Czerń przetykana złotem, rozdział 6

Czerń przetykana złotem

Rozdział 6 Światło w mroku

- Możesz mi pokazać, tak, Lilith? - przytaknął - dobrze, pokaż mi to wszystko.

Sięgnął po kartki i ołówek, ciągle leżące na małym stoliku przy łóżku, koło lampki nocnej i wyciągnął je w jej kierunku. Był przekonany, że dziewczyna będzie szkicowała rzeczy, które zapamiętała, tak jak rysowała jego tatuaże.

- Ty rysuj, a ja w tym czasie zajmę się śniadaniem.

Przez chwilę świdrowała go wzrokiem, potem podeszła bliżej. Wzięła od niego kartki i ołówek, ale odłożyła je na bok.

- Nie będę rysować.

Zrobiła kolejny krok bliżej i powolnym ruchem usiadła mu okrakiem na kolanach.

- Lilith - wydyszał zaskoczony - co Ty...

- Muszę być blisko, żeby Ci pokazać - przerwała mu wpół słowa, jej dłonie powędrowały na jego ramiona, poprawiła się na jego kolanach, przysuwając jeszcze bliżej, tak, że nie zostało miedzy nimi ani odrobiny wolnego miejsca.

Ta niespodziewana bliskość sprawiła, że Knox mocno wciągnął powietrze w płuca, a jego dłonie same powędrowały na jej talię. Czuł ciepło jej ciała przy swoim. Patrzyła prosto na niego, ich twarze dzieliły tylko centymetry. Jej dotyk na jego ramionach był elektryzujący, wysyłając impulsy wzdłuż jego kręgosłupa. Jego dłonie same przyciągnęły ją jeszcze bliżej. Była tak drobna, że tonęła w jego ramionach. Czuł przez materiał jego koszuli jak bardzo jest delikatna.

- Nie chcę Ci zrobić krzywdy - mruknęła tuż przy jego ustach.

- Wątpię, mała, żebyś była w stanie - lekko się uśmiechnął. Napięcie między nimi było coraz bardziej wyczuwalne, przesunął swoją dłoń wyżej, wzdłuż linii jej kręgosłupa.

- To nie będzie przyjemne - lekko przekrzywiła głowę, jej dłonie przesunęły się powoli z jego ramion na jego kark.

- Póki co, nie mogę narzekać.

Opuszki jej palców przeniosły się wyżej na jego skronie. Przymknęła oczy, odchylając lekko głowę do tyłu.

Obrazy uderzyły w jego umysł z ogromną siła, wypychając całe powietrze z jego płuc. Nagle znalazł się pośrodku mroźnego pustkowia, na zboczu góry. Zimno mroziło jego skórę, lodowate powietrze wpychało się w jego płuca, ostre słońce odbijające się od bieli śniegu i raniło jego wrażliwe oczy, czuł, jak łzy spływają mu po policzkach. W oddali widział wijącą się górską drogę, która kończyła się przy masywnej żelaznej bramie, prowadzącej do wnętrza góry.

W następnym momencie szedł jasnym korytarzem, oświetlonym jarzeniówkami. Na ścianach były najróżniejsze napisy w cyrylicy. Po korytarzu krzątali się ludzie w białych kitlach. Słyszał ich głosy, naukowcy mówili po rosyjsku. Był w małym, sterylnym pokoju, z białymi ścianami, siedział na wąskim łóżku. W pokoju, oprócz łóżka była jeszcze tylko wąska, biała szafa i białe biurko, na którym leżało kilka książek. Jego dłonie układały kostkę Rubika z niezwykłą szybkością i precyzją.

W kolejnej chwili siedział przy stole na przeciwko starszej, surowej kobiety, która podsuwała mu najróżniejsze testy, zapisując coś na tablecie. Na jego skroniach przypięte były elektrody. Nazywała go 44. Elektrod i czujników na jego ciele przybyło. Szarpał więzy na nadgarstkach w przerażeniu, powtarzając tylko "nie, proszę, już dość". Jego ciało przeszył ostry ból, kiedy zostało porażone prądem, więżąc krzyk w jego gardle, wyprężając jego ciało w niekontrolowanych konwulsjach do granic wytrzymałości, póki bezwładnie nie osunął się na fotel i nie zawisł w więzach.

Po chwili ktoś podawał mu kawałek czekolady, kobieta, ciepło się do niego uśmiechała, poczuł spokój. Poczuł w ustach smak czekolady, to jak przyjemnie rozpływa się na jego języku. W następnym momencie kobieta krztusiła się przed nim w konwulsjach leżąc w kałuży krwi. Wokół słyszał krzyki i strzały z broni półautomatycznej. Huk wystrzałów i wybuchów był ogłuszający. Ostry dym zasłaniał wszystko, wypełniał całe pomieszczenie i gryzł go w gardło i płuca. Chciał uciekać. Chciał się schować. Czuł tylko panikę. Dym sprawiał, że prawie nic nie widział. Kaszlał. Szukał ucieczki, ale widział tylko dym, mrugające światła i krew, wszędzie była krew. Wszyscy byli martwi. Korytarz, którym biegł był pełny trupów w białych kitlach. Przed nim pojawił się człowiek ubrany na czarno, w kominiarce, z bronią w ręce. Ruszył prosto w jego stronę, wyciągając ręce. Dogonił go, mimo ucieczki, mocno chwytając za ramię. Czuł, że nie ma już gdzie uciec. Chciał się bronić, więc posłał prosto przez ten dotyk cały ból jaki miał w sobie zgromadzony. Obojgiem wstrząsnął konwulsyjny ból powalając ich razem na podłogę. Pojawili się następni, nie miał siły na więcej. Poczuł ukłucie igły na ramieniu i pochłonęła go ciemność.

Poderwał się do góry. Wokół było ciemno, był oszołomiony, nie mógł zebrać myśli, nie rozumiał co się stało, gdzie był. Było ciemno, wilgotno. Ręce miał ciasno związane, a więzy obcierały mu nadgarstki. Leżał na gołym betonie, a zimno i wilgoć wdzierały się mu pod skórę. Przed nim, w bladym świetle stał kubek z woda i kawałek chleba. Kręciło mu się w głowie. Nie wiedział ile czasu tam spędził.

Później ktoś go prowadził, mocno trzymając za ramię. Potykał się o własne nogi, nie mogąc nadążyć za narzuconym tempem, w głowie mu szumiało. Słyszał głosy, ale nie rozumiał co mówią. Myśli ulatywały mu z głowy jedna po drugiej, został wepchnięty w snop ostrego światła, który go oślepiał i powodował ból oczu. Wokół byli ludzie, siedzieli na fotelach, obserwowali go. Jego wzrok przeskakiwał z paniką od jednego do kolejnego, aż przeniósł się w głąb sali i spojrzał na samego siebie. Widział się, siedzącego w cieniu, wygodnie rozpartego na fotelu, leniwie kręcącego szklanką whiskey. Widział jak jego własna, znudzona twarz rozciąga się w drapieżnym, krzywym uśmiechu, kiedy podnosił paletkę aukcyjną do góry wypowiadając głośno swoją cenę.

Obrazy ustały równie gwałtownie jak się pojawiły. W pierwszym momencie jego zmysły nie zarejestrowały co się stało. Znowu był w swojej sypialni. Nie siedział już, tylko leżał na plecach na łóżku , gwałtownie wciągając powietrze w płuca. Był zlany potem, a serce tłukło mu się w piersi jakby miało z niej zaraz wyskoczyć. Otworzył oczy i jego wzrok od razu spotkał się z jej fioletowym spojrzeniem. Lilith ciągle siedziała na nim, teraz pochylona blisko nad jego twarzą. Oddychała tak samo ciężko jak on, na czole i skroni perliły się jej krople potu. Podpierała się jedną dłonią. Drugą delikatnie gładziła jego policzek, jakby chciała go uspokoić po wszystkim. Jej wzrok był, czujny, badawczy. Czekała na jego reakcję.

- Masz silny umysł, nie zemdlałeś.

Dante nie czuł się w tym momencie silny. Czuł się emocjonalnie rozbity tą karuzelą emocji, jaką mu zaserwowała. Ciągle drżącą ręką sięgnął do jej karku, wplatając palce w jej włosy. Jego kciuk delikatnie przejechał po policzku Lilith, a później przyciągnął ją bliżej, tak, że jej czoło zetknęło się z jego.

Przymknął na chwilę oczy, próbując opanować oddech i bijące serce. To co mu pokazała to nie były tylko obrazy błyskające przed jego oczami. Wizja była tak bardzo prawdziwa, tak rzeczywista, że ciągle czuł zimno na swojej skórze, powidok bólu tak wyraźny jakby to jego własne ciało wyprężało się do granic wytrzymałości, a dym ciągle drapał go w gardło. Ale to nie wszystko co mu pokazała. Pokazała mu swój strach, swoje emocje, pokazała mu swój świat, to przez co przeszła, jej własnymi oczami. I pokazała mu samego siebie z wieczoru kiedy ją kupił, jak przedmiot na aukcji.

Czuł jej ciężar na swoim ciele, czuł dotyk jej dłoni na swoim policzku, czuł jak stykają się ich czoła i ciągle jeszcze czuł jej emocje. Nigdy w życiu wcześniej nie zaznał takiej bliskości. To było tak intymne doznanie, że sam nie potrafił określić co teaz czuje.

- Lilith... Jak to zrobiłaś, mała? -wyszeptał ciągle drżącym głosem. - to było... jak Ty to robisz?

- Sama nie jestem pewna. Kiedy jestem z kimś blisko, umiem stworzyć połączenie, coś jakby tunel do drugiego umysłu. I wtedy, odtwarzając wspomnienia, mogę przesłać je przez ten tunel do drugiej osoby.

- Czyli to wszystko co mi pokazałaś... to co czułem i widziałem. Ty też to czułaś, przeżywałaś to razem ze mną.

Przytaknęła.

- Ale musisz być blisko?

- Im bliżej tym połączenie jest lepsze. Jakby tunel był szerszy. Kilka razy udało mi się przesłać pojedynczy obraz z drugiego pokoju, bez dotyku, ale nigdy komuś nowemu. Musiałam dobrze znać tą osobę.

Jego oddech powoli się uspokajał. Jej bliskość pomagała. Nie puścił jej. Kciukiem zaczął znowu gładzić jej policzek.

- Lilith... To wszystko co Cię spotkało... testy, ból, to nie powinno się mieć miejsca, nie powinnaś musieć przez to przechodzić - odsunął lekko jej twarz od siebie, żeby móc spojrzeć jej w oczy - nie dopuszczę do tego, żeby to się powtórzyło, rozumiesz? Póki żyję, nic z tych rzeczy nigdy więcej się nie wydarzy. Nie pozwolę, żeby ktoś Cię jeszcze kiedyś skrzywdził - objął ją ramionami i przyciągnął do swojej piersi. Była pieprzonym cudem, światłem w jego przeklętym brudnym i mrocznym świecie. A teraz, kiedy zobaczył już to światło, miał zamiar dopilnować, żeby to światło nigdy nie zgasło. Za wszelką cenę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania