Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bezstratne cz. XIV.

XIII. WIEŚ ZEROWA

 

W rodzinnym domu (cholera, jak to kuriozalnie brzmi w odniesieniu do posiniałej, zniebieszczonej chałupy… domem rodzinnym powinno się nazywać sielankową sadybę o wnętrzach wybitych boazerią i kasetonami w kolorze drewna, miejsce, gdzie w kredensie po prababci można odnaleźć zestaw jej srebrnych sztućców, szylkretowe spinki do włosów, a w zmatowiałym lustrze toaletki — resztki jej młodzieńczego odbicia; dom rodzinny nie powinien i wręcz nie ma prawa być groteskowy, z odchlastaną jak nożem powagą, nostalgią, zmieniony w ni to komisariat, ni to placówkę banku…) mimo wczesnej pory — również wszyscy na nogach.

Babcia stęka-kwęka, że znowu nie mogła zasnąć przez całą noc, wykończy ją ten reumatyzm prędzej, niż się spodziewamy, do tego nogi popuchły, dna moczanowa — jak nic, to nie woda się zatrzymuje w organizmie, ale mocznik, igiełki amoniaku kłują jej mięso od wewnątrz — i stąd ten obrzęk.

Młody — pewnie nagnany, bo gdzież by sam z siebie — zabrał się za rozpalanie. Wdał się w matkę i babkę — jest takim samym zmarzluchem, należy do gatunku zimnokrwistych, ludzi, którzy zamarzają nawet takiej późnoletniej pogody, jak teraz.

Tropikalna rodzinka rzucona przez zły los pod niewłaściwą szerokość geograficzną, ciepłolubi, mentalni mieszkańcy Afryki każdej jesieni, zimy i wczesnej wiosny umierający na ciężkie nieżyty górnych i dolnych dróg oddechowych, prawie-śmiercionośne katary, ropne zapalenia gardła, ludzie przez większość roku jadący na różnej maści polopirynach i gripexach, bezskutecznie, na własną rękę walczący z zapaleniem oskrzeli, płuc, uszu środkowych, ropniami w nosach, gardłach, kokluszami; mało śmieszni pajace kichający średnio pięć rzazy na minutę, mimowolne błazny tonące we własnych smarkach. Ofiary złych diagnoz, powszechnego konowalstwa, na które chyba nie ma rady; bezsilni i mega wkurwieni, bo mający świadomość, że są nosicielami niewykrytego skurczysyństwa, genetycznej alergii na zimno, na Polskę, bliskie sąsiedztwo Rosji, na śnieg, brak palm, wielbłądów, karawan beduinów.

Marek, z wyraźną ironią pyta, co tak wcześnie wróciłam (w domyśle: kochaś się nie spisał, NIE STANĄŁ na wysokości zadania, a po co zostawać z taką obwisłotą; innym razem opieprzyłabym młodego, że to nie jego sprawa, nie będziesz mi się, gówniarzu, wtrącał w życie osobiste, nie jestem twoją koleżanką, tak chrzanić to se możesz z chłopakami na korytarzu, albo innymi szczeniakami na netowych forach, myślisz, że nie wiem, co tam wypisujesz; ale nie z matką…).

Puszczam pytanie mimo uszu, było, jak było, jestem dorosła, nie będziesz rozliczał, o której wracam do domu.

Śmiertelnie zmęczona ze strachu (sic!) padam na wyrko. W głowie zderza się kilkadziesiąt sprzecznych myśli, jeszcze więcej planów — ataku, ucieczki, planów pozbycia się bydlaka, raz na zawsze; bez zdawania się na łaskę i niełaskę partackiej Policji, o której nie mam dobrego zdania (pałkarze, którym najlepiej wychodzi wlepianie mandatów i zabieranie praw jazdy, Krzysiek coś o tym wie), wbicia wod-kanalarzowi majchra w brzuch, aż po rękojeść i patrzenia, jak wykrwawia się na podłodze własnego burdel-domu, w pokoju, gdzie urządził niejedną orgietkę z mniej, lub bardziej naćpanymi dziewczynami. Ofiarami płci obojga. Ze zwierzętami, gumowymi lalkami. Z całą zgrają wykopanych na cmentarzu aktorów porno mimo woli.

Z dziećmi w becikach kupionymi od Cyganów, narkomanek i alkoholiczek, śniadymi niebożątkami z FAS.

Zwijam się w kłębek. Chcę płakać z bezsilności, wstydu i upokorzenia. Zachciało mi się faceta, normalniejszego od Krzycha, nie aseksa, a poznałam najbardziej wyuzdanego knura, jakiego można sobie wyobrazić, gwałciciela, potwora, kto wie, czy nie kazirodcę.

Niesmak, fale szarej śliny wypełniają mi usta. Czerń miarowo kołysze się pod powiekami.

Nie zasnęłabym nawet po mocnych proszkach, nie ma szans.

Biało-rude zwierzę czai się pod skórą, gotowe do skoku. Błyszczą świeżo naostrzone pazury, lśnią aluminiowe wąsy, zębiska ze stali nierdzewnej.

Wżarło się. Głębiej nie można.

Jak długo tam pozostanie? Aż całkiem odbierze siły, przytomność, rozum?

Aż rozpuści się we krwi, zostanie pochłonięte przez zimny puls?

Za ciemne to, zbyt zagmatwane. Czuję się bezradna i jednocześnie głupio wszechmocna, jak dziecko-rewolucjonista, któremu wydaje się, że jeśli obsika pomnik satrapy — zainicjuje rewolucję, która obali wrogi ustrój.

Że mieszkam w epicentrum przyszłej wojny ze skurwysamcami, feministycznego zrywu waginokratek, które zacunilingusują każdą łamistrajczkę, jaka będzie się wahać (kto nie z nami — ten przeciw nam!), czy stanąć do walki o nową, lepką przyszłość a’la Seksmisja.

Nie sądźcie po ozorach. Po palcach, które wam włożymy. Głęboko.

W gardła, byście nie mogli oponować, nawet zaskomleć z bólu…

Oczy same się kleją. Słoność. Sen, krochmal… sen…

 

***

 

Kot wymyka się przez niedomknięte drzwi. Krzywa, cementowa ścieżyna. Zgięcie grzbietu. Trzeba przejść pod furtką. Żaden problem.

Ogród wręcz dyszy, astmatycznie, wonią rosy, mgły, świeżo spulchnionej przez dżdżownice ziemi, gleby przeżutej przez krety, borsuki, nornice, przememłanej korzeniami kwiatów, krzaków malin, młodych drzew.

Jeśli się wnikliwiej przyjrzeć — dostrzeżemy, że ogród jest tak naprawdę lasem, zdziczałym skrawkiem siakiegoś piekielnego parku.

Pośrodku, głęboko ukryta w chaszczach, drzemie fontanna: kamienna lady tańcząca piruety z dzbaneczkiem w dłoni. Sucha i martwa rzeźba, która zdaje się śpiewać, niestety — kicz, disco polo.

Malusieńka, para-amazońska dżungla, chwastnik gnijący pod czujnym, ślepym okiem kobiety. Betonowy wzrok.

Stęchlizna, wszechobecna, nieprzyjemna woń. Butwienie, de facto jeszcze przed wykiełkowaniem, osiąganie pełni wzrostu możliwe jedynie po śmierci, stoczeniu przez białą i kosmatą pleśń.

Ogród zarazy, która nazywa się niedojrzałość. Jednocześnie — kraina starości, tyle, że przedwczesnej. Oaza zmarszczek. Kurze łapki okalające oczy tancerki.

Zielona pustynia: w ziemi brak mrówek, czy innych pożytecznych szkodników.

Gąszcz i nieistnienie, nieobecność.

Fabian zadziera głowę. Przez dłuższą chwilę nie czuje nic, wyłącza wszystkie zmysły. Starożytna rzeźba świętego zwierzęcia, zagubiona w jałowej dziczy.

Cisza. Niemruczenie.

Kołyszą się jęzorzaste liście paproci, falują kielichy kwiatów, którym nie nadano jeszcze polskich nazw. Bezużyteczne są, bo dziurawe, nie sposób z nich upić choćby kropli rosy.

Słupki, pręciki, pyłek. W zapuszczonym ogrodzie Piotra (a niby taki z niego pedant, zasadniczy konserwatysta utrzymujący porządek z idiotyczną, prawie-trepowską zawziętością; taaaa — pewnie jedyne, co potrafi, to drzeć mordę i stwarzać pozory, grać tym swoim rykiem rolę bogoojczyźnianego bogoojca, co to za dobre wynagradza, a za złe karze. A za złe karze. A za złe karze. Srogo. ) zachodzi przemiana pokoleń: rodzą się wyłącznie bezpłodne osobniki.

Zimnokrwisty księżyc (jak w piosence noblisty „Changing of the guards”) gapi się tępo z wyżyn.

Lej jest naprawdę mikrutki, nieporównywalnie mniejszy od poprzedniego. Wyrodne dziecko, bękart, wszystkożerna bestia, której nie robi większej różnicy, czy akurat pochłania kawior, polędwicę, czy wielodniową padlinę borsuka, ścierwo w stanie zaawansowanego rozkładu.

Siła, która potrafi jedynie niszczyć, opowiadać destrukteriady (cichy szept, słyszalny, gdy nie zostanie kamień na kamieniu, ani jedno istnienie nie wyrwane z korzeniami z dawnej formy).

Rudo-biała krew Fabiana gęstnieje, zmienia się w kisiel.

Niecodzienny widok: drapieżnik, który dobrowolnie daje się pożreć. Zwierzę zwabione narkotyczną wonią ognia, liście płonące na niewidzialnym stosie.

Maleńki rytualik przeistoczenia: ciałko kota zostaje wessane przez błyszczący lej.

Przepoczwarzenie się: chwilę później, jakby nigdy nic, pozornie cąły i zdrowy, wyskakuje Fabian z tej specyficznej „kociej kołyski” (sorry, Vonnegut, musiałem użyć tego porównania!).

Maleńka autonomia kończy się szybciej, niż się zaczęła; słoneczko, nie rozgrzane choćby do temperatury pokojowej, kilkudziesięciocentymetrowy gazowy karzeł, wir, wytraca swój niespieszny pęd.

Tornado rozleniwia się na całego, przeciąąąąąąga, jak — nie przymierzając — kocur i zanika.

Lej rozpuszczony w dusznym i wilgotnym powietrzu ogrodu. Zwierzak który czuje, jakby w ciągu parunastu sekund zwiedził pół Drogi Mlecznej, obleciał gwiazdy, księżyce księżyców, został obszczekany przez Wielkie Psy, zagryzł i zadrapał na śmierć Małe: Gwiazdozbiory Ratlerka i Pekińczyka.

Kot międzyplanetarny, porwany z zaściankowej i peryferyjnej Ziemi przez Kociego Boga, Catusa-Deusa, wzięty w mięciutkie łapy i oprowadzony po innych światach. Fabian który czuje, że właśnie Coś Przeżył. Nie umie tego, rzecz jasna, sprecyzować, to nie na jego koci rozumek.

Ma wrażenie, że było to Istotne, Ważne, Głębokie i najprawdopodobniej będzie rzutować na całą jego przyszłość, to i pozostałych osiem żyć.

Może… nie, to głupie, ale chyba… byłem wszystkimi ludźmi naraz, stanowiłem całą rasę, cywilizację tych olbrzymów, powolnych, głupich i groźnych, pożytecznych, okrutnych i przyjacielskich ogrów… — myśli przez chwilę, zbyt filozoficznie, jak na kota.

I wszystko w nim stygnie, wytraca się. Światło gaśnie, jego umysł znów jest spowitą pajęczynami piwnicą, w której porusza się po omacku.

Energia rozprasza się, wsiąka w mijane liście, łodygi, płatki.

Chluśnięcia. Chlusty. Rośliny ostrzykiwane ciemniejącym światłem.

Usta, policzki, szyja kamiennej kobiety — również.

Strużki. Fotoluminescencyjne bukakke.

 

***

 

Masz rację, Fabianku — ta wieś, zdziczały ogród twojego pana — to epicentrum. Stąd rozpełznie się — Wielkie i Magiczne, Bajkowe… tornado? Kataklizm innego rodzaju?

Czekaj grzecznie, zobaczysz, jak wszyscy których znasz, po kolei zostaną zainfekowani, tak jak ty. Oświeceni. Jak weźmie ich w gardziel. Jak przełknie.

…a może to tylko bajka opowiadana domowym zwierzakom przez ich niedojrzałych właścicieli, pranksterów, którzy wkręcają biednym kociambrom, chomikom i kundelkom, że zbliża się majestatyczne, lecz niedefiniowalne Cuś; a to, co przeżyłeś było jedynie efektem nadużycia kocimiętki, albo przejedzenia karmą dla psów, bo innej przecież nie tkniesz?

Maleńka, jednoosobowa, czy raczej jednozwierzęca autonomia… Co przez nią rozumiesz, czym wydaje się być w twoich brudnomiętowych oczach?

Wślizgujesz się, jakby nigdy nic, do domu. Wszyscy śpią, widocznie pomylili się w obliczeniach, przegapili mikruśkie objawienie.

...albo w rzeczywistości nic nie miało miejsca…

Narrator, chociaż wszechwiedzący, gubi się domysłach. Ma w głowie scentrowane koła starej damki, rozbitą, ledową latarkę.

A ciemności — coraz większe.

Ciężkie, wodniste, galaretowate mięcho, nie powiem, jakiego zwierzęcia, zakrywa resztki nieba.

Spalony volkswagen golf rozjeżdża księżyc.

 

XIV. WINYLE

 

Sny mam brzydkie i absurdalne: nadmiar nadmiar nocnych wrażeń odbija się na wyobraźni. Kazi ją.

Jestem głodna, a jedyną zjadliwą rzeczą w całym domciu-sinicy jest mocno podczerstwiała bułka. Kajzerka z litej skały.

Próbuję ją pokroić w kosteczkę, bo przecież gryźć coś takiego to jak prosić się o kłopoty. Nie, jeszcze nie zatęskniłam za wizytą u dentysty.

...noża nie wbić! Rozmaczam ją w mleku. I aaaaam…

Nagle czuję, jak stalowe ostrze przejeżdża po moim podniebieniu. Rozdziera je.

Zachłystuję się krwią. Wypluwam. W różowej, spienionej kałużce dostrzegam… maleńki, lśniący stalowo, ostry niczym brzytwa… statek. Kołysze się w szumie, dzielnie stawia opór falom.

Docierają do mnie, cieńsze od mysich pisków, pokrzykiwania załogi.

Pomimo diabelnego bólu uśmiecham się z cudaczeństwa. It’s alive, it’s alive, tam naprawdę są mali ludzie. Nie krasnoludki, brodate łaziszmoki w czerwonych szlafmycach. Ci są pozbawieni groteskowości, niebajkowi.

Zwyczajni, ciężko pracujący na kawałek, okruszek chleba marynarze. Wilki morskie. Chlebowe.

Siadam na łóżku. Potrzebuję dłuższej chwili, by rozbudzić się z tej głupoty. Czuję, jak spływa ze mnie gęstymi strużkami, ścieka, niczym piana z juchą.

Odruchowo spluwam.

Odurzenie chyba jeszcze… mocne skurczysyństwo mi podał, gnój. Ciągle jestem na haju, mam wariackie przebłyski, flashbacki z innych, nieprzeżytych żyć, para-losów.

Gonię za czymś i jednocześnie czuję, że to depcze mi po piętach, jest tuż-tuż, wyciąga szponiaste łapy. Chce zatopić w sercu kruegerowskie, blaszane pazurzyska, patrzeć, jak wykrwawiam się, umieram w konwulsjach.

Pragnie mnie wciągnąć w sen-labirynt, rozśnić na amen, zawiązać oczy i zgubić w matni.

Zostawić w kołysce, zawiniętą w becik, na rozstajach.

Żesz kuźwa… nie miałam pojęcia, że są tak mocne psychodeliki…

W głowie kręci się czarna, połyskliwa płyta gramofonowa, z głośników szczerbaty kacyk z twarzy przypominający nieco Piotra wrzeszczy orgiastyczne przemówienie. Padają słowa-cegły, szumne zapowiedzi rozprawienia się ze zdrajcami tripu, dywersantami, którym marzy się powrót do nudnej, banalnej rzeczywistości, odbajkowienie.

 

Jestem rozkojarzona, sen zamiast spodziewanej ulgi przyniósł jeszcze większą niepewność. Metaforykę podpieprzoną ślepemu mędrcowi z chorobą Parkinsona, który z powodu chronicznego drżenia rąk nie mógł spisać swoich prawd, sam objawić ich światu.

Uciekłam od potwora, nie dałam się wykorzystać grupowo, zostać mimowolną aktorką grającą główną rolę w obleśnym filmie dla naprawdę zboczonych kolesi, hiperfetyszystów (?).

Czy może przesadzam, włączył mi się PMS, nadwrażliwa jak mimoza, co to wykiełkowała nad brzegiem urwiska i drży, by byle podmuch nie pozbawił jej i tak kruchego życia, boję się własnego cienia, dopowiadam absurdalne rozdziały, doklejam je do czterdziestoparorozdziałowej książki o moim życiu, zwyczajnie przesadzam, ubzdurało mi się, że z Piotra jest jakiś Kuba-rozpruwacz…

Chyba to przez ten jego rygor… No zidiociał, żeby tak krótko trzymać dzieci, do tego własne, traktować jak jakieś podrzutki, znajduchów, których chcąc-nie chcąc, z naciskiem na NIE CHCĄC musi wychowywać, do tego nie dostając na żadne pięćset plus, dokładać z własnej, mizernej pensyi do czyichś, na dodatek niewdzięcznych bachorów…

Ubieram się. Mdły, szary i zimny poranek. Ponura autra potęgowana przez wszechobecną siność ścian, mebli. Siność powietrza.

W zasadzie mimowolnie, wbrew sobie, nie mając cienia nadziei, że poczuję się lepiej, włączam muzykę z telefonu. Niech pogra coś melodyjnego i z przytupem, oby nie country.

Ma być wesołe i kolorowe; taki dźwiękowy teledysk, barwy — wszystkie poza niebieskim, granatowym i fioletem, tych mam już dosyć — zamknięte w nutach.

Pharell Williams? Może być. Lepiej: świetne, bo głupie i bez polotu, całkiem pozbawione głębi. Idealne, by się odmóżdżyć, przestać filozofować. Zamartwiać. Kroić się od środka małymi stateczkami z bułek, he, he.

Marek usłyszał, że nie śpię. Wchodzi uchachany, prosi bym zgadła, co się stało „u tego mojego”.

— Kogo?! — cedzę lodowato.

— No Krzyśka. Byłego-obecnego bojfrenda.

Warczę, że nie mam ochoty na zagadki, jak coś wie, to niech mówi. Krótko i węzłowato. Zbyt zmęczona jestem na kalambury. To była naprawdę ciężka noc.

— Na Onecie, Interii, na głównej stronie Faktu… Wszystkie tabloidy o tym piszą. Podchwyciły temat, ogólnopolskie, ale nie ma się co dziwić, bo to jest, kurwa, śmieszne!

— Wyrażaj się! C… co?

— Tragedia w Żuchalinie. Niejaki Mieczysław S., wiesz — Stępniak, odkrył w zastronku stodoły, pod tiukami, zwłoki dawnej właścicielki gospodarstwa…

Krzyśkowi łamie się głos. I płacze mój syn, autentycznie ślozuje. Ze śmiechu.

…tak głęboko wlazła tym razem, że się udusiła… Jezu, nie mogę… po smrodzie doszedł pan Es… jeszcze pierwszego dnia się łudził, że to może kamionka, łasica, czy jakiś lis zdechł w słomie, albo szczeniaki lisicy, bez matki, z głodu… W końcu nie było wyjścia, musowo sprawdzić, czy aby nie Chomiukowa; zresztą — nawet, jakby to była zwierzęca padlina — nie będzie trzymać u siebie w obejściu, na dodatek — w budynku. Odrzucają z synem tiuki — i tadaaaaam! — wyłaniają się nogi. Usiateczkowane czymś jakby żyłkami. Ale to nie były żylaki. Smugi dyfuzyjne, tyle czasu leżała, że zaczęła już nieźle gnić. Niosła się ta czerń pod skórą, żyłami, tętnicami… Aż odskoczyli. Głowy żaden się nie odważył odkryć, i dobrze, jak mówili w wywiadzie, bo jeszcze by się po nocach śniła. Skoro nogi, brzuch — obrzęknięte — to można sobie tylko wyobrazić, jak wyglądała twarz… Często gazy gnilne wypychają oczy zupełnie, trup nie wygląda jak zdziwiony, czy przerażony, ale o — tak na żyłkach wiszą, dyndają aż na brodzie… Podobno najczęściej u topielców tak się robi, płetwonurkowie wyciągają denata, a mu oczy — z orbit. Jak ludzikowi w kreskówce…

I znów zanosi się szczeniackim rechotem, mój mały bydlak bez serca. Dziecko kukurydzy, które może cię zamordować bez dania racji, wbić nóż w plecy, udusić, gdy nie zafundujesz mu na urodziny, albo pod choinkę nowego telefonu.

…wychowuj tyle lat, ucz szacunku do innych, wpajaj podstawowe wartości, cierpliwie, po przyjacielsku, bądź dla własnego syna najlepszą przyjaciółką, której może się zwierzyć… a finalnie, nie obejrzysz się, kiedy — wyrośnie ci taki Krzyś, będziesz mieć w domu młodego zwyrodnialca.

Może trzeba było nie bawić się w bezstresowe wychowanie, tylko jak Piotr — lać pasem przez łeb i patrzeć, czy równo puchnie? Wbijać wartości?

...cholera, to też nie metoda…

— ...smród był podobno taki, że paru policjantów się porzygało. Oglądali ją technicy kryminalistyki, Foxy Muldery, prokurator… Wszyscy — w maseczkach i jednorazowych, szeleszczących skafandrach. Zabrali do Zakładu Medycyny Sądowej w metalowej trumnie. Pół stodoły zasypali białym proszkiem do dezynfekcji. Dekontaminacja pełną mordą… Słomę, Stępniak mówił w wywiadzie, że i tak wywali na pryzmę, toż to już gnój… Żuchalin i jego gnój — w ogólnopolskich mediach, player z półgodzinnym reportażem sam się włącza, jak tylko wejdziesz na stronę Wirtualnej Polski — taka sensacja. Breaking news w prime timie, mamo. Mogłoby drugie World Trade Center pierdolnąć, a oni nie zdjęliby tego z głównej. Bo to jest hit: przywiązanie do rodzinnych stron. Aż do śmierci. Aż po grób. Po gnój…

Patrzę z ukosa. Synalek, którego śmieszą takie rzeczy… Wyród, po prostu wyród. Błąd ewolucyjny. Prokreacyjny. Zabłąkany, dziki gen drapieżnego hominida, który nie umie niczego, poza mordowaniem. Któremu obce są uczucia empatii i wyrozumiałości. Geny nieopiekuńczego zwierzęcia zagryzającego z nudów własne młode.

Mogłabym załamywać ręce, że w kogo on się wdał, może wrodził w Józka, brata mojej babci, jak słyszałam — ubeka i prawdziwego bydlaka… Ale co to da? Teraz już po ptokach. Nie zmienię charakteru, nie utemperuję go. Może być już tylko gorzej.

— W sumie to piękna historia. Mieszkaj całe życie w jednym miejscu. Na starość zostań wycyckana przez własne dzieci. Wracaj, obłędnie, z uporem maniaka, do dawnego obejścia. Dostań demencji. Albo i nie, symuluj tylko, by mieli cię za głupszą, niż jesteś, traktowali pobłażliwiej, nawet — współczuli, że babka traci rozum, pamięta tylko to, co było iks lat temu… Nie chciej pokoju u córki w mieście. Kryj się pod słomą. Wreszcie: uduś się pod nią. Na własnym. Bo w sercu to ciągle było twoje. Nigdy by nie przestało być… Romantyzm as fuck. Ballada i romans w jednym, jak u Mickiewicza. Ósma część „Dziadów”: powstańcy wracają z zesłania, budują szałasy na miejscach domów spalonych przez zaborcę. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, łańcuchy powrastały biedakom w przedramiona i wyglądają jak smugi dyfuzyjne…

Każę się zamknąć, wyjść, wyrzucam Krzyśka z pokoju. Do pieca niech podłoży, zamiast próbować być dowcipnym, bo coraz zimniej się robi.

— Dobra, ale teraz najlepsze, słuchaj: młodemu Stępniakowi już drugą noc, mówił, śnią się koszmary. Tak go zdruzgotała cała akcja, że budzi się co pół godziny, bo go ganiają strzygi, upiory… Albo podczas pogrzebu Chomiukowej musiał jej poobgryzać paznokcie, bo się nie mieściła do trumny, albo na bantach człekokształtny kosmito-sęp, zły duch uwił gniazdo…

W skroniach zaczyna mi pulsować od tych niedorzeczności. Wrzeszczę na Krzyśka, by nie zmyślał, bo nie mam ochoty wysłuchiwać jego bzdur, poza tym ma już tyle lat, że powinien się zastanowić, co i do kogo mówi. Że żaden z niego Benny Hill, Kabaret Neo-nówka, Drozda, stand-uper; głowa mnie boli — nie widzi? Nie no, skąd — jak ważniejsze jest pieprzenie o Szopenie…

— Jak to prawda. W „Uwadze” był…

Zacięta płyta. Piła tarczowa, na której nagrano wyjątkowo nieśmieszny, antysatyryczny monolog. Skecz odtwarzany na krajzedze.

Piła motorowa o kamiennym łańcuchu. Niezjadliwość, tępy, prostacki rechot mało wybrednej publiczności.

Tępa igła w adapterze.

 

***

 

Strzykawka ma dobre pół metra i pamięta czasy, gdy profesor Religa był młodym stażystą, w Polsce leczyło się ziołami zbieranymi o północy na rozstajach dróg, szeptunki odczyniały uroki, zdejmowały klątwy.

Iglisko, grube jak moje udo, również nie wygląda nowocześnie. Przyrząd z zaprzeszłości, może podpieprzony średniowiecznemu katu, małodobra szpryca, która jak się wkłuje — to nie odpuści, będzie tłoczyć i tłoczyć, wmusza w człowieka czarownicze specyfiki, wywary z wąsów żbika syberyjskiego, oczu rzekotek, śluzy glist andaluzyjsko-weimarskich, siakieś miody mrówcze… aż całkiem zmutuje, przerobi pacjenta, czy może raczej ofiarę — na swoją modłę, wleje tyle mutagenów, że te zmienią całą krew w gęstą zawiesinę, od której stanie serce…

— Leż, proszę leżeć spokojnie, nie ruszać się — uspokaja głównodowodzący karetką (obsada — jak w czołgu, znalazłby się nawet działonowy… — przebiega mi przez zmaltretowaną głowę; ambulans jedzie na sygnale, drze ryja wniebogłosy, pędzi przez wczesny poranek, przez puste, wiejskie drogi dobre sto pięćdziesiąt na godzinę; chłodno, ale diabelny zaduch w tym czołgu, cuchnie lekami na wszystkie nagłe choroby ze śmiercią włącznie, chlupie tu, bełta się w niezliczonych buteleczkach, menzurkach, kolbach…

Kierowca jedzie głupio straceńczo, kompletnie nie licząc się z gorzej, niż fatalnym stanem dróg; tłucze, wybija, niszczy zawieszenie sanitarki, ale co tam — nie jego, służbowe — znaczy niczyje…).

— Do którego szpitala… jedziemy…? — odzywam się w końcu ludzkim głosem.

— Ooo — i wrócił pan do nas… — rozpromienia się ironicznie ponury do tej pory, szpakowaty wąsacz.

— A już myśleliśmy, że trzeba będzie o — prądem pana resetować, bo żyłka jakaś poszła i żeś ogłuchł.

— Au! — krzywię się. Co za ból! No żeby takie coś — w dwudziestym pierwszym wieku? Powariowali?

Dawno nie miałem do czynienia ze służbą zdrowia, ale jakoś sobie nie przypominam, żebym kiedykolwiek zetknął się z takim dziadostwem…

Ściana Wschodnia, kresy, dziura, biedota, bliskie sąsiedztwo delikatnie mówiąc — nieprzyjaciół…

I do tego aż tak kurewsko wielkie, jak widać, niedofinansowanie. Najwidoczniej enefzowskie biurwy położyły na tę część kraju wielką, jak słoniowy chuj lagę, uznały, że po co tym tu, pod Włodawą, prawie-kacapom nowoczesne leki, strzykawki, jak tu rubieże cywilizacji, koniec Europy, a większość mieszkańców to pół-ludzie, którzy — jak ich rodzice i dziadkowie — parzyli się z brunatnymi i białymi niedźwiedziami.

Inwestować w społeczeństwo pozłacanozębych kłusowników, szmuglerów fajek i wątpliwej jakości alkoholu, sprowadzać do tej dżungli aparaty do EKG, rentgenowskie, czy może jeszcze rezonansy magnetyczne, tomografy komputerowe? Komu? Weterynarz i bez nich, wprawnym okiem oceni, co dolega mówiącej średnio artykułowanymi dźwiękami zwierzynie.

...nie mogę uwierzyć, że jest tak źle, w kraju panują do tego stop…

…mięśnie mi wyrwiesz razem z igłą, troglodyto!

…że wraca podział na stany, wielkomieszczan z, dajmy na to, Lublina i gawiedź, nieszlachetną szlachtę opłotkową, magnaterię od radła i żaren…

Świta, a mi w głowie jakby ciaśniej. Nic nie dnieje pod deklem, musi tam być do tego stopnia rozbite, że…

...mogę poruszać dłońmi, mam czucie w nogach. Może nie jest tak źle i w końcu wydycham się, podkuruję rozmarznę na tyle, że będę potrafił zrobić użytek z przeszczepów, podnieść do ust szklankę wody? Kręgosłup chyba cały…

Rzuca nami w kabarynie, sanitariusze trzymają się oparć składanych krzesełek, wąsacz — opiera o szafkę z lekami.

Parę razy podskakuję i niemal spadam z noszy. W ostatnim momencie udaje mi się złapać równowagę. Nie przypięli mnie pasami, gamonie, nie ratownicy. Mają, jak widać, ważniejsze sprawy: ćwiczą ekwilibrystykę, woltyżerkę wewnątrz blaszanego konia, trojańskiego renault traffica, nową dyscyplinę olimpijską — kołysanie się synchroniczne.

Kierowca — niespełniony Kubica — trenuje do przyszłorocznych startów we Wrack racing — Formule I.

— Prrrr! — hamuje w końcu, dosyć gwałtownie. Tak, naprawdę to powiedział. Żartowniś, równie zabawny, co amerykański sitcom z puszczanym z offu, często w nieodpowiednich momentach, „spontanicznym” śmiechem „widowni”.

Zostaję wytaszczony z blaszanego pudliska. Nie wyjeżdżam na noszach z kółkami. Tu jest Polska Ż, takiego wyposażenie — niet.

Dźwigają mnie medyczni tragarze, sapią.

Myślę o klującym się właśnie świcie. To kolejny rozdział opowiadania-wypracowania na dowolnie niezadany temat. Bozia-zgrywus, żeby się ze mną podroczyć, przybiera postać dawnej nauczycielki. Kategorycznie odmawia ruszenia palcem, rzucenia okiem, wzięcia w dłonie zeszytu z nieszczęsną wypociną-owocem wybujałej weny, fantazji fantasmagorycznej, która buzowała w krwiobiegu, szumowała każdym porem mojej trzynastoletniej skóry.

Czuję się dziwnie wolny i radosny; chyba nie spostrzegłem kiedy dostałem zastrzyk z bardzo głupim Jasiem. Całym tłumem kompletnie pieprzniętych Jaśków-wędrowniczków, obracających się pod czaszką wokół własnej osi.

Ich matka — Jadźka W. gardzi każdym z niestworzonych przez siebie światków, zazdrosna demiurdżyca, która drwić z siebie nie pozwala, ostentacyjnie unika sprowadzenia zagłady, apokalipsy, sądzenia żywych i umarłych nie będących jej dziełem, istot-przylg wyrosłych na obrzeżach na obrzeżach niedokładnie umytego słoika, akwarium, ludzików składających się w dużej mierze z pleśni i stęchlizny.

Wiem, popadam w paranoję, przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwudziestu lat i uczepiłem się jej jak rzep ogona bernardyna, który wyrusza w góry z baryłką brandy (w polskiej wersji byłaby to beczułeczka najpospolitszej wódy).

Żyję, więc esej pisze się dalej. Szanowna nauczycielka nie ma ochoty się przemęczać i oceniać choćby linijki tekstu, jeśli nie wynika to z jej obowiązków. Inicjatywa, stawianie sobie coraz wyższych wymagań, podwyższanie poprzeczki — jest wymagane wyłącznie od uczniów. Jej, choćby się zaharowała w robocie, umarła z przepicia czerwonym tuszem — nikt nie postawi oceny celującej.

…a co, jeśli zostanę kaleką, zarazą pełzakowatą, nie będę mógł już nigdy stanąć na nogi?

— To będę, kurwa, chodzić na rękach! Czym tu się przejmować, zadręczać?! Jeszcze wrzodów żołądka dostanę z tej zgryzoty, w bebechu wyrosną mi guzy wielkości grejpfrutów i dopiero będzie.

Na izbie przyjęć — jak się nietrudno domyślić — tłoczno. Dzień ledwie się zaczął, a poczekalnię zaludniają bataliony chłopskie, całe pułki wózkowiczek z rozwrzeszczanymi dzidziorami, „czarne zastępy dusz”, jakby żywcem wyciągnięte z tekstu piosenki KATa, szare tyraliery staruszków po trzydziestce, steranych życiem ryczących czterdziestek, przedwcześnie przygarbionych, wręcz wdeptanych w ziemię pięćdziesiątnic.

Każdemu się spieszy, każdy właśnie powziął decyzję o zrobieniu wszelakich możliwych badań, oczywiście bezpłatnie, wykłóca się o refundację, pełną refundację.

Każdy właśnie postanowił konać, zapaść na nieuleczalne suchoty jak Szopen, albo, na wzór mickiewiczowski — cholerę.

Ciżba, ludzki mur. Ponad głowami — ciżbanty, krokwie z żywicznego, smolnego szmeru, półkrzyku. Budynek z mamrotań, warczenia.

Herszt sanitariuszy (sic!) przeciska się przez gęstowie, dość bezceremonialnie rozpycha łokciskami, jakby domagał się, by pacjenci rozstępowali się na jego widok, tworzyli korytarz życia, a jeśli tego nie robią — uczy ich moresu, toruje sobie drogę kuksańcami.

Zamienia parę zdań ze stojącą za kontuarem pielęgniarzycą, pokazuje na moje, ciągle trzymane na noszach, dyndające w powietrzu zwłoki.

Otrzymuje zgodę. Na coś. Kiwa na podwładnych. Idziemy, niczym lud wybrany przez dno Morza Czerwonego.

Ludziska patrzą na mnie wilkiem, złocącymi się ślepiami. Wiem, co im chodzi po głowach: „O, takiemu to dobrze — bez kolejki! Pewnie z PiSu, partyjny, może jakiś pociotek posła, albo senatora? Burżuja biorą od razu, a ty, człowieku, stój na ostatnich nogach, trać siły n-tą godzinę w ogonku, a i to nie masz stuprocentowej pewności, że zostaniesz przyjęty!”.

Uśmiecham się cynicznie, z wyższością, choć nie mam cienia powodu. Stwarzam pozory. Tak, należało mi się, mój tato — minister zdrowia załatwił wszystkie badania bez kolejki — z marszu — wchodzą i od razu — pełna diagnostyka, od gastroskopii, po RTG KLP.

Gram na nerwach, uderzam w głowy obcych, nienawidzących mnie ludzi. To bębny wielkiej i żywej perkusji.

Próbuję zagwizdać melodię „Weź to na przebrzdękanie”, jednego z numerów, które odrzuciłem z najnowszego dema.

„Zdińńńń-domi-di-di-dadidaajjja” — ćwierkam przesuwając językiem pomiędzy zębami.

Chyba rzeczywiście podano mi środek wywołujący euforię, bo bez cienia strachu, czy zdumienia, co więcej — rozbawiony, jakbym w loterii fantowej wygrał właśnie całe pudło pluszowych pokemonów, orientuję się, że jestem… znoszony do piwnic. Nie na oddział mieszczący się na minus pierwszym piętrze, ale do obskurnych lochów, gdzie, jak nic, straszą duchy abortowanych płodów, ofiar nieudanych operacji, uduszonych poduszką, albo zabitych poprzez podanie nadmiernej dawki leków uspokajających staruszków, którzy popełnili ostatni, największy błąd w życiu: byli upierdliwi, naprzykrzali się personelowi.

Człapiemy przez odrapany korytarz. Gdzie? Na samo dno Piekła, do kotłowni, spalarni odpadów medycznych? Na tajną salę operacyjną, gdzie zostanę rozebrany na narządy?

— Franek — ten wykolejuch, co go chciałeś zobaczyć — gdzieś tu leży. Przenieśli, chyba na szóstkę — odzywa się poważniak.

Zatrzymujemy się przed pomalowanymi na zgniło-lilaróżowo drzwiami. Za nimi — zgiełk, mała wojna, której tekst ciągle błyska mi pod kopułą.

— Powinien być pod kluczem, skoro obserwacja sądowo-psychiatryczna… Chyba… Patrz — następnego młóci, he, he — uśmiecha się wąsoidalny kładąc mnie na podłodze.

Zadzieram głowę, na tyle, na ile pozwala mi strzaskany (a może mam się łudzić, że nie?) krgosłup.

W niewielkiej, wręcz klaustrofobicznej salce-celce leży dwóch mężczyzn. Jeden na drugim. Grubszy i wyższy, blondyn w pasiastej pidżamie jest maltretowany, gwałcony przez wytatuowanego zakapiora z gołym torsem. Oralnie. Kryminalista z wyglądu przyciska kompana do materaca, maleńkimi, wyrastającymi z policzków dłońmi rozchyla na siłę wargi i wpycha swój jęzor.

 

Biedny grubcio pokwękuje z cicha, jakby bał się krzykiem rozjuszyć oprawcę; piszczy, ale niejako pro forma, bo trzeba się stawiać. Jęczy odruchowo, skomli nosem niczym szczeniaczek.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi 2 tygodnie temu
    Byłam. Czytałam. Spać.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    Miłych snów :) Jak tekst?
  • JamCi 2 tygodnie temu
    Długi bardzo. Można by wrzucić jako dwie części. Ciężko się odnosić bo dużo różnych wrażeń. Niektóre szczególnie mi się podobały. Coś było przydługie samo w sobie. Jak wrócę to się wgryze i konkretniej napisze.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    Oj wiem, że może w porównaniu z innymi przydługi fragment, 18 stron druku. Ale postanowiłem, że będę wrzucać takie, może nieco krótsze. W przeciwnym razie książka będzie rozwalona na pięćdziesiąt fragmentów, a po co tak szatkować? Poza tym to fragment całości, nie konkuruje, jak zawsze powtarzam :)) z innymi. Całość się liczy. Poza tym - jeśli brać pod uwagę, że to fragment powieści, która ma mieć ze 200 stron - to nie taki znowu długi :) ja tak na to patrzę.
  • JamCi 2 tygodnie temu
    Florian Konrad spoko. Tylko trudno opisać wszystkie wrażenia bo jest ich wiele. Musisz więc grzecznie poczekać aż będę miała więcej czasu żeby wrócić, bo teraz nie mam :-) leze zaraz poznać kilka osób, które znam z nicków i słów.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    na spotkanie ? miłego spotkanka zatem. poczekam grzecznie. fragment powyższy zapowiadałem, że wrzucę piątego. wolałem dopisać trochę treści - i z 5. zrobił się 7. :) będę wrzucać nieregularnie, bez planu, bo planowałem co 3 dni, ale nie jestem AŻ TAK systematyczny. ale KSIĄŻKA ZOSTANIE SKOŃCZONA I OPUBLIKOWANA TUTAJ- OD 1 DO OSTATNIEGO SŁOWA. rZEKŁEM, HOWGH :)
  • JamCi 2 tygodnie temu
    Florian Konrad i dobrze. Niczego nie przegapić.
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    JamCi spoko, to moja w sumie dziewiąta, jeśli liczyć dwie spalone, juwenilne, powieść. ma się wprawę, powieściopisarzę od 1998 roku :) i nigdy się nie pogubiłem, nie zostawiłem żadnej rozgrzebanej.
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Florian... godzinę temu przeczytałam i nie mogłam się pozbierać... najbardziej metafora z ogrodem, pochłanianiem. W tym rozdziale jest tyle poezji, no powalasz myślami, obrazami, językiem tak bogatym, tak drążącym rzeczywistość realu i psychodelii, że phu, jesteś tyranem dla słów, znaczeń nowych, treser starych, szacun mega dla Ciebie. Socjologia, psychologia, filozofia w lirycznej, ale kąsającej narracji.
    5!!!
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    jejuśku... dziękuje. obiecuję solennie nie zejść z poziomu, nie pisać na odwal, trzymać formę ponad normę.
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Czytnęło mi się - trzymać formę ponad treść :) Ech, nawyki logiki wiązań.
    Wrócę i na spokojnie jeszcze raz wejdę w świat tej części.
    I spokojnie czekam na wydanie papierowe całości (z autografem).
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    Poczekasz trochę :) ale dla fanów będzie, będzie z autografem :)
  • zingara 2 tygodnie temu
    Świetny najlepszy dla mnie
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    dziękuję serdeczniasto!
  • zingara 2 tygodnie temu
    Nie wiem czemu ale czytając tekst pomyślałam o
    świadomości transcendentalnej (czwarty stan świadomości ) dobre
  • zingara 2 tygodnie temu
    Jejku kom do ostatniego rozdziału

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania