Poprzednie części:  Cuiavia

Cuiavia. Dzień dwunasty.

Gniewko przystanął przed nimi z pustym workiem w rękach.

— Mogę… mogę coś rzec?

Ledwo go usłyszeli.

Spojrzeli po sobie. Agnieszka przyciągnęła go do siebie.

— Coś cię gryzie? Boli cię coś?

— W naszych czasach… — urwał. — U nas mówią: mów, co ci leży na żołądku.

Chłopiec wpatrywał się w stopy.

— Nie… brzuch mnie nie boli. Ale… — Palcem zaczął kreślić kółka w pyle. — Wór ma mały otwór. Jak upycham trawę, muszę ją wciskać po trochu. A potem… muszę ją szarpać, żeby wyciągnąć.

Umilkł i spojrzał na Roberta.

— Myślałem… żeby zamiast wora wziąć kosz. Szeroki. Łatwiej wrzucać… i wyjmować lżej.

Zastygł, wpatrzony w ich twarze.

Robert przeniósł wzrok na żonę. — Sam znalazł sposób.

Kucnęła przed chłopcem.

— Gniewko, to… Masz rację. Z kosza będzie łatwiej.

Robert chwycił patyk. Na udeptanym klepisku narysował ramę.

— Patrz. Mocne gałęzie powiążemy sznurem. Na nich zamocujemy kosz. — Zerknął na żonę. — Dasz radę?

— Nie wiem, spróbuję.

Gniewko patrzył to na rysunek, to na nich. — Tutaj musi być gęsto. — Wskazał palcem dno. — I żerdzie potrzebne długie. — Wyprostował się, czekając na opinię.

— Dobrze, długie żerdzie i gęste dno. Mamy plan na dziś. — Wstała i otrzepała spodnie z pyłu.

— Idę do Jagny. A ty… — Zmierzwiła mu włosy. — Idź po trawę. Kiedy wrócę, zajmiemy się twoim koszem.

Chłopiec chwycił sierp i worek, ruszył szybkim krokiem na łąkę.

Patrzyli za nim przez chwilę.

— Widzisz? — szepnęła. — Działa. Zaczął samodzielnie myśleć.

— Tak. — Przyciągnął ją do siebie. — Pierwszy patent w rodzinnym startupie zaliczony.

* * *

Zostawiła Roberta przy cegłach i ruszyła do chaty Jagny. Staruszka siedziała na ławie i przesuwała zagięty nóż po osełce. Wstała i skinęła na nią.

Poprowadziła ją w dół, gdzie łąki ustępowały miejsca gęstwinie. Ominęły piaszczysty brzeg i znajome kąpielisko. Skręciły w chaszcze. Pod stopami uginał się grząski grunt. Nozdrza drażnił odór tataraku i gnijących liści.

Nad wodą brzęczały owady, z trzcin dobiegało kumkanie i ostre nawoływania ptaków. Gdzieś dalej rozległo się niskie, przeciągłe buczenie.

Słońce wisiało jeszcze nisko. Przez liście przenikało rozproszone, zielonkawe światło.

Między zaroślami nie było przewiewu. Długie, wilgotne liście ocierały się o ramiona. Wzdrygnęła się. Odsunęła je przedramieniem. Pod stopami trzaskały gałązki.

Tuż przed nimi coś zaszeleściło. Z mokrej trawy poderwał się ptak, krzycząc przenikliwie. Odruchowo stanęła.

— Patrz pod nogi — Jagna zniżyła głos. — Nie schodź ze steczki. To ich ziemia.

— Ich? — zapytała cicho.

— Dziwożon. Starych bab z bagien. Zazdroszczą nam dzieci. Płód w łonie podmienią. A zostaw niemowlę bez opieki… podrzucą pokracznego bękarta, a twoje zabiorą na bagna.

Zimny dreszcz pełzł wzdłuż kręgosłupa. Przełknęła ślinę.

Przesąd. Łatwiej obwinić dziwożonę niż pogodzić się z tym, że dziecko urodziło się chore. A może te opowieści miały trzymać ciężarne z dala od bagien?

Śledząc wzrokiem mgły pełznące między trzcinami, wypuściła wstrzymywane powietrze.

Z głębi mokradeł znowu dobiegło głuche buczenie. Tym razem odpowiedziało mu drugie, ledwie słyszalne.

Dotarły na skraj rozlewiska. Wyrosły przed nimi splątane kępy wierzb.

— Tu popracujemy. — Wskazała krzew o czerwonawych pędach. — Witki ma giętkie, zniosą wiele. Tnij nisko, przy pniu. Wybieraj najdłuższe, proste. Z nich zapleciesz boki.

Agnieszka dotknęła gałązki.

Salix purpurea. Salicyna.

— Znam ją. Wywar z kory zbija gorączkę. Uśmierza ból.

— Leczy — przytaknęła. — Ale dzisiaj przyszłyśmy po jej giętkość, nie po moc. Tnij.

Podeszły do wyższego krzewu o żółtozielonych pędach. — Oto konopianka. Twarda i uparta.

Agnieszka spróbowała nagiąć jedną z grubszych witek. Uginała się pod palcami, po czym wracała na miejsce.

— Z niej pleciesz dno i żebra. Bierz grubsze, proste.

Przytaknęła.

Salix viminalis.

Pracowały w milczeniu. Stos rósł u ich stóp. Nauczyła się ciąć pod kątem. Wybierała proste pędy, bez uszkodzeń i bocznych odgałęzień.

Co jakiś czas z trzcin dochodził szelest albo plusk. W końcu przestała na nie reagować.

Słońce wspięło się wysoko. Opar znad rzeki przesuwał się między zaroślami. Przykrył ścieżkę.

Jagna położyła dłoń na ramieniu Agnieszki. — Starczy. Południe nie lubi roboty.

— Dlaczego? — zapytała, ocierając pot z czoła.

Staruszka wbiła wzrok w wodę. Spod mgły wyłaniały się szerokie liście lilii wodnych.

— Zbudziłyśmy je. — Zniżyła głos do szeptu.

Agnieszka zerknęła w stronę, z której dobiegł plusk.

— Wychodzą z wody, kuszą gładkim licem. Ciągną za sobą włosy… zielone wodorosty, co pętają nogi. Siedzą na kłodach. Śpiewają tak, że serce chce wyskoczyć z piersi. Wołają cię po imieniu. Pójdziesz za głosem, dasz się omamić… przepadniesz. Wciągną w głębię. Załaskoczą na śmierć.

Agnieszka wpatrywała się w mgłę. Wśród rozbłysków słońca trudno było rozróżnić, co porusza się pod powierzchnią.

— O kim mówisz?

— O rusałkach. W sąsiedniej wsi przepadł chłopak. Wcześniej opowiadał, że słyszy śpiew. Przysięgał, że piękniejszego nigdy nie słyszał. Ruszył nad rzekę w największy skwar. Trzy dni później woda oddała ciało. Z uśmiechem zastygłym na twarzy.

Agnieszka odwróciła wzrok od wody.

— Starczy kłapania ozorem. Bierz, coś nacięła. Wracamy.

Agnieszka objęła naręcze witek. Pochyliła się do przodu pod ich ciężarem. Końce pędów plątały się między nogami, ciągnęły się po ziemi. Pot spływał jej do oczu.

Staruszka szła lekko, pod pachą niosła kilkanaście gałązek. Pokręciła głową.

— Dziecko, po co ten trud? — zachrypiała. — Rzeka nie ucieknie. Wierzby też nie. Lepiej wrócić jutro po świeże. Wyzujesz się z sił, nim dojdziesz do chaty.

Przystanęła. Oparła witki o pień i odetchnęła.

— Nie mogę, Jagno. Obiecaliśmy Gniewkowi… Chcemy dzisiaj upleść kosz na trawę.

Jagna przystanęła i odłożyła swoją wiązkę.

— A powiedz mi, dziecko… — Głos Jagny złagodniał. — Jak ty sobie radzisz? No, wiesz… z naszymi sprawami.

Policzki jej zapłonęły.

Jagna uśmiechnęła się do niej.

— Każda z nas co księżyc składa daninę Mokoszy. To znak zdrowia. Ale i kłopotu. Masz swoje sposoby?

Schyliła się.

— Patrz tutaj.

Oderwała garść jasnozielonego, gąbczastego mchu. — Ziele popijowe.

Agnieszka wzięła kępę. Pod naciskiem palców z mchu wystąpiła woda.

— Miękkie, wypije każdą wilgoć. — Poklepała ją po dłoni. — Susz dobrze. Przyjdzie krew, sama zobaczysz, jak się przyda.

Wchłania dużo więcej wody, niż sam waży. Związki fenolowe, niskie pH. Dobry na opatrunki.

Ścisnęła kępę mchu.

— Dziękuję — szepnęła. — Chodź ze mną do chaty. Pokażę ci, co budujemy. Pomożesz mi przy koszu? Bez ciebie nie wiem, czy dam radę go upleść.

Staruszka skinęła.

* * *

Przed chatą Robert kończył układać trzcinę na wiacie. Osłaniała rzędy schnących cegieł.

— Witajcie! — Uśmiechnął się szeroko. — Obfite zbiory. — Podszedł i przejął od żony naręcze witek. — Dobrze cię widzieć w naszych progach, Jagno.

Zmierzyła go wzrokiem. — Ręce nie znają u ciebie próżnowania. Krzepa jak u tura. We wsi nie pojmują, po co tak się trudzisz. — Zaśmiała się.

— Szykujemy się na zimę. Siadajcie. — Wskazał im kłodę.

W ciszy niosło się tylko brzęczenie pszczół nad kwiatami.

— Czeremchy sypnęły kwieciem — mruknęła Jagna, wciągając powietrze. — Szykuje się dobry miód.

— Pszczoły nie dawały mi żyć przy glinie. Huczały nad głową.

Zza pagórka wyszedł Gniewko. Taszczył worek świeżej trawy. Na ich widok zostawił worek przy płocie i podbiegł. Wyrzucał z siebie słowa o wspólnym planie, aż porwał ich do roboty.

Robert zacisnął sznur na okorowanych żerdziach. Powstała rama włóka. Agnieszka usiadła w trawie. Jagna patrzyła jej na ręce.

— Od spodu bierz — rzuciła. — Pleć ciasno, bo się rozlezie.

Zaczęła przeplatać witki. Robert przyklęknął i przycisnął żerdź do ziemi.

— Lżej z tymi witkami! — stęknął. — Rama mi ucieka!

— Trzymaj mocniej, zamiast stękać! — Śmiała się, nie przerywając plecenia. — Samo się nie zrobi.

Jagna prychnęła.

— Do roboty! Witkami pleść, nie ozorami.

Gniewko dźgnął palcem w luźny splot. — Tutaj mocniej. Trawa tędy ucieknie. Wiem, co mówię.

Wybuchnęli śmiechem. Pod okiem Jagny przeplatała kolejne warstwy. Pod palcami rosły wysokie ściany. Gniewko krążył wokół nich i podawał witki.

Jagna odsunęła Agnieszkę. — Podaj sztywniejsze. Uplotę warkocz na brzegu. Na to jeszcze przyjdzie ci czas.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy wyprostowali plecy. Na ramie pysznił się koślawy, szeroki kosz.

— No, Gniewko… — Agnieszka otarła pot z czoła. — Tak to sobie wymyśliłeś?

Chłopak okrążył kosz. Wskoczył do środka i ugniatał dno piętami.

— Wytrzyma! — orzekł. Szczerzył zęby. — Wszystko wytrzyma!

Robert przyciągnął żonę do siebie. Stali tak, spoceni i zmęczeni, patrząc na kosz.

Odczekała, aż ucisk w gardle zelżeje.

— Bez ciebie nic by z tego nie wyszło. Zostań z nami na kolację. Proszę.

— Dziecko… — szepnęła. — Od lat jadam w milczeniu. Zostanę.

Zasiedli przy ogniu. Agnieszka dorzuciła do garnka posiekaną rzepę, komosę i garść pokrzyw.

Jagna spróbowała, kiedy rzepa zmiękła.

— Przepraszam, to skromne danie. — Spuściła wzrok. — Rzepa i chwasty.

Jagna uśmiechnęła się. — Ciepła strawa zawsze krzepi. Pożywna… ale jałowa. Czemu tu ziół nie ma? Łąka pod nosem.

Agnieszka odłożyła łyżkę.

— Nie wiem, które nadają się do polewki.

— Czemu strach cię bierze? Znasz się na zielu. Przecież widzę.

— Właśnie dlatego. Garść leczy, naręcze zabija. Nie znam ich od tej strony. Nie wiem, ile dać do garnka. Ani czy nie zepsują smaku.

Jagna przez chwilę milczała.

— Nie brak ci wiedzy, dziecko. Ty się pod nią uginasz. Chodź.

Ruszyły na skraj ugoru.

Staruszka przykucnęła nad rozetą wąskich liści. — Tę znasz?

— Babka. Leczy rany, ale do garnka? Nie zgorzknieje, nie stwardnieje jak łyko?

— Starych nie ruszaj. — Mrugnęła do niej. — Ale te młode, ze środka… Wrzątek je zmiękczy.

Podeszły do pierzastej kępy. — A to?

— Krwawnik. Na krwotoki, ale ten zapach… Bałam się, że zdominuje wywar.

— Zgorzknieje, jeśli przesadzisz. Uszczknij dwa najmłodsze. Wrzuć pod koniec. Wyostrzą smak.

Wskazała na strzałkowate liście.

— Szczaw. — Rozpromieniła się. — Tego smaku nie zapomnę. Ale tyle na szczawiową nie wystarczy.

— Kilka wystarczy. Cała zupa weźmie kwas i nabierze mocy. To przyprawa, nie danie.

— Znam je… ale nie tak.

— Roślina, jak człowiek, ma wiele twarzy. Trzeba wiedzieć, do której zagadać. Chodź, rwiemy zapas na jutro. Pokażę ci, co brać.

Wróciły do ognia. Wrzuciły do ukropu szczaw i krwawnik. Nad garnkiem uniósł się zapach — kwaskowy, lekko ostry. Nawet Gniewko zwolnił, z namysłem przeżuwając każdy kęs.

Robert rozparł się na kłodzie.

— Ta zupa bije na głowę wszystko, co jedliśmy. Jagno, dzięki za te rady. Ale rzepa to wciąż tylko rzepa. Brzuch prosi o mięso. O rybę!

Zerknął na żonę. — Skoroś już mistrzyni od koszy, może czas na coś trudniejszego? Co powiesz na pułapkę na ryby?

— Dopiero co poznałam najprostszy splot, a ty już robisz ze mnie rybaka? Jak niby miałoby to wyglądać?

Pokazał dłońmi kształt lejka.

— Szeroki przy brzegu, zwężający się do środka. Ryba wślizgnie się gładko, ale ucieczka będzie trudna…

Przerwał mu gardłowy śmiech Jagny. Spojrzeli po sobie.

— Chłopcze… Ty chcesz, żeby ona ci więcierz uplotła!

— Więcierz? Myślałem, że właśnie to wymyśliłem.

— Mój dziad i jego ojcowie stawiali takie, odkąd świat stoi. Dobrze myślisz. Ale ona jeszcze sama go nie uplecie.

— Dlaczego? To tylko kosz o innym kształcie.

— Dziecko… — Pokręciła głową. — Musisz dobrze dobrać witki. Na żebra wybierasz mocne, proste. Ściany pleciesz giętkimi, a i splotów musisz znać kilka. Odstępy musisz utrzymać równe, żeby drobna ryba nie uciekła. Dno musi utrzymać kamień, którym wszystko obciążysz. A gardziel musisz zwęzić i umocować tak, żeby nie straciła kształtu. To robota na dni. Dla kogoś, kto ma w palcach wiedzę matek, a nie naukę jednego popołudnia.

Zapadła cisza. Patrzyli na sękate dłonie staruszki, ciemne od soku wierzby i ziemi.

Agnieszka wyprostowała plecy. — Jeszcze nie teraz… ale nie, że nigdy.

— Może i kiedyś. Ino najpierw naucz się pleść tak, by ten kosz na siano się nie rozlazł.

— Na ryby zaś szukajcie innej rady. — Wstała i rozprostowała kości. — Niech wam bogi dobrą dolą za gościnę odpłacą. Jużem zapomniała, jak to przy ludziach posiedzieć.

— Ty zaś, dziecko, ćwicz dłonie. Przyjdź do mnie, jak już splot w palcach ułożysz.

Przyciągnęła staruszkę do siebie. Ucałowała jej dłoń. — Dziękuję ci za dzisiaj.

* * *

Zapach ziół snuł się nad ogniskiem. Gniewko nabrał łyżkę wywaru i ulał go na kamień przy progu. Robił to wolno, w dużym skupieniu.

— Dobra polewka. On to lubi.

— Kto lubi? — Zerknęła na niego.

— Domowik.

— Opowiedz nam o nim — poprosiła. — Chcemy wiedzieć, kto z nami mieszka.

Chłopiec wpatrywał się w ogień.

— On tu jest od zawsze. Ojciec mawiał, że starszy od tej rzeki. Pilnuje progu.

— Widziałeś go? — Robert wygrzebywał łyżką resztki z misy. — Jak wygląda?

Gniewko pokręcił głową. — Nie, on się kryje. Ojciec widział go raz. Taki mały… — klepnął się w kolano. — Wyżej nie urósł. Brodę ma po pas, cały kłaczkami porasta, w nocy słychać, jak drapie.

Zerknęła w stronę ciemnego wejścia, wypatrując włochatej postaci czającej się w mroku. — I co robi całymi dniami?

Gniewko roześmiał się.

— Jak mu dobrze, to krowy dają pełne skopki. Zgubę pod rękę podsunie, przy burzy do obory zajrzy, by bydło uspokoić. Wtedy sny przychodzą lekkie, a dom stoi bezpiecznie.

— A jak go kto rozzłości? — szepnął.

Gniewko przygasł. Zerknął przez ramię.

— Zagniewany hubkę skradnie. Mleko wyleje. Nocami stuka w ściany, za nogi targa. A czasem… — zniżył głos do szeptu — … siada na piersi. Gdy śpisz. Przygniata tak, że tchu braknie. Chcesz krzyczeć, a głosu nie ma.

— Czego on nie lubi? — zapytała.

— Swarów nie lubi i wrzasku. Gniewa go brud i zimny popiół. Wtedy smutnieje.

Wymienili spojrzenia. Zastali tu brud, wygasłe palenisko i samotnego chłopca. Teraz nad ogniem parowała zupa.

— Znaczy, że jemu dobrze, kiedy nam dobrze? — zapytała.

— No tak — odparł.

Wstał, przeciągnął się i bez słowa ruszył do chaty. Zostali sami przy dogasającym ogniu.

— Mamy barometr szczęścia rodziny — szepnął.

— Skoro tak, niech mu będzie u nas dobrze.

Wstała, nabrała jeszcze jedną łyżkę zupy i ulała ją na kamień.

— Smacznego — mruknęła w mrok.

Spali mocno. Dom milczał.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania