Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Tiago (9)

Tiago

 

Poranek przyniósł ostre, bezlitosne światło, które wdarło się przez szpary pomiędzy oknami a roletami, budząc mnie o wiele za wcześnie. Leżałem nieruchomo na kanapie, z jedną ręką podłożoną pod głowę, i gapiłem się w sufit. Moje ciało było obolałe od spania na tej mniej wygodnej kanapie, ale nie miałem ochoty się ruszać. W mieszkaniu panowała cisza, jeśli nie liczyć stłumionego szumu budzącego się do życia miasta na dole.

Wszystko, o czym potrafiłem myśleć, to poprzedni wieczór. Te kilka minut, które wywróciły mój poukładany świat do góry nogami.

Wciąż miałem przed oczami jej twarz, gdy kucałem przy kanapie. Była tak blisko. Czułem zapach jej skóry, mieszankę strachu, zmęczenia i czegoś nieskończenie słodkiego. Kiedy wziąłem jej dłoń w swoją, przez ten gruby materiał mojej bluzy, poczułem, jakby spłynął na mnie jakiś cholerny prąd. Moje słowa wypłynęły same, z samego dna serca. Chciałem, żeby zrozumiała. Chciałem, żeby wiedziała, że to wszystko na dole, te dziewczyny, które przewijają się przez moje studio, te wszystkie układy choreograficzne, uśmiechy, cała ta otoczka „brazylijskiego tancerza”, to tylko praca. Biznes. Teatr, który muszę grać, żeby przetrwać i utrzymać to miejsce.

Ale tutaj, na górze? Tutaj nikogo nie wpuszczałem. Tutaj byłem tylko ja. I ona.

Widziałem, jak jej spojrzenie na ułamek sekundy zmiękło. Przysiągłbym, że widziałem w jej oczach pragnienie, by po prostu mi zaufać. Przez jedną, bolesną sekundę myślałem, że osunie się w moje ramiona. Moje serce biło jak szalone, gotowe ją złapać, schować przed całym światem, przed tym koszmarem, przed wszystkim, co ją spotkało. Było to idiotyczne, bo przecież ona pojutrze wróci do siebie i najpewniej zrobi wszystko, żeby zapomnieć o tym, co ją tutaj spotkało. Pójdzie na jakąś terapię, nauczy się nie wracać do ostatnich wspomnień i zapomni. Zapomni też o mnie.

A potem, po tym ułamku sekundy... potem zobaczyłem, jak w jej oczach unosi się mur.

Ten powolny ruch, gdy centymetr po centymetrze wysunęła swoją dłoń spod moich palców. Ten cichy trzask zamykanego szkicownika był jak uderzenie w twarz. Kiedy telefon wypluł te słowa... „Mówisz tak, bo czujesz się za mnie odpowiedzialny. Nie musisz mnie pocieszać, Tiago.” Poczułem, jak coś we mnie pęka. Chciałem krzyczeć. Chciałem potrząsnąć nią i powiedzieć: „Głupia, jaka odpowiedzialność? Jaka litość?!”. Ale widziałem jej ból. Widziałem tę dumną, przerażoną dziewczynę, która walczy o resztki swojej godności. Zrozumiałem, że jeśli teraz naprężę muskuły i zacznę naciskać, stracę ją na zawsze. Musiałem stać się kimś profesjonalnym. Zdystansowanym. Musiałem skłamać i przeprosić, że poczuła się osaczona, choć jedyne, czego pragnąłem, to trzymać ją blisko. Chociaż jeszcze przez te dwa dni.

Uśmiechnąłem się blado do sufitu, przypominając sobie, co było potem.

Kiedy wyszedłem z łazienki, gotowy na kolejną rundę niezręcznej ciszy, salon był pusty. Pomyślałem, że uciekła. Mój żołądek skurczył się tak mocno, że aż zgiąłem się wpół. A potem poczułem zapach.

W kuchni, pod pokrywką, czekała na mnie jajecznica. Najprostsza, lekko przesmażona, ale zrobiona przez nią. Kiedy stałem tam w nocy, jedząc w milczeniu prosto z patelni, miałem ochotę się roześmiać i rozpłakać jednocześnie. Ta dziewczyna była zagadką. Odepchnęła mnie z dumną miną, zbudowała mur, a potem poszła do kuchni i usmażyła mi kolację, żeby pokazać, że jednak nie jestem jej obojętny.

I wreszcie ta chwila w jej pokoju. Gdy wszedłem tam na bosaka, a ona udawała, że śpi. Widziałem przecież, jak drży. Wyglądała tak niepozornie w mojej wielkiej czarnej bluzie, jakby ta bawełna była jedyną rzeczą, która trzyma ją w całości. Kiedy naciągałem na nią ciężką kołdrę, niemal wstrzymywałem oddech. Bałem się, że jeden szelest sprawi, że ta krucha istota pryśnie.

Przekręciłem się na bok, patrząc na zamknięte drzwi jej sypialni. Wciąż tam była. Bezpieczna. Wiedziałem, że dzisiejszy dzień nie będzie łatwy. Bariera językowa, jej strach i ta zazdrość o studio, która przecież nie powinna się jeszcze pojawić, wciąż stały między nami. Ale leżąc na twardej kanapie, z piekącymi od niewyspania oczami, podjąłem decyzję. Nie odpuszczę. Choćby miała budować wokół siebie tysiące murów, znajdę sposób, żeby każdy z nich powoli rozebrać. O ile da się tego dokonać w tak krótkim czasie.

Skrzypnięcie starych, drewnianych drzwi wyrwało mnie z rozmyślań. Natychmiast usiadłem na kanapie, odruchowo przecierając dłonią twarz, żeby zmyć z niej resztki snu i te wszystkie intymne myśli, które przed chwilą krążyły mi po głowie.

Sophia wyszła z pokoju powoli, jakby badała teren. Wciąż miała na sobie moją czarną bluzę z niezdarnie podwiniętymi rękawami, a dół sięgał jej niemal do połowy ud. Wyglądała w niej tak krucho, że znowu poczułem to znajome, mocne ukłucie w klatce piersiowej. Jej włosy były w całkowitym nieładzie, a pod oczami wciąż malowały się szare cienie, świadczące o koszmarach, z którymi najwidoczniej walczyła nocą.

Nasze spojrzenia spotkały się w pół drogi. Zamarłem.

Przez ułamek sekundy w jej oczach błysnęło coś na kształt zmieszania. Może przypomniała sobie, jak uciekła przede mną w głąb kanapy? A może poczuła kołdrę, którą przykryłem ją kilka godzin temu i domyśliła się, że stałem nad jej łóżkiem? Chciałem się odezwać. Chciałem powiedzieć zwykłe, proste „Oi”, uśmiechnąć się, pokazać jej, że ten wczorajszy chłód odszedł w niepamięć razem z nocą.

Zanim jednak zdążyłem choćby otworzyć usta, Sophia gwałtownie uciekła wzrokiem w bok. Jej ciało natychmiast się spięło, a na policzki wypłynął blady, nerwowy rumieniec.

Nie powiedziała ani słowa. Nie sięgnęła nawet po mój telefon, żeby cokolwiek wystukać. Zamiast tego przyspieszyła kroku, mijając salon szerokim łukiem, jakby przestrzeń wokół mojej kanapy była polem minowym. W dłoni trzymała mały ręcznik i czyste ubrania, które dla niej zorganizowałem.

Parę sekund później usłyszałem cichy trzask zamykanych drzwi od łazienki. Przekręciła klucz w zamku.

Zostałem sam, gapiąc się na puste miejsce, w którym przed chwilą stała. Westchnąłem ciężko, opadając plecami z powrotem na poduszki. A więc tak to miało wyglądać. Mur, który wczoraj zaczęła budować, rano stał już w pełnej okazałości, wysoki i najeżony kolcami. Ta dziewczyna wolała uciec pod prysznic, ryzykując oparzenie lodowatą wodą, bo rury w tym starym budynku rano potrzebowały dobrych kilku minut na rozgrzanie, o czym ona chyba nie miała pojęcia, niż spędzić ze mną choćby trzydzieści sekund w niezręcznej ciszy.

Po chwili w łazience szurnęła kabina i usłyszałem uderzenia kropel o plastikowy brodzik.

Uśmiechnąłem się pod nosem, choć wcale nie było mi do śmiechu. Dobrze, Sophia. Chcesz dystansu? Dostaniesz go. Ale nie myśl, że dam ci tak łatwo zniknąć. Zsunąłem nogi z kanapy, czując pod stopami chłód podłogi. Skoro ona zajęła łazienkę, ja miałem parę minut, żeby przejąć inicjatywę w kuchni. Spojrzałem na czystą, umytą patelnię, którą zostawiłem w zlewie po jej nocnej jajecznicy.

Czas na moją odpowiedź.

Wstałem z kanapy i ruszyłem prosto do kuchni. Szum wody za drzwiami łazienki dawał mi jakieś dziesięć, może piętnaście minut. Musiałem się streszczać, jeśli chciałem, żeby zapach jedzenia uderzył w nią dokładnie w momencie, gdy przekroczy próg.

To miała być moja odpowiedź na jej nocną jajecznicę. Mój własny, niemy list. Gdy słowa zawodzą, trzeba spróbować gestów. A w tym stawaliśmy się coraz lepsi.

Rozejrzałem się po szafkach. Warunki były spartańskie, ale na szczęście miałem zapasy z domu. Wyciągnąłem z zamrażarki paczkę pão de queijo, czyli tych brazylijskich bułeczek serowych, które wczoraj tak zasmakowały Sophii, i które moja mama przysyłała mi czasami w paczkach, żebym nie umarł z tęsknoty za domem. Nastawiłem piekarnik na maksimum. Kiedy małe, blade kulki z ciasta z tapioki wylądowały na blaszce, rzuciłem się do przygotowania kawy.

W Brazylii nie bawiliśmy się w delikatne, luksusowe latte, jakim zapewne rozkoszowała się dziewczyna jadąc na uczelnię. Kawa miała być czarna, gęsta i piekielnie słodka. Taka, która stawia na nogi po najcięższej nocy. Wsypałem solidne cztery łyżki zmielonych ziaren do metalowego filtra, zalałem wrzątkiem i patrzyłem, jak ciemny, aromatyczny płyn powoli kapie do dzbanka.

W mieszkaniu natychmiast zaczęły mieszać się dwa zapachy: intensywny, głęboki aromat palonej kawy i maślany, ciepły zapach pieczonego sera. Nawet na mnie zadziałało to kojąco.

Przez szybkę piekarnika widziałem, jak bułeczki pęczniały, a ich rudawe skórki zaczynały pękać, uwalniając ciągnący się ser. Idealnie.

W tym samym momencie szum wody w łazience ustał. Usłyszałem szczęknięcie wyłączanego kranu, który już dawno powinienem wymienić, i charakterystyczny odgłos odsuwanej zasłony prysznicowej. Miałem sekundy.

Szybko wyciągnąłem gorącą blaszkę, przerzuciłem parujące bułeczki do małego koszyka wyłożonego ściereczką i postawiłem na drewnianym blacie. Obok wylądowały dwa kubki czarnej kawy i mały talerzyk z resztką świeżego mango, które pokroiłem w równą kostkę. Wyglądało to prosto, ale kolorowo. Zupełnie inaczej niż ten szary, chłodny poranek za oknem. Co z tego, że identyczny zestaw jedliśmy wczoraj? Nie miałem aktualnie do zaoferowanie nic specjalnego, czy wykwintnego. Często tak jadałem i zawsze mi to wystarczało. Powinienem iść na zakupy, bo w lodówce nie było zbyt wiele poza światłem.

Problem w tym, że przez olheiros20 wyjście z budynku mogło być potencjalnie problematyczne. Ciągle kręcili się po ulicy, prawdopodobnie szukając Sophii. Przez to i ja byłem w niebezpieczeństwie. Względny spokój zapewniało mi to, że uczyłem tańczyć dzieciaki z tych okolic, a gangi raczej nie atakują ludzi, którym zdarza się przysłużyć społeczności.

Usiadłem na stołku barwowym przy blacie, tyłem do łazienki, udając, że przeglądam coś w telefonie. Nie chciałem, żeby poczuła się osaczona moim wzrokiem, gdy tylko otworzy drzwi. Chciałem, żeby to jedzenie mówiło za mnie.

Zamek w drzwiach łazienki ustąpił z głośnym kliknięciem. Drzwi uchyliły się, wypuszczając do salonu gęstą chmurę białej, pachnącej mydłem pary. A zaraz za nią wyszła Sophia.

Krok po kroku usłyszałem, jak jej bose stopy zatrzymują się na granicy między salonem a kuchnią. Zapach maślanego sera i mocnej kawy musiał zadziałać jak magnes, bo żołądek najwyraźniej wygrał z dumą. Kątem oka zauważyłem, że nie uciekła do pokoju. Powoli, z wyraźnym wahaniem, podeszła do blatu i usiadła na krześle naprzeciwko mnie.

Wciąż miała na sobie moją bluzę, ale jej mokre włosy były teraz owinięte ręcznikiem w ciasny turban, odsłaniając bladą szyję i twarz, na której wciąż malowało się zmęczenie. Unikała mojego wzroku, gapiąc się na parujące bułeczki, jakby były najbardziej fascynującą rzeczą na świecie.

Nie chciałem wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Spokojnie odłożyłem telefon na bok, sięgnąłem po koszyk i wyciągnąłem jedną, wciąż parzącą w palce, złocistą bułkę. Podałem ją dziewczynie bezpośrednio do ręki, uważając, by przypadkiem nie dotknąć jej skóry.

– Pão de queijo – powiedziałem cicho, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie i ciepło. – Coma. Jedz.

Sophia spojrzała najpierw na bułeczkę, potem przez ułamek sekundy na mnie. Jej palce zacisnęły się na ciepłym cieście. Przełamała je na pół, a ze środka buchnęła chmura gorącej pary o intensywnym, serowym zapachu. Uniosła kęs do ust i zjadła, a ja z ulgą zauważyłem, jak jej ramiona minimalnie opadają. Smakowało jej. Pchnąłem w jej stronę kubek z czarną kawą i miseczkę z jaskrawopomarańczowym mango.

Atmosfera między nami była jednak gęsta, ciężka od niedopowiedzeń z poprzedniego wieczoru. Cisza, która nas dzieliła, wręcz dzwoniła w uszach. Każdy dźwięk, stuknięcie kubka o blat, skrobanie widelca, nasz własny, kontrolowany oddech, wydawał się nienaturalnie głośny. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje obcych ludzi, którzy zostali zmuszeni do zawieszenia broni, ale wciąż trzymają ręce blisko rękojeści miecza.

Sophia przełknęła łyk mocnej kawy, skrzywiła się lekko na jej intensywność, po czym powoli sięgnęła po leżący na blacie telefon, patrząc na mnie z pytaniem w oczach. Odblokowałem go, włączyłem aplikację do tłumaczenia i podałem go jej. Moje serce przyspieszyło, gdy jej palce zaczęły miarowo stukać w ekran.

Po chwili sztuczny głos przerwał tę napiętą ciszę:

„Dziękuję za śniadanie. Jest pyszne. Przepraszam za to, co powiedziałam wczoraj. Byłam... zmęczona.”

Słowo „zazdrosna” nie padło, ale oboje wiedzieliśmy, o co chodziło. Popatrzyłem na nią, starając się wyczytać cokolwiek z jej zaciętej miny. Wziąłem swój telefon, wbiłem krótkie zdanie w translator i odtworzyłem je, nie spuszczając z niej oczu:

„Nie musisz przepraszać. Rozumiem twój strach. Ale nie kłamałem wczoraj, Sophia. Pamiętaj o tym.”

Jej wzrok natychmiast uciekł w bok, a na policzkach znowu pojawił się ten nerwowy, dumnie tłumiony rumieniec. Zacisnęła usta, chowając dłonie w za długich rękawach bluzy. Mur znowu uniósł się o kolejny metr, a chłód, mimo gorącej kawy i świeżego śniadania, wrócił do kuchni ze zdwojoną siłą.

Wiedziałem, że ta wymiana zdań niczego nie naprawiła. Przeciwnie, tylko przypomniała nam o niewygodnej prawdzie, którą oboje próbowaliśmy przetrawić.

Reszta śniadania upłynęła w niemal absolutnym milczeniu. Sophia jadła powoli, jakby celebrowała każdy kęs, jednocześnie odliczając sekundy do momentu, w którym będzie mogła legalnie wstać od blatu. Ja też nie naciskałem. Moja kwestia padła, translator zrobił swoje, a rzucona piłeczka leżała teraz po jej stronie. Nie zamierzałem jej zmuszać do odbicia.

Gdy na talerzyku została tylko plama po soku z mango, Sophia odstawiła pusty kubek. Przez moment patrzyła na ceramiczne ucho, po czym wstała, zbierając naczynia.

Zrobiłem szybki ruch ręką, zatrzymując ją w pół kroku. Nie dotknąłem jej, bo pamiętałem, jak spięta była wczoraj. Po prostu wskazałem na zlew.

– Deixe – powiedziałem cicho, szybko się poprawiając. – Zostaw.

Spojrzała na mnie z ukosa, spod tego swojego ręcznikowego turbanu, który zdążył się już lekko zsunąć, uwalniając kilka wilgotnych, blond pasm. W jej oczach znowu mignęła ta znajoma, dumna hardość, zmieszana z bezsilnością. Nie lubiła być zależna. Nie lubiła, żebym robił wokół niej cokolwiek, bo to stawiało ją w pozycji dłużnika. A długi wobec obcych ludzi, zwłaszcza w jej sytuacji, były niebezpieczne.

Ostatecznie puściła ucho kubka. Cofnęła się o krok, krzyżując ramiona na piersi, ukryta w za dużej bluzie, która niemal ją połykała.

– Obrigada – rzuciła pod nosem. To jedno z niewielu słów, które wymawiała bez tego twardego, obcego akcentu.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę pokoju, który jej odstąpiłem. Każdy jej krok na chłodnej podłodze brzmiał jak odliczanie. Pojutrze. Miała stąd znikać pojutrze. Jeszcze nic nie było dograne: bezpieczny transport, ludzie, którzy mieli ją przejąć i wywieźć z tej dzielnicy, a potem zawieść do konsulatu. Dwa dni. Czterdzieści osiem godzin w jednym mieszkaniu z dziewczyną, która patrzyła na mnie jak na wybawiciela i zagrożenie w jednym.

Wstałem, żeby pozmywać. Kiedy odkręciłem wodę, znowu pomyślałem o olheiros na dole. Sytuacja robiła się gęsta. To, że uczyłem dzieciaki z faweli tańczyć, dawało mi immunitet, ale ten immunitet też miał swoje granice. Jeśli dowiedzą się, że dziewczyna, której szukają, śpi trzy metry od mojej kanapy, uczenie tańca nikogo nie uratuje.

Umyłem naczynia zastanawiając się, co mam dalej zrobić. Kogo poproszę o pomoc? Komu mogłem aż tak zaufać, żeby powierzyć mu życie Sophii? I kto zaryzykuje własnym bezpieczeństwem, by uratować gringę? Do głowy przyszła mi tylko jedna osoba, ale nie będzie zbytnio z tego zadowolona.

Wytarłem ręce w ścierkę. Podszedłem do sypialni powoli, żeby nie spłoszyć dziewczyny. Siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami i wpatrywała się tępo w połowicznie zasłonięte okno. Gdy mnie usłyszała, wyprostowała plecy. Stanąłem przy oknie, ostrożnie przez nie wyglądając. Coraz więcej motocykli i rowerów kręciło się wokół mojego domu i ani trochę mi się to nie podobało. Gang stawał się niecierpliwy. Robiło się gorąco, a to nie zwiastowało niczego dobrego. Widząc nastolatka chodzącego po dachu sąsiedniego budynku i uważnie rozglądającego się wokoło, szybko zasunąłem roletę do końca.

Spojrzałem na Sophii. Starała się nie drżeć, ale chyba też zauważyła tego chłopaka i domyśliła się, że to nie był zwykły dzieciak. Wziąłem do ręki telefon, wbiłem krótką wiadomość i podałem jej ekran:

„Musimy pilnować, żeby nie było cię widać przez rolety. Nie wolno ci się zbliżać do okien, a wieczorem, gdy nie będzie mnie w mieszkaniu tak jak wczoraj, musisz niestety dalej siedzieć w ciemności. W południe mam zajęcia z moją grupą. Postaram się zwerbować kogoś, kto pomoże ci się dostać do konsulatu.”

Przeczytała. Zauważyłem, jak jej ramiona znowu się lekko napięły. Siedziała tu ciągle zestresowana, ale chwilowo nie panikowała. Patrzyła na mnie, pewnie zastanawiając się, co dalej. Moja obecność, choć kłopotliwa i podszyta wczorajszą kłótnią, była teraz jej jedyną kotwicą.

Zabrała telefon i szybko wystukała odpowiedź:

„Co będziemy robić przez cały dzień? Tutaj... nie ma nic.”

Rozejrzałem się po moim spartańskim mieszkaniu. Miałem rację, telewizor odbierał losowe kanały, nie miałem konsoli ani stosu książek po angielsku. Stary laptop ledwo działał, a internet z karty SIM rwał się przy każdej chmurze. Nie potrzebowałem nigdy tego zmieniać, bo i tak rzadko z tego korzystałem. Moje życie toczyło się na ulicy, w salach treningowych, wśród ludzi. To mieszkanie było tylko sypialnią.

Wziąłem telefon i odpisałem:

„Musimy zabić czas. I musimy przestać rozmawiać przez ten telefon, bo oszalejemy. Nauczę cię paru słów po portugalsku. A ty nauczysz mnie czegoś w swoim języku. Zgoda?”

Sophia spojrzała na ekran, potem na mnie. Po raz pierwszy od wczorajszego wieczoru na jej zmęczonej twarzy pojawił się cień czegoś, co przypominało blady, lekko ironiczny uśmiech. Skinęła głową. Mur między nami wcale nie zniknął, ale właśnie zrobiliśmy w nim pierwszą, małą szczelinę.

 

20 Olheiros – w kontekście brazylijskiego gangu to zwiadowcy, obserwatorzy, ich zadaniem jest obserwowanie działań policji i innych grup oraz ostrzeganie swoich wspólników i przekazywanie im meldunków.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania