Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bezstratne cz. XV.

— Nad Białym go dorwali. Straż miejska. Czaił się w krzaczorach i wyskakiwał na dzieci… — objaśnia poważniak tonem co najmniej Michała Fajbusiewicza. Jakby prowadził program kryminalny, opisywał występki świeżo pojmanego gwałciciela. Proszę państwa — orto miś. Miś był bardzo niegrzeczny dziś.

— Godlewski aż oczy wytrzeszczył, kogo mu przywieźli. Jakiego mutanta. Ty wiesz, co ta kurwa ma? Priapium, jak samce niektórych gatunków ryb. Taki narząd kopulacyjny głowowy. Służy do przytrzymywania samicy podczas krycia. A ten — o — nie dość, że zdeformowany, to jeszcze pedał… Może im wszystkim takie powyrastają? Albo genital-priapia, rączki z fajfusów…

— Nie-sa-mo-wi-teeee… Boże, gdzież się taki uchował? Nikt go wcześniej nie zauważył? Na ulicy, w sklepie, urzędzie? Gdzież on żył?

— Z matką, podobno. Tylko. Ojciec umarł, bracia — też, w dzieciństwie. Do szkoły nie poszedł, bo rodzice się wstydzili, wiesz — taka ujma, dyshonor. I matula zrobiła szacher-macher, że to niby Ryśka pochowali. A to młodszego… I został się, taka tajemnica Poliszynela, w domu., na zapiecku. Chałupa w środku wsi, nie w chaszczach, pod lasem, a tu proszę… Quasimodo znad Buga, schowany przed światem… Ani Opieka, ani policja się nie zainteresowały… Wymęczy tego… Powinien chyba w jedynce siedzieć, w kaftanie… A weź komu powiedz — to zaraz będzie, że się wpierdalasz między wódkę a zakąskę.

— Czego nie siedzi na Lasockiego? Miejsc nie ma?

— A jak! Jeden chuj im z mojką szalał, na ordynatora chciał się rzucić. Ledwie obezwładnili. Na Czernej też obłożenie… Po czterdziestu dusi się w jednej sali, co rusz konflikty. Weź kogo upilnuj w takim tyglu. Z normalnymi byłby problem…

Gwałtownikowi ślina zaczyna ściekać z podbródka. Wiszą, flegmogirlandy, kołyszą się w rytm pchnięć. Posunięć.

— …zgarnęli go jeszcze za komuny, do poprawczaka. Z jakąś małolatą próbował coś nawywyijać. Urzędasy to się dziwili — człowiek znikąd, nie istniejący w żadnych aktach, spisach… Wyrobili dowód… Wyszedł po pół roku cały obdziarany. Podobno był tam katem.

— Nikt nie zwrócił uwagi…? — włączam się do rozmowy.

Nie łapię momentu, kiedy całkiem wróciła mi mowa, jestem w stanie wydawać artykułowane dźwięki. Płynnie.

— A chuj tam kładli na te jego ręce, komu on potrzebny? — odpowiada smętniak.

Przez parę chwil obserwujemy groteskowe, dość smutne widowisko: mężczyzna zmuszający drugiego do masrturbacji. Pocałunki.

Wybryk natury posiadający ponadnormatywne części ciała, dominujący potwor i bezwolna odfiara. Ruchomy plakat piewców nietolerancji, przeciwników ruchu LGBT.

„Patrzcie, czym się kończy pobłażliwość dla dewiantów! Dziś deprawacja — jutro mutacja!” — wrzeszczą niewidzialne litery.

Jak to możliwe, że nikt z mediów nie zainteresował się tematem kalekiego, zniekształconego…

— E! Starczy już amorów! Na swoje kojo spierdalaj! — nie wytrzymuje w końcu młodszy pielęgniarz. Idealista. Empata. Wchodzi do celi, izby tortur i zwleka, zszarpuje wynaturzeńca z ofiary.

Parę energicznych ciosów z piąchy w brzuch — i nasz pan czteroręki zwija się grzecznie z bólu, pokorniuteńko pada na kolana. Raz. I drugi. W pysk, na odlew. Trzask łamanych palców, tych mniejszych.

„Ludzie są po to żeby żyć i gwałcić” — przekręcam słowa-obsesję.

Odnoszę coraz większe wrażenie, że ostatnimi czasy nie spotkałem realnego człowieka. Mijusy mijane w drodze na koncert, do sklepu, gawiedziarze spod sceny — to mrzonki, ludzie opowiadani dzieciom na dobranoc, za siódmą górą i siódmą rzeką, pisani zielonym piórem w grubym brulionie. Nie na ocenę, oczywiście.

Ludzie, za których groziłaby dwója z polskiego, obniżona ocena ze sprawowania, albo wręcz zimowanie w tej samej klasie.

Że realna jest tylko jałowość, uczucie przywiązania do byłej laski, Natalii, Weroniki, Kacpra.

Moja błona prawicza porośnięta mchem. Asceza nie z wyboru, rodzaj kalectwa i zarazem gwałtu. Bo każda ułomność to gwałt.

...chyba przestaję wierzyć w to, co myślę, w głowie wyrósł krwiak-konserwatysta, który truka mi zbufoniałym tonem, bym nie cudował z tym aseksualizmem, babę se znalazł, oświadczył się, zapłodnił podczas nocy poślubnej…

Ultraprawicowy, bogoojczyźniany guz mózgu w kształcie głowy Tomasza Terlikowskiego.

…ktoś ma pożyczyć gilotynę? Oddam, jak tylko się zdekapituję…

XV. KLIMAKTER

 

Bieżący rok mutuje, przybiera postać zdeformowańca, któremu z policzków wyrastają rączki do przytrzymywania partnerów. Kopulantów.

I śmieszno, straszno i… beznadzieja taka, że nic, tylko się powiesić na gitarowych strunach, upleść z nich pętlę i zagrać pierwszy, ostatni w dziejach koncert zespołu Samiśta Chudobę Wyrżnęli, a Teraz na Czarta Zwalacie.

Zacząłem sobie zdawać sprawę, że to, co stanowi jeden z filarów charakteru, ego, naszego ja — orientacja seksualna — niejako… utlenia mi się, rozpuszcza we krwi, ślinie Natalii.

Próby przysekszenia, których zaniechaliśmy, uznając za bezowocne… Aż głupio się przyznać, ale… tęsknię do nich. Chcę, nie umiem sprecyzować, na ile wbrew sobie, na ile z ciekawości… chcę je ponawiać. Być może — do skutku, aż coś we mnie drgnie, psychicznie, hydraulicznie, aż stanie. Się jasne, że nie jestem stuprocentowym, nieuleczalnym aseksem, za jakiego się uważałem. Co wmawiałem, wkłócałem, wkrzykiwałem wszystkim naokoło, od ojca, przez nielicznych znajomych, na partnerce kończąc.

Od paru miesięcy planuję nagrać album koncepcyjny poświęcony słynnym sybarytom: od Freddy’ego Mercurego, przez Pete’a Doherty’ego, po Amy Winehouse.

Opisywać w tekstach piosenek ich fikcyjne przemiany o sto osiemdziesiąt stopni — powolne odkrywanie duchowości, własnej, innych, duchowości świata, zrywanie z destrukcyjnym trybem życia, nałogami, wreszcie: anachoretyzm, umartwianie ciała, strawianie reszt życia na szczerej, cichej modlitwie. Złożenie ślubów milczenia, zamknięcie się w klasztorach. Śmierć klauzurową świętych Aleksych dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku.

Ostatni, zamykający płytę utwór-puenta nosiłby wariacki tytuł „Nieprzeskarżenie”. Wyśmiewałbym w nim ślepy idealizm swoich bohaterów, zaprzepaszczenie karier na rzecz kompletnych bzdur, dubisk smalonych, oddanie jedynych żyć, jakie mieli, w łapska religijnych szarlatanów, magików słowa, ołtarzowych Houdinich, którzy z wina szast-prast — i potrafią wyczarować krew syna Stworzyciela Wszechświata.

Ech, cholera… kiedy to nagram…

Dali mnie do ciasnej, PÓŁosobowej salki, leżę na zrolowanym materacu z kolanami zgiętymi pod brodą i rozpamiętuję dziwaczność, sztuczność tego roku. Dotykam językiem jego łusek. To bez wątpienia smok, przerośnięta jaszczurka z gatunku jadowitych, cybernetyczna bestia. Komputer, któremu na obudowie wyrosło priapium.

W ostatnich miesiącach bezustannie próbowałem się zmusić do działania, wzbudzić w sobie ochotę do pracy twórczej. Kreatywnej.

Pobudzić do, różnie pojmowanej, wielkości. By przestać być tępym szarpidrutem-bębniarzem, złapać muzę poezji i wyrwać jej parę piór łonowych. Napisać nimi tekstów, nie o miłości, czy śmierci, bólu, samotności, albo melanżowaniu z dupami, dragach, wódzie, Żołnierzach Wyklętych, akowcach…

Chciałem zawrzeć w tym-tym pełnię siebie, opisać wyalienowanie towarzyszące świadomości, że jednak nie jestem taki jak inni, szary i stereotypowy, w pełni wtłaczalny w formy odlewnicze.

Że istniejemy, aseksualiści są wśród nas. Obok: poukrywani w szafach, skrzyniach, prababcinych kuferkach, jakie dostały w posagu w latach dwudziestych ubiegłego stulecia.

Gdy moja duma, pijacka bufonada osiągała apogeum, szczyty szczytów, mountevereściła mi we łbie, planowałem zostać głosem pokolenia nieseksualistów, prawiczków po pięćdziesiątce, albo i starszych, kobiet, którym na omszałych błonach wyrosły boczniaki.

…tłum maszeruje z pochodniami, flagami w dłoniach. Wrzeszczy się pieśń bez słów, zewsząd padają wyzwiska, lecą kamienie, race, napełnione wodą, albo fekaliami prezerwatywy.

Policja nie odgradza demonstrantów od zezwierzęconego tłumu „normalnych”. Po co? Niech się powyrzynają, na drugi rok będzie spokój.

Niesie mnie trzech barczystych chłopaków, stałych bywalców sterydowni. Na rękach, to znowu na barana.

Ja — Wałęsa podczas strajku w Stoczni Gdańskiej. Ja podpisujący ćwierćmetrowym długopisem z wizerunkiem przekreślonego fiuta i waginy Porozumienia Żuchalińskie (za parę lat będą o tym uczyć w szkołach!), na mocy których każdy obywatel będzie mógł bez jakichkolwiek przeszkód wstąpić w związek małżeński z samym sobą.

W pompatycznych, chciejskich majakach jawiłem się jako Robespierre, Danton, Katon… A przecież jestem takim małym szmurszkiem, kompletnie nieistotną ludziną. Pionkiem w grze, kółkiem w machinie oblężniczej. Forsuję bramy normalności, dmę w szofary, trombity, wuwuzele, próbuję skruszyć śluzowate mury Jerycha, dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie.

Mierził mnie seks, sama myśl o nim. Ostatnio — jedynie podmrażał, wstydziłem się, albo wręcz bałem przyznać, że… pragnę spróbować. Choćby tylko po to, by się porzygać, przekonać się, że absolutnie nie jestem żałosnym hipolibidemikiem, ale najprawdziwszym aseksem, betonoprawiczym nieheterykiem, nie homo, nie transseksualistą…

Z nudów i beznadziei, żeby zająć czymś myśli, przestać się zadręczać, rozpamiętywać skurwopołożenie, w jakim się znajduję, nie rozwyć, że mogę już nigdy nie stanąć na nogi, nie zrobić kroku o własnych siłach, postanawiam przeprowadzić eksperyment. Na żywym organizmie. Moim i jej.

Wybrałem sobie ofiarę/ cel badań i rozpoczynam doświadczenie.

Przez około trzy — cztery godziny leżenia w klaustrofobicznie ciasnej pakamerze, kantorku na szczotki, bo zaprawdę powiadam wam — nie sposób tego nazwać salą chorych — jedyną osobą, która raczyła mnie odwiedzić, zajrzeć do mikroskopijnej kuczy, była młodziutka pielęgniareczka-stażystka.

Nie starsze, jak dziewiętnastoletnie niebożątko z PMS, niedotykalska, alabastrowoskóra lalka z miśnieńskiej porcelany, płomiennowłosa aktoreczka kabuki, zmarła, by jak najlepiej odgrywać swoją rolę.

Przychodzi, moja ognista kosteczka lodu, nachyla się. Wstrzykuje mi w absolutnym milczeniu „siakieś cosie”, pewnie sól fizjologiczną.

Zaciska bladoróżowiaste, niedokrwione usteczka w ciup.

Jej zielone, kocie oczy nie wyrażają żadnych uczuć, nawet obojętności. Można się w nich przeglądać do oporu, skolko ugodno, pewnie i rok cały — dostrzeże się jedynie puchowo miękką nicość. To droga bez powrotu, kończąca się nad przepaścią. Jeden krok za daleko — i znikasz w otchłani tak głębokiej, że nie można jej nawet nazwać otchłanią, określić jakąkolwiek ziemską, artykułowaną nazwą.

W bezkresnej pustce, z której wielką rurą wyssano nawet próżnię.

Za to nosek małej… istna poezja astrologiczna. Konstelacje piegów: Małe Wozy zderzające się z sunącymi grzbietem kinolcia Skorpionami, Wielkie Wozy prowadzone przez pijanych w trupa Piegan, jadące zygzakiem — od lewego nozdrza do prawego…

Próbuję sobie nas wyobrazić, mała, tu, na podwiniętym, nie pierwszej czystości materacu, w szpitalnej norze…

Leżymy objęci. Wróżę z twoich piegowych gwiazd, czytam z nich bajki o królewnach zaklętych w zwój pergaminu, szkaradnych damach dworu smakujących poniżej pasa mydlinami i proszkiem do pieczenia, turniejach rycerskich urządzanych w przedszkolach i zakładach dla obłąkanych, smokach zjadających dziewice z odzysku, babiszcza w słusznym wieku, po hymenoplastyce.

Nadaję ci imię, dziecko, dzięki temu oswajam, nabierasz realniejszych kształtów, wyłaniasz się z ciężkiej, śnieżno-mącznej mgły.

Kruszę tym mury, Agatko, nie wiem za czorta, czemu akurat to imię ci wybrałem, ale jesteś nią, świeżo zanurzoną w glinianej chrzcielnicy Agatką.

Podciągam przykróciasty fartuszek-kitelek-uniformek. Jesteś cieplejsza od Natalii. TAM.

Majtusie ci się przykleiły do ciałeczka. Tak mnie pragniesz, przyznaj się.

Nie musisz nic mówić, czuję twoją wilgoć. Gęsto słony, ciężki, cholernie drażniący nozdrza, zatoki, język i podniebienie zapach.

Mam oskomę, język i języczek mi cierpną, przebiegają po nich karawany elektrycznych termitów.

Zsuwam twoją bieliznę i zapach wybucha, niczym bomba termobaryczna, fotonowo-jonowa, eksploduje ładunek najczystszego fetyszu. W małym pomieszczeniu wszystko wydaje się być zdwojone, przerysowane, nad wyraz intensywne.

Pachniesz egzotycznym słońcem, hebanem, świeżo wyprawioną skórą, dziwnymi owocami dziwnego drzewa, które dojrzewają nietypowo umiejscowione: pod korą, sproszkowanymi korzeniami waniliowca arktycznego, solą z Morza Martwego, Morza Umierającego, Morza Ożywionego Wbrew Woli.

Kładziesz mi, nieźle już rozbudzona, sapiąca dychawicznie, jakbyś nagle zapadła na ciężką astmę, tę feromo-bieliznę na twarzy. Masz, zboczku, sztachnij się, nawdychaj, póki możesz, skrzepy i odłamki kostne pływają ci jeszcze w krwiobiegu, nie dotarły do serca, nie zagruzowały go.

Syć się póki żyjesz, moribundzie, tyle twego. Zaraz przyjdzie ordynator i zaordynuje ci śmierć, byś nie zajmował materaca.

Letalny już jesteś, wiesz? Pij zapach, całymi szklankami. Płucz gardło, tchawicę, oskrzela. Staraj się podniecić, a może bozia pozwoli i będziesz mieć pierwszy w życiu wzwód? Tylko się nie przestrasz, jak dostaniesz! Żadnej paniki, wzywania mnie z płaczem, że siostro — chyba umieram, rigor mortis się zaczął, ciągnie od pasa w dół, stężenie pośmiertne obejmuje lędźwie…

Mam usta i nozdrza zalane tobą, Agatko. Ściekasz mi po brodzie i policzkach, skapujesz na tors.

Igła wbija się w żyłę, który to już raz dzisiaj? Nie za dużo przypadkiem tych iniekcji, szprycowania mnie stężonym placebo?

Nie łudź się, że masz do czynienia z chłopkiem-roztropkiem, któremu wmówisz, jakiż to on nie jest właśnie leczony, jakichże to procedur medycznych właśnie nie wdrożono, by postawić na nogi największego muzyka Żuchalina, spionizować wiejskiego kantora-króla syntezatora (głupi rym). Ach, od morza po Białą Podlaską, od Restliwej Góry po Tatry — nie ma pacjenta, nad którego losem aż tak pochylaliby się lekarze, konsylia specjalistów, którego nie konsultowaliby ze światowej sławy kręgarzami, seksuologami z Gruzji, czy Azerbejdżanu…

Wdychaj, Krzysiu, ratuj się przed kompletnym skapcanienie,. Wychyń czasami z pancerza, rozejrzyj się: dziewczyny, kobiety. Różne, kwadratowe i podłużne, brzydkie, grube, seksowne. Tego kwiatu na półtora, albo i trzy światy, a ty jak ten noł-lajf wmawiałeś sobie, że cię to nie grzeje. Że ci nawet nie dyga na myśl o kimś takim jak ja.

Skończ się bronić przed dorosłością, uciekać w mit o wyciosanym z granitu Pinokiu, który całe swoje martwe życie był zmuszony kłamać, że jest eroodporny.

Masz długi, paskudnie złamany nos. Choć raz powiedz prawdę — a zmaleje, to pewne.

…igła wysuwa się z ranki. Rozbrat. Rozstanie. Opuszczenie.

Pielęgniarcia, ciągle bez słowa, pantomimicznie każe mi leżeć, nie podejmować prób spionizowania się, czym totalnie mnie irytuje.

Nie no — po co przyjmować właściwą człowiekowi postawę wyprostowaną, jak można leżeć w zgięciu, na plecach, wyginać śmiało ciało, a do ubikacji czołgać się jak robak, glista, liszka, płaziniec, obleniec, albo odpuścić to, robić w spodnie, bo przecież założenie mi, pacjentowi ze złamanym kregosłupem pampersa to byłby zbytek łaski.

Myślałem o tobie, mała, lodowata piegusko. Asystentko zimnego chirurga, podająca skalpele do krojenia trupów (od którego lokatora lodówki zaraziłaś się grobową — dosłownie — powagą?).

Reanimowałem, próbowałem ocieplić.

Mimo najszczerszych chęci — rezultaty — mniej, niż mikrutkie. Albo jestem hipolibidemikiem z zaawansowaną impotencją, albo wszystko to twoja wina, wyniosła, nieczuła suko.

Wyjdź, nie chcę dłużej na ciebie patrzeć. I podmyj się, bo jebiesz kebabem. Rybnym. Bo mam przez ciebie mdłości, moja panno — żartuję odprowadzając dziewczynę wzrokiem do drzwi. Nie jej wina, że taka z niej nabzdyczka, udająca człowieka, tresowana Barbie.

Że jest ode mnie o szczebel niżej w drabinie ewolucji.

XVI. ZŻER

 

Staram się zapomnieć. Zagoić. Zasmarować pamięć maścią witaminową.

Wracam do codziennych obowiązków, oczywiście zaczynam od zrobienia kawy. Sobie i mamie. Lekarstwo na większość przewlekłych chorób: lenistwo, apatię, brak weny.

Zastanawiam się, czy iść na policję, zgłosić usiłowanie gwałtu.

Biję się z myślami i dostaję od nich łomot: nikt ci nie uwierzy, drag na pewno dawno rozpuścił się we krwi, nie ma po nim śladu; pójdziesz i co powiesz — że miałaś koszmar na jawie, przyśnił ci się lej jedzący las?

Wezmą cię za ześwirowaną histeryczkę, ćpunkę, albo pijaczkę w ciężkiej delirze, w najlepszym razie — wyśmieją, albo każą iść się leczyć, skorzystać z pomocy AA, psychopatologa klinicznego, albo pierwszej lepszej znachorki, która za jedyne dwieście pięćdziesiąt zeta zdejmie urok szaleństwa, wyzwoli z oduracji.

„Podchmieliła se i się puściła, a teraz szuka, kogo by tu oskarżyć, wyłudzić ciężkie eurasy, znaleźć frajera, z którym piła i wmówić człowiekowi cuda- nie widy, strzelić na taką kasę, że się biedaczysko, za niewinność, do końca życia nie wypłaci” — pomyślą policmajstrzy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi 2 tygodnie temu
    Ta jest super. Bardzo dobra. I w jakiś sposób bardzo okropna. Że jest w niej coś... nieludzkiego... A jednocześnie wspaniałego. Żadna jeszcze mnie tak nie wciągnęła.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    dziękuję. przyznaję - to nieco obleśny fragment. tak mi się nie wiem czemu napisało...
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Priapium - aż sprawdziłam. Ono sprowokowało treści? Krzyś i aseksualizm. W tle horror polskiej służby zdrowia.
    Jak zwykle bdb pisanie, neologizmy genialne.
    5.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    dziękuję. naprawdę staram się nie schodzić z poziomu :) priapium u ludzi byłoby ... właśnie i śmieszne i straszne.
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Kwestia kulturowa, myślę. Gdyby tak było od zawsze, nikt by się nie dziwił:)
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    dokładnie. zawsze śmieszy mnie, jak pomy,ślę o przenoszeniu niektórych zachowń zwierząt do świata ludzi... np taka mama-rybka siakiegoś egzotycznego gatunku, co nie je, bo trzyma ikrę w pysku, wylęgają się tam małe rybki i wypluwa... wyobrażacie to sobie? chodzi jakaś pani z dzieckiem w buzi 9 m-cy, jest odżywiana pozajelitowo, potem robi TFU- i wypluwa bobaska? :))))) albo faceci, co klekoczą, by zwabić samicę... pardon - dziewczynę :))))
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Rozmach pani Ewolucji w kwestii rozrodu jest niesamowity. No i dobrze. Masz o czym pisać :)
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Jakby bocian przynosił dzieci - tez byłoby super:)
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    Wrotycz Oczywiście :) ale... za smukły jest, za pozytywny. zabawniej by było, jakby dzieci przynosił bawół, czy piżmowół, pukał wielkimi rogami w drzwi młodych rodziców, wsadzał wielką, kudłatą głowę i dawał im dziecko, od razu w beciku. albo weird fiction.... dzieci się lęgną w garbach wielbłądów, jak rodzice chcą mieć pociechę, muszą uprosić pana wielbłąda, on otwiera garb - i prosze, jest szkrab :)
  • zingara 2 tygodnie temu
    Nie wiem czemu ale czytając tekst pomyślałam o
    świadomości transcendentalnej (czwarty stan świadomości ) dobre

    Tel. Jak zwykle, a ja jestem zakręcona:)))
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    dziękuję za czytanie i taką cudowną interpretację! :))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania