Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bezstratne cz. VI.

VII. FOOTJOB

 

Bieg. Dziki, wręcz obłąkańczy. Ucieczka, w matnię. Jak najdalej od większej matni. Nieokiełznanie, dzikość serca, niczym w piosence T. Love.

Bieg, przez krzaczory. Zapomnienie. Nie pamiętam swoich personaliów, adresu, swoich partnerów, zaparkowanej tuż przed schodami micry, dzieciaków Piotra: Kacpra, Weroniki i Natalii — mojej imienniczki, wszystkich Natalek świata, dla których miałam być macochą, przyszywaną mamusią, ciocią, kochanką ojca: Natalii Avelon, Natalii Przybysz, Siwiec, Kukulskiej, Natalie Cole, Portman…

Wyrwałam się z domu, nie słuchając zapewnień, uspokajanek, że to nic takiego, nie ma się czego bać, poczekaj, rozkręci się, powiruje i zaraz przejdzie, nie mogę powiedzieć nic bliżej, ale naprawdę — nie pochłonie nas, budynków, wsi, pobełta, pokołuje i zanikne, wróci w niebyt, skąd przyszło, wessie się w czarne niebo; no wracaj, kretynko, gdzie lecisz…

W uszach dudni mi akustyczny, najnowszy utwór „grupy” Pochowani na Zboczach Kanczendzongi, dyszkanckie zwrotki wysapywane przez jakiegoś Krzyśka do mikrofoniku. Prawie nucę niesłyszany nigdy przez nikogo „hit” Przewrócone piramidy.

Znów jestem nastolatką słuchąjącą podwórkowego punka, szczerbatych, zionących winem obdartusów w skórach, z pokłutymi rękami.

Natalia, Natalia w Brooklynie, Żuchalinie, Węgrzynie, obejmowana przez pazurzaste łapy czarnych krzaczysk, pantery, kocurzyce, rozdzierana przez noc, lej, halo, zaćmienie i tak zaćmionego Księżyca.

Zamiast, jak normalny człowiek wsiąść do własnego auta i spierniczać gdzie pieprz rośnie, w długą, starać się nie zostać pożartą i przetrawioną przez mgławicę-tornado, dotknięta szokiem i obłędem na raz, nie — obłędem wynikłym z szoku, zapuszczam się w leśne ostępy.

Śmiertelnie przerażona już nie nastolatka, ale dziewczyneczka latek pięć i pół, w porywach — sześć, zapłakana, tak daleko od mamy.

Blond-aniołek, polska Shirley Temple, maleńkie zwierzątko porzucone przez nie mających serca właścicieli na poboczu drogi (suczeczka-nie suczeczka?), jelonek Bambi, którego mamę, rodzeństwo, każdego, z kim był spokrewniony zabił wybuch bomby atomowej (zły grubasek z Korei Północnej planował zrzucić ładunek na Biały Dom, ale jego eksperci pomylili się w obliczeniach — i co zrobić, miało się pecha, tyciusie stworzonko zostało wplątane w Zimną wojnę-bis, konflikt dwóch państw rządzonych przez szaleńców-straceńców).

Mam wrażenie, że biegnie za mną… Fabian. Do tego — z każdą chwilą, krokiem staje się większy, rozrasta się i w przedziwny sposób łączy z gwiezdnym lejem, autonomią, jak enigmatycznie nazwał to-to Piotr (czarodziej? wróżbita? wywoływacz galaktycznych katasrtrof?).

Z nocy spiera się czerń, spod wierzchniej warstwy przebija się biel i rudość szorstkiego futra, mdło-miętowa zieleń kocich ślepi.

Racjonalność zostaje zepchnięta do rowu, potem — między gałęzie, zadeptana łapkami domowego tygrysa. Bestia rasy maine coon, albo i nie, jest coraz bliżej, prawie czuję na plecach jej gorący oddech.

Logika podpowiadałaby, że zostałam otruta, w najlepszym razie — odrzona, kochanek z Piekła rodem podał mi jakieś narokotyczne świństwo, albo wcałował, przekazał poprzez pocałunek, w ślinie. Lub, hi, hi… wlizał we mnie. Wminecił.

Coś u licha musiało sprawić, że widzę (oby!) nieistniejące rzeczy, czuję grozę, ogromny strach, mam bad tripisko, tak wielkie i silne, jakby zawalił mi się na głowę Hotel Ryugyŏng, i to parę razy z rzędu.

Ogłuszająca cisza pustych, nie wykończonych przez ponad trzydzieści lat pokoi, szklane tafle elewacji roztrzaskujące się o łepetynę…

Wrzask spadających z rusztowań przymusowych robotników, jęki więźniów odbywających wyroki dożywocia za pseudowiny swoich dziadków, krew pstrząca ściany cel baraków w obozach pracy (de facto — koncentracyjnych), pot, głód, praca ponad siły przez kilkanaście godzin na dobę, jedzenie szczurów, dreszcze, tak, oblewa mnie zimny pot, przez ciało przechodzą wyładowania, atmos… pioruny, lodowate.

Kaleczę się, jestem kaleczona, wpadłam w krzaki głogu, jeżyn, lub innego paskudztwa, które ma pazury.

I kot, uczucie, że zaraz mnie dopadnie i pożre jakbym była wielką, bezwłosą myszą.

Delirka? Raczej wycieczka na Półwysep Koreański, do złego kraju. Osadzenie w obozie redukacyjnym, za niewinność.

Biegnę, a czuję się cholernie zniewolona, spętana, dostałam karę rozdarcia. Nie mam bladego pojęcia, do kogo apelować o rewizję, powtórne rozpatrzenie spra…

Nad głową zamyka się półokrąg, dwa horyzonty stapiają się w jeden.

Ciężko, zwłaszcza teraz, przedzierając się przez krzewy, może dzikich róż, odgadnąć, skąd wzięła mi się ta przeklęta Korea, czemu połączyłam ją z kotem Piotra, do tego, co już zakrawa na absurd, cyrk cyrków, przerażona fatamorganą, snem na jawie, uciekłam w dzicz, zamiast poobserwować zjawisko, pocieszytć oczy miriadami…

Jedno jest pewne — ta noc to nadzorca. W mundurze, z batem. Żołnierz z rodziny Felidae. Kotowaty jarosz, który właśnie pożarł Lasek Dańcowski.

 

VIII. PION

 

Jałowość, pewna forma nieistnienia. Leżę w rowie, przemielony przez golfiarza i rozmyślam o bzdetach: a to o bezokim lisie, który chodził koło drogi, dopóki nie spotkał się łepetyną ze zderzakiem jakiegoś auta, obnażającym się ojcu Kazika Wojczuka, przywiązaniu do ziemi, które nakazuje chować się po kątach dawnej ojcowizny…

Do głowy przychodzą też, choć niechętnie (jestem z gatunku ludzi, którzy wolą poczytać newsy na Pudelku, Kozaczku, niż książki dajmy na to Feuerbacha) sprawy ważkie, jak nierozmnażalność, moja awersja do seksu.

Przedłużająca się, bo trwająca odkąd tylko zdałem sobie sprawę ze swojej inności, śmierć; kończenie się, świadomość, iż jestem tak diablo pojedyńczy, niepodzielny. Nieprzekazywalny, nie tylko, rzecz jasna, w wymiarze genetycznym.

Całokształt, człowieczyna, który ma (nie?)szczęście być aseksualistą, choć to żaden wstyd, hańba, powód do załamywania się; ten leżący w kołdrze z suchych liści koleś, którym jestem, nigdy nie…

…bla, bla, bla, użalam się z powodu niepotatusiowania żadnemu malcowi, choć z jednej strony — nie chciałem i nie chcę dzieci, niezależnie, jak urocze, słodkie miałyby być, z drugiej… przed oczami stają te wszystkie niespędzone na współnych zabawach chwile, niewypite z synami, albo i córkami piwa, nierozegrane turnieje w Quake’a 16, czy innego Dooma 20 (nie orientuję się, jakie tytuły są teraz w modzie, od zawsze nie znosiłem i nie znoszę gierek komputerowych, konsolowych, komórkowych, gameboyowych, nazywam je, dość pogardliwie i deprecjonująco — właśnie gierkami, nie grami; od dzieciństwa uważałem tę formę spędzania czasu za wyjątkowo odmóżdżającą; grać w gierki, zwłaszcza — strzelanki, to jak jarać się żetonami znajdowanymi w chipsach, kolekcjonować je, wymieniać się karteczkami do segregatorów, czy zbierać inne cholera wie po co potrzebne badziewie, napędzać marketingowo-wyżerającą szare komórki machinę, zaspokajać niby-własne, wymyślone przez macherów-copywriterów, reklamowpychów, potrzeby; żeby nie było — w żadnym razie nie uważam się za intelektualistę, po prostu nie dotyczny mnie ten stopień skretynienia, czy nie lepiej, niech ktoś powie, pooglądać kreskówki, nawet najzwariowańsze; o ile bardziej wartościowe jest to od brandzlowania się tazosami, zbierania pokemonów, czy robienia pif-paf na wyświetlaczu smartfona?).

Co mógłbym przekazać hipotetycznemu dzidziorowi, poza… muzyką? Szarpidructwem?

Chyba tylko jedną, zasadniczą rzecz: by za żadne skarby świata, choćby nie wiem, jak wielką potrzebę czuło, progeniturzę moje kochane, było gniecione od środka przez grafo-wenę, nie pisało niezadanych wypracowań.

Bo, jestem pewien, każda nauczycielka polskiego w mniejszym, lub większym stopniu ma w sobie panią Jadwigę W., odbierze taką samowolkę jako afront, wręcz podważenie jej kompetencji pedagogicznych (prace domowe zachciało się wymyślać łobuzowi?).

Bo wychodzenie przed szereg grozi utratą przednich zębów, okopceniem włosów. Albo zmarnowaniem czasu na bzdety.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi miesiąc temu
    A już myślałam, że naobiecywal i nie napisał. Druga część bardziej moja :-) miłego dnia. Deszcz dziś wbił się dłutem w lepetyne.
  • Florian Konrad miesiąc temu
    dzięki. nie jestem taki, jak obiecam to napiszę :) u mnie (jeszcze) nie pada, ale niebo - stalowoszare...
  • JamCi miesiąc temu
    Florian Konrad a to fajnie, ze nie :-)
  • Florian Konrad miesiąc temu
    pomimo całego bagażu wad, co je dźwigam jakoby wielbłąd na grzbiecie - bywam, podkreślam - bywam - słowny :)
  • JamCi miesiąc temu
    Florian Konrad :-) każdyma wady :-) dobrze, ze nie ta :-)
  • Florian Konrad miesiąc temu
    uparłem się i naprawdę zamierzam skończyć budowę tego tekstu. fundamenty już są :)
  • Wrotycz miesiąc temu
    Fundament to leżenie w rowie, stała, przewidywana perspektywa snucia pierwszoosobowej narracji? (rzecz jasna nie dotyczy bohaterki pogubionej:)
    Ciekawe.
  • Florian Konrad miesiąc temu
    dzięki. oj, wstanie mój bohater, wstanie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania