Cień Areny - AKT I, rozdział 11.
Rozdział 11
Na terenie zajętej jednostki, w której Michał i Noah poddani zostali selekcji, spędził jeszcze cztery długie noce.
Nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje — czy to jakiś budynek cywilny, czy może jakiś kompleks wojskowy, przemianowany na potrzeby eksperymentu. Nikt mu tego nie powiedział, z resztą nikt nawet nie próbował z nim rozmawiać. Polecenia były krótkie, chłodne, precyzyjne.
Codziennie rano budził go ten sam dźwięk — metaliczny trzask rygla i szybkie, krótkie stukanie butów na betonowej podłodze. Potem śniadanie: identyczna, bezsmakowa papka w plastikowej misce, z wodą w metalowym kubku. A potem testy.
Lekarze nie mówili nic zbędnego. Badania krwi, EKG, pomiary reakcji źrenic na światło, a raz nawet jakieś skomplikowane urządzenie, które przypominało rezonans — tyle że bardziej prymitywne, jakby prowizoryczne. Wszystko odbywało się w ciszy. Nikt nie uśmiechał się ani nie zadawał pytań. Nikt nie pozwalał sobie na cień emocji.
Drugiego dnia zrobiono mu próbę kondycyjną — bieżnia, podpięty pulsoksymetr, krzyki przez interkom, żeby „nie zwalniał”. Trzeciego — testy psychologiczne, z których niewiele rozumiał: wyświetlano mu obrazy, pytano o reakcje, mierzono opóźnienie w naciskaniu przycisków. Czasem miał wrażenie, że sam nie wie, co jest prawdą, a co sprawdzianem.
Nie rozmawiał z nikim.. Nie widział Johnsona od dnia, w którym zabrano go na przesłuchanie. Nie słyszał nawet jego głosu.
Przez chwilę podejrzewał, że może go wywieziono. Albo że nie przeszedł testów. A może przeszedł — i został wciągnięty w coś, do czego Michała jeszcze nie dopuszczono.
A może… już nie żyje?
Ta myśl pojawiła się tylko raz, ale osiadła w nim jak zadra.
Wszelkie próby rozmowy z personelem kończyły się milczeniem lub krótkim rozkazem. Strażnicy nie patrzyli mu w oczy. Lekarze zachowywali się, jakby był przedmiotem badań, nie człowiekiem.
Czasami zastanawiał się, czy poza nim ktoś jeszcze przebywa w tym skrzydle. Próbował nasłuchiwać, liczyć kroki na korytarzu, wychwycić echo ludzkiego głosu. Ale nic. Żadnych krzyków, rozmów, nawet szeptów.
Betonowe ściany milczały.
Jedynym, co wciąż miał, była własna głowa — i wspomnienia, które wracały nocą, jak duchy. Wojna. Śmierć Igora. Ogień. Cisza po wybuchach. Twarz Sandry, coraz bardziej rozmyta z każdym dniem.
Nie wiedział, czego od niego chcieli. Ale miał coraz silniejsze przeczucie, że nie chodziło już tylko o badania.
Nie miał też pojęcia, co dzieje się na froncie. Ostatnie informacje, które słyszał, pochodziły sprzed tygodnia, kiedy to jego oddział został wybity. A teraz… cisza.
Nie wiedział, czy Rosjanie dalej nacierają, czy zostali powstrzymani. Może zatrzymali się na linii Wisły. Może przeszli ją bez problemu i maszerują dalej na zachód. Może się wycofali. Może Warszawa wciąż się broni. A może już dawno upadła.
W głowie Michała pojawiały się obrazy — urywki wspomnień i możliwych scenariuszy. Czołgi sunące przez zgliszcza miast. Ewakuacja ludności. Ludzie chowający się w piwnicach, w lasach, pod mostami.
Czy polskie wojska dały radę odeprzeć inwazję? Czy wystarczyło ich, by zatrzymać napór bez wsparcia?
Czy w ogóle ktoś nam pomógł? Czy sojusznicy ruszyli z pomocą, czy znowu ograniczyli się do wyrazów „głębokiego zaniepokojenia”?
Nie miał dostępu do żadnych informacji. Żadnego radia, gazet, nawet szeptu zza ściany. Mógł tylko zgadywać, snuć domysły — a te z każdym dniem stawały się coraz bardziej mroczne.
Zaczął zauważać, że to go zmienia. Niepewność była jak rdza — wżerała się w myśli powoli, ale nieubłaganie. Zabierała grunt spod nóg.
Do tej pory żył działaniem. Ucieczką. Walką. Rannymi. Strzałami. Wybuchami. Decyzjami podejmowanymi w ciągu sekund. A teraz miał tylko betonowe ściany i własny puls w uszach.
Przechodząc te wszystkie testy, Michał coraz mocniej utwierdzał się w jednym przekonaniu: chcą go do czegoś wykorzystać. Nie chodziło o przypadkowe badania, ani o eksperymenty dla samej nauki. Za tym wszystkim kryła się intencja — systematyczna, zimna, dobrze zaplanowana. Nie było tortur, nie było brutalnych przesłuchań. Tylko dziesiątki analiz, mierzenie reakcji, pytania o wojskowe procedury, symulacje. Z początku był nieufny, potem zaniepokojony, a teraz… po prostu podejrzliwy.
Nie mieli zamiaru go zabić. Nie chcieli też, by milczał. Oni go przygotowywali.
Ale do czego?
W piątym dniu nadszedł przełom. Znów zaprowadzono go do tego samego, szarego pomieszczenia, gdzie pierwszy raz spotkał generała.
Tym razem nie było już dwóch oficerów z bronią, nie było siedzących w cieniu oczu oceniających każdy jego ruch. Przy stole siedział tylko doktor Kazanov, ten sam, co wcześniej, z niezmiennie opanowanym wyrazem twarzy. Obok niego — generał.
Wtedy jeszcze nie miał okazji mu się przyjrzeć. Teraz widział go wyraźnie: starszy mężczyzna, o ostrych rysach. Siwe włosy zaczesane starannie do tyłu. Twarz jak z granitu, bez cienia uśmiechu. Mundur idealnie wyprasowany, ciężki od odznaczeń. Siedział prosto, sztywno, z rękami splecionymi na stole. Każdy jego gest emanował władzą — nie wymuszoną, lecz naturalną, jakby od zawsze był przyzwyczajony do wydawania rozkazów, które nie podlegały dyskusji.
Kiedy Michał wszedł, mężczyzna uniósł wzrok i zmierzył go spojrzeniem, które zdawało się prześwietlać go na wylot.
— Siadajcie — rzucił w końcu, tonem niskim, z ledwie wyczuwalnym rosyjskim akcentem.
Michał usiadł naprzeciwko.
— Generał Piotr Kutuzow — przedstawił się wojskowy bez zbędnych formalności. — Dowódca Armii Wschód.
Generał Kutuzow.
Ten, o którym Natalia mówiła, że to nie strateg.
Tylko kat.
Wcześniej tylko o nim słyszał, teraz siedział na wprost niego.
Kazanov wstał i podszedł do regału z dokumentami. Generał natomiast kontynuował:
— Zostaliście wytypowani do programu specjalnego. Wyniki waszych testów były... nietypowe. Ale dobrze rokujące.
Michał milczał. Nie chciał ułatwiać im rozmowy.
Kutuzow uniósł lekko jedną brew, jakby przewidział tę reakcję.
— Możecie się nie odzywać. Ale czas działa na naszą korzyść, nie na waszą.
Na chwilę zapadła cisza. Michał spojrzał na Kazanova, ale ten tylko rozłożył jakieś papiery i nie powiedział ani słowa.
Generał wrócił spojrzeniem do Michała.
— Nie jesteście tu więźniem. Przynajmniej nie w takim sensie, jak myślicie. Jesteście materiałem do zadań, o jakich zwykli żołnierze nie mają pojęcia.
To już nie brzmiało jak przesłuchanie. To była rekrutacja.
Generał nie tracił czasu na zbędne wyjaśnienia.
— Zostajecie przydzieleni do grupy eksperymentalnej — powiedział, jakby oznajmiał mu pogodę na jutro. — Szczegóły i miejsce realizacji projektu są informacjami zastrzeżonymi.
Michał nie zareagował, ale jego dłoń zacisnęła się lekko na kolanie.
— Program obejmuje rozwój żołnierza w pełnym zakresie: siła, sprawność, wytrzymałość, odporność na ból i stres, zdolności przetrwania, skuteczność bojowa — kontynuował Kutuzow, patrząc mu prosto w oczy. — Nauczysz się obsługiwać każdy typ broni palnej. Ładunki wybuchowe. Walka wręcz. Taktyka. Cierpliwość. Zabijanie.
Brzmiało to bardziej jak obietnica niż groźba.
Wtedy głos zabrał Kazanov, który do tej pory przeglądał dokumenty.
— Zastanawiasz się pewnie, dlaczego ty. — Podszedł z wydrukiem w ręku. — Choć nie masz imponującej budowy, twoje wyniki medyczne są bardzo dobre. Organizm stabilny, żadnych przewlekłych schorzeń.
Zerknął na kartkę, po czym odłożył ją na biurko.
— Ale kluczowe były testy psychologiczne.
Zamilkł na moment.
— Twoje reakcje są wyciszone. Poziom lęku — poniżej normy. Agresja — kontrolowana. Empatia — selektywna. Co więcej, podczas badania aktywności mózgowej nie zaobserwowaliśmy klasycznego wzorca posttraumatycznego.
— Co to znaczy? — spytał Michał.
— Że nie załamałeś się po tym, co przeżyłeś. Że nadal jesteś funkcjonalny.
Kazanov przesunął dłonią po czole, jakby próbował ubrać w słowa coś, co niełatwo wytłumaczyć.
— Twój chłód emocjonalny czyni cię idealnym obiektem do obserwacji. Nasz projekt bada adaptację żołnierza do warunków skrajnych. Ty możesz przejść tę drogę dalej niż inni.
Michał poczuł zimno w żołądku. W ich ustach nie był człowiekiem. Nie był żołnierzem. Był… obiektem. Tak właśnie powiedział: „obiektem do obserwacji”.
— Co jeśli... nie chcę w tym uczestniczyć? — rzucił, nieco głośniej, patrząc na Kutuzowa.
Generał milczał. Jego twarz nie drgnęła ani o milimetr.
Zamiast niego odpowiedział Kazanov.
— Pytanie źle postawione. Nie chodzi o to, czy chcesz. Chodzi o to, że nie masz wyboru.
Michał nie spuszczał wzroku z generała.
— Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla wszystkich — dokończył Kazanov
Kutuzow pochylił się w jego stronę i powiedział:
— Zostałeś porzucony. Nie zgłoszono twojego zniknięcia. Nikt nie szukał ciała. Dla nich nie żyjesz.
Te słowa trafiły jak cios.
Nie wiedział, czy bardziej go boli ich zimna prawda, czy to, że nie umie im zaprzeczyć.
Nie wiedział, jak długo siedział w ciszy. Myśli wirowały jak za mgłą.
Porzucony. Wymazany. Nikt nie przyjdzie go odbić.
Spojrzał raz jeszcze na generała. Na doktora. Na drzwi, które i tak były zamknięte. A potem skinął lekko głową.
Nie powiedział nic. Ale wewnętrznie — podjął decyzję. Daje szansę innemu systemowi.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Do środka wszedł pułkownik — ten sam, który nadzorował pierwszą selekcję. Jego mundur był teraz czystszy, choć nadal zapięty pod samą szyję. Twarz miał nieprzeniknioną, głos suchy i służbowy.
— Wojska osiągnęły cel. Warszawa zdobyta. Możemy przenieść obiekty do właściwego kompleksu.
Kutuzow jedynie skinął głową. Kazanov zamknął teczkę z dokumentami, jakby właśnie sfinalizowano kontrakt.
— Transport za dwie godziny — dodał pułkownik.
Na moment ich spojrzenia skrzyżowały się — pułkownik i Radecki. Nie było w nich nienawiści, pogardy ani współczucia. Tylko chłodna ocena.
Michał milczał, ale w środku wrzało.
Osiągnęli cel. Zdobyli stolicę.
Zacisnął zęby, nie pozwalając, by cokolwiek wypłynęło na twarz.
Zaczynał rozumieć.
Nikt nie przyszedł go szukać. Nikt nie odnalazł ciała. Może nawet nikt nie zauważył, że zniknął. Przegrali. Miasta płonęły, a ludzie uciekali.
To koniec.
W jego głowie narastało teraz jedno pytanie: Jak to przeżyć?
Nie jak uciec. Nie jak się zbuntować.
Jak przetrwać ten system, nie dając się w nim złamać.
Zabrali go bez słowa. Dwóch żołnierzy w czarnych mundurach — bez żadnych odznaczeń, twarze ukryte za przyłbicami — zaprowadziło go wąskim korytarzem, który zdawał się nie mieć końca. Betonowe ściany były wilgotne, jakby oddychały chłodem podziemia. Buty odbijały się głucho od posadzki.
Nie wiedział, dokąd idzie. Nie zadawano mu pytań, nie tłumaczono.
W końcu zatrzymali się przed stalowymi drzwiami.
Zgrzyt zamka, potem trzask klamki.
Sala, do której wszedł, przypominała prosektorium. Stare, niewielkie kafelki, brudna biel wchodząca już w szarość. Na suficie migotała jarzeniówka, emitując zimne, ostre światło. Brak okien. Zapach odkażacza i metalu.
Pośrodku pomieszczenia stał dziwaczny, obrotowy fotel — zużyty, popękana skóra, zardzewiałe podłokietniki.
Przy nim — człowiek, który zdecydowanie zbyt mocno się uśmiechał, biorąc pod uwagę scenerię.
Mężczyzna był w średnim wieku, krępy, z zaczesanymi włosami i z dziwnym entuzjazmem twarzy. Jego kitel był czysty, ale ręce miał umazane tuszem i czymś, co wyglądało jak resztki opatrunku.
— No, no — zagadnął wesoło. — Świeży nabytek. Zapraszam, proszę się rozgościć.
Co go tak cieszyło w tym miejscu? — przemknęło Michałowi przez głowę. — Chyba mu ta robota nie służy.
— Siadaj, siadaj. Zrobimy to szybko.
Radecki usiadł w milczeniu, wciąż z tą myślą, że musi przeżyć. Dopasować się. Obserwować. Czekać.
Wszystko było kwestią wytrzymałości.
Mężczyzna sięgnął po elektryczną maszynkę. Warkot ostrzy przeszedł mu po czaszce jak zgrzyt żelaza po betonie. Włos po włosie spadały na ziemię, aż jego głowa stała się idealnie gładka.
Potem przyszła kolej na coś, czego się nie spodziewał. Facet wyjął rękawiczki i igłowy aplikator. Radecki poczuł zimny alkohol na karku, a potem pierwsze ukłucie.
— Spokojnie, to tylko oznaczenie. Małe, prawie niewidoczne. Ale potrzebne.
Nie zapytał, co to znaczy. Nie chciał wiedzieć.
Czuł, jak tusz wbija się w skórę — kreska po kresce, jakby ktoś wypalał mu numer seryjny. Nie bolało bardzo, ale było upokarzające.
Gdy wstał, jego kark lekko pulsował. Nie widział wzoru, ale czuł jego obecność. Coś tam już było.
Znak przynależności. Albo własności.
Spojrzał na swoje odbicie w chromowanej powierzchni lampy operacyjnej. Był coraz mniej sobą. Ale w oczach wciąż miał ten sam chłodny błysk.
Czekaj. Słuchaj. Przeżyj.
Pod salą czekał już pułkownik. Michał teraz dopiero odczytał jego nazwisko: Borodin. Ten sam głos, ten sam chłodny, służbowy ton — jakby mówił do raportu, nie do człowieka.
— Od teraz jesteś numerem trzynastym — oznajmił, jakby mówił do raportu, nie do człowieka. — Michał Radecki już nie istnieje.
Michał nie odpowiedział. Czuł, jak jego własne imię rozpuszcza się gdzieś w głowie, rozmywa jak sen. Liczba trzynaście — niegdyś przesąd, teraz znak tożsamości.
Został wyprowadzony korytarzem i doprowadzony na plac, gdzie zgromadzono grupę około dwudziestu osób. Wszyscy mieli pomarańczowe uniformy, ogolone głowy i numery wytatuowane na potylicach. Jednolite. Odczłowieczone.
Dostrzegł Noaha. Stał z opuszczonym wzrokiem, ale gdy Michał pojawił się w zasięgu wzroku, uniósł głowę. Skinęli sobie lekko, prawie niezauważalnie. Nie było im jednak dane zamienić ani słowa — strażnicy pilnowali ciszy, porozumiewając się między sobą jedynie krótkimi komendami.
Po chwili wszystkich zapakowano do wojskowego autobusu. Bez okien, z metalowymi siedzeniami i wąskim pasem światła biegnącym wzdłuż sufitu. Przy każdym miejscu znajdowały się kajdany. Michał został przykuty jako trzynasty. Słyszał szczęk łańcuchów za sobą, gdy prowadzono kolejnych. Noah przechodził obok — przez ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały. Na karku Noaha widniał numer 20.
Autobus ruszył. Silnik zawarczał głucho, a całe wnętrze delikatnie zadrżało. Jechali długo — bez możliwości określenia kierunku, bez żadnych punktów orientacyjnych. Nie było żadnych rozmów. Tylko przytłumione oddechy, brzęk metalu i warkot silnika.
Michał rozejrzał się po wnętrzu. Wśród więźniów panowała zadziwiająca różnorodność. Byli tu ludzie wysocy i niscy, chudzi i dobrze zbudowani. Niektórzy wyglądali na pewnych siebie, niemal obojętnych — inni na skrajnie przerażonych. Ich twarze sugerowały różne pochodzenie. Oprócz Noaha — wyraźnie amerykańskiego — dostrzegł chłopaka o latynoskiej urodzie. Być może Kolumbijczyk albo Meksykanin? Trudno powiedzieć. Czy wszyscy wiedzieli, gdzie jadą? Czy tak jak on, nie mieli pojęcia, w co zostali wrzuceni?
A może niektórzy wiedzieli mniej?
Jednak to nie oni przyciągnęli jego uwagę najbardziej. Najbardziej zaintrygował go człowiek siedzący dwa fotele przed nim. Był młody, może niewiele starszy od Michała, ale znacznie bardziej postawny. Wysoki, potężnie zbudowany. Mógłby uchodzić za sportowca, może wojskowego.
Ale to nie fizyczność go wyróżniała.
To była postawa. Nienaturalny spokój. Lodowata obojętność. Podczas gdy inni drżeli z napięcia lub nerwowo rozglądali się na boki, on siedział zupełnie nieruchomo. Prosto. Z twarzą bez wyrazu. Jakby to, co go czekało, nie robiło na nim najmniejszego wrażenia.
Michał nie mógł oderwać od niego wzroku. Kazanov mówił o nim jako o człowieku „zimnym”, „odciętym emocjonalnie” — ale ten tutaj był jakby wycięty z lodowca. Mróz wcielony. Niepokojąco cichy.
I właśnie to sprawiało, że Michał czuł ciarki. Bo instynkt podpowiadał mu, że ten człowiek nie jest tylko kolejnym więźniem. On był czymś więcej. Czymś, czego jeszcze nie rozumiał.
Nie wiedział jeszcze, jak bliski był prawdy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania