Czerń przetykana złotem, rozdział 10

Czerń przetykana złotem

Rozdział 10 Młodsza siostra

Wracali wieczorem do rezydencji. W porcie wszystko zostało załatwione tak jak Dante chciał, chociaż sięgnął po metody, które może teraz, z perspektywy czasu, wydały się lekko przesadzone. Ale trudno, stało się, teraz już miał przynajmniej pewność, że pewne niedopatrzenia się nie powtórzą. Nie mógł sobie pozwolić w tym momencie na błędy w miejscach, które powinny działać gładko jak w zegarku.

Siedział z przodu, Rio prowadził, z tyłu siedziało dwóch ochroniarzy, a za nimi jechał drugi samochód pełny ludzi. Jechali już półgodziny, a do rezydencji zostało jeszcze ciągle kilkadziesiąt kilometrów. Miał skrzyżowane ręce na piersi i większość drogi patrzył tylko przez przednią szybę.

Rio zerkał na jego kamienną twarz co jakiś czas. Odkąd wyjechali z portu jedyne co powiedział, to było pytanie, czy w rezydencji był spokój. Był.

- Patrz na drogę, Rio. A jak masz coś do powiedzenia, to powiedz od razu.

- Nie mam.

- Wyglądasz, jakbyś miał.

- W porządku, mam. Uważam, że to nie było konieczne. Działasz impulsywnie.

Dante poprawił mankiet koszuli, na którym widocznych było kilka kropel krwi.

- Civitavecchia to nasz najważniejszy kanał przerzutowy. Jeśli nie będzie działał sprawnie, będziemy mieć problemy z dotrzymaniem terminów. Nie działał na tyle sprawnie, żebym był zadowolony.

- To jeszcze nie powód, żeby posyłać zarządcę do szpitala.

- Tylko na SOR - spokojnie spojrzał na swoją dłoń, gdzie na kostkach miał wyraźne otarcia.

- Nie byłbym tego taki pewny. Oczywiście, Twoje niezadowolenie wynikało wyłącznie z poziomu jego pracy i nie miało nic wspólnego z tym, że chwilę wcześniej Aurevex wysłało kolejną ofertę?

- Nie - z powrotem skrzyżował dłonie na piersi.

- Ani z tym, że Massimo trafił na ślad ludzi Valetiego w Rzymie.

- Też nie.

- Rozumiem.

Reszta drogi przebiegła w milczeniu. Rio wiedział, kiedy nie naciskać na Knoxa. Nie chodziło o to, że się go bał. Szczerze, to Rio bał się bardziej Marii niż Knoxa. Znali się od dziecka, rodzina Romano praktycznie go wychowała po tym jak stracił rodziców. Niejednokrotnie odmienność poglądów rozwiązywali bójką i drastycznym okładaniem się pięściami. Raz połamali sobie nawzajem żebra, a kiedy matka Dantego się o tym dowiedziała, mało nie pourywała im obu głów. Takie rzeczy zbliżają ludzi.

Ale teraz było inaczej, Dante był donem. Nie byli sami, podważanie jego autorytetu przy jego ludziach było strzałem w kolano dla wszystkich. Dante mógł zaprzeczać, ale Rio wiedział, że dzisiejszy wybuch agresji był tylko odzwierciedleniem jego stanu umysłu. Wszystko kręciło się uparcie wokół Lilith. Knox szykował się już w myślach na wojnę z ludźmi Valentiego, byle tylko zatrzymać dziewczynę.

***

Wrócili do rezydencji jeszcze przed kolacją. Dante był spięty, kiedy podjechali pod dom, wysiadł po prostu z auta, warknął tylko coś na jednego z ochroniarzy i ruszył prosto do środka. Miał jeden kierunek. Wiedział, że to cholerne napięcie z dzisiejszego dnia nie zejdzie z niego, póki nie zobaczy jej twarzy, póki sam nie upewni się, że ona dalej tam jest. Znalazł ją w kuchni, pod opieką Marii. Siedziała beztrosko na blacie kuchennym, zaraz koło palników i leniwie mieszała drewnianą łyżką w wielkim garze, z którego unosił się zapach brzoskwiniowego dżemu. Kiedy zobaczyła go w drzwiach, na jej twarzy pojawił się drobny uśmiech.

Stał przez chwilę w progu, przyglądając się jej, a później pewnym krokiem podszedł do Lilith, objął ją mocno w talii, przyciągnął do siebie i pocałował. Nie obchodziło go, że Maria tuż obok szykuje kolację i zerka na nich ukradkiem, że Rio, albo któryś z jego ludzi, może ich widzieć. Liczyło się tylko to, że smakowała słodko, brzoskwiniami. I spokojem. Smakowała jak pieprzony powrót do domu. Jej dłonie, które objęły go za szyję, sprawiły, że zniknęło z niego napięcie nagromadzone przez cały dzień. Przez chwilę jeszcze przycisnął swoje czoło do jej czoła, póki głośny trzask zamykanych drzwi i podniesione głosy z korytarza nie przerwały spokoju rezydencji. Lilith mocniej zacisnęła palce na jego marynarce, instynktownie wtulając się w jego potężne ciało.

Z korytarza słychać było Rio, a później odpowiedział mu zirytowany kobiecy głos.

- Gdzie on jest. Od trzech dni nie odbiera ode mnie telefonu. Jak Boga kocham, jak znowu dał się postrzelić to sama go dobiję.

- Vivian, to nie jest dobry moment, powinnaś była dać znać...

- Dałabym znać, że przyjeżdżam, gdyby ktoś w tym cholernym domu odbierał telefon. Mama się martwi, a ja nie mam zamiaru dokładać jej jeszcze więcej zmartwień dzień przed jej urodzinami. Chcę widzieć, że jest cały. Gdzie on jest Rio!

- Kuchnia. - Rio odpowiedział po chwili, z rezygnacją w głosie.

Chwilę później przez drzwi kuchni wpadła jak burza piękna, elegancka kobieta, w czarnej dopasowanej sukience, z upiętymi wysoko kasztanowymi włosami.

- Knox, co Ty do cholery... - urwała w pół słowa na ich widok, zatrzymując się gwałtownie w miejscu.

Dante powoli puścił Lilith, odwrócił się przodem do Vivian, zasłaniając sobą dziewczynę siedzącą dalej na kuchennym blacie, a jego ręka spoczęła na jej łydce.

- Vivian, nie podnoś już głosu. Nic mi nie jest.

Kobieta stała jak zahipnotyzowana, wpatrując się to w niego, to w Lilith, która, z ostrożnym zaciekawieniem, wystawiła głowę zza ramienia Dantego, trzymając się jego ręki.

- Może przedstawisz mi swojego gościa?

- Vivian, to jest Lilith - odsunął się lekko odsłaniając dziewczynę. - Lilith, to jest moja młodsza siostra, Vivian.

Lilith zsunęła się z blatu, poprawiając na sobie koszulę Knoxa. Nie puściła jego ręki. Vivian zrobiła niepewny krok w stronę dziewczyny i wyciągnęła do niej rękę. Lilith przez chwilę się zawahała, niepewnie zerkając do góry na Knoxa. Kiedy on jej lekko przytaknął, w końcu uścisnęła dłoń Vivian.

- Niech Ci się przyjrzę, skarbie. Jezu, jesteś absolutnie przepiękna - wydusiła w końcu, łagodnym głosem. Widziała jej delikatne rysy, fioletowe oczy, widziała koszulę brata i bose stopy. Wzrok Vivian zjechał na jej nadgarstek, na którym otarcia od więzów były jeszcze ciągle wyraźnie widoczne, później ujęła ją za drugą rękę, oglądając drugi nadgarstek. To samo. W końcu przeniosła wściekłe spojrzenie na brata.

- Knox...? - wycedziła przez zaciśnięte zęby - możemy porozmawiać na osobności?

- Chodź.

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi jego gabinetu, Vivian od razu wybuchła.

- Co do cholery, Knox? Nie dajesz znaku życia od trzech dni, chociaż podwoiłeś ochronę w domu matki, za mną też włóczy się samochód z dwójką ludzi. Kim jest ta dziewczyna i co wy jej do jasnej cholery zrobiliście?

- Uspokój się. Dodatkowa ochrona to tylko środki ostrożności, jeszcze nic nie znaczą.

- A dziewczyna? Kto jej to zrobił?

- Zakładasz, że to ja? - warknął w jej kierunku, podchodząc krok bliżej.

- To nie jest odpowiedź. Nic nie mówisz, więc będę zakładać najgorsze. Zapytam jeszcze raz, kto jej to zrobił? Bo jeśli to ktoś z naszych...

- Nikt z naszych. Miała skrępowane nadgarstki przez długi czas, zanim... trafiła w moje ręce. - zrobił kolejny krok w jej stronę, wkraczajac w jej osobistą strefę. Mimo szpilek na jej nogach, ciągle nad nią górował. - Santoro ją zbadał, opatrzył nadgarstki i teraz dziewczyna tu odpoczywa i odzyskuje siły.

- Odzyskuje siły, tak? Po czym dokładnie? - jej głos trochę złagodniał.

- Jeszcze próbuję to dokładnie ustalić. Ale długo przebywała w niewoli. Nie traktowali jej dobrze, więc nie podnoś więcej przy niej głosu.

- W porządku. Czy dodatkowa straż ma jakiś związek z jej obecnością w Twoim domu?

- Tak, ma.

- Grozi jej niebezpieczeństwo?

- Raczej tak.

Patrzyła na niego z lekko zadartą głową. Nie uszło jej uwadze, jak w kuchni zasłonił tą drobną dziewczynę swoim ciałem, kiedy ona sama wpadła z krzykiem do kuchni. Ale widziała też jego dłoń na jej nodze.

- Co Cię z nią łączy?

- To osobiste pytanie.

- A to jest wymijająca odpowiedź. Skoro przeszła przez piekło, to teraz musi być bezbronna i skołowana. A Ty...

- Sugerujesz, że wykorzystuję sytuację?

- A wykorzystujesz?

- Vivian.

- To nie jest odpowiedź. Dziewczyna chodzi w Twojej koszuli. To wiele sugeruje.

- Nie to co Ci się wydaje, za kogo ty mnie kurwa masz, Viv? - kolejne warknięcie.

Skrzyżowała ręce na piersi patrząc na niego wyzywająco.

- Sama wybrała sobie moją koszulę z szafy i od tej pory nie chce się ubrać w nic innego, a ja jej nie chcę naciskać.

- Warczysz na mnie.

- Przestań sugerować, że robię jej krzywdę. Myślisz, że Maria pozwoliłaby na coś takiego w tym domu?

Vivian rozluźniła się w końcu odrobinę. Tak, Maria nie stałaby obok spokojnie, z zadowolonym wyrazem twarzy, gdyby dziewczynie działa się krzywda.

- Ona ma fioletowe oczy, Knox.

- Tak, ma.

- Nigdy nie wiedziałam czegoś takiego.

- Raczej nikt nie widział.

- Jak to możliwe?

- Jeszcze nie wiem.

Zamyśliła się. Miała milion pytań. Myśli kotłowały się jej w głowie. Musiała się dowiedzieć więcej.

- Zostaję na kolację - powiedziała zdecydowanym tonem po krótkiej chwili - chcę ją lepiej poznać.

Pół godziny później siedzieli we trójkę, przy stole w jadalni. Lilith, tak jak przy śniadaniu, usiadła przy Knoxie. Vivian, siedząca na przeciwko, przyglądała się jej z nieskrywanym zainteresowaniem.

- Masz fioletowe oczy, Lilith.

- A Ty masz takie same jak Knox.

- Tak, mamy je oboje po ojcu. A Ty swoje masz po którymś z rodziców?

- Nie mam rodziców.

- Każdy ma rodziców.

- Ja nie. Przynajmniej nie w takim sensie o jakim mówisz.

Lilith, jak zwykle jadła dużo, nakładając sobie na talerz kilka tostów z dżemem, który jeszcze nie dawno sama mieszała w garnku. Odpowiadała na pytania Vivian krótko, nie wdawała się w szczegóły.

- Skoro nie masz rodziców, czy to znaczy, że wychowałaś się w domu dziecka?

- Nie, w ośrodku badawczym.

- W ośrodku badawczym? Co badał ten ośrodek?

- Głównie mnie.

Vivian uniosła brew do góry i spojrzała na Knoxa, on tylko skrzyżował ręce na piersi. Nie miał zamiaru wtrącać się do tej rozmowy, póki Vivian nie przesadzi z ciekawością. Drzwi za nimi się otworzyły i wszedł Rio. Przez chwile się im przyglądał, ale później bez słowa usiadł koło Vivian i sięgnął po talerz z tostami. Lilith tylko nieśmiało przesunęła w jego stronę słoik dżemu. Popatrzył na nią zaskoczony, ale przytaknął i wziął dżem.

- Knox mówił, że lubisz chodzić w jego koszuli. Może jutro przywiozę Ci jakieś ubrania od siebie, myślę, że coś może na Ciebie pasować.

- Mam inne ubrania, Maria kazała je dla mnie kupić.

- To czemu ciągle chodzisz w tej koszuli?

- Bo pachnie jak Knox.

Przez chwilę w jadalni zapadła cisza. Dante nie spodziewał się takiej odpowiedzi z jej strony, ale kącik ust lekko mu się uniósł do góry z zadowoleniem.

- Aha. Lilith, skąd w ogóle się wzięłaś w tym domu? - Vivian sięgnęła po szklankę z wodą.

- Knox mnie kupił.

Vivian zakrztusiła się łykiem wody, który akurat brała. Rio energicznie zaczął ją klepać po plecach.

- Jak to kupił...? - wychrypiała kaszląc. Jej wzrok przeskakiwał miedzy Lilith a jej bratem.

- Na aukcji - Lilith mówiła o tym w najspokojniejszy sposób, jakby opowiadała o podróży samochodem, albo zakupach w sklepie. Dante za to przeniósł wzrok na okno.

- Knox, my nie handlujemy ludźmi. Kiedy to się niby zmieniło? - warknęła na niego.

- Nie zmieniło się. To dalej nie jest i nigdy nie będzie część rodzinnego biznesu - przeniósł spokojnie wzrok na siostrę. - właśnie dlatego, Ty i matka macie dodatkową ochronę, bo nie mam dalej zamiaru handlować życiem Lilith. Kupiłem ją, bo w tamtym momencie uznałem to za słuszne posunięcie. I okazało się, że dzięki temu nie wpadła w ręce dużo gorszych ludzi ode mnie.

Te słowa na chwilę zamknęły usta Vivian. Spojrzała jeszcze na Rio, który nie odezwał się ani słowem od kiedy usiadł przy stole. Przez chwilę w jadalni panowała cisza, nawet Lilith odłożyła na talerz jedzonego rogalika. Spojrzała tylko niepewnie na Dante, później cicho się odezwała.

- Gdyby Knox tego nie zrobił, zamiast jeść teraz tosty, siedziałabym zapewne zamknięta w jakimś sterylnym pokoju, niepewna co się ze mną stanie jutro.

- Dalej tego nie wiesz, skarbie - powiedziała Vivian już łagodniejszym tonem.

- Wiem chociaż tyle, że do śniadania rano będą truskawki. Dlatego, że mam na nie ochotę. Dla Was to standard, dla mnie swobodny wybór, jakiego nigdy wcześniej nie miałam.

Vivian westchnęła. Dziewczyna ewidentnie nie była głupia i wyglądało na to, że nie tylko rozumie swoją sytuację, ale wcale jej nie przeszkadza to gdzie się znalazła. Nie patrzyła na jej brata z lękiem, wręcz przeciwnie, uciekała do niego wzrokiem, kiedy czuła się niepewnie, jakby był źródłem jej pewności siebie. I źródłem bezpieczeństwa. Lilith musiała uciec z piekła, a jej wielki, groźny brat wydawał się być gotowy bronić jej przed całym światem, byle tylko zapomniała o tym co ją spotkało. Jego spojrzenie łagodniało, kiedy na nią patrzył, jego ciało rozluźniało, gdy była w pobliżu. Jasna cholera, pomyślała, mój brat po raz pierwszy w życiu pachnie dla kogoś bezpieczeństwem, zamiast krwią, prochem i kłopotami. Nigdy nie widziała Knoxa w takim wydaniu. I był to, naprawdę zaskakujący widok. Wiedziała też, kto bardzo by się ucieszył widząc Lilith u boku Dante.

- Mam nadzieję, że pamiętacie o jutrzejszej kolacji urodzinowej u mamy?

Rio lekko poruszył się na krześle obok niej.

- Pamiętamy, Viv.

- Czy Lilith do nas dołączy?

Teraz Dante nerwowo poruszył się na swoim miejscu.

- To nie takie proste. Chodzi nie tylko o jej bezpieczeństwo... - nie dokończył. Chodziło mu głównie o to, że ona dopiero dziś, pierwszy raz opuściła jego sypialnię, nerwowo rozglądając się na każdy, nawet najdrobniejszy hałas wokół nich.

- Knox, nie możesz jej tu trzymać pod kluczem cały czas. Masz na tyle dużo ludzi, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo, a nasz dom to taka sama twierdza jak Twoja. Zresztą, będzie tam przecież połowa rodziny. Prawda Lilith? Na pewno chciałabyś wyjść z rezydencji?

Lilith wyglądała jakby ta niewielka ilość pewności siebie, jaką miała, uleciała z niej w jednym momencie. Popatrzyła nerwowo na Knoxa.

- To zależy od Ciebie, mała. - powiedział, obejmując ją ramieniem - jeśli czujesz się na siłach, pojedziesz razem z nami. Jeśli nie, zostaniesz z Marią. Nie musisz podejmować decyzji od razu.

Przez chwilę jeszcze milczała, wpatrując się w Knoxa. A później lekko przytaknęła.

- Chyba... Chyba chciałabym pojechać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania