Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień trzynasty.

— Gniewko — odezwała się Agnieszka, przerywając ciszę. — Powiedz mi, co z tymi kurami... — Ptaki z zapałem wydziobywały z ziemi każdy kąsek, który udało im się wydrapać pazurami.

— Niosą się? Czy pożytku z nich tyle, że zjadają resztki?

Gniewko przełknął łyżkę zupy i wytarł usta wierzchem dłoni. Długo obserwował drób.

— Niosą się — odparł pewnie. — Kury to sprytne stwory. Trzeba za nimi deptać... cichutko i wypatrywać, w jakie chaszcze łazi. Gdy już zniesie, wyłazi i chwali się. Wtedy wiesz, że jajo gdzieś tam jest. Ale trzeba być szybkim, bo żmij albo ropucha mogą je znaleźć.

— Zatem czeka nas szpiegowanie drobiu — śmiała się. — Szkoda na to czasu. — Przeniosła wzrok na kurnik. — Skoro mają dach nad głową, urządzę im tam gniazda. Jagna kazała mi ćwiczyć palce.

— Pomogę — wtrącił Robert. — Przyniosę wiechy trzciny. Wyścielimy nimi kosze.

— Paniculae Phragmitis australis. Nada się. Lekka, chłonie wilgoć i trzyma ciepło.

— Po kąpieli nazbieramy kamyków o kształcie jajek. Podłożymy je kurom na zachętę — zaproponował.

— Co? — zaśmiała się. — Skąd ten pomysł?

— Nie zapominaj, że jestem prostym chłopakiem ze wsi, podpatrzyłem to i owo u sąsiadów… — mrugnął do niej.

Dzień płynął ustalonym rytmem. On wyrabiał cegły z wczorajszej masy i przygotowywał kolejną porcję gliny. Układał trzcinę na wiacie.

W południe przerwali pracę.

— Patrz — szepnęła, gładząc krawędź jednej z cegieł. — Schną równo, bez pęknięć.

— Jeszcze tydzień, może dwa, i zaczniemy myśleć o wypale — uzupełnił zadowolony.

— Pora to zaplanować — odparła. — To nasze kluczowe wyzwanie. Mamy jedną szansę, której nie wolno nam zmarnować. Nie pozwolę, byś przez kolejny miesiąc harował ponad siły tylko po to, by na koniec zostać z niczym.

— Tak, musi nam się udać za pierwszym podejściem. — Spojrzał na nią z czułością.

Pracowali obok siebie. Ciszę zakłócały rwane oddechy, mlask stóp w błocie, trzeszczenie wikliny.

— Sól — rzuciła nagle. — Bez niej nie zakonserwujemy mięsa.

— I żelazo — dodał, skupiony na glinie. — Nóż to za mało. Potrzebujemy siekiery… i czegoś do gotowania z metalu, te gliniane garnki wiecznie nie wytrzymają.

— Garnki wypalimy razem z cegłami, ale metalowe naczynia... to zmieniłoby wszystko — zawiesiła głos.

— I jak sprawuje się nowy sprzęt? — Robert zawołał wesoło na widok wracającego z łąki Gniewka.

Chłopiec wyprostował się, wypiął pierś i z szerokim uśmiechem uderzył dłonią w bok wiklinowego kosza. — Dobrze! Teraz mieści dwa razy więcej trawy niż worek i się tak nie trudzę.

— Nie przeładowujesz go? Nie przepracuj się. — Zmrużył oczy, po czym przeniósł wzrok na żonę. — Jak sądzisz, wyciosam oś z kołami?

— Kto, jeśli nie ty! — odpowiedziała radośnie.

Obserwowali chłopca, który zwinnie wyrzucał naręcza trawy i rozściełał je na kozłach.

* * *

Słońce barwiło niebo krwistą czerwienią. Szykował się do ostatniego kursu nad rzekę.

— Zostaw to — powiedziała cicho. — Na dziś już wystarczy.

Uniósł brwi w zdziwieniu. — Co ty? Szkoda marnować czas.

— Nic się nie zmarnuje — odrzekła z zagadkowym uśmiechem. — Chodź. Zmyj z siebie glinę, przejdziemy się.

Nalegała tak stanowczo, że bez słowa odłożył nóż. W nurtach rzeki zostawił brud i ciężar całego dnia. Minęli ścieżkę prowadzącą do chaty, poprowadziła go ku trawiastemu wzgórzu panującemu nad doliną. Na szczycie stał potężny dąb, rozdarty uderzeniem pioruna.

Na szczyt dotarli z ciężkim oddechem, oparli się o osmalony pień. W złotym świetle zachodu rozpościerała się pod nimi cała dolina.

— Pięknie tu — szepnął. — Po co mnie tu zabrałaś? Chyba nie tylko dla widoków? — Przyciągnął ją do siebie.

Ze śmiechem wysunęła się z jego ramion.

— Rozejrzyj się dobrze.

Omiótł wzrokiem dolinę. Bezkresne lasy, łagodne wzgórza, rzeka. — Na co mam patrzeć? Nie rozumiem.

— Porzuć szczegóły. Uchwyć całość. — Naprowadzała go cicho. — Spójrz na to szerokie zakole rzeki tam, na wschodzie. Na linię tych wzgórz w oddali. A tam... ta wielka, płaska łąka, na której nas znaleźli.

Wodził wzrokiem od zakola rzeki do linii wzgórz, a jego źrenice rozszerzały się z każdym uderzeniem serca. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale wydał z siebie tylko cichy, świszczący dźwięk. Cofnął się o krok, o mało nie tracąc równowagi.

— Nie... — szepnął, kręcąc głową. — Nie, to nie może być... Naprawdę myślisz, że my jesteśmy… tutaj?

— Przecież wszystko do siebie pasuje — odparła pewnym głosem.

Utkwiła wzrok w horyzoncie, dostrzegała tam majaczące widma przyszłości.

— Patrz. Tam, w tym zakolu, pośród olch... zalśni w słońcu Kujawski Port Kosmiczny. — A tam... — Wskazała zbocze wzgórza. — Wyrośnie nasz wieżowiec. — Tam, gdzie nas znaleźli. — Przesunęła rękę. — Będzie twój Instytut Kontinuum Czasoprzestrzennego.

— Wygląda na to, że nie skłamałeś Kwieciszowi, nazywając nas „tutejszymi”.

— Kiedy to odkryłaś? — głos ledwo opuścił gardło.

— Jagna opowiedziała mi swoją historię — zaczęła. — Uciekli znad wielkiego jeziora, kilka dni drogi, na wschód. Wiedli tam spokojny żywot, póki któryś z sąsiadów nie zapragnął władzy nad wszystkimi...

Uniósł głowę, zaciekawiony. — Klasyka. Silna jednostka podporządkowuje sobie wspólnotę, po czym wymusza daniny na utrzymanie dworu.

— Tak. Tyle że Jagna opisała porażkę — ciągnęła. — Lud podniósł bunt, otoczył tyrana w grodzie i skazał na śmierć głodową... choć według niej, to nie głód ich wykończył, lecz plaga myszy.

— Myszy… gród… jezioro… — zamilkł. — Czekaj… Spojrzał na nią ostro. — Chcesz mi powiedzieć, że to… Popiel?

— Tak. Jagna znała go osobiście.

Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. — Tego z legend?!

— Tak. Trafiliśmy w czasy, w których legenda to rodzinne wspomnienie.

— Gopło! — wyrzucił z siebie. Kilka dni marszu na wschód…

Zamilkł, gdy ostatnie smugi światła utonęły za horyzontem. Nad dolinę nadciągnął granatowy zmierzch, a nieboskłon nakropiły pierwsze gwiazdy. Chłodny wiatr zaszeleścił w liściach dębu.

— Sądzisz, że to nasza przeszłość? Że każdy nasz krok zapisano już w historii? Czy... czy włączając maszynę, wyrwaliśmy dziurę w czasie i stworzyliśmy równoległy świat?

Nie czekał na odpowiedź. Mówił coraz szybciej. Chodził w koło trąc włosy dłońmi.

— Czekaj! Jeśli to przeszłość… to znaczy, że już ją przeżyliśmy, tak? — Czyli co… nic nam się nie może stać? — To bez sensu… — urwał. — Przecież mogę jutro zginąć.

— I co wtedy? Rozpłynę się w paradoksie? A jeśli zniknę, to jak mogłem istnieć w przyszłości, żeby tu trafić?

Zatrzymał się gwałtownie w pół kroku. Odwrócił się, panikę w jego oczach zastąpił fanatyczny blask.

— To wszystko musi mieć jakąś regułę… jakiś bezpiecznik — mruknął, patrząc w ziemię. — Coś, co sprawia, że to się jednak „zgadza”.

— Kochanie... — szepnął nienaturalnie uroczystym głosem.— A co, jeśli... znaleźliśmy wyjście?

— Jakie wyjście? O czym ty mówisz? — zaniepokojona podeszła bliżej.

— Wyjście dla ciebie — ciągnął.

— A jeśli… — zawahał się. — Jeśli coś pójdzie „nie tak”… — Na tyle, że to wszystko się cofnie — Jeśli moja śmierć to twój bilet powrotny…

Zamarła. Piegi zdominowały trupio bladą twarz. Przerażenie zdławiło głos w gardle. W głowie eksplodował niemy krzyk, po chwili wydarł się na zewnątrz zdławionym, furiackim szeptem.

— Nawet o tym nie myśl! A co, jeśli Wszechświat nie zauważy twojego poświęcenia?! Co ja tutaj zrobię sama, bez ciebie?! Pomyślałeś chociaż przez chwilę o tym?! Ty... ty pieprzony egoisto!

Rzuciła się na niego z pięściami.

— Sądzisz, że to szlachetne?! — krzyczała przez łzy. — Zostawić mnie samą w tej dziczy?!

— To nie poświęcenie! To ucieczka!

Długo przyjmował ciosy aż pochwycił jej dłonie i przyciągnął do siebie. Szloch wstrząsał nią, czoło bezwładnie uderzało o jego pierś.

— Przepraszam... — szepnął, kołysząc ją delikatnie. — Przepraszam, głupi pomysł... Już dobrze... Ciii... Jesteśmy w tym razem. Już dobrze.

Trwali w uścisku, dopóki jej płacz nie przeszedł w ciche łkanie. W końcu odsunęła się, jej ciałem wciąż targały dreszcze. Chwyciła go za ramiona i zmusiła, by utkwił wzrok w jej oczach.

— Przestań! Szukać reguł w tym obłędzie. — Pokręciła głową. — A czas pękł. Jak ten dąb. — I to, co tu widzimy… to już coś nowego. Nie ma powrotu. Jest tylko to, co tu i teraz.

Założył ręce na kark, odchylił się w tył.

— Ale czy wolno nam skazić ten świat wiedzą z przyszłości? — zapytała cicho.

— Działamy tu niczym gatunek inwazyjny. — Pocierał twarz dłońmi. — Co zatem proponujesz? Pozwolimy Gniewkowi skonać na pierwszą lepszą infekcję, bo lękamy się „efektu motyla”?

— Nie wiem — odparła drżącym głosem. — Może... powinniśmy przyjąć zasadę: wiedza służy tylko nam. Stworzymy wokół siebie małą bańkę przyszłości.

— To egoistyczne.

— Nic innego nie przychodzi mi do głowy — szepnęła. — Musimy przeżyć, zostawiając po sobie jak najpłytszy ślad. Jak najmniejszą bliznę na tkance tego świata.

Omiótł wzrokiem dziką, nietkniętą dolinę. Przez moment dostrzegał w niej widmo utraconego, świetlistego świata, by po chwili ujrzeć przerażającą, pustą kartę, którą mieli zapisać. Ciężar straty, przytłaczająca odpowiedzialność, a nade wszystko palące poczucie winy.

— Aga, ja… ja tak bardzo… — wykrztusił. Głos uwiązł mu w gardle, a potem pękł, przechodząc w gwałtowny szloch, który niemal rzucił go na kolana.

Przyciągnęła jego głowę do siebie i objęła w silnym uścisku.

— Chodź. Może Gniewko przygotował kolację. Czas napisać kolejny rozdział naszej historii.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania