Sklep rzeczy utraconych - rozdział 7
Nazwę Północnej Kompanii Przewozowej znalazła w miejskiej księdze adresowej. Obok widniały dawny adres siedziby oraz nazwisko właściciela.
Kael Vorn.
Zapisała obie informacje w notesie.
Port znajdował się na południu miasta, tam, gdzie ulice stawały się szersze i bardziej zatłoczone, a powietrze pachniało solą, mokrym drewnem i smołą.
Budynek był większy niż się spodziewała. Trzy piętra z czerwonej cegły, wąskie okna i masywne drewniane wrota z kutymi okuciami. Eveline zatrzymała się i zmrużyła oczy. Na fasadzie pozostał nikły ślad po dawnym szyldzie.
Północna K...
Reszta była nieczytelna.
Wrota były zamknięte, ale przy bocznym wejściu stała otwarta furtka. Za furtką znajdował się wąski dziedziniec. Pod ścianą stały beczki, kilka skrzynek i stary wózek z połamanym kołem. W rogu siedział mężczyzna w roboczym ubraniu i łatał but. Na widok Eveline podniósł głowę.
— Czego? — mruknął.
— Szukam kogoś, kto pamięta Północną Kompanię Przewozową.
Mężczyzna spojrzał na nią spode łba.
— Nie ma jej tu od lat.
— Wiem. Szukam kogoś, kto pracował tutaj osiemnaście lat temu.
— Nie znam nikogo — odpowiedział, przeciągając nić przez skórę.
Eveline zerknęła na budynek.
— A kto teraz korzysta z budynku?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Magazynierzy, rzemieślnicy. Kto akurat wynajmie to miejsce.
— Dziękuje.
Odwróciła się i wyszła przez furtkę.
Przy nabrzeżu praca dobiegała końca. Tragarze znosili z barki ostatnie skrzynie, z drugiej strony kanału dochodziły nawoływania, a przy cumownicy mewy szarpały się o resztki.
Eveline rozejrzała się, szukając kogoś, kto mógłby pamiętać dawne czasy. Nieco dalej, oparty o ścianę jednego z magazynów, stał starszy mężczyzna w wyblakłej kurtce. Palił fajkę i bez większego zainteresowania obserwował wodę.
Ruszyła w jego stronę.
— Przepraszam.
Mężczyzna spojrzał na nią bez większego zainteresowania.
— Szukam kogoś, kto pamięta Północną Kompanię Przewozową.
Mężczyzna zaciągnął się fajką.
— A po co to pani?
Eveline zawahała się.
— Pracował tam mój wuj.
Kłamstwo przyszło zaskakująco łatwo.
— Tamas Maret.
Mężczyzna zaciągnął się.
— Maret — powtórzył po chwili.
— Znał go pan?
— Troche. Porządny człowiek. Cichy.
Brzmiało niemal dokładnie tak, jak opisywała go piekarka.
— Wie pan, dlaczego Kompania przestała działać?
— Firmy zamykają się z różnych powodów.
— Zbankrutowała?
— Nie.
Mewy krążyły nad kanałem, przekrzykując się nad wodą.
— Skoro Kompania nie zbankrutowała, dlaczego ją zamknięto?
— Właściciel tak zdecydował.
— Kael Vorn?
Mężczyzna wyjął fajkę z ust i przyjrzał jej się uważniej.
— Skąd pani ma to nazwisko?
— Z miejskiej księgi adresowej.
Nie wyglądał na uspokojonego.
— Mieszka jeszcze w mieście? — dopytywała.
— Nie wiem.
— Mój wuj... — zaczęła ostrożnie. — Czym zajmował się w Kompanii?
— Woził ładunki.
— Jakie?
Mężczyzna wzruszył ramieniem.
— Różne.
— Zwykłe zlecenia?
Tym razem zawahał się przed odpowiedzią. Wyjął fajkę z ust i strzepnął popiół na bruk.
— Nie zawsze.
Eveline zmarszczyła lekko brwi.
— To znaczy?
Przesunął fajkę między palcami.
— Czasem Vorn dawał mu prywatne zlecenia.
— Jakie?
— A bo ja wiem.
— Moja ciotka mówiła, że przywoził różne rzeczy. Kamienie. Stare przedmioty. Monety. Jedna z nich pochodzila z Archen.
Mężczyzna znów przyjrzał jej się uważnie.
— Dużo pani wie, jak na kogoś, kto tylko szuka informacji o wuju.
Wsunął fajkę z powrotem między zęby.
— Powinna pani wracać do domu.
— To ma związek z Vornem?
Nie odpowiedział.
— Z Archen?
Spojrzał na nią krótko.
— Proszę tu więcej nie przychodzić.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi prowadzących do magazynu. Eveline poszła za nim.
— Dokąd Vorn wysyłał Mareta?
— Powiedziałem, żeby wracała pani do domu.
— Na północ?
Przez moment milczał.
— Północ to duży kawał świata.
— Ale tam go wysyłał.
Mężczyzna obejrzał się przez ramię.
— Niech pani przestanie zadawać pytania, panno...
Urwał.
— Nieważne. Niech pani po prostu stąd idzie.
Odwrócił się, wszedł do magazynu i zamknął za sobą drzwi.
Eveline została sama. Przez chwilę patrzyła na zamknięte drzwi, po czym wyjęła notes z torby. Pod nazwiskiem Vorna dopisała: „Maret — prywatne zlecenia Vorna. Północ. Archen".
Kiedy ruszyła z powrotem, poczuła na sobie czyjś wzrok. Nie było w tym nic konkretnego. Żadnych kroków za plecami. Żadnego zielonego płaszcza odbitego w witrynie. Tylko nieprzyjemne wrażenie między łopatkami. Eveline obejrzała się. Za nią przechodziło dwóch tragarzy. Kobieta z koszem ryb kłóciła się z młodym chłopakiem, a przy beczkach siedział bezpański pies.
Nikt nie zwracał na nią uwagi. Ruszyła dalej. Po kilkunastu krokach spojrzała na odbicie w oknie magazynu. Nic. Minęła kolejny magazyn. Nad nabrzeżem pracował duży drewniany żuraw. Gruba lina prowadziła od jego ramienia do siatki wypełnionej skrzyniami. Dwóch robotników krzyczało do siebie z przeciwległych stron placu. Eveline zeszła z drogi, ustępując nadjeżdżającemu powozowi, gdy nagle usłyszała trzask. Krótki i suchy.
— Eveline!
Od strony żurawia dobiegły krzyki. Podniosła głowę. Nie zdążyła zrozumieć, co widzi, gdy ktoś złapał ją za ramię i szarpnął do tyłu. Zaskoczona straciła równowagę. Plecy uderzyły o czyjąś pierś. Sekundę później skrzynie runęły na bruk. Jedna z nich roztrzaskała się dokładnie tam, gdzie przed chwilą stała.
Znała ten głos. Odwróciła głowę. Vaelen. Jedną ręką obejmował ją w pasie, drugą trzymał jej ramię.
— Co pan...
— Później.
Puścił ją i spojrzał w górę. Eveline zrobiła to samo. Ramię żurawia kołysało się lekko nad ich głowami. Luźny koniec liny zwisał kilka metrów nad ziemią. Na galerii przy magazynie ktoś się poruszył. Eveline rozpoznała zielony płaszcz.
— Tam! — Krzyknęła, wskazując na galerie.
Vaelen natychmiast ruszył w jego stronę. Pobiegła za nim. Minęli stos skrzyń i wbiegli między dwa magazyny. Wąskie przejście kończyło się drewnianymi schodami prowadzącymi na galerie. Vaelen wszedł na nie bez zawahania. Eveline zatrzymała się na dole.
— Skąd pan wiedział, że tutaj są schody?
Vaelen obejrzał się przez ramię.
— Teraz naprawdę chce pani o tym rozmawiać?
Eveline zacisnęła usta i ruszyła za nim, lecz kiedy weszli na górę, nie było już nikogo. Na końcu znajdowały się ciężkie drzwi prowadzące do wnętrza budynku. Vaelen podbiegł do nich i nacisnął klamkę. Za progiem ciągnął się ciemny korytarz.
— Te magazyny są ze sobą połączone. Mógł wyjść kilka budynków dalej.
— Czyli go zgubiliśmy.
— Najprawdopodobniej.
Eveline spojrzała w ciemny korytarz.
— To był on.
— Wiem — powiedział Vaelen, cofając się od drzwi. — Tutaj go już nie znajdziemy.
— Chciał mnie zabić?
— Być może.
— „Być może"?
— Gdyby chciał mieć pewność, mógłby wybrać lepszy moment.
Vaelen zamknął drzwi i ruszył z powrotem wzdłuż galerii. Zeszli na plac. Na dole, wokół roztrzaskanych skrzyń, zebrało się już kilkanaście osób. Ktoś krzyczał w stronę żurawia, ktoś inny szukał obsługi.
— Co pan tutaj robi?
— O to samo mógłbym zapytać panią.
— Ja zapytałam pierwsza.
Westchnął.
— Miałem coś do załatwienia.
Eveline przyjrzała mu się uważnie.
— Tutaj?
— W okolicy.
— I przypadkiem znalazł się pan dokładnie za mną w odpowiednim momencie?
— Wyjątkowo szczęśliwy zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Eveline patrzyła na niego przez chwilę.
— Śledził mnie pan?
— Nie.
— Wiedział pan, że tu jestem?
Tym razem zawahał się.
— Podejrzewałem.
— Skąd pan wiedział, gdzie mnie znaleźć?
Vaelen spojrzał gdzieś ponad jej ramieniem.
— Od kilku dni zachowuje się pani dość osobliwie.
— To nie odpowiada na pytanie.
— Rzadko odpowiadam na pytania, których nie lubię.
— Północna Kompania Przewozowa. Słyszał pan o niej?
— Słyszałem nazwę.
— A o Kaelu Vornie?
Vaelen znieruchomiał na ułamek sekundy.
— Co pani o nim wie?
— Niewiele. Jedynie że był właścicielem kompanii.
— Tylko tyle?
— Na razie.
Kącik ust Vaelena drgnął lekko.
— To słowo brzmi w pani ustach wyjątkowo niepokojąco. Co jeszcze pani znalazła?
— Człowieka, który znał Tamasa Mareta.
Vaelen spoważniał.
— Gdzie?
Eveline wskazała na magazyny.
— Kilka budynków dalej.
Vaelen natychmiast ruszył w ich stronę. Eveline zrównała się z nim.
— Powiedział, że Maret wykonywał dla Vorna prywatne zlecenia.
Vaelen spojrzał na nią.
— Co jeszcze?
— Żebym przestała zadawać pytania i więcej tu nie wracała.
— To dobra rada.
— Wiedziałam, że się panu spodoba.
Vaelen przyspieszył.
— Dokąd pan idzie?
— Porozmawiać z nim.
Złapała go za rękaw, zanim zdążył się oddalić.
— Idę z panem.
Vaelen spojrzał na jej dłoń.
— Proszę zostać tutaj.
— Absolutnie nie.
— Ktoś właśnie próbował zrzucić na panią kilka skrzyń.
— Tym bardziej nie zostanę sama.
Vaelen patrzył na nią przez chwilę, jakby rozważał, czy jeszcze się sprzeczać. W końcu westchnął.
— Proszę więc przynajmniej nie oddalać się ode mnie.
Ruszyli razem w stronę magazynu, do którego wcześniej wszedł starszy mężczyzna. Vaelen zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Zapukał ponownie, po czym nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Ruszył wzdłuż ściany budynku.
— Co pan robi?
— Szukam drugiego wejścia — odpowiedział, znikając za rogiem.
Po drugiej stronie magazynu znajdowały się wąskie drzwi. Vaelen położył dłoń na klamce. Nacisnął ją. Drzwi ustąpiły.
— Proszę trzymać się za mną.
W środku panował półmrok. Światło wpadało jedynie przez wysokie, brudne okna pod sufitem. Magazyn był prawie pusty — pod ścianami stało kilka skrzyń, a na środku leżały zwinięte liny i płachty grubego płótna.
— Halo? — zawołała Eveline.
Echo odpowiedziało z głębi budynku. Vaelen uniósł rękę.
— Ciszej.
Ruszyli dalej. Na końcu magazynu znajdował się niewielki kantorek.
— Jeszcze przed chwilą tu był — powiedział Vaelen, wchodząc do środka.
Kantorek był ciasny. W środku znajdowały się biurko, odsunięte krzesło oraz półka z kilkoma segregatorami. Na podłodze leżała przewrócona filiżanka; herbata rozlała się po deskach.
Vaelen przykucnął przy filiżance i dotknął jej palcami.
— Ciepła.
Eveline podeszła do biurka. Leżały na nim zwykłe rachunki, otwarta gazeta i nóż do papieru.
— Wyszedł w pośpiechu — powiedziała.
— Albo ktoś mu w tym pomógł.
Człowiek w zielonym płaszczu?
— Możliwe.
Gdzieś w głębi magazynu rozległ się trzask.
Oboje odwrócili głowy. Vaelen natychmiast sięgnął pod płaszcz. Eveline dostrzegła ciemne drewno, metal i coś jeszcze. Wyceniała przedmioty od czterech lat, jednak tym razem nie potrafiła powiedzieć, na co patrzy.
— Co to...
Vaelen uciszył ją ruchem dłoni. Przez kilka sekund nic się nie działo. Potem z głębi magazynu dobiegł cichy szelest. Vaelen ruszył pierwszy. Eveline trzymała się tuż za nim.
Na końcu przejścia znajdowały się uchylone drzwi. Za nimi ciągnął się ciemny korytarz — ten sam, do którego wcześniej zajrzeli z galerii.
Coś poruszyło się przy ścianie. Eveline wstrzymała oddech. Spomiędzy skrzyń wybiegł szczur, przemknął przez korytarz i zniknął w ciemności.
— To tylko szczur — powiedziała cicho, wypuszczając powietrze.
Vaelen nie opuścił ręki.
— Szczur nie zamyka drzwi.
Eveline spojrzała pod nogi. Tuż przy progu leżała fajka. Popiół rozsypał się po deskach.
— To jego.
Vaelen spojrzał na fajkę, a potem w ciemność korytarza.
— Chodźmy stąd, panno Vale.
— A on? — zapytała.
— Jeśli odszedł sam, nie chce, żebyśmy go znaleźli. Jeśli nie odszedł sam, ktoś bardzo nie chce, żeby z nami rozmawiał.
Vaelen cofnął się od progu. Eveline jeszcze raz spojrzała na fajkę, ale nie podniosła jej.
Kiedy wyszli na nabrzeże, minęli miejsce, w którym wcześniej roztrzaskały się skrzynie. Ktoś zamiatał już drzazgi. Eveline zwolniła. Poczuła, że jej ręce drżą. Schowała je szybko do kieszeni.
— To nie był przypadek — powiedziała.
Vaelen spojrzał na dachy.
Eveline obserwowała jego profil.
— To ma coś wspólnego z panem?
— Naprawdę pani tak uważa?
— Nie odpowiedział pan.
Kącik jego ust uniósł się odrobinę.
— Gdybym chciał panią zabić, panno Vale, nie chybiłbym.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania