. I pamiętaj, co ci mówiłem.
— Będę pamiętać — zapewniła z uśmiechem.
Edward podał córce ramię i poprowadził ją w stronę powozu. Eleonor ruszyła tuż za nimi. Gubernator pomógł obu kobietom wsiąść, po czym sam zajął miejsce naprzeciwko nich.
Dziewczyna wyjrzała jeszcze przez okno. Flint wciąż stał na nabrzeżu, przyglądając się jej z życzliwym uśmiechem. Nieco dalej dostrzegła Thomasa, który stał przy burcie statku. Obaj pomachali jej na pożegnanie. Odpowiedziała im tym samym, posyłając każdemu z nich ostatni uśmiech.
Powóz szarpnął i potoczył się naprzód, a portowy zgiełk powoli cichł za oknami. Mary rozsiadła się wygodniej, opierając głowę o miękką poduszkę jadącej bryczki. Choć koła co chwilę podskakiwały na nierównym bruku, dla jej ciała – zmęczonego ciągłą walką z falami – to ziemskie kołysanie było niesamowitą ulgą.
— No dobrze, Mary — odezwał się Edward, przyglądając się córce z zaciekawieniem. — Opowiedz mi zatem, jak wyglądał ten twój wymarzony rejs.
— Och, ojcze! Nawet nie wiesz, ile przyszło mi wycierpieć! — zaczęła z ożywieniem. — Przez połowę podróży tak strasznie chorowałam, że ledwie miałam siłę podnieść się z posłania. A kiedy już poczułam się lepiej, okazało się, że na statku nie sposób ani porządnie się wyspać, ani ogrzać!
— Aż tak źle? — zapytał mężczyzna z lekkim rozbawieniem.
— W nocy było okropnie zimno, wszędzie panowała wilgoć, a koja była tak ciasna i niewygodna, że każdego ranka budziłam się cała obolała! — wyliczała na palcach. — Wszystko bez przerwy chwiało się pod nogami! Nawet porządnie usiąść nie było można. Przez pierwsze dni zupełnie straciłam apetyt, ale kiedy wreszcie zaczęłam odzyskiwać siły, wcale nie było lepiej, bo to jedzenie... — Skrzywiła się na samo wspomnienie. — Ojcze, nie masz pojęcia, czym karmią ludzi na morzu!
— Zapewniam cię moja droga, że mam o tym całkiem dobre pojęcie i wierz mi kochanie, że i tak jadłaś całkiem dobrze! — odparł z uśmiechem. — Tydzień na morzu to niewiele. Prawdziwe wyrzeczenia zaczynają się dopiero wtedy, gdy kończą się świeże zapasy.
Eleonor, siedząca obok Mary, pokręciła głową.
— I pomyśleć, że dla panienki to wszystko było wielką przygodą! Ja z największą ulgą zobaczyłam dziś ląd!
— Cóż… Za taką wyprawę należy się pani nagroda! — oznajmił Edward pogodnie. — Obiecuję kilka dni wolnych od wszelkich obowiązków!
— Ależ, panie gubernatorze! — zaprotestowała natychmiast. — Przecież nie zostawię swojej panienki samej! Kto się nią zajmie, tak dobrze jak ja?
— Proszę się nie martwić. Służby mamy pod dostatkiem. Przez kilka dni doskonale poradzą sobie bez pani.
— Nie ma mowy! — oświadczyła stanowczo kobieta — Nie po to przez cały tydzień troszczyłam się o panienkę, żeby teraz powierzać ją komuś innemu! Wypocznę, kiedy już dojdzie do siebie.
Mężczyzna roześmiał się i spojrzał na córkę.
— Cóż, Mary, wygląda na to, że obie jesteście równie uparte!
— A czy kiedykolwiek miałeś co do tego wątpliwości, ojcze? — odparła dziewczyna z niewinnym uśmiechem.
Kiedy powóz wreszcie zatrzymał się przed pałacem, odetchnęła z ulgą. Po tygodniu spędzonym na morzu marzyła już tylko o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku. Bolały ją niemal wszystkie mięśnie, a zmęczenie coraz bardziej dawało jej się we znaki.
— A teraz, kochanie, masz porządnie wypocząć! Nie chcę cię widzieć poza sypialnią aż do jutra!
— Z największą przyjemnością, ojcze! — odparła wesoło.
— Doprawdy? — mężczyzna uniósł brwi z rozbawieniem. — A więc jednak morze potrafi nauczyć cię posłuszeństwa!
Mary roześmiała się cicho, lecz tym razem nie próbowała się z nim przekomarzać. W towarzystwie Eleonor udała się na piętro. Gdy weszła do swojej sypialni, zatrzymała się na chwilę i rozejrzała po znajomym wnętrzu. Wszystko pozostało dokładnie takie, jak przed jej wyjazdem. Na stoliku przy oknie leżały książki, na komodzie stał wazon ze świeżymi kwiatami, a łóżko, nakryte czystą, starannie wygładzoną pościelą, wyglądało niezwykle zachęcająco.
Usiadła ostrożnie na jego brzegu i z ulgą zdjęła pantofle.
— Nigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo ucieszę się na widok własnego łóżka — przyznała.
— A widzi panienka! — odezwała się Eleonor z uśmiechem. — I pomyśleć, że do takiego odkrycia potrzeba było aż siedmiu dni na morzu!
— Nie zaprzeczam — odparła, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. — Ale gdybym miała wybierać jeszcze raz i tak popłynęłabym z kapitanem Barettem… Tylko może gdzieś dalej…?
Kobieta westchnęła ciężko.
— Tego właśnie się obawiałam… A teraz niech panienka chwilę odpocznie. Przygotuję gorącą kąpiel.
Służba zdążyła już przynieść drewnianą wannę i ciepłą wodę. Mary zanurzyła się w bani z przyjemnością, czując, jak ciepło stopniowo rozluźnia jej obolałe mięśnie. Opiekunka tymczasem krzątała się po pokoju, przygotowując czystą bieliznę i ręczniki. Mary zauważyła, że mimo powrotu na ląd kobieta wciąż była blada i wyraźnie zmęczona.
— Eleonor... — odezwała się z troską. — Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Widzę, ile trudu kosztował cię ten rejs… ten mój kaprys…
— Och, panienko! Najważniejsze, że obie wróciłyśmy całe i zdrowe!
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło. Oparła głowę o brzeg drewnianej wanny i przez chwilę obserwowała kobietę, która właśnie starannie układała przygotowane dla niej rzeczy. Westchnęła cicho, po czym wyciągnęła rękę z wody i skinieniem przywołała ją bliżej. Gdy ta spojrzała na nią pytająco, Mary uśmiechnęła się nieco figlarnie.
— No już… wystarczy tego niańczenia — powiedziała z uśmiechem. — Teraz twoja kolej na odpoczynek. Idź się położyć i zostaw wszystko mnie.
— O nie, moje dziecko! Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz! — Eleonor pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem. — Najpierw przyniosę kolację i przygotuję cię do snu. A potem, obiecuję, sama również pójdę odpocząć.
Jak zapowiedziała, tak też uczyniła. Przyniosła Mary lekki posiłek, a następnie pomogła jej przebrać się w nocną koszulę. Gdy dziewczyna ułożyła się w łóżku, starannie otuliła ją kołdrą.
— Dobranoc, kochanie. Śpij spokojnie.
— Dobranoc, Eleonor... — uśmiechnęła się dziewczyna. — Wiem, że nieraz przysparzam ci zmartwień, ale mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo cię kocham…
— Och, moja panienko... — westchnęła z rozczuleniem opiekunka. — I ja cię kocham, choć Pan Bóg jeden wie, ile cierpliwości potrzeba, żeby za tobą nadążyć!
Pochyliła się i pocałowała dziewczynę w czoło.
— A teraz już śpij. Dość miałaś przygód jak na jeden tydzień.
Następnego dnia Mary przespała niemal całe przedpołudnie. Choć długi odpoczynek pozwolił jej odzyskać część sił, ciało wciąż protestowało tępym bólem. Kiedy Eleonor zjawiła się w sypialni z gorącym obiadem, dzień był już w pełni. Dopiero wtedy dziewczyna poczuła się na tyle dobrze, by wreszcie pomyśleć o opuszczeniu łóżka.
— Jak się czujesz, kochanie? Widzę, że odzyskałaś już właściwe kolorki — zauważyła opiekunka, stawiając tacę z obiadem na stole.
— Oj, zdecydowanie lepiej, choć przyznam, że jeszcze nigdy nie byłam aż tak obolała.
— Trudno się dziwić po tym, co wyprawiałaś — skwitowała kobieta, kręcąc głową z pobłażliwym uśmiechem. — No, a teraz zjedz, panienko. Potem pomogę ci się ubrać. Twój ojciec prosił, abyś przyszła do jego gabinetu.
Mary odrzuciła kołdrę i spuściła nogi z łóżka. Wstała z lekkim grymasem, czując nieprzyjemne napięcie w zmęczonych mięśniach, po czym podeszła do stołu i zajęła miejsce. Sięgnęła po sztućce i zaczęła jeść, lecz po kilku kęsach spojrzała na opiekunkę.
— A czy powiedział, czego dokładnie chce? — zapytała cicho.
— Nie wyjaśnił, o co chodzi. Polecił jedynie, żebyś zajrzała do niego, kiedy poczujesz się dostatecznie dobrze.
Mary przytaknęła bez słowa i wróciła do posiłku. Coś jednak ścisnęło ją w żołądku. Złe przeczucia, którymi wczoraj dzieliła się z Thomasem, powróciły ze zdwojoną siłą.
Kiedy zatrzymała się tuż przed gabinetem ojca, poczuła, jak nagle brakuje jej tchu. Bliskość tej „poważnej rozmowy”, o której Edward wspominał przed rejsem, sprawiła, że cały spokój, który usiłowała zachować, prysnął w jednej chwili. Zawahała się, spojrzała na klamkę i po krótkiej walce z własnymi myślami delikatnie zapukała.
— Proszę! — rozległ się głos jej ojca.
Weszła do środka. Edward siedział za biurkiem, pochylony nad dokumentami. Na jej widok odłożył pióro i uśmiechnął się serdecznie.
— Ach, Mary! Wejdź, moje dziecko! Wyspałaś się porządnie?
— Tak, ojcze. Dawno nie spałam tak długo.
— To doskonale! Usiądź, proszę. Chciałbym z tobą pomówić.
Mary zajęła miejsce naprzeciwko ojca.
— O czym chciałeś porozmawiać? — zapytała z lekkim niepokojem.
Edward oparł dłonie na blacie biurka i przez moment milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.
— Widzisz, Mary... Nie jesteś już małą dziewczynką. Nadszedł czas, abyśmy poważnie pomówili o twojej przyszłości.
— Co masz na myśli? — Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi.
— Zaraz ci wszystko wyjaśnię, kochanie . — przez moment obracał w palcach pióro, po czym odłożył je na biurko i spojrzał córce w oczy — Otóż od pewnego czasu prowadzę rozmowy z lordem Harringtonem. Z pewnością dobrze go pamiętasz.
— Oczywiście, ojcze. Ale co on ma ze mną wspólnego?
Gubernator poprawił się w fotelu, wygładził surdut i wyprostował plecy z właściwą sobie powagą.
— Otóż ma on syna, Williama. — oznajmił spokojnie — To młodzieniec należycie wychowany i wykształcony, mający przed sobą obiecującą przyszłość.
— Williama? — Mary zmarszczyła brwi. — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek go poznała.
— Nie miałaś jeszcze ku temu sposobności, moja droga. Ale zapewniam cię, że to młody człowiek godny najwyższego szacunku. Jestem przekonany, że będzie dla ciebie odpowiednim mężem.
Mary spojrzała na ojca z niedowierzaniem.
— Mężem? — powtórzyła. — Ojcze, chyba nie rozumiem...
— Lord Harrington i ja od pewnego czasu rozważaliśmy możliwość połączenia naszych rodzin. Doszliśmy już do porozumienia i zamierzamy wkrótce oficjalnie ogłosić wasze zaręczyny.
W jego głosie pobrzmiewało wyraźne zadowolenie. Nie krył, że uważał poczynione ustalenia za niezwykle pomyślne, zwłaszcza dla przyszłości córki.
Dziewczyna znieruchomiała.
— Moje zaręczyny? — wykrztusiła. — Ależ ojcze, ja nawet nie znam tego człowieka…
— I dlatego będziesz miała sposobność go poznać. William przybędzie wkrótce do Plymouth. Jestem pewien, że przypadnie ci do gustu.
— Ale... dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałeś?
— Wszystko zostało uzgodnione jeszcze przed twoim wyjazdem — wyjaśnił mężczyzna. — A byłaś tak przejęta swoją wyprawą, że uznałem, iż lepiej będzie porozmawiać o tym po twoim powrocie.
Mary przez chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Ojciec mówił o jej przyszłym małżeństwie z taką pewnością, jakby wszystko było już przesądzone. Przez chwilę milczała, próbując opanować wzburzenie. Nie mogła uwierzyć, że podjął on tak ważną decyzję bez jej wiedzy i zgody.
— Ależ ojcze, ja nie chcę jeszcze wychodzić za mąż! — zaprotestowała w końcu. — A już na pewno nie za człowieka, którego nigdy nawet na oczy nie widziałam!
— Mary, moje dziecko, nie unoś się tak — odparł Edward spokojnie. — Zapewniam cię, że William Harrington to doskonała partia.
— Być może, ojcze, ale przecież to ja mam zostać jego żoną! Czy moje zdanie naprawdę nie ma żadnego znaczenia?!
Gubernator zmarszczył brwi. Najwyraźniej nie spodziewał się tak stanowczej reakcji córki. Nie zamierzał jednak wdawać się w dyskusję, mówił dalej, nie zmieniając spokojnego tonu.
— Po ślubie zamieszkasz w rodowej posiadłości Harringtonów, w głębi kraju. Będziesz musiała zatem opuścić Plymouth.
Mary gwałtownie zerwała się z krzesła i oparła obie dłonie o blat biurka, pochylając się ku ojcu.
— Opuścić Plymouth? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Ależ ojcze... przecież tam nie ma morza!
— Istotnie, moje dziecko. Ale zapewniam cię, że to piękna okolica. Niczego ci tam nie zabraknie.
— Ale ja nie chcę tam mieszkać! — zaprotestowała rozpaczliwie. — Plymouth jest moim domem!
— Wiem, Mary — odparł łagodnie mężczyzna. — Ale kiedy wyjdziesz za mąż, twój dom będzie u boku męża. Taka jest kolej rzeczy.
Mary chciała jeszcze zaprotestować, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Patrzyła na ojca, szukając w myślach słów, które mogłyby przekonać go do zmiany zdania. W końcu jednak cała jej złość ustąpiła miejsca narastającej rozpaczy. Nie wiedząc, co innego mogłaby uczynić, padła przed nim na kolana.
— Ojcze, błagam cię! — zawołała przez łzy, chwytając go za rękę.— Nie rób mi tego!
Edward odruchowo cofnął się w fotelu, zaskoczony zachowaniem córki. Widok Mary klęczącej u jego stóp sprawił, że poczuł bolesny ucisk w piersi. Pochylił się ku niej i wyciągnął rękę.
— Mary.. Cóż ty wyprawiasz? Wstań natychmiast!
— Nie, ojcze! Najpierw mnie wysłuchaj! — W jej głosie pobrzmiewał coraz większy żal. — Jestem twoją córką, nie twoją własnością! Kocham cię i zawsze byłam ci posłuszna! Ale nie możesz oczekiwać, że pozwolę ci rozporządzać całym moim życiem! Nie tym razem!
Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym gwałtownie zerwał się z fotela, chwycił ją za ramiona i niemal siłą podniósł z kolan. Potrząsnął nią stanowczo, nie mogąc dłużej znieść jej rozpaczliwych protestów.
— Dość, Mary! Jestem twoim ojcem, nie twoim wrogiem!
— Skoro nie jesteś moim wrogiem, to odwołaj te zaręczyny! — wyrzuciła z siebie rozpaczliwie okładając pięściami jego pierś. Edward pozwolił jej na ten wybuch, lecz gdy zabrakło jej sił, przygarnął ją mocno do siebie.
— Przykro mi, moje dziecko. — powiedział łagodnie, nie wypuszczając jej z objęć. — Dałem lordowi Harringtonowi słowo i nie zamierzam go łamać. Decyzja została już podjęta
Mary poczuła, jak ostatnia iskra nadziei właśnie gaśnie w jej sercu. Bezsilnie zacisnęła palce na jego surducie, po czym ukryła twarz na jego piersi i zaniosła się płaczem. Edward poczuł, jak jej ramiona drżą od szlochu. Westchnął ciężko i przycisnął córkę mocniej do siebie, delikatnie głaszcząc ją po głowie. Przez dłuższą chwilę nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Wreszcie pochylił się nad nią i wyszeptał łamiącym się głosem:
— Muszę to zrobić Mary... Muszę cię chronić. Po prostu muszę… Wybacz mi…
Ostatnie jego słowa rozpłynęły się w ciszy gabinetu. Dziewczyna powoli uniosła głowę, otarła dłonią łzy i spojrzała mu w twarz. Dostrzegła w jego oczach głęboki smutek i troskę, ale również coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziała — strach. Miała nieodparte wrażenie, że za jego słowami kryje się coś więcej, coś, o czym dotąd nie chciał jej powiedzieć. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego, próbując zrozumieć tę nagłą zmianę. W końcu wysunęła się ostrożnie z jego objęć, raz jeszcze otarła wilgotne policzki i delikatnie ujęła go za dłonie.
— Ojcze… — odezwała się cicho. — Czego się boisz? Przecież widzę, że coś cię dręczy...
Edward łagodnym ruchem wyswobodził się z jej uścisku, po czym odwrócił się i ciężko opadł na fotel. Przetarł twarz dłonią i zapatrzył się przed siebie. Przez chwilę zdawał się toczyć ze sobą wewnętrzną walkę, niepewny, czy ma prawo dłużej ukrywać przed nią prawdę.
— Mary... jest coś, o czym powinienem ci powiedzieć.
Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie, po czym podeszła bliżej i usiadła na podłodze tuż przy nim. Delikatnie położyła dłoń na jego kolanie i spojrzała na niego z troską. Widziała, że trudno mu znaleźć odpowiednie słowa, więc nie ponaglała go, dając mu czas.
— Pamiętasz dzień, kiedy miałaś dziewięć lat i po raz pierwszy zabrałem cię do portu?
Mary zmarszczyła brwi. W jej głowie natychmiast ożyły obrazy potężnych kadłubów przy nabrzeżu, ostry zapach smoły i soli, krzyki marynarzy oraz to niesamowite, dziecięce uniesienie na widok żagli.
— Pamiętam. — odpowiedziała cicho.
— Wtedy poznałaś kapitana Eliasa Blackthorne'a — odezwał się opanowanym głosem, choć palce zacisnęły mu się mocniej na poręczy fotela. — Przypłynął do portu na HMS Valiant.
Mary doskonale pamiętała tamto spotkanie. Podczas wizyty na okręcie zamieniła z kapitanem kilka słów i już wtedy przekonała się, jak chłodnym i nieprzystępnym był człowiekiem.
— Tamtego dnia widziałaś w nim jedynie bohatera, sławnego kapitana królewskiego okrętu — Mężczyzna westchnął ciężko. — Dla mnie był człowiekiem, któremu zniszczyłem życie. Było to dwanaście lat temu, w 1666. Ty miałaś zaledwie trzy latka, a ja dopiero co objąłem urząd gubernatora.
Mary spojrzała ojcu prosto w oczy w duchu przeczuwając ciężar tej spowiedzi.
— Co masz na myśli?
Edward zamyślił się głęboko. Jego spojrzenie powędrowało gdzieś w dal, jakby przed oczami znów stanęły mu obrazy z przeszłości. Czas nie zdołał zatrzeć bolesnych wspomnień ani uciszyć wyrzutów sumienia.
— Otrzymałem wtedy pilny rozkaz od Korony. Musiałem zapewnić bezpieczny transport królewskiemu wysłannikowi, który udawał się na kontynent z tajną misją o znaczeniu wojskowym. Nie chciałem zwracać uwagi Francuzów, dlatego na mocy udzielonego mi upoważnienia, wykorzystałem mały statek handlowy. Nakazałem jego załodze wypłynąć nocą, pod fałszywą hiszpańską banderą. Wierzyłem, że taki fortel pozwoli im ominąć nieprzyjacielskie patrole na kanale La Manche.
Mężczyzna odchylił głowę i zamknął na moment oczy. Kiedy znów przemówił, jego głos był wyraźnie cichszy.
— Tym wysłannikiem był sir Edmund Wycliffe. Od powodzenia jego misji zależały przyszłe sojusze i działania naszej armii. Kapitan slupa otrzymał ode mnie rozkaz przewiezienia go w tajemnicy. Blackthorne nie miał o niczym pojęcia. Znał stałą trasę tego statku i był przekonany, że podróż będzie bezpieczna. Dlatego postanowił wysłać nim swoją żonę i małego synka do Portsmouth, gdzie znajdował się ich dom i gdzie sam na nich czekał. Statek miał zawinąć tam jedynie na krótko, zanim wyruszyłby w dalszy rejs na kontynent.
Mary przyglądała się ojcu w milczeniu. Coraz wyraźniej przeczuwała, że dalsza część tej historii nie przyniesie niczego dobrego.
— Francuzi ich przechwycili, prawda? — zapytała cicho.
— Tak, kochanie. Francuski okręt odciął im drogę, a żołnierze weszli na pokład, by sprawdzić dokumenty i ładunek. Podczas kontroli odkryli jednak obecność Wycliffe’a. Uznali, że hiszpański statek potajemnie przewozi angielskiego wysłannika. Człowiek tej rangi był dla nich niezwykle cennym jeńcem. Ale wtedy pod pokładem stało się coś całkowicie nieplanowanego. Wycliffe, zanim ktokolwiek zdążył go obezwładnić, wyszarpnął pistolet kieszonkowy i na ich oczach odebrał sobie życie.
Głos mężczyzny stał się cichszy, niemal bezdźwięczny.
— W jednej sekundzie ich najcenniejszy cel stał się martwym ciałem. Francuski kapitan natychmiast pojął, w jak koszmarnym znalazł się położeniu. Przeprowadził inspekcję, która skończyła się tragedią, a na koniec został z niczym. W tym samym czasie na górnym pokładzie, pod lufami muszkietów francuskiej warty, tłoczyli się bezbronni marynarze i pasażerowie. Po wystrzale, na górze nastąpiło gwałtowne poruszenie. Pierwszy oficer slupa, z uniesionymi wysoko rękami, zaczął powoli cofać się w stronę przerażonej kobiety z dzieckiem. Choć głośno zapewniał, że chce ich tylko uspokoić i osłonić, młody francuski rekrut zupełnie nie zrozumiał jego intencji. Oszołomiony nagłym strzałem spod pokładu i ruchem Anglika, całkowicie stracił panowanie nad sobą. Spanikował i wypalił, zabijając oficera na miejscu.
Edward potarł dłonią zmęczoną twarz, a jego głos zadrżał.
— Gdy francuski kapitan zobaczył trupa oficera, zrozumiał, że przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu. Był święcie przekonany, że zaatakował hiszpańską jednostkę. Ten jeden tragiczny błąd rekruta przypieczętował los wszystkich. Doskonale wiedział, że jeśli pozwoli im odpłynąć, wieść o śmierci oficera i napaści na statek może dotrzeć do Madrytu. A to groziło poważnym skandalem dyplomatycznym, którego konsekwencji nie potrafił przewidzieć Żeby mieć absolutną pewność, że nikt nigdy nie dowie się o tej zbrodni, podjął najbardziej bezwzględną decyzję. Rozkazał zaryglować w ładowni przerażoną, bezbronną załogę, w tym kobietę i dziecko, a potem po prostu rozstrzelać statek z dział, posyłając go na dno.
— Boże... Nie mieli żadnych szans... — wykrztusiła poruszona dziewczyna. — Ale ojcze... Skoro Francuzi zatopili statek, żeby nie zostawić świadków... Skąd ty to wszystko wiesz?
Mężczyzna westchnął ciężko.
— Przez długi czas wszyscy żyliśmy w kłamstwie, Mary. Przez całe miesiące sądziliśmy, że statek padł ofiarą piratów. Dopiero niecały rok później prawda wyszła na jaw. To Elias... To on zdobył ten raport. Przechwycił na morzu francuski statek kurierski, na którego pokładzie znalazł poufne dokumenty przeznaczone dla francuskiego dowództwa. Wśród nich znajdował się tajny meldunek kapitana, który dowodził akcją tamtej nocy. Próbował w nim usprawiedliwić utratę tak cennego jeńca i wyjaśnić okoliczności zatopienia zatrzymanej jednostki. Opisał przebieg całego zajścia, w tym tragiczny błąd jednego ze swoich żołnierzy oraz decyzję, którą podjął, obawiając się konsekwencji dyplomatycznych. Meldunek był przeznaczony wyłącznie dla jego przełożonych i nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego...
Gubernator zaczerpnął głęboko tchu, a Mary widziała, jak bolesne jest dla niego każde kolejne słowo.
— Elias przeczytał dokumenty i dowiedział się, że na pokładzie znajdował się sir Edmund Wycliffe. Szybko połączył fakty. Doskonale wiedział, z czyjego upoważnienia działał królewski wysłannik i kto odpowiadał za organizację tajnych rejsów z Plymouth. Zrozumiał, że gdyby nie obecność Wycliffe’a, statek przeszedłby francuską kontrolę, a jego żona i syn bezpiecznie dotarliby do Portsmouth. — Edward urwał na moment i spuścił wzrok. — Nie miał już wątpliwości, że jego rodzina zginęła w tej potwornej matni tylko dlatego, że to ja kazałem wsadzić wysłannika na tamten statek…
Mężczyzna oparł łokcie na kolanach i pochylił głowę. Kiedy znów przemówił, jego głos był ledwie słyszalny, a każde słowo zdawało się przychodzić mu z trudem.
— Byłem młody, ambitny i zbyt pewny siebie. Za wszelką cenę pragnąłem dowieść swojej wartości. Liczyło się dla mnie tylko wykonanie królewskiego rozkazu. Nie pomyślałem, jak wielkie ryzyko podejmuję… A za moją lekkomyślność zapłacili niewinni ludzie i to najwyższą cenę.
Odetchnął ciężko, a w jego oczach błysnął chłód człowieka, który dawno przestał szukać rozgrzeszenia.
— O tym, że Elias odkrył prawdę, dowiedziałem się dopiero po pewnym czasie. Kurier floty dostarczył mi jego raport z udanego przejęcia francuskiej jednostki. Blackthorne dołączył do niego również zdobyty na pokładzie tajny dokument, który był przewiązany elegancką wstążką. Przy niej znajdowała się mała karteczka z krótką wiadomością: „Rachunek za pasażerów wciąż czeka na uregulowanie. Elias Blackthorne”. To była jego deklaracja wojny. Od tamtego czasu nie widziałem go na oczy.
Powoli wstał i podszedł do okna, spoglądając w stronę portu.
— Przez kolejne lata słyszałem o nim jedynie z raportów floty. Objął w tym czasie dowództwo nad HMS Valiant i niemal bez przerwy przebywał na morzu. Admiralicja kierowała go na dalekie patrole, głównie na Karaiby i do Nowej Anglii. Zawiesił głos, a jego spojrzenie powędrowało gdzieś w dal.
— Dopiero sześć lat temu zobaczyłem jego okręt. To było właśnie tego dnia, kiedy razem odwiedziliśmy port. Uznałem wtedy, że los daje mi być może ostatnią szansę, by naprawić choć część wyrządzonego zła. Chciałem z nim porozmawiać, wyjaśnić, dlaczego wydałem tamten rozkaz i przede wszystkim go przeprosić. Choć wiedziałem, że żadne słowa nie zwrócą mu tego, co utracił… Ale to, co od niego wtedy usłyszałem... Jego słowa prześladują mnie do dziś…. Nie ma dnia, żebym o nich nie myślał…
Mężczyzna urwał i zacisnął dłoń na framudze okna. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, wahając się czy mówić dalej. Chciał wyznać córce całą prawdę, lecz na samą myśl o tym, co miał jej za chwilę powiedzieć, ogarniało go przerażenie. Kilkakrotnie próbował się odezwać, ale słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Mary przyglądała mu się z rosnącym niepokojem. Nigdy dotąd nie widziała ojca tak bardzo roztrzęsionego. Wstała powoli i podeszła do niego.
— Ojcze... — odezwała się łagodnie, dotykając jego ramienia. — Co ci powiedział?
Edward odwrócił się od okna i spojrzał córce w oczy. Wziął głęboki oddech, po czym wyszeptał.
— Powiedział, że cię odnajdzie, Mary. Że przyjdzie po ciebie… żeby odebrać ci życie….
Dziewczyna zamarła z przerażenia. Przez chwilę wpatrywała się w ojca szeroko otwartymi oczami, jakby nie potrafiła pojąć znaczenia jego słów. Poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.
— Ojcze… powiedz, że to nie prawda… —Błagam… Powiedz, że ten człowiek nie mówił poważnie…
Gubernator spojrzał na córkę. Jej pobladła twarz i strach malujący się w oczach sprawiły, że z trudem zapanował nad własnymi emocjami. W końcu, nie mogąc już dłużej powstrzymywać łez, przygarnął ją mocno do piersi i rozpłakał się.
— Mary... On mówił o tym z przerażającą pewnością... Widziałem to w jego oczach. Wiem, że nie zapomniał i nie wybaczył. I wiem, że pewnego dnia spróbuje spełnić swoją groźbę... A ja... ja mam być tego świadkiem... Mam stać obok i patrzeć, jak cię krzywdzi, nie mogąc zrobić absolutnie nic…
Przez chwilę tulił córkę w milczeniu, po czym otarł łzy i powoli przesunął dłonią po jej włosach.
— Dlatego właśnie chcę, żebyś opuściła Plymouth, córeczko. Wiem, jak wiele cię to będzie kosztować, ale muszę zrobić wszystko, by cię ochronić. Wierzę, że u boku Williama, w głębi Hampshire, będziesz miała szansę na spokojną przyszłość. A z dala od wybrzeża, Blackthorne'owi znacznie trudniej będzie cię odnaleźć…. I wierz mi, mała. Gdybym choć przez chwilę sądził, że istnieje lepsze rozwiązanie, nie nalegałbym na to małżeństwo.
Mary milczała, wciąż wtulona w ramiona ojca. Jeszcze niedawno największym jej zmartwieniem były niechciane zaślubiny i konieczność opuszczenia Plymouth. Teraz jednak wszystko, co dotąd uważała za pewne i bezpieczne, nagle wydało jej się przerażająco kruche. Przez sześć lat żyła w błogiej nieświadomości, podczas gdy gdzieś na odległych morzach przebywał człowiek, który uczynił z niej cel swojej zemsty. Pamiętała go jedynie mgliście — surową twarz, przenikliwe spojrzenie i chłód, jaki poczuła podczas tamtego spotkania w porcie. Czy naprawdę przez wszystkie te lata pielęgnował w sobie tak wielką nienawiść? A może czas zdołał ukoić jego gniew? Jakże bardzo pragnęła w to uwierzyć. Lecz strach, który zobaczyła w oczach ojca, nie pozwalał jej znaleźć ukojenia.
Przymknęła oczy. Morze, które od dzieciństwa kochała ponad wszystko, nagle wydało jej się obce i nieprzeniknione. Gdzieś pośród jego bezkresnych wód żeglował człowiek, którego powrotu miała się teraz obawiać. Sama myśl o nim rzucała ponury cień na wszystko, co dotąd napełniało ją zachwytem — na widok żagli, marzenia o dalekich podróżach i przyszłość, którą tak bardzo pragnęła sama dla siebie wybrać.
Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że za horyzontem, ku któremu zawsze spoglądała z tak wielką tęsknotą, może kryć się nie tylko upragniona wolność, lecz również przeszłość, przed którą być może nigdy nie zdoła uciec.
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
________________
Słowniczek żeglarski:
Nadburcie – część burty wystająca ponad pokład, chroniąca załogę przed wypadnięciem za burtę.
Koja – wąskie łóżko lub miejsce do spania na statku, przystosowane do ograniczonej przestrzeni.
Grodź – pionowa przegroda dzieląca wnętrze statku na osobne pomieszczenia.
Kecz – dwumasztowy żaglowiec, którego tylny maszt (bezanmaszt) jest niższy od przedniego.
Wachta – wyznaczony czas pełnienia służby na statku lub grupa marynarzy wykonująca wówczas obowiązki.
Slup – niewielki statek żaglowy, wykorzystywany dawniej między innymi do transportu, handlu i służby wojskowej.
Statek kurierski – jednostka wykorzystywana do przewożenia wiadomości, rozkazów i dokumentów między portami lub okrętami.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania