Kroniki Elorien - Rozdział 9
Muszę przyznać, że list pozostawiony pod bramą twierdzy nie dawał mi spokoju przez resztę dnia. Nie chodziło nawet o same groźby, bo po ośmiuset latach życia człowiek uodparnia się na ludzi zapowiadających katastrofy, nowe ery, odrodzenie dawnych potęg czy konieczność przywrócenia światu utraconego porządku. Widziałem już takich wiele razy. Niektórzy byli szaleńcami, niektórzy fanatykami, inni po prostu zbyt długo przebywali sami ze swoimi myślami. Większość kończyła źle, a ich wielkie idee pozostawały jedynie przypisem w kronikach. Tym razem niepokoiło mnie jednak coś zupełnie innego. Niepokoiło mnie to, że częściowo rozumiałem autora listu. Sam przecież nieraz krytykowałem współczesnych magów. Przez pięćset lat obserwowałem rozwój Obozu Magów i widziałem, jak zmieniał się on z miejsca pełnego ludzi gotowych ryzykować życie dla wiedzy, sławy i odkryć, w dobrze zorganizowaną szkołę z regulaminami, zasadami bezpieczeństwa i całymi komisjami analizującymi, czy dane zaklęcie nie jest przypadkiem zbyt niebezpieczne. Dawni magowie byli odważni. Byli nieprzewidywalni. Czasem wręcz szaleni. Eksperymentowali bez końca, przesuwali granice możliwości, tworzyli rzeczy, które współcześnie uznano by za niemożliwe albo nieetyczne. Wspominałem już przecież o Tęczowych Krukach, które powstały właściwie przez przypadek. Pamiętam też maga, który próbował stworzyć inteligentne drzewa zdolne do prowadzenia rozmów. Udało mu się. Problem polegał jedynie na tym, że drzewa okazały się wyjątkowo złośliwe i przez kilka lat obrażały każdego, kto przechodził obok ich gaju. Byli też tacy, którzy próbowali nauczyć niedźwiedzie czytać, teleportować całe oddziały ludzi na odległość setek kilometrów czy badać naturę czasu. Współcześni magowie są inni. Bardziej odpowiedzialni. Rozsądniejsi. Ostrożniejsi. Zajmują się leczeniem, ochroną ludzi, pomocą osadom, pilnowaniem szlaków handlowych i rozwiązywaniem problemów zwykłych mieszkańców. Świat dzięki temu jest bezpieczniejszy. To fakt. Ale czasem mam wrażenie, że wraz z tym bezpieczeństwem utracili coś jeszcze. Pewną wielkość. Ambicję. Przekonanie, że magia może służyć czemuś więcej niż tylko utrzymywaniu porządku. I właśnie dlatego list tak mnie zaniepokoił. Bo jego autor najwyraźniej myślał podobnie. Również uważał, że magowie są kimś więcej niż zwykłymi rzemieślnikami rozwiązującymi codzienne problemy ludzi. Uważał ich za elitę świata, za jego przewodników, strażników wiedzy i tych, którzy powinni wyznaczać kierunek rozwoju całej cywilizacji. Sam niejednokrotnie miałem podobne refleksje. I właśnie to było najbardziej nieprzyjemne. Przez krótką chwilę przestraszyłem się nawet, że zaczynam zgadzać się z człowiekiem, który otworzył Portal Demonów, zabił kilkunastu żołnierzy i postanowił urządzić młodym magom niezwykle niebezpieczny egzamin. A przecież nie można przywracać dawnej świetności magii poprzez wypuszczanie demonów na świat. To nie jest odwaga ani wizjonerstwo. To zwykłe szaleństwo. Historia wielokrotnie pokazywała, że ludzie przekonani o własnej wyjątkowości bardzo szybko zaczynają uważać, że mają prawo decydować o losach innych. A od tego do katastrofy droga jest wyjątkowo krótka. Nie mogłem też przestać myśleć o samym wyzwaniu. Czy młodzi magowie rzeczywiście mają działać sami? Czy autor listu oczekuje, że sześciu świeżo upieczonych absolwentów odnajdzie cztery demony, pokona je i jeszcze przy okazji udowodni swoją wartość? Czy mogą korzystać z pomocy Zherona, zwiadowców, żołnierzy i pozostałych magów twierdzy? W liście nie było o tym ani słowa. A to oznaczało, że albo nie miało to znaczenia, albo wręcz przeciwnie – było częścią całego testu. Pozostawała również kwestia odnalezienia demonów. Jeden pojawił się w Dalewood, drugi siedział obecnie w lochu, zapewne próbując zjeść kolejne wiadro lub fragment ściany. Ale gdzie znajdowały się pozostałe dwa? Jak bardzo były niebezpieczne? Autor listu wspomniał przecież wyraźnie, że są znacznie gorsze od tych, które spotkali do tej pory. To nie brzmiało dobrze. Nigdy nie ufałem ludziom, którzy określają coś mianem „interesującego”. W ustach uczonych oznacza to zwykle odkrycie, które może zmienić świat. W ustach magów bardzo często oznacza coś, co może człowieka zabić. Była jeszcze sprawa Demonka. I tutaj wszystko zaczynało przypominać kiepski żart. Autor listu wyraźnie zaliczył go do demonów przeznaczonych do eliminacji. Ale jak niby mieliby go wyeliminować? Filius prawdopodobnie sam zamknąłby się z nim w lochu, byle tylko nikt nie zrobił mu krzywdy. Zhana próbowałaby znaleźć rozsądne rozwiązanie. Kadir analizowałaby problem z naukowego punktu widzenia. Laeria szukałaby innej drogi. Lucien zapewne długo debatowałby o honorze i przeznaczeniu, a Bram przez pół godziny powtarzałby wszystkim, że od samego początku mówił, iż demony nie powinny wyglądać aż tak uroczo, bo to z pewnością podstęp. A potem i tak byłoby mu go szkoda. Ludzie mają bowiem niezwykłą zdolność przywiązywania się do rzeczy, które z obiektywnego punktu widzenia nie powinny wzbudzać żadnej sympatii. Wreszcie pozostawały konsekwencje. Jakie konsekwencje? Autor listu nie wyjaśnił tego ani jednym słowem. Celowo pozostawił to wyobraźni odbiorców. A ludzie są mistrzami w wyobrażaniu sobie najgorszych możliwych scenariuszy. Czy chodziło o kolejne otwarcie portalu? O wypuszczenie następnych demonów? O atak na twierdzę? A może o coś znacznie bardziej osobistego? W końcu ten człowiek obserwował ich podróż niemal od samego początku. Wiedział o Dalewood. Wiedział o Demonku. Wiedział o przybyciu absolwentów do twierdzy. Być może obserwował ich nawet teraz. Najbardziej niepokoiło mnie jednak to, że autor listu nie uważał się za złoczyńcę. Był przekonany, że daje młodym magom szansę. Że ich uczy. Że prowadzi ich ku czemuś większemu. A historia pełna jest ludzi, którzy wierzyli, że uczą innych ważnych lekcji. Niestety większość z nich kończyła jako przykład tego, jak bardzo można się pomylić.
Ale to tyle z moich przemyśleń, wracajmy do biegu wydarzeń. Zheron nie należał do ludzi, którzy długo pozostawiają problem bez reakcji. Ledwie skończono czytać list, a kapitan już podniósł się od stołu i poprosił młodych magów, by udali się z nim z powrotem do sali narad. Tym razem atmosfera była znacznie bardziej napięta niż rano. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że sytuacja przestała być zwykłym śledztwem dotyczącym kilku zagubionych demonów. Ktoś obserwował ich od dłuższego czasu. Ktoś znał ich działania, wiedział, gdzie się znajdują, i najwyraźniej uznał ich za uczestników własnej gry.
Narada trwała długo. Znacznie dłużej, niż przypuszczałem. Oczywiście, jako mucha nie miałem żadnych problemów z zajęciem dogodnego miejsca pod sufitem i wysłuchaniem wszystkiego. Bycie owadem ma swoje wady, ale jeśli chodzi o szpiegowanie, jest to jedna z najbardziej niedocenianych form magii.
Pierwszą kwestią było ustalenie, czy młodzi magowie powinni przyjąć wyzwanie w dosłownym znaczeniu.
– Nie zamierzam wysyłać was samych w góry tylko dlatego, że jakiś szaleniec napisał bardzo ładny list – oznajmił stanowczo Zheron.
– Czyli ignorujemy wyzwanie? – zapytał Lucien.
– Nie.
– To przyjmujemy?
– Też nie.
– Czyli co robimy?
– Zachowujemy się rozsądnie.
Lucien skrzywił się.
– To brzmi mniej ekscytująco.
– Właśnie dlatego to dobre rozwiązanie – odezwał się Bram.
Ostatecznie ustalono, że sześciu absolwentów będzie prowadziło własne zwiady i własne poszukiwania. Mieli działać jako samodzielna grupa, podejmować decyzje i analizować tropy, ale nie oznaczało to, że pozostaną jedynymi ludźmi szukającymi demonów. Twierdza nadal funkcjonowała normalnie. Zwiadowcy mieli wyruszać codziennie, tak jak dotychczas. Patrole żołnierzy pozostawały bez zmian. Inni magowie stacjonujący w twierdzy również mieli wspierać działania poszukiwawcze.
– Jeśli uda się wam znaleźć ślad któregoś z demonów, będziecie go śledzić – wyjaśniał Zheron. – Ale jeśli sytuacja okaże się zbyt niebezpieczna, wycofujecie się i wzywacie wsparcie.
– Czyli mamy nie walczyć? – zapytał Lucien.
– Macie nie ginąć.
– To bardzo ograniczające.
– To bardzo praktyczne.
Kadir przyjęła plan z zadowoleniem.
– To ma sens. Im więcej grup przeczesuje teren, tym większe prawdopodobieństwo odnalezienia śladów.
– Właśnie – potwierdził Zheron. – A skoro mamy do czynienia z demonami, które najwyraźniej unikają ludzi, potrzebujemy cierpliwości.
– I szczęścia – dodała Laeria.
– Zwykle też.
Kolejnym tematem był trening.
– Skoro od dziś polujecie na demony – powiedział kapitan – wypadałoby nauczyć was robić to właściwie.
– Czyli jednak będą zajęcia praktyczne? – ożywił się Lucien.
– Tak.
– Świetnie.
– Nie wiem, czy użyłbym tego słowa.
– Ja użyję.
– Tego się obawiałem.
Zheron wyjaśnił, że jeszcze tego samego popołudnia odbędzie się trening z tropienia demonów prowadzony przez doświadczonych zwiadowców i magów natury. Mieli nauczyć absolwentów rozpoznawania śladów pozostawianych przez różne gatunki demonów, wykrywania pozostałości czarnej energii oraz odróżniania prawdziwych tropów od tych fałszywych.
– Demony bywają inteligentniejsze, niż większość ludzi przypuszcza – mówił. – Niektóre potrafią zacierać ślady. Inne zostawiają ich zbyt wiele. Jeszcze inne próbują zwabić ofiarę tam, gdzie chcą.
– Czyli są podstępne – podsumował Bram.
– Są demonami.
– W sumie racja.
I wreszcie pojawił się temat, którego wszyscy spodziewali się od początku. Demonek. Przez chwilę panowała cisza.
– A co z nim? – zapytał Filius.
Zheron westchnął.
– Na razie nic.
– Nic?
– Nic.
– Ale...
– Filiusie.
– Tak?
– Dopóki nie dowiemy się więcej o pozostałych demonach, nie będziemy podejmować żadnych decyzji.
– Czyli zostaje w lochu?
– Zostaje.
– Sam?
– Sam.
– To smutne.
– Być może.
– Mogę go odwiedzać?
– Raz dziennie.
Filius natychmiast się rozpromienił.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– Dziękuję.
– Ale pod nadzorem strażnika.
– Oczywiście.
– I bez karmienia go nieznanymi roślinami.
– Rozumiem.
– I bez prób wypuszczania go.
– Nigdy bym...
Zheron uniósł brew.
– Dobrze, może trochę bym spróbował.
Kapitan pokręcił głową.
– Sprawę Demonka zostawiamy na koniec. Najpierw odnajdziemy pozostałe demony, ustalimy, z czym właściwie mamy do czynienia, a dopiero później zdecydujemy, co zrobić z tym małym stworzeniem.
Filius skinął głową, choć wyraźnie nie był zadowolony. A ja musiałem przyznać, że było to chyba najrozsądniejsze rozwiązanie.
Popołudnie nadeszło szybciej, niż mogłoby się wydawać. Po naradzie wszyscy mieli jeszcze chwilę na uporządkowanie myśli, jednak atmosfera w twierdzy wyraźnie się zmieniła. Rano byli grupą absolwentów wysłanych na pierwszą poważną misję. Teraz stali się uczestnikami czegoś znacznie bardziej niepokojącego. Ktoś obserwował ich od początku podróży, znał ich działania, wystosował wobec nich osobiste wyzwanie, a gdzieś w górach znajdowały się jeszcze dwa nieznane demony, o których nie wiedzieli praktycznie nic. Jednak niezależnie od tajemnic, demonów i szaleńców piszących listy z wyjątkowo dobrą składnią, praca musiała zostać wykonana.
Popołudniowy trening rozpoczął się na jednym z mniejszych dziedzińców twierdzy, położonym przy północnym murze. Nie był to plac przeznaczony do pojedynków czy ćwiczeń bojowych. Zamiast manekinów i stojaków na broń znajdowały się tam stoły pokryte mapami, pojemniki z różnymi próbkami, worki z ziemią, fragmenty skał, a nawet niewielkie skrzynie z zasuszonymi roślinami. Na miejscu czekało już troje instruktorów: Almia i Imunis, oboje będący magami natury, oraz Ploderra, magini ziemi. Cała trójka sprawiała wrażenie ludzi, którzy spędzili więcej czasu w górach i lasach niż pomiędzy murami twierdzy.
– Skoro macie polować na demony – powiedziała Almia na przywitanie – to wypadałoby najpierw nauczyć się je odnajdywać.
– Liczyłem bardziej na rzucanie kulami ognia – przyznał Lucien.
– A ja liczyłam, że absolwenci Obozu Magów wiedzą, iż tropienie jest ważniejsze od efektownego machania rękami – odpowiedziała spokojnie.
Zhana uśmiechnęła się pod nosem.
– Już ją lubię.
Almia rozłożyła na stole kilka próbek.
– Większość ludzi uważa, że demony zostawiają po sobie wielkie ślady, spaloną ziemię i zapach siarki. To nieprawda. Silne demony często są bardzo ostrożne. Niektóre potrafią przemieszczać się praktycznie bezszelestnie. Inne zacierają ślady instynktownie. Jeszcze inne po prostu nie dotykają ziemi.
Imunis wyjął kilka glinianych tabliczek z odciskami.
– Pierwsza rzecz, której musicie się nauczyć, to odróżnianie zwykłych śladów od demonicznych.
Przez następne kilkadziesiąt minut magowie oglądali odciski łap, pazurów i dziwnych deformacji pozostawionych w ziemi. Część należała do wilków, lisów czy kozic górskich, ale niektóre wyglądały znacznie bardziej niepokojąco.
– To jest ślad demona szczelinowego – wyjaśnił Imunis.
– Wygląda jak odcisk ręki – zauważyła Laeria.
– Bo nim jest.
– Demony mają dłonie?
– Niektóre.
– Nie podoba mi się to – stwierdził Bram.
– Przyzwyczajaj się.
Kolejne ślady przypominały wydłużone łapy, inne wyglądały jak okrągłe zagłębienia pozostawione przez coś ciężkiego, jeszcze inne były niemal niewidoczne.
– Najgorsze są demony cienia – powiedziała Almia. – Często nie pozostawiają śladów fizycznych, ale wpływają na otoczenie.
– W jaki sposób? – zapytała Kadir.
– Rośliny reagują na ich obecność. Niektóre więdną. Inne zmieniają kolor. Czasami da się wyczuć zaburzenia energii. Niekiedy zwierzęta zaczynają omijać dany teren.
Filius słuchał z wyraźnym zainteresowaniem.
– Czy rośliny można wykorzystać jako zwiadowców?
– Można – odpowiedział Imunis. – Oczywiście nie powiedzą ci: „Demon przeszedł tędy trzy godziny temu”, ale potrafią wskazać, że coś zakłóciło naturalny porządek.
– To i tak fascynujące.
Ploderra podeszła do niewielkiego fragmentu przygotowanego gruntu.
– A teraz coś dla tych, którzy mają kontakt z ziemią.
Przyłożyła dłoń do podłoża. Ziemia lekko zadrżała. Drobne kamienie przesunęły się o kilka centymetrów, a niewidoczne wcześniej zagłębienia stały się wyraźniejsze.
– Ślady nie zawsze widać. Czasami trzeba je wyczuć. Ziemia pamięta nacisk. Pamięta ciężar. Pamięta kierunek ruchu. Mag ziemi potrafi odczytać więcej niż zwykły tropiciel.
Bram przykucnął obok niej.
– Czyli mogę być użyteczny bez biegania po lesie?
– Możesz.
– To najlepsza wiadomość, jaką dziś usłyszałem.
Potem rozpoczęły się ćwiczenia praktyczne. Instruktorzy przygotowali kilka sztucznych tropów wokół dziedzińca i pobliskiego fragmentu zbocza. Pozostawiono resztki czarnej substancji, zadrapania na skałach, odciski łap oraz ślady oddziaływania demonicznej energii na rośliny.
– Macie odnaleźć trasę, którą poruszało się stworzenie – powiedziała Almia.
Lucien od razu ruszył przed siebie.
– Mam trop.
– Skąd wiesz? – zapytała Zhana.
– Intuicja.
– To jest ślad kozy.
Lucien spojrzał pod nogi.
– Bardzo podejrzanej kozy.
– Lucien.
– Dobrze, zwykłej kozy.
Kadir działała metodycznie. Analizowała każdy ślad, porównywała kierunki i próbowała tworzyć logiczny obraz wydarzeń. Laeria była ostrożna, ale bardzo dokładna, dzięki czemu kilka razy zauważyła szczegóły pominięte przez innych. Filius niemal od razu odnalazł uszkodzone krzewy i prawidłowo określił kierunek przemieszczania się rzekomego demona.
Największym zaskoczeniem okazał się jednak Bram. Przez pierwsze dziesięć minut sprawiał wrażenie kompletnie niezainteresowanego ćwiczeniami, ale gdy Ploderra poprosiła go o zbadanie gruntu, natychmiast wskazał właściwy kierunek.
– Tutaj przeszło coś cięższego – powiedział.
– Skąd wiesz? – zapytała Laeria.
– Ziemia jest bardziej ubita.
– Widzisz to?
– Nie.
– To skąd?
– Po prostu wiem.
Ploderra uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Talent.
– Wolę określenie „minimalny wysiłek przy maksymalnym efekcie”.
Pod koniec zajęć Almia zebrała wszystkich ponownie przy stole.
– Dzisiaj nauczyliście się podstaw. To wystarczy na początek. Prawdziwe tropienie wygląda inaczej. Będzie zimno, będzie ciemno, będziecie zmęczeni, a demon, którego będziecie śledzić, prawdopodobnie będzie próbował zrobić wszystko, żebyście go nie znaleźli.
– Brzmi zachęcająco – mruknął Bram.
– Taka jest rzeczywistość.
– A kiedy zaczniemy szukać tych prawdziwych? – zapytał Lucien.
– Jutro.
Po tych słowach wszyscy zamilkli na chwilę. Bo po raz pierwszy od przybycia do twierdzy ich zadanie przestało być teorią, raportami i tajemniczymi listami. Od jutra mieli naprawdę rozpocząć polowanie na demony.
Wieczór po treningu okazał się zaskakująco spokojny. Nie było alarmów, nie pojawiły się nowe listy, żaden zwiadowca nie wbiegł na dziedziniec z informacją o ataku demonów, a tajemniczy mag cienia najwyraźniej postanowił zrobić sobie przerwę od obserwowania młodych adeptów i testowania ich wartości moralnej. Muszę przyznać, że bardzo doceniałem takie chwile. Ludzie zwykle uważają, że w kronikach powinny znajdować się wyłącznie wielkie wydarzenia, bitwy, katastrofy i odkrycia. A prawda jest taka, że właśnie spokojne wieczory najwięcej mówią o człowieku. To wtedy nie musi udowadniać niczego innym. Wtedy pozostaje tylko sobą.
Lucien niemal od razu skierował się na plac treningowy. Nie dlatego, że ktoś mu kazał, ani nawet dlatego, że trening z tropienia szczególnie go zainspirował. Po prostu należał do tych ludzi, którzy źle znoszą bezczynność. Ogień był jego żywiołem nie tylko pod względem magicznym, ale również charakterologicznym. Potrzebował działania. Potrzebował ruchu. Potrzebował robić cokolwiek. Na placu ćwiczyło jeszcze kilku żołnierzy oraz dwóch magów stacjonujących w twierdzy. Bardzo szybko do nich dołączył. Przez następne dwie godziny obserwowałem, jak doskonali kontrolę płomieni, próbuje nowych kombinacji zaklęć i prowadzi długie rozmowy o pojedynkach, potężnych magach z przeszłości i różnych technikach walki. Co jakiś czas słyszałem wybuchy śmiechu, a raz nawet okrzyki zachwytu, kiedy udało mu się stworzyć niewielką wirującą kulę ognia, która przez kilka sekund utrzymywała się nad jego dłonią. Oczywiście chwilę później niemal przypalił sobie rękaw, ale uznał to najwyraźniej za nieistotny szczegół. Lucien był typem człowieka, który prawdopodobnie z dumą opowiadałby o własnych porażkach, gdyby tylko były wystarczająco widowiskowe.
Zhana spędziła wieczór zupełnie inaczej. Po krótkiej kolacji wróciła na dziedziniec, ale nie po to, by się popisywać. Trenowała samotnie, metodycznie i cierpliwie. Powtarzała te same ruchy dziesiątki razy, ćwiczyła kontrolę temperatury płomieni, a następnie skupiała się na precyzji. Nie tworzyła ogromnych ścian ognia ani efektownych eksplozji. Zamiast tego ćwiczyła drobne płomienie wielkości świecy, utrzymywała je nieruchomo, przesuwała, zmieniała ich intensywność. Widać było, że traktuje magię jak umiejętność wymagającą ciągłego doskonalenia, a nie narzędzie do imponowania innym. Od czasu do czasu spoglądała w stronę Luciena, który właśnie tłumaczył komuś, jak ważna jest odwaga podczas walki. Za każdym razem reagowała dokładnie tak samo – lekkim westchnieniem człowieka, który pogodził się już z czyjąś osobowością i nie ma zamiaru z nią walczyć.
Bram natomiast pozostał wierny swoim przekonaniom życiowym. Po zakończeniu treningu oznajmił, że skoro od jutra będą przeczesywać góry w poszukiwaniu demonów, to jego obowiązkiem jest odpowiednio przygotować organizm do wysiłku. W praktyce oznaczało to znalezienie najwygodniejszego miejsca w całej twierdzy. Ostatecznie odkrył niewielki balkon znajdujący się nad jednym z magazynów, z którego rozciągał się widok na dolinę. Zorganizował sobie tam koc, kubek gorącego naparu i przez większą część wieczoru siedział, obserwując zachodzące słońce. Co jakiś czas rozmawiał z przechodzącymi żołnierzami, narzekał na ilość schodów w twierdzy i przekonywał wszystkich, że tropienie demonów byłoby znacznie prostsze, gdyby same zgłaszały się do odpowiednich urzędów. Ku mojemu zdziwieniu znalazło się kilku ludzi, którzy uznali ten pomysł za całkiem rozsądny.
Kadir oczywiście zniknęła w bibliotece. Przez całe popołudnie i znaczną część wieczoru studiowała kroniki dotyczące dawnych przypadków ucieczek demonów. Znalazła kilka raportów sprzed ponad stu lat, kiedy w innej części świata doszło do naruszenia zabezpieczeń jednego z portali. Sporządzała notatki, porównywała zachowania demonów i próbowała ustalić, czy istnieją jakieś prawidłowości. Co jakiś czas marszczyła brwi, wracała do poprzednich stron, a następnie zapisywała kolejne obserwacje. Była dokładnie takim typem maga, którego dawni mistrzowie prawdopodobnie uwielbiali. A jednocześnie takim, którego inni uczniowie omijali szerokim łukiem podczas egzaminów, obawiając się, że przypadkiem dowiedzą się, jak niewiele sami wiedzą.
Filius po raz kolejny udał się do lochów. Zgodnie z obietnicą Zherona pozwolono mu odwiedzić Demonka pod nadzorem strażnika. Spędził tam prawie godzinę. Rozmawiał ze stworzeniem, próbował ustalić, czym właściwie jest, obserwował jego zachowania i najwyraźniej uznał, że demon wygląda na smutnego. Wrócił stamtąd wyraźnie zamyślony. Później przez dłuższy czas siedział na dziedzińcu otoczonym niewielkimi ogródkami twierdzy, badał rosnące tam zioła i przygotowywał niewielkie saszetki z suszonymi roślinami, które mogły przydać się podczas wypraw. Miał w sobie niezwykłą zdolność odnajdywania spokoju w otoczeniu roślin. Gdyby nie został magiem, prawdopodobnie zostałby zielarzem, botanikiem albo człowiekiem mieszkającym samotnie w lesie i prowadzącym długie rozmowy z drzewami. Co zresztą, znając świat magii, nie byłoby szczególnie niezwykłe.
Laeria natomiast spędziła wieczór na murach obronnych. Słońce powoli chowało się za szczytami Gór Srebrzystych, a doliny poniżej pogrążały się w cieniu. Przez długi czas po prostu patrzyła przed siebie. Czasami opierała dłonie o kamienny parapet, czasami podnosiła wzrok ku niebu. Kilkukrotnie zauważyłem, jak wykonuje niemal odruchowy gest unoszenia dłoni, jakby chciała ponownie spróbować lewitacji. Ostatecznie jednak za każdym razem rezygnowała. Być może nie chciała ćwiczyć w miejscu, gdzie mogliby ją zobaczyć inni magowie. A może zwyczajnie była zmęczona kolejnymi nieudanymi próbami. Czasem największe porażki człowieka są niewidoczne dla wszystkich wokół. Dla innych są drobiazgiem. Dla niego stają się ciężarem, który nosi każdego dnia.
A ja? Ja, jak zwykle, obserwowałem.
Przez osiemset lat nauczyłem się, że ludzie najwięcej pokazują właśnie wtedy, gdy są przekonani, że nikt ich nie widzi. Lucien pokazywał swoją potrzebę działania. Zhana swoją dyscyplinę. Bram swoje zamiłowanie do spokoju i wygody. Kadir głód wiedzy. Filius współczucie wobec wszystkiego, co żyje, nawet jeśli posiada rogi, czarne futro i zwyczaj przeżuwania drewnianych przedmiotów. Laeria natomiast skrywała coś jeszcze. Nie tylko brak umiejętności lewitacji. Było w niej coś więcej. Pewna niepewność, która wydawała się znacznie głębsza niż zwykły brak talentu.
Wieczór mijał spokojnie. Na murach zapalono pochodnie. Strażnicy objęli nocne posterunki. W oddali, pomiędzy górami, wiatr niósł echo stukotu kamieni i szum lasów porastających zbocza. Przez krótką chwilę można było zapomnieć o demonach, portalach, tajemniczych listach i cieniu ukrywającym się gdzieś pośród gór.
Większość mieszkańców twierdzy spała już głębokim snem, kiedy postanowiłem ponownie przyjrzeć się okolicy. Krążyłem pomiędzy murami, zaglądałem na dziedzińce, przysiadałem na blankach obronnych i obserwowałem ciemne zbocza Gór Srebrzystych. Strażnicy pełnili warty zgodnie z ustalonym harmonogramem. Na wieży sygnałowej płonęło niewielkie ognisko, którego światło było widoczne daleko w dolinie. W stajniach konie spały spokojnie, od czasu do czasu tylko parskając cicho przez sen. Nawet wiatr wydawał się tego wieczoru wyjątkowo łagodny. Przez pewien czas krążyłem nad zboczami położonymi najbliżej twierdzy, wypatrując jakichkolwiek śladów ruchu. Liczyłem, że może ponownie dostrzegę tajemniczy cień albo przynajmniej jednego z demonów, które najwyraźniej urządziły sobie wycieczkę po górach. Nie zauważyłem jednak niczego.
Poranek nadszedł szybko.
Twierdza budziła się do życia stopniowo. Najpierw rozległy się odgłosy zmieniających się wart, potem stukot wiader przy studni, skrzypienie drzwi i nawoływania kucharzy przygotowujących śniadanie. Po chwili dziedziniec zapełnił się żołnierzami, służbą i zwiadowcami szykującymi się do codziennych obowiązków.
Młodzi magowie również wstali wcześnie. Lucien był wyraźnie podekscytowany. Po raz pierwszy od przyjazdu do twierdzy mieli wyruszyć na prawdziwy zwiad, a nie uczestniczyć w szkoleniach czy wysłuchiwać wykładów.
– Wreszcie coś konkretnego – powiedział, zakładając płaszcz podróżny. – Czuję, że dziś znajdziemy jakiś trop.
– Wczoraj też tak mówiłeś – zauważyła Zhana.
– I miałem rację.
– Śledziłeś kozę.
– Bardzo podejrzaną kozę.
– Lucien.
– Dobrze, zwyczajną kozę.
Zhana przygotowywała się znacznie bardziej metodycznie. Sprawdziła zawartość torby, uzupełniła zapasy wody, upewniła się, że posiada wszystkie potrzebne drobiazgi, a następnie jeszcze raz przejrzała mapę okolic twierdzy.
Kadir od rana analizowała notatki sporządzone poprzedniego wieczoru. Miała już własne oznaczenia dotyczące miejsc obserwacji demonów, raportów zwiadowców oraz potencjalnych tras przemieszczania się stworzeń.
– Jeśli demon z Dalewood faktycznie poruszał się na północ – mówiła – to powinien znajdować się gdzieś pomiędzy zachodnimi stokami a lasami poniżej przełęczy.
– A jeśli poszedł gdzie indziej? – zapytał Bram.
– Wtedy moja teoria będzie błędna.
– Bardzo odważne założenie.
– Nauka tak działa.
– To brzmi męcząco.
Bram przygotowywał się zgodnie ze swoją własną filozofią przetrwania. Upewnił się, że ma jedzenie. Potem sprawdził, czy ma jeszcze więcej jedzenia. Następnie zastanawiał się, czy nie powinien zabrać dodatkowego jedzenia na wypadek, gdyby podczas zwiadu poczuł głód.
– Ile ty tego bierzesz? – spytała Laeria.
– Nigdy nie wiadomo, ile trwa tropienie demonów.
– Jeden dzień.
– A jeśli dwa?
– Wracamy wieczorem.
– A jeśli się zgubimy?
– Kadir ma mapę.
– To rzeczywiście dobry argument.
Filius przygotował zestaw ziół, bandaży i niewielkich fiolek z leczniczymi miksturami. Zabrał również kilka saszetek z suszonymi roślinami, które według niego mogły pomóc w wykrywaniu zakłóceń energii.
– Działają? – zapytała Laeria.
– Nie wiem.
– To po co je bierzesz?
– Żeby sprawdzić.
– Rozumiem.
– Nauka też tak działa – powiedziała Kadir.
– Widzę, że zaczynam rozumieć naukę – westchnął Bram.
Laeria tymczasem wyglądała na nieco bardziej pewną siebie niż jeszcze kilka dni wcześniej. Nadal była zamyślona, nadal często odpływała myślami, ale obecność grupy wyraźnie dodawała jej odwagi. Sprawdziła swój ekwipunek kilka razy, poprawiła płaszcz i związała włosy, po czym spojrzała przez okno na góry.
– Ciekawe, co znajdziemy – powiedziała cicho.
– Najlepiej nic – odparł Bram.
– Przecież szukamy demonów.
– Właśnie dlatego.
Po śniadaniu grupa zebrała się na głównym dziedzińcu. Czekał tam już Zheron oraz kilku zwiadowców twierdzy. Poranne słońce oświetlało kamienne mury, a w oddali majaczyły szczyty Gór Srebrzystych. Powietrze było chłodne i rześkie, a nad dolinami unosiły się jeszcze resztki mgły. Po raz pierwszy od przybycia do twierdzy nie byli już gośćmi. Byli uczestnikami poszukiwań. A gdzieś tam, pośród gór, znajdowały się ślady demonów, których jeszcze nie poznali.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania