Płonące Królestwo, rozdział 13, "Orędzie królewskie"
Tymczasem przed Urzędem...
- Kłaniam się nisko, waszmości Oberżyście. - Vani ukłonił się teatralnie. Raddziej i Cecyl podążyli za przykładem.
- Vani! Do licha! Kogo me oczy widzą.
Kogoście dzisiaj okantowali, co? Chark. - zawołał tęgim głosem Gruby Glossev, podstarzały właściciel lokalnego zajazdu Pod Zawianym Kucem.
Kuśtykał do nich niespiesznie, podpierając się laską.
- Waści zawsze się dowcip trzyma. Nigdy nie popuści.
- A bo to mało razy mnie żeście oskubać próbowali? Hehe. - Pogładził się po opasłym brzuchu - jak zwykle, kiedy wspominał coś, w jego odczuciu, zabawnego. - Nadal mam niesmak, jak sobie przypomnę, jak kezwiński słód mi wcisnęliście.
- Promocyjny był... - Bronił się Vani zawstydzony.
- "Promocyjny był"! - Przedrzeźniał go Glossev. - Dobre sobie! Co z tego, że tańszy, jak słodki jak pierun!
Kto to widział, żeby piwo słodkie było?! - Zakasłał potężnie. -
Piwo ma mieć goryczkie i moc. Co by człek wiedział, że jest coś nawet bardziej gorzkiego niż jego nędzny żywot.
Ale! Było minęło. I na to znaleźli się chętni. - Wysapał. Kropelki potu wystąpiły mu na czoło. Otarł je rękawem. -
Gadajże, co tu kombinujecie znowu.
Zdaje się, żem widział was dopiero z tym, no, jak on miał? Ten dziwak z niewieścim szalikiem. Chark.
- Pan Żabò - zaskrzeczał Cecyl.
- Właśnie! Żabò! Mmm... - Memłał jego imię w ustach, jakby zastanawiał się nad jego smakiem. - Takie imię nie przystoi porządnemu mężczyźnie. Brzmi z obca, nieswojo. Ale pasuje do tego tłuściocha, co? Hehehe. - Zarechotał nieapetycznie.
"I kto to mówi, zadufana beko smalcu", skwitował w myślach Raddziej.
- A jaka Sprawa wiedzie waści do Urzędu? Możemy pomóc - Vani uśmiechnął się szeroko.
- Zakryjże usta. Słońce odbija się. od tych szczerozłotych perełek.
Vani posłusznie zasłonił zęby ręką. Raddziej przypatrywał się tej rozmowie z boku. Cecyl kiwał się lekko na piętach.
- Jeśli już musicie wiedzieć, mam spotkanie biznesowe. Chcę uzyskać koncesję na cydr. - Wyrzęził z trudem.
Upał dawał mu się coraz bardziej we znaki.
- Turyści z Ydenni coraz częściej o to pytają. Alkohol z jabłek robić! Mają pomysły, nie powiem.
Jakby mnie kto pytał, to kwaśne to i słabe. Hehe. Uff...
Ledwie żem miód zdążył w lokalu wprowadzić, a kolejne nowum przyłazi z Południa. Ale biznes...
- ...Jest biznes - Dokończył Vani.
- No, widzę, że czegoś się w końcu żeś nauczył. Nie masz jednak co mi nadskakiwać, mój chłopcze
- Dodał sucho. - Zipiurr ma u mnie dług wdzięczności. Wpuści mnie bez kolejki.
Raddziej, korzystając z okazji, wyciągnął swój notes i szybko go przewertował. Zatrzymał się przy jednym haśle.
- Chodzi o panią Cydent Dekkà, Wyższego Maga ds. Decyzji Administracyjnych Okołoalkoholowych? - Upewnił się.
- Zgadza się. Dzban piwa dla szanownego gościa! - Zawołał jowialnie i poklepał Raddzieja po plecach. - Ale nie trudź się.
Uff, strasznie dzisiaj gorąco...
Znam jej męża. Zostawił małą fortunę przy moim barze. Hehehe.
Jego brzuch otrzymał kolejną porcję głaskania. Zazdrosne gardło, z kolei, wydało kolejny astmatyczny charkot.
Wcisnął następnie swoje wielkie paluchy w ciasną kieszeń kamizelki. Szelki zatrzeszczały żałośnie. Wyszperał z niej srebrny zegarek na łańcuszku.
Pomachał nim, niby niechcący, Vaniemu przed twarzą i zacmokał.
- Ojojoj, czas na mnie! Koncesja sama się nie nada. A może i nada? Hehe. - Stuknął Raddzieja łokciem poufale (bo biedny Vani, choć stał najbliżej, dostałby nim prosto w nos)
Raddziej wzdrygnął się z niesmakiem.
- Bądźcie grzeczni. Bo inaczej będę musiał szepnąć słówko do Naczelnika.
- Pogroził im tłustym palcem, jednocześnie puszczając oko.
- No! Interes sam się nie załatwi.
Gdzie ta moja laska, hmm? - Udał, że nie zauważył jej w drugiej dłoni.
Vani patrzył oniemiały.
Raddziej przewrócił oczami.
Cecyl nudził się niezmiernie.
Glossev rozejrzał się teatralnie i złapał za szelki. Laska zadzwoniła o karafkę schowaną w wewnętrznej kieszeni kamizelki.
- Ojej, cały czas tutaj była! No kto by pomyślał! - Vani nie odrywał od niego wzroku. Było to niczym spektakl.
Każdy gest, każdy ruch, każde słowo Glosseva było dla Vaniego jak objawienie. Jak niespełnione marzenie. Jak coś, czym chciałby się stać, ale nie mógł.
- Myślę, że domyślacie się, mości panowie, czym zaskarbię sobie względy pani Dekkà. A docelowo jej męża. Hehehe. - Przełożył laskę do drugiej ręki i oddalił się utykając do chłodnego lobby.
Vani odprowadził go spojrzeniem zadurzonego fana.
Raddziej czuł się zażenowany.
Cecyl nie czuł nic.
***
- Niech mnie kule biją! Czy to nie Żabò?
Witaj, mój chłopcze! - Stukot laski Glosseva potoczył się echem po korytarzu. Wtórowało mu głośne sapanie.
Odwrócili głowy w jego stronę.
- W-wuj G-glossev? - Wyjąkał osłupiały Żabò.
- "Wuj"? - Zdziwił się Anxawrix. Niemożliwe.
Chyba musi częściej myć uszy.
Twarz Glosseva momentalnie stężała w wyrazie "Miałeś się tak do mnie nie zwracać publicznie". Łypnął groźnie.
- P-pan Glossev, oczywiście. Nie poznałem pana z daleka. - Okrył się szczelniej szalem, jakby chciał ukryć swoje zakłopotanie.
Anxawrix przypatrywał się bacznie obojgu. Był prawie pewien, że usłyszał "wuj".
Wszechświat nie był skory do rozwiania jego wątpliwości.
- Ciebie też kojarzę. Regularnie odwiedzasz mój skromny lokalik. Jak cię wołali?
- Anxawrix, proszę pana.
- Ach, faktycznie... Czekaj, czekaj. To nie ty żeś brał tydzień temu piwo na zeszyt?
- Ależ skąd! - oburzył się sztucznie.
Tak naprawdę była to półprawda. Brał na zeszyt przedwczoraj.
- Dobra, dobra. Bujać to my, ale nie nas. Hehe.
Co was tu sprowadza, łapserdaki?
- Czekamy na audiencję u pana zä Dzatsch - Żabò spróbował wyjaśnić zwięźle.
Wstydził się swoich powiązań rodzinnych z Oberżystą. Zresztą tak samo jak Glossev niego. Obydwaj uważali tego drugiego za czarną owcę rodziny.
- Do starego Tviera? Powołajcie się na mnie!
Oj, żebyście wiedzieli, ile razy musiałem opłacać taczkowych, żeby go bezpiecznie odstawili do domu. - Pogłaskał się po brzuchu.
- Ale czego się nie robi dla wybitnego klienta! Co jak co, ale chłop lubi golnąć. Hehe.
Nie, żebym miał mu to za złe - Zamrugał do nich poufale.
- "Najlepsze piwo w tym hrabstwie", tak wieść niesie.
A Wyżyniaki znają się na piwie, jak mało kto!
Twarz Żabò przybrała odcień głębokiego szkarłatu. Ze wszystkich osób, które zaoferowały im pomoc, musiał to być akurat wuj Glossev!
Ach, dlaczego odmówił tego pakietu premium... Przecież na pewno pan Vani miał dobre intencje.
Anxawrix był rozdarty. Z jednej strony był wielce zainteresowany barowymi opowieściami Oberżysty - lubił ich słuchać, siedząc po nocach przy kontuarze. Podziwiał go też skrycie za liczne koneksje.
Z drugiej, jakaś część jaźni podpowiadała mu, że było tu coś na rzeczy. A "gra" Glosseva jakoś się z tym łączyła.
Postanowił zagrać.
- A panowie to skąd się w ogóle znacie?
Żabò to może z raz widziałem w oberży. Poszedł zresztą wtedy na zaplecze... - Wytężył pamięć. Coraz bardziej to wszystko było podejrzane.
Żabò omotał się szalikiem do tego stopnia, że widać mu było tylko oczy i nos. Spod gęstego splotu materiału wydobyło się jedynie nerwowe "chrum".
Glossev wydawał się niewzruszony. Machnął ręką zamaszyście.
- A bo to mało okazji jest, żeby kogoś poznać? Znamy się prywatnie z jego matką, Ażallią. Robi najlepsze pierogi z agrestem w okolicy. Wiem, co mówię! Hehe.
- Była to akurat prawda.
Ażallia była bratową Glosseva i faktycznie robiła najlepsze pierogi z agrestem w okolicy. Może też dlatego, że nikt inny nie robił.
Anxawrixowi zrobiło się trochę głupio, że nigdy nie spytał swojego sąsiada o rodzinę.
Ale nie uśpiło to jego czujności.
Trzeba uderzyć u źródła.
- Żabò, co robiłeś wtedy w oberży?
- Zanim szalikowa mumia zdążyła odpowiedzieć, Glossev podjął żartobliwym tonem:
- Mój chłopcze, dżentelmeni nie rozmawiają o interesach. Przynajmniej nie przed pierwszym kuflem, co nie? Hehehe.
Stuknął Anxawrixa łokciem w bok trochę mocniej niż powinien.
Ukradkiem, palcami drugiej ręki, poskubał pospiesznie swój wąs, biały i sumiasty.
Nie umknęło to uwadze Anxawrixa.
"Zaraz zaraz... przecież tak robi Ż-..."
- Pan zä Dzatsch! - Zawołał Żabò zduszonym przez szalik głosem.
Nagłe pojawienie się Wyższego Maga na korytarzu uratowało dwójkę krewniaków od kolejnych niewygodnych pytań.
Sam pan zä Dzatsch zdawał się próbować dyskretnie umknąć, co mogło być problematyczne przy jego bardzo wysokim wzroście.
Przywodził na myśl skrzyżowanie sępa z wyjątkowo długą tyczką.
Miał też na sobie szatę w kolorze podejrzanie bliskim odcieniu boazerii i taki sam kapelusz.
Duma nie pozwalała mu jednak udawać, że nie usłyszał swojego nazwiska. Odwrócił się powoli, patrząc ponad głowy pozostałych i rzucił w eter:
- Ktosz mnie vołał? Barhdzo sze spiesze.
- Bardzo przepraszamy, że opóźniamy pana wyjście. Potrzebujemy tylko podstemplowania aktów nadania.
- To będzie musziało zaczekacz. Musze iszcz. Natychmiast.
- Naprawdę nie może pan poczekać parę minut? Mamy nawet precle! - Włączył się Anxawrix. Nie chciał dać za wygraną.
Na wspomnienie o preclach zaburczało zä Dzatsch'owi w brzuchu.
Mmm, świeże, cieplutkie, posypane sezamem... Najlepiej podane z kuflem zimnego piwka... przy akompaniamencie krumhornu...
Ciekawość w końcu wzięła górę i zaryzykował małym rzutem oka.
Ten bezczelny petent faktycznie trzymał w ręku precla. W dodatku z sezamem. Ale sama buła to za mało. A akurat mu się sumak do herbaty skończył...
Zaraz, a kto tam stoi z tyłu oparty o ścianę?
- Glossev? A tso ty tu rhobisz?
- A wybieram się do Cydent po koncesję na cydr. Znasz ją?
- Ovszem. To nie to piętrho. Pani Dekkà przyjmuje wyżej.
- Wiem, wiem. Zagadałem się z tymi dwoma.
- Znaczie sze?
- Oczywiście. To moi dobrzy klienci. Zresztą tak jak i ty. Hehe.
Bądź więc tak miły i znajdźże parę minut dla chłopaków. Na bank oprócz precli przenieśli ci też sumak do herbaty. Dobrze mówię?
- Zgadza się. Pierwszej świeżości - Żabò wypiął dumnie pierś.
- Wyborhnie. Zaprhaszam więc panóv do gabinetu. - Otworzył szybko drzwi i pchnął ich energicznie do środka.
- To ja lecę dalej. A was widzę dzisiaj obowiązkowo na piwku. Albo i na dwóch. Hehehe. - Oddalił się postukując laską.
Zä Dzatsch rzucił jeszcze przelotne spojrzenie na korytarz i zamknął drzwi za sobą.
***
"Prawie się zdradziłem. Muszę być ostrożniejszy. Bardziej nad sobą panować", podsumował Danny.
"Jeszcze by pomyślał, że..."
- Co tam znowu obmyślasz tak zawzięcie? Miałeś mi doradzić, jaki kolor szat wybrać na orędzie.
- Najjaśniejszy, że tak ośmielę się zapytać, dlaczego Wasza Wysokość nie zapyta o to królewskich szambelanów?
- Jeszcze czego! Ostatnio tylko fuksja im w głowie. Fuksja i fuksja! Ja nie wiem, skąd oni to biorą. Z brukowców chyba.
- Ach, no tak! Wszystko teraz jasne, Panie!
A dziwiłem się, jak hrabia Tvvor
podrzucił mi Kronikę Gwiazd i polecił zapoznać się z ostatnim felietonem. Z pewnością chciał, żebym przekonał Waszą Wysokość do tej ohydnej fuksji.
- Tak naprawdę hrabia próbował tylko wykpić styl ubioru samego Danny'ego, ale każda okazja do małej manipulacji i wbicia szpilki w wizerunek Tvvora Niyscha była dobra.
Zdziwienie i odpowiednio dawkowane oburzenie zdały egzamin - Król nic nie podejrzewał.
- Kronika Gwiazd? To jakiś magazyn dla pospólstwa? I czytają to szambelanowie?
- W rzeczy samej, Najjaśniejszy. Obawiam się, że tak.
Zresztą nie tylko oni. Panny dworskie też się zaczytują w tych... gazetach - Dodał z obrzydzeniem. -
- Co ty powiesz...
Król wydawał się szczerze poruszony. Nic go tak nie przerażało jak brak wiedzy o tym, co się dzieje w kuluarach dworu.
Zatroskany oparł się ciężko o ościeżnicę drzwi balkonowych i zdawał się maleć w oczach.
Danny odczekał jeszcze chwilę i zdjął z wieszaka burgundowy płaszcz, bogato zdobiony złotymi wyszyciami i zwieńczony futrem z gronostaja.
Nałożył go delikatnie na ramiona Króla, który spojrzał na niego i momentalnie wrócił do typowego dla siebie wzburzenia:
- Przecież to płaszcz balowy!
- Słuszne spostrzeżenie, Wasza Wysokość. - Odpowiedział spokojnie. Zaczął czesać futro specjalnym grzebieniem i dodał:
Musimy ich onieśmielić, zaskarbić sobie ich nieugiętą przychylność. A wysłannikowi pokazać, że króla nie obchodzą konwenanse.
Vurtessmon zastanowił się. Zawsze stosował się do etykiety dworskiej.
Z drugiej strony ile to razy miał ochotę wyrzucić w diabły te zimne pozłacane sztućce, których obsługę wpojono mu jak tylko zaczął chodzić, i złapać golonkę w garść, jak wszyscy inni.
Albo chociaż podstawić nogę gwardziście.
Dość tego! Najwyższy czas postawić się erenowi i udowodnić, że nie jest kolejnym miernotą w nędznej linii Arddienów.
Pokazać, że jest Królem!
Że jest... Vurtessmonem.
Danny dostrzegł błysk w jego oku i zdał sobie sprawę, że osiągnął swój cel.
- Korona, Danny - rzekł władczo.
Doradca posłusznie nałożył mu ją na skronie i skłonił się dostojnie.
Tymczasem przed królewskim balkonem, zwanym Loggią Dobrego Słowa, zgromadziła się pokaźna gromada wiern... pardon, poddanych.
Towarzyszyli im liczni, Szczodrze Opłacani przez władzę Sztucznotłumowcy, kilkoro konsulów, paru możnowładców, może z dwóch żurnalistów i oczywiście jedyny w swoim rodzaju Wysłannik Ereński.
Pojawienie się Króla na balkonie spotkało się z głośną aprobatą zgromadzonych.
Vurtessmon oparł się pewnie o balustradę i napawał widokiem swojego ludu.
Zapadła cisza.
Wziął głęboki wdech i zawołał:
- Moi poddani! Moi dumni synowie i córki Pedizgwickiej ziemi!
- Głos, który wydobył się z królewskiego gardła nie przypominał standardowego tonu Vurtessmona.
Był w nim pradawny ogień przodków, moc i... tak, duma! Z gatunku tych pozbawionych pychy.
- Nadszedł nasz czas. Czas, by usłyszał o nas świat!
Czas... Peddiezgiew!
Publika, przyzwyczajona do suchych sprawozdań ekonomicznych lub co bardziej histerycznych ataków na dygnitarzy, słuchała w skupieniu słów płynących z balkonu.
Nikt się nie odezwał. Żadnego aplauzu, ni szyderczych chichotów.
Król ciągnął dalej. Z każdym kolejnym zdaniem przekaz stawał się coraz mniej precyzyjny, tembr coraz tęższy, a widz coraz bardziej oniemiały.
- Ale popłynął w tym roku, co nie? - Zagadał Wysłannik do znajomego konsula.
Ten jednak ani drgnął.
Dotychczas zawsze razem potakiwali ironicznie na każdą "rewelację" króla - trochę celowo, a trochę dostrajając się do rytmu królewskich klakierów (zresztą tych samych, którzy pełnili rolę Szczodrze Opłacanych Sztucznotłumowców).
Dostojnik ereński rozejrzał się po placu i zlustrował twarze zgromadzonych. Wszyscy pozostali zastygli w wyrazie niemego podziwu. Powszechne otumanienie.
Vurtessmon perorował zawzięcie, zdawałoby się, że również natchniony potęgą swojego głosu.
Poszczególne słowa nie miały właściwie znaczenia.
Ciężko ocenić, na ile lud w ogóle pojmował orędzia króla.
Rozumiał jednak wewnętrzny ból, poczucie niesprawiedliwości i gniew.
Dzisiaj, być może pierwszy raz, utożsamiał się z władcą.
Dzisiaj, jak nigdy dotąd, Vurtessmon miał poczucie, że może dorównać legendzie Peddiego.
Że ma cel.
To uczucie miało go już nigdy nie opuścić.
Post scriptum auctoris
Na przestrzeni lat popularność królewskich orędzi, w szczególności tych drugiego, histerycznego typu, stale rosła, a publiczność zaczęła nawet zapisywać sobie daty następnych "widowisk"w kalendarzu.
Fakt ten wykorzystał okoliczny handlarz obwoźny, który zwietrzył interes w regularnych spędach żądnej rozrywki gawiedzi.
Najpierw postanowił wzbogacić się na małych stołkach sprzedawanych na skraju placu, ale drzazgi i łupanie w krzyżu szybko wybiły mu ten pomysł z głowy.
Potem uznał, że trzeba wyjść frontem do klienta i zaczął wciskać ludziom prażony słonecznik w chusteczkach. To był strzał w dziesiątkę.
Wkrótce słonecznik, dostępny w trzech rozmiarach, stał się stałym punktem programu. Zmyślny handlarz pokusił się nawet o wprowadzenie systemu lojalnościowego.
Los jednak, w szczególności dla drobnych przedsiębiorców, bywa okrutny.
W końcu ludzie zorientowali się, że sami mogą przyjść z prowiantem i przestali kupować.
Handlarza zaś wychłostano.
Co prawda za nielegalną wycinkę lasu, ale zawsze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania