Kroniki Elorien - Rozdział 1
Przez kilka dni nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na miejsce w tej kronice. Żadnych doniesień o dziwnych stworzeniach. Żadnych spalonych wiosek. Żadnych kupców opowiadających o bestiach wychodzących z lasów ani pasterzy przysięgających, że widzieli coś, czego widzieć nie powinni. Świat zachowywał się tak, jakby noc otwarcia Portalu nigdy nie miała miejsca. A ludzie, zgodnie ze swoją naturą, bardzo szybko wrócili do codzienności.
Elorien również.
To zabawne miejsce. Wielu wyobraża sobie je jako potężną kamienną twierdzę pełną wież, bibliotek i laboratoriów, do których zwykły człowiek nie ma prawa wejść. Nic bardziej mylnego. Obóz od zawsze był bardziej żywym organizmem niż budowlą. Nigdy nie miał imponować swoim wyglądem. Miał służyć ludziom.
Założył go przed pięcioma wiekami wielki mag Esherrez. Nie był pierwszym czarodziejem tych ziem ani najpotężniejszym, choć niektórzy historycy gotowi byliby się o to kłócić całymi dniami. Był natomiast pierwszym, który twierdził, że magia przestanie istnieć, jeśli każdy będzie strzegł swojej wiedzy wyłącznie dla siebie. W tamtych czasach magowie żyli samotnie – tak jak się już rozpisywałem, widok maga był czymś naprawdę niecodziennym. Jeden zamieszkiwał odludne bagna, drugi szczyty gór, trzeci wieżę pośrodku lasu. Spotykali się niezwykle rzadko, najczęściej po to, by spierać się o teorię zaklęć albo oskarżać nawzajem o kradzież starych ksiąg. Każdy podlegał pod Zakon Magów – organizację zrzeszającą czarodziei z różnych królestw – dzięki czemu istniała współpraca między magami a władcami. Esherrez uznał, że taki świat nie przetrwa długo. Zebrał więc uczniów, mistrzów i badaczy, a następnie założył miejsce, w którym wszyscy mogli żyć, uczyć się i wymieniać doświadczeniami. Tak narodził się Elorien – według historyków pierwsze na świecie takie miejsce, inne królestwa dopiero z biegiem czasu zakładały własne obozy. Przez pięć stuleci rozrastał się powoli, lecz nieustannie. Nigdy jednak nie zamienił się w miasto z kamienia.
W samym jego sercu znajdowało się zaledwie kilkanaście większych budynków. Najbardziej okazałym była szkoła magów — szeroki gmach z jasnego drewna i kamienia, otaczający wewnętrzny dziedziniec, na którym każdego dnia ćwiczyli adepci. W pobliżu mieściła się ogromna biblioteka, pachnąca pergaminem, kurzem i atramentem starszym od niejednego królestwa. Dalej znajdowały się laboratoria alchemików, warsztaty rzemieślników wyrabiających magiczne przedmioty, wspólna sala narad starszyzny, stajnie oraz kilka magazynów pełnych wszystkiego, co prędzej czy później jakiś mag uzna za niezbędne do swoich badań. Wokół tejże głównej części rozpościerał się solidny kamienny mur.
Całą resztę pochłaniał las. I w sumie właśnie to najbardziej lubiłem. Między wysokimi sosnami i dębami rozrzucone były dziesiątki dużych namiotów utkanych z grubego płótna, wzmacnianego prostymi zaklęciami chroniącymi przed deszczem i zimnem. Nie przypominały wojskowych obozowisk. Wiele z nich stało w tym samym miejscu od kilkudziesięciu lat, otoczone ogródkami, drewnianymi ławkami i niewielkimi paleniskami. Dalej, w bardziej ustronnych częściach lasu, można było znaleźć samotne chatki należące do magów ceniących ciszę ponad towarzystwo. Niektórzy zbudowali je własnymi rękami, inni przy pomocy zaklęć, jeszcze inni twierdzili, że wyrosły same. Nigdy nie wiem do końca, która wersja jest prawdziwa. Byli też tacy, którzy wcale nie mieszkali w obozie. Kilka mil dalej przebiegał stary szlak handlowy, przy którym przez lata wyrosły karczmy, kuźnie i niewielkie osady. Wielu magów kupowało tam domy lub budowało własne gospodarstwa. Każdego ranka można było zobaczyć ich jadących konno leśną drogą do obozu, z torbami pełnymi ksiąg, zwojów i przedmiotów, o których przeznaczenie wolałbym nie pytać. W efekcie trudno było określić, ilu właściwie magów tu mieszka, jednak na moje oko wygląda to na kilkuset magów.
Jedni wyruszali badać ruiny dawnych cywilizacji, inni pomagali książętom rozwiązywać problemy, jeszcze inni miesiącami zamykali się w swoich laboratoriach. Mimo tego nieustannego ruchu Obóz pozostawał centrum całej magicznej społeczności. Każdy wcześniej czy później tu wracał. Po wiedzę, po uczniów, po nowe księgi albo po zwykłą rozmowę z kimś, kto rozumiał, że przypadkowe zamienienie własnego kota w krzesło nie jest wcale najdziwniejszą rzeczą, jaka mogła wydarzyć się podczas śniadania.
Po kilku latach spędzonych w tym miejscu znałem niemal każdy jego zakątek. Wiedziałem, które deski skrzypią najmocniej, o której porze bibliotekarz robi sobie przerwę na herbatę, gdzie adepci najchętniej wymykają się z zajęć i pod którym dębem starsi magowie siadają wieczorami, udając, że rozmawiają o teorii magii, choć w rzeczywistości plotkują równie zawzięcie jak przekupki na targowisku.
Szkoła magów od pięciuset lat stanowiła serce całego obozu. To właśnie tam trafiały dzieci i młodzież, u których odkryto dar posługiwania się magią. Jedni przybywali jako kilkuletnie maluchy, inni dopiero jako nastolatkowie, lecz wszystkich czekało to samo — wiele lat nauki, ćwiczeń i niekończących się egzaminów. Muszę jednak przyznać, że współczesne nauczanie magii nieco mnie... rozczarowuje.
Nie zrozumcie mnie źle. Uczniowie wiedzą dziś znacznie więcej o teorii niż ich poprzednicy sprzed kilkuset lat. Potrafią godzinami dyskutować o strukturze zaklęć, przepływie energii, bezpieczeństwie używania run i konsekwencjach niewłaściwego splatania żywiołów. Problem polega na tym, że większość z nich nigdy nie miała okazji naprawdę poczuć magii. Dawniej wyglądało to inaczej. Znacznie bardziej niebezpiecznie. I znacznie ciekawiej. Mistrz rzucał uczniowi księgę, wskazywał płonący krąg i mówił: „Nie umrzyj.” Jeżeli uczeń przeżył, zwykle już nigdy nie popełniał tego samego błędu. Dzisiaj natomiast wszystko musi być odpowiednio zabezpieczone. Zaklęcia ograniczone. Sale osłonięte barierami. Każde ćwiczenie poprzedza pół godziny wykładów o zasadach bezpieczeństwa i kolejne pół o odpowiedzialności społecznej maga. Rozumiem powody. Naprawdę. Przez ostatnie wieki wydarzyło się wystarczająco wiele katastrof, by ktoś w końcu uznał, że warto ograniczyć liczbę eksplodujących laboratoriów.
Mimo to czasami odnoszę wrażenie, że szkoła nie wychowuje już odkrywców. Wychowuje urzędników magii. Ludzi niezwykle kompetentnych, odpowiedzialnych i użytecznych, którzy potrafią wzorowo wykonać każde zadanie... pod warunkiem, że wcześniej ktoś opisze je w odpowiednim podręczniku. A przecież magia nigdy nie była sztuką posłuszeństwa. Była sztuką zadawania pytań.
Program nauczania pozostawał jednak imponujący. Oprócz zwyczajnych przedmiotów, których uczyły się wszystkie dzieci — rachunków, historii królestw, geografii, języków czy sztuki pisania — adepci zgłębiali również naturę samej magii. Poznawali jej historię, dawne wojny, zasady tworzenia zaklęć, teorię run, alchemię, właściwości magicznych stworzeń oraz prawa regulujące używanie czarów poza obozem.
Każdy mag rodził się z większym powinowactwem do jednego z żywiołów i właśnie ten żywioł stawał się osią jego dalszej nauki. Magowie ognia uczyli się panować nad temperaturą, płomieniami i niszczycielską energią. Magowie wody zgłębiali leczenie, przemiany materii oraz sztukę cierpliwości, której — muszę przyznać — zawsze im zazdrościłem. Żywioł ziemi dawał wytrzymałość, ochronę i umiejętność kształtowania skał oraz metalu. Powietrze rozwijało szybkość, zmysły i kontrolę nad ruchem. Istniały również rzadsze specjalizacje, których nie uczono każdego, lecz o nich przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć.
W tej kronice przestawię historię szóstki młodych ludzi, którzy właśnie mieli zakończyć naukę w szkole Esherreza i po raz pierwszy wkroczyć w świat jako pełnoprawni magowie. Prawdę mówiąc, przez większość czasu nie poświęcałem im większej uwagi. Wydawali się być normalnymi adeptami, każdy ze swoim charakterem i cechami. Nie próbowali otwierać zakazanych ksiąg, nie uciekali z obozu po nocach i nie wdawali się w pojedynki
z nauczycielami.
Od pierwszego dnia nauki stanowili jeden rocznik. Dorastali razem, zdawali te same egzaminy, wspólnie narzekali na wykładowców i razem zdobywali kolejne stopnie wtajemniczenia. W świecie magów miało to znaczenie. Lata spędzone na ćwiczeniach, podróżach szkoleniowych i niezliczonych godzinach w bibliotekach tworzyły więzi silniejsze niż niejedna przysięga. Spodziewałem się więc, że ich los potoczy się równie zwyczajnie, jak los większości absolwentów. Ktoś zapewne otrzyma posadę w siedzibie magów w stolicy, zajmując się badaniem nowych zaklęć albo przepisywaniem starych ksiąg. Ktoś inny wstąpi do królewskiej służby i będzie rozwiązywał problemy, z którymi zwykli żołnierze sobie nie radzą. Jeden wybierze samotne życie badacza, drugi będzie podróżował od miasta do miasta jako uzdrowiciel, trzeci zniknie gdzieś w górach, próbując odnaleźć ruiny starsze od ludzkiej pamięci. Taka kolej rzeczy powtarzała się od pokoleń.
Zanim jednak młody mag mógł sam wybrać swoją drogę, musiał przejść ostatnią próbę. Była to jedna z niewielu tradycji ustanowionych przez samego Esherreza, która przetrwała bez większych zmian przez pięć stuleci. Pierwsza misja. Nie egzamin. Nie pokaz umiejętności. Prawdziwe zadanie poza murami obozu. Starszyzna twierdziła, że dopiero tam można przekonać się, czy adept rzeczywiście zasługuje na miano maga. W sali wykładowej łatwo zachować spokój. Znacznie trudniej zrobić to wtedy, gdy nad głową przelatuje głaz rzucony przez rozwścieczonego cyklopa.
Oczywiście nie były to misje samobójcze. Starszyzna, mimo wszystkich swoich wad, nie miała zwyczaju tracić uczniów tuż przed ukończeniem nauki. Zadania bywały wymagające, lecz odpowiednio dobrane. Jedna grupa wyruszała po rzadką roślinę leczniczą rosnącą wysoko w górach, na terenach zamieszkiwanych przez cyklopy. Dla kogoś, kto rozumiał ich zwyczaje i wiedział, kiedy należy mówić, a kiedy lepiej milczeć, było to bardziej próba cierpliwości niż walki. Innym razem adepci otrzymywali polecenie rozprawienia się z bandą goblinów, która zbyt mocno dawała się we znaki okolicznym wioskom. Gobliny były liczne, hałaśliwe i wyjątkowo uparte, lecz rzadko stanowiły zagrożenie dla dobrze wyszkolonego maga. Zdarzały się również misje dyplomatyczne, eskorty, badania ruin czy rozwiązywanie lokalnych problemów, których zwykli ludzie nie potrafili wyjaśnić. Najważniejsze było jedno. Po raz pierwszy nikt nie prowadził ucznia za rękę. Miał sam podjąć decyzję, sam ponieść jej konsekwencje i sam wrócić z wykonanym zadaniem.
Od kilku dni zastanawiam się, jakie wyzwanie przypadnie tej konkretnej szóstce. Gdyby świat pozostawał normalnym miejscem, pewnie otrzymaliby jedną z tych klasycznych misji, o których za kilka lat wspomina się z uśmiechem przy wieczornym ognisku. Ale świat przestał być normalny tej nocy, gdy otwarto Portal. Starszyzna mogła oczywiście udawać, że nic się nie zmieniło. Mogła rozdawać kolejnym rocznikom zwyczajne zadania i czekać na wiadomości z królestw. Byłem jednak niemal pewien, że przynajmniej część mistrzów zadaje sobie to samo pytanie co ja. Czy wypada wysyłać młodych magów po lecznicze zioła i gobliny, kiedy być może gdzieś po świecie błąkają się istoty, które nigdy nie powinny były go ujrzeć? Nie do mnie należy odpowiadać na to pytanie, chociaż szczerze mówiąc chciałbym zobaczyć jakąś akcję.
Wypadałoby wreszcie przedstawić bohaterów tej historii.
Zacznijmy więc od Luciena. Jeżeli ktoś kazałby dziecku narysować maga ognia, istnieje spora szansa, że efekt wyglądałby właśnie jak on. Wysoki, dobrze zbudowany, z wiecznie potarganymi ciemnymi włosami, których najwyraźniej nigdy nie udało mu się ujarzmić,
i twarzą, nad którą natura spędziła zdecydowanie więcej czasu, niż było to konieczne. Przystojny — nie ma sensu temu zaprzeczać. Wystarczyło przez kilka minut poobserwować młodsze adeptki, by zauważyć, że Lucien nie musiał szczególnie się starać, aby zwracać na siebie uwagę. Na szczęście dla niego, był zbyt zajęty własnym życiem, by robić z tego użytek. Albo zbyt nieuważny. Obie możliwości wydają mi się równie prawdopodobne.
Ogień wybrał go chyba jeszcze przed narodzinami. Nie chodziło wyłącznie o talent magiczny. On po prostu żył tak, jak płonie ogień. Gwałtownie, głośno i bez zbędnego zastanawiania się nad konsekwencjami. Gdy wpadał na jakiś pomysł, realizował go natychmiast. Gdy uważał, że należy komuś pomóc, ruszał pierwszy. Gdy dochodziło do sprzeczki, zwykle kończył ją, zanim druga strona zdążyła dobrze sformułować argumenty. Muszę jednak oddać mu sprawiedliwość. Odwagi nigdy mu nie brakowało. Przez kilka lat obserwowałem go podczas zajęć terenowych. Jeżeli jakiś adept miał wejść pierwszy do ciemnej jaskini, przejść po chwiejnym moście albo sprawdzić, czy dziwny hałas w krzakach rzeczywiście oznacza niebezpieczeństwo, Lucien zgłaszał się niemal natychmiast. Nie dlatego, że chciał imponować innym. Naprawdę wierzył, że właśnie tak należy postępować. To rzadka cecha. I równie niebezpieczna .Ludzie odważni bardzo często mylą odwagę z nieśmiertelnością. Jego największą wadą była nieuważność. Potrafił przez godzinę analizować zawiłości zaklęcia bojowego, a chwilę później zapomnieć, gdzie odłożył własną księgę. Raz omal nie spóźnił się na egzamin końcowy, ponieważ pomagał stajennemu łapać przestraszonego konia i kompletnie stracił poczucie czasu.
Mimo tej roztargnionej natury posiadał cechę, której nie da się wyuczyć. Ludzie za nim szli. Nie dlatego, że był najmądrzejszy. Nie dlatego, że mówił najpiękniej. Po prostu w chwilach niepewności jego pewność siebie wydawała się zaraźliwa. Nawet ci, którzy jeszcze przed momentem mieli wątpliwości, po kilku zdaniach Luciena zaczynali wierzyć, że wszystko jakoś się ułoży. Przez osiemset lat spotkałem wielu takich ludzi. Większość z nich kończyła jako bohaterowie. Albo jako ostrzeżenia dla następnych pokoleń. W przypadku Luciena jeszcze nie potrafię zdecydować, do której z tych dwóch grup ostatecznie trafi.
Drugą osobą była Zhana. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że ogień wybrał sobie dwoje niemal identycznych uczniów. W końcu i ona władała tym samym żywiołem co Lucien. Zhana była iskrą. Nieustannie w ruchu. Trudno było spotkać ją stojącą bezczynnie. Jeżeli akurat nie uczestniczyła w zajęciach, ćwiczyła sama. Jeżeli nie ćwiczyła, biegała po lesie. Jeżeli nie biegała, pomagała komuś przy treningu albo próbowała przekonać któregoś z nauczycieli, by pozwolił jej spróbować trudniejszego zaklęcia. Miałem czasem wrażenie, że odpoczynek traktowała jak wyjątkowo nieprzyjemny obowiązek. I chyba rzeczywiście tak było. Od rana do wieczora nosiła na twarzy uśmiech. Nie ten wymuszony, grzeczny uśmiech, którym uczniowie próbują zaskarbić sobie sympatię wykładowców. Jej radość wydawała się szczera, niemal zaraźliwa. Śmiała się często, głośno i z byle powodu. Potrafiła rozbawić pół sali jednym komentarzem, a pięć minut później z całkowitą powagą wrócić do ćwiczeń, jakby nic się nie wydarzyło. To niezwykła umiejętność. Ludzie często sądzą, że pogodny charakter oznacza beztroskę. To błąd. Najbardziej pracowici ludzie, jakich spotkałem, bardzo często właśnie tacy byli. Zhana należała do tej grupy.
Ambicję miała ogromną, choć rzadko się nią chwaliła. Nie interesowało jej bycie najlepszą po to, by inni ją podziwiali. Chciała być najlepsza dla samej siebie. Kiedy nie udawało jej się jakieś zaklęcie, nie złościła się na nauczyciela ani na pech. Po prostu zostawała na placu treningowym godzinę dłużej. Potem jeszcze jedną. I następną, jeśli było trzeba. Nie raz obserwowałem ją późnym wieczorem, gdy większość adeptów dawno wracała do namiotów. Stała samotnie na polanie i raz za razem powtarzała ten sam ruch dłoni, aż płomień przybierał dokładnie taki kształt, jaki sobie wyobraziła. Tak właśnie rodzą się naprawdę dobrzy magowie. Nie dzięki talentowi. Dzięki uporowi.
Najbardziej zaskakiwała mnie jednak jej sprawność fizyczna. Magowie ognia zazwyczaj polegają na sile swoich zaklęć. Są przyzwyczajeni do walki na dystans i rzadko przejmują się tym, jak szybko potrafią biegać albo wspinać się po skałach. Zhana stanowiła wyjątek. Poruszała się lekko, niemal bezszelestnie. Potrafiła przeskoczyć zwalone drzewo z gracją łowcy, wspiąć się na skałę szybciej od niejednego zwiadowcy, a podczas ćwiczeń unikała zaklęć z taką łatwością, że kilku młodszych instruktorów zaczęło podejrzewać, iż zna jakieś sztuczki, których nie ma w podręcznikach. Nie znała. Po prostu ciężko na to pracowała.
Była też jedną z niewielu osób, które potrafiły skutecznie studzić zapędy Luciena. Gdy on zamierzał rzucić się do działania, ona zwykle pytała, czy przypadkiem nie warto najpierw sprawdzić, z czym właściwie mają do czynienia. Nie oznaczało to, że brakowało jej odwagi. Po prostu rozumiała coś, czego wielu adeptów uczy się dopiero po pierwszej poważnej porażce. Odwaga i pośpiech to nie są synonimy. Już wtedy podejrzewałem, że gdyby przyszło im kiedyś walczyć ramię w ramię, ogień jednego doskonale uzupełniałby ogień drugiego.
Trzecim był Bram. Mag ziemi. I prawdopodobnie najbardziej mylący człowiek w całym tym roczniku. Gdyby ktoś spotkał go po raz pierwszy, zapewne uznałby, że pomylił drogę do szkoły magów z drogą do najbliższej gospody. Bram należał do ludzi, których z grzeczności określa się mianem „dobrze zbudowanych”. A z jeszcze większej grzeczności nie dodaje się, że zdecydowaną większość tej budowy zawdzięczają zamiłowaniu do obfitych posiłków. Sam zainteresowany twierdził zresztą, że magowi potrzebne są zapasy energii. Nigdy nie wyjaśnił, dlaczego aż tak duże.
Poruszał się spokojnym, niespiesznym krokiem, jakby świat mógł zaczekać jeszcze kilka minut. Jeżeli istniała możliwość usiąść, siadał. Jeżeli można było się oprzeć, opierał się. Jeżeli jakieś zadanie dało się wykonać jutro zamiast dziś, z zaskakującą łatwością znajdował argumenty przemawiające za takim rozwiązaniem. Praca fizyczna była jego osobistym wrogiem. Co, biorąc pod uwagę jego żywioł, wydawało mi się wyjątkowo zabawne. Większość magów ziemi z przyjemnością przenosi głazy, buduje umocnienia czy godzinami ćwiczy kontrolę nad skałami. Bram natomiast uważał, że skoro istnieje magia, to właśnie po to, aby nie dźwigać ciężkich rzeczy własnymi rękami. Nie potrafiłem odmówić tej logice pewnego uroku.
Jego ulubioną bronią był jednak sarkazm. Miał niezwykły talent do komentowania rzeczywistości w sposób, który jednocześnie bawił wszystkich dookoła i doprowadzał nauczycieli do cichej rozpaczy. Nigdy nie był bezczelny. Nigdy nie przekraczał granicy otwartego braku szacunku. Po prostu z kamienną twarzą potrafił wypowiedzieć jedno zdanie, po którym cała sala próbowała powstrzymać śmiech. Podejrzewam, że przynajmniej połowa wykładowców przez lata nie była pewna, czy Bram właśnie ich obraził, czy powiedział coś całkowicie niewinnego.
Pod tą warstwą lenistwa i ironii kryło się jednak zaskakująco dobre serce. Nigdy nie odmawiał pomocy, jeśli naprawdę była potrzebna. Narzekał przy tym niemiłosiernie, wzdychał, przewracał oczami i przez całą drogę tłumaczył wszystkim, jak bardzo chciał właśnie odpoczywać. A potem i tak pomagał. Bez oczekiwania wdzięczności. Bez robienia z siebie bohatera. To rzadkie. Znacznie rzadsze, niż mogłoby się wydawać.
Jest jednak coś, czego chyba nikt poza mną wtedy nie dostrzegał. Albo raczej... nie chciał dostrzec. Bram był potężny. Nie dobry. Nie obiecujący. Potężny. Przez osiemset lat widziałem wielu utalentowanych magów. Niektórzy osiągali niezwykłe rzeczy dzięki ciężkiej pracy. Inni dzięki wybitnym nauczycielom. Jeszcze inni po prostu mieli szczęście urodzić się we właściwej rodzinie. Bram nie potrzebował żadnej z tych rzeczy. Magia ziemi przychodziła mu z naturalnością, która zdarza się niezwykle rzadko. Czasem podczas ćwiczeń wykonywał trudne zaklęcia od niechcenia, jakby bardziej przeszkadzał mu wysiłek związany z podniesieniem ręki niż samo splatanie magii. Potrafił utrzymać konstrukcje, przy których inni adepci pocili się z wysiłku, i robił to z miną człowieka zastanawiającego się, co będzie na obiad.
Najzabawniejsze było jednak to, że chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Albo, co bardziej prawdopodobne... Zwyczajnie nie chciało mu się tego rozwijać. Byłem niemal pewien, że gdyby poświęcał treningom tyle czasu co Zhana, większość mistrzów miałaby bardzo poważny problem z pokonaniem go. Na szczęście dla nich Bram znacznie bardziej cenił sobie spokojny wieczór przy ognisku niż sławę najpotężniejszego maga swojego pokolenia.
I być może właśnie dlatego tak go polubiłem. Przez osiemset lat spotkałem wielu ludzi owładniętych ambicją. Niewielu potrafiło z taką szczerością przyznać, że dziś zwyczajnie nie mają ochoty ratować świata.
Czwartą była Kadir. Magini wody. Jeżeli Lucien był ogniem, a Bram skałą, ona przypominała spokojną taflę jeziora. Taką, która z pozoru wydaje się całkowicie nieruchoma, lecz pod powierzchnią skrywa znacznie więcej, niż można dostrzec. Kadir należała do ludzi, których obecność łatwo przeoczyć. Nie dlatego, że była nieśmiała. Po prostu nigdy nie odczuwała potrzeby zwracania na siebie uwagi. Mówiła cicho, chodziła spokojnie i rzadko wtrącała się do rozmów, dopóki nie miała czegoś naprawdę wartościowego do powiedzenia. A kiedy już się odzywała, zwykle okazywało się, że przez ostatnich kilka minut zdążyła przemyśleć problem dokładniej niż wszyscy pozostali razem wzięci.
Jej naturalnym środowiskiem była biblioteka. Gdybym miał wskazać jedno miejsce, w którym najłatwiej było ją znaleźć, bez wahania wybrałbym regały z najstarszymi księgami. Potrafiła spędzić tam całe popołudnie, nie zauważając nawet, że na zewnątrz zdążyło się ściemnić. Czytała wszystko. Kroniki. Podręczniki. Dzienniki dawnych magów. Zapomniane traktaty, których większość adeptów nie otwierała, ponieważ były „za grube”. To ostatnie zawsze mnie bawiło. Ludzie potrafią oceniać wartość wiedzy po liczbie stron. Jej umysł działał z niezwykłą precyzją. Nie zliczę, ile razy obserwowałem zajęcia, podczas których nauczyciel zadawał pytanie, a pozostali uczniowie zaczynali gorączkowo szukać odpowiedzi w pamięci. Kadir nie odpowiadała od razu. Najpierw zamykała oczy albo opuszczała wzrok, jakby porządkowała własne myśli. Dopiero potem mówiła. I niemal zawsze miała rację. Piekielnie mądra dziewczyna. Tak, użyłem słowa „piekielnie”. To ironia, z której zapewne ucieszyłby się jakiś demon. Nauczyciele uwielbiali ją za wiedzę. Koledzy zaś... cóż, czasami prosili ją o pomoc tuż przed egzaminami, choć większość doskonale wiedziała, że wytłumaczy zagadnienie tak szczegółowo, iż po godzinie człowiek zaczyna mieć więcej pytań niż wcześniej.
Miała jednak słabość. I to całkiem poważną. Kadir zawsze najpierw myślała. Dopiero potem działała. Brzmi rozsądnie, prawda? Owszem. Do chwili, gdy ma się na podjęcie decyzji dwie sekundy. Pod presją czasu jej największa zaleta zmieniała się w największą wadę. W sytuacjach wymagających natychmiastowej reakcji próbowała przeanalizować zbyt wiele możliwości naraz. Rozważała konsekwencje, szukała najlepszego rozwiązania, porównywała dostępne opcje... a świat nie miał zwyczaju cierpliwie czekać, aż skończy.
Kilku instruktorów próbowało ją tego oduczyć. Organizowali ćwiczenia, podczas których adepci musieli reagować instynktownie. Kadir radziła sobie wtedy wyraźnie gorzej niż podczas spokojnych zajęć teoretycznych. Widziałem nawet raz, jak po zakończeniu takiego treningu siedziała samotnie nad strumieniem, wyraźnie zła na samą siebie. To był jeden z niewielu momentów, kiedy wyglądała na bezradną. Paradoksalnie właśnie dlatego uważałem ją za jedną z dojrzalszych osób w całej grupie. Ludzie, którzy wiedzą, czego nie potrafią, zwykle rozwijają się znacznie szybciej od tych przekonanych o własnej nieomylności.
Piątym adeptem był Filius. Mag natury. Nie wiem, czy bardziej przypominał człowieka wychowanego w lesie, czy może las, który z jakiegoś powodu postanowił przybrać ludzką postać. Miał szczupłą sylwetkę, jasnobrązowe włosy wiecznie rozczochrane przez wiatr i spojrzenie człowieka, który nawet podczas rozmowy z drugim człowiekiem potrafi nagle przerwać w połowie zdania, bo właśnie zauważył wyjątkowo interesującego chrząszcza. Tak. Naprawdę to zrobił. Kilka razy. Gdy większość adeptów kończyła zajęcia i wracała do namiotów, Filius znikał w lesie. Nie po to, by trenować zaklęcia bojowe czy medytować. Po prostu spacerował. Zbierał liście, oglądał korę drzew, przesadzał młode sadzonki, badał mech porastający kamienie i godzinami obserwował rośliny, których istnienia większość ludzi nawet nie podejrzewała.
Podejrzewam, że znał każdą roślinę rosnącą w promieniu wielu mil od obozu. I zapewne połowę tych, które rosły znacznie dalej. Gdy ktoś przynosił nieznany kwiat, Filius nie tylko podawał jego nazwę. Potrafił jeszcze opowiedzieć, gdzie rośnie, w jakiej glebie najlepiej się rozwija, kiedy kwitnie, jakie ma właściwości lecznicze, które zwierzęta rozsiewają jego nasiona i dlaczego nie należy sadzić go obok pewnego gatunku paproci. Nie pytajcie mnie skąd to wszystko wiedział. Sam wielokrotnie się nad tym zastanawiałem.
Miałem też nieodparte wrażenie, że los pojedynczej rośliny przejmował go bardziej niż los większości ludzi. Brzmi okrutnie. Ale nie sądzę, żeby wynikało to z braku empatii. Po prostu inaczej rozkładał swoje uczucia.
W grupie pozostawał nieco na uboczu. Nie dlatego, że pozostali go nie lubili. Wręcz przeciwnie. Lucien regularnie próbował wyciągać go na wspólne ogniska, Bram zapraszał do karczmy przy szlaku, a Zhana od czasu do czasu zmuszała go do uczestniczenia w grupowych treningach. Filius zwykle przychodził. Posiedział chwilę. Uśmiechnął się kilka razy. Po czym niezauważenie znikał z powrotem między drzewami. Najwyraźniej właśnie tam czuł się najlepiej.
Gdyby przyszło mi wskazać najsłabszego wojownika z całej szóstki, bez wahania wybrałbym właśnie jego. Nie dlatego, że brakowało mu talentu magicznego. Magia natury w jego wykonaniu była piękna. Korzenie wyrastały z ziemi z niezwykłą precyzją, pnącza oplatały przeszkody dokładnie tam, gdzie chciał, a każda roślina zdawała się odpowiadać na jego wezwanie z niemal niewytłumaczalną łatwością. Problem polegał na tym, że Filius zwyczajnie nie lubił walczyć. Nie znosił niszczyć. Nie znosił zadawać bólu. Nawet podczas ćwiczeń z zaklęć bojowych częściej wybierał unieruchomienie przeciwnika niż bezpośredni atak. Instruktorzy niejednokrotnie tłumaczyli mu, że świat nie zawsze daje możliwość rozwiązania konfliktu bez przemocy. On kiwał głową. Rozumiał. Po czym na kolejnych zajęciach robił dokładnie to samo. Nie potrafiłem mieć mu tego za złe. Przez osiemset lat spotkałem niezliczonych ludzi, którzy zbyt łatwo sięgali po przemoc. Znacznie rzadziej trafiałem na takich, którzy robili wszystko, by jej uniknąć.
I wreszcie Laeria. Magini powietrza. Z całej tej szóstki to właśnie ją było mi najtrudniej opisać. Nie dlatego, że była tajemnicza. Wręcz przeciwnie. Na pierwszy rzut oka wydawała się zupełnie... zwyczajna. Średniego wzrostu, o jasnych włosach związanych najczęściej w prosty warkocz i twarzy, którą łatwo zapamiętać dopiero po dłuższym czasie. Nie była olśniewającą pięknością jak niektóre adeptki. Nie miała też charakterystycznych blizn, niezwykłego koloru oczu ani żadnej innej cechy, która od razu przyciągałaby wzrok. Po prostu była. I często odnosiłem wrażenie, że sama również tak o sobie myślała. Pod względem umiejętności sytuacja wyglądała podobnie. Nie była najlepsza. Ale też nigdy nie była najgorsza. Na każdym egzaminie plasowała się gdzieś pośrodku. Każde zaklęcie wykonywała poprawnie. Każdy nauczyciel oceniał ją jako solidną uczennicę. Gdyby istniała nagroda za konsekwentne zajmowanie miejsc pomiędzy pierwszą trójką a ostatnią trójką, zapewne zdobywałaby ją co roku. W świecie pełnym wybitnych talentów przeciętność potrafi być zaskakująco niewidoczna.
Nie oznaczało to jednak, że brakowało jej ciekawości. Wręcz przeciwnie. Przez kilka lat obserwowałem, jak z ogromnym entuzjazmem rozpoczyna kolejne pasje. Przez miesiąc zgłębiała alchemię. Później zachwyciła się astronomią i każdą noc spędzała z lunetą. Następnie próbowała rzeźbić w drewnie, uczyć się gry na lutni, hodować rzadkie zioła, studiować dawne języki, a nawet przez krótki czas pomagała kowalowi przy wykuwaniu magicznych okuć. Za każdym razem wyglądało to identycznie. Najpierw pełen zapał. Potem coraz mniej. Aż w końcu znajdowała coś nowego. Nie wynikało to z lenistwa. Po prostu nic nie potrafiło zatrzymać jej zainteresowania na dłużej. Z tego samego powodu, gdy pozostali adepci mieli już mniej więcej wyobrażenie o swojej przyszłości, Laeria wciąż nie wiedziała, co zrobi po ukończeniu szkoły.
Istniała jednak jeszcze jedna rzecz. Coś, o czym wiedziało niewielu. A co dla maga powietrza było niemal niewyobrażalne. Laeria nie potrafiła lewitować. Powinienem chyba wyjaśnić, dlaczego to takie istotne. Każdy żywioł posiadał zdolność uznawaną za jego znak rozpoznawczy. Magowie ziemi niemal instynktownie wyczuwali drgania gruntu. Magowie wody potrafili z niezwykłą precyzją kontrolować przepływ cieczy. Ogień dawał naturalną odporność na wysokie temperatury. Powietrze niosło swoich wybrańców. Początkowo zaledwie na kilka uderzeń serca. Kilka centymetrów nad ziemią, później coraz wyżej i coraz dłużej. Najzdolniejsi mistrzowie byli w stanie szybować godzinami, a legendy mówiły o takich, którzy formowali z magii ogromne skrzydła utkane z wiatru i światła. Laeria nie potrafiła unieść się nawet na szerokość dłoni. Próbowała. Widziałem to wielokrotnie. Stawała na placu treningowym, zamykała oczy, splatała zaklęcie z podręcznikową dokładnością... I nic. Co najwyżej silniejszy podmuch wiatru rozwiewał jej włosy. Na początku nauczyciele twierdzili, że potrzebuje więcej czasu. Później, że źle się koncentruje. Jeszcze później, że zapewne blokuje ją stres. Z czasem przestali szukać wyjaśnień. Ona również.
Co ciekawe, poza tym jednym wyjątkiem radziła sobie z magią powietrza całkiem dobrze. Potrafiła tworzyć gwałtowne podmuchy, kierować prądami powietrza, uciszać dźwięki i wykonywać kilka naprawdę efektownych zaklęć, z którymi inni adepci mieli spore problemy. Jedynie lewitacja pozostawała dla niej nieosiągalna. Nie wiedziałem dlaczego. Przez osiemset lat widziałem wielu magów z nietypowymi talentami. Widziałem też takich z nietypowymi ograniczeniami. Ale mag powietrza, który nie potrafi wzbić się choćby o kilka centymetrów? Tego nie pamiętałem.
Dość opisywania. Przynajmniej ludzi. Choć właściwie... nie. To zdanie jest nieprawdziwe. Cóż innego można robić, pisząc kronikę, jeśli nie opisywać? Nadal nie jestem przekonany, czy dobrze mi to wychodzi. Przez pewną część życia wystarczało mi mówić, a ktoś inny zamieniał moje słowa w rzędy starannie zapisanych liter. Teraz zostałem jednocześnie kronikarzem, skrybą i własnym krytykiem. Gdyby któryś z dawnych pisarzy zobaczył moje bazgroły, zapewne dostałby apopleksji.
Ale odbiegam od tematu.
Przejdźmy do dnia, od którego w końcu zaczęło się coś dziać.
Ceremonia zakończenia nauki należała do najstarszych tradycji obozu. Od pięciuset lat odbywała się zawsze w tym samym miejscu — na dużym placu przed szkołą magów. Nie był to przesadnie wystawny plac. Kilka rzędów drewnianych ławek, podwyższona scena, sztandary przedstawiające symbole poszczególnych żywiołów i stary dąb, który podobno pamiętał jeszcze samego Esherreza. W ciągu roku miejsce to służyło głównie jako teren ćwiczeń dla adeptów. Tego jednego dnia zamieniało się w centrum całego obozu. Już od rana zbierali się tam magowie. Mistrzowie w długich szatach dyskutowali o czymś z poważnymi minami, choć podejrzewam, że połowa rozmów dotyczyła pogody. Alchemicy narzekali na tłok. Bibliotekarze próbowali uciszać tych, którzy byli zdecydowanie zbyt głośni. Młodsi adepci zajmowali najlepsze miejsca, licząc, że za rok sami staną na scenie. Nawet ci magowie, którzy na co dzień mieszkali przy trakcie handlowym, przyjechali specjalnie na tę okazję.
Lubiłem takie dni. Ludzie nieświadomie odsłaniają wtedy swoje prawdziwe twarze. Jedni z dumą patrzą na uczniów. Inni zazdroszczą im młodości. Jeszcze inni wspominają własne zakończenie nauki, udając przed sobą, że było równie uroczyste. Nasza szóstka czekała już za kulisami prowizorycznej sceny. Lucien sprawiał wrażenie człowieka, który najchętniej już teraz wyruszyłby na pierwszą misję. Zhana uśmiechała się chyba do wszystkich, których tylko dostrzegła. Bram ziewnął przynajmniej trzy razy i wyglądał, jakby cała ceremonia bezczelnie przerwała mu bardzo udany sen. Kadir po raz ostatni przeglądała niewielki notatnik. Do dziś zastanawiam się, czego właściwie chciała się jeszcze nauczyć na kilka minut przed ukończeniem szkoły. Filius obserwował ptaki siedzące na gałęziach starego dębu. Laeria po prostu stała. Spokojna. Trochę zamyślona.
Po kilku minutach na scenę wszedł dyrektor szkoły. Mag Venegas. Nie należał do ludzi, których zapamiętuje się z powodu imponującego wyglądu. Był już starszym mężczyzną o siwiejących włosach i twarzy pooranej drobnymi zmarszczkami, noszącymi ślady wielu lat spędzonych bardziej nad księgami niż na polach bitew. Poruszał się spokojnie, bez zbędnego pośpiechu. Nie musiał robić wielkiego wrażenia. Sam jego autorytet wystarczał, by na placu niemal natychmiast zapadła cisza.
Lubiłem Venegasa. Nie zawsze się z nim zgadzałem. Właściwie to rzadko bym się z nim zgadzał, gdyby wiedział o moim istnieniu. Ale był rozsądnym człowiekiem. Dyrektor przez chwilę przyglądał się zgromadzonym, po czym odezwał się spokojnym, dobrze słyszalnym głosem.
— Każdego roku żegnamy kolejny rocznik adeptów. I każdego roku powtarzam, że magia nie czyni nikogo lepszym od innych ludzi. Czyni jedynie bardziej odpowiedzialnym za świat, w którym żyje.
Ach. Venegas i jego przemowy. Były dokładnie takie, jak sam ich autor. Spokojne. Rozważne. Trochę za długie. Mówił o odpowiedzialności, pokorze wobec magii, o obowiązku niesienia pomocy i o tym, że prawdziwą siłę maga poznaje się nie po liczbie zaklęć, które potrafi rzucić, lecz po liczbie tych, których potrafi nie rzucić. Muszę przyznać, że brzmiało to całkiem mądrze, chociaż nie wiem, czy do końca zrozumiałem przekaz.
W końcu nadszedł najważniejszy moment. Venegas wyczytywał kolejno nazwiska absolwentów. Każdy podchodził do niego, odbierał niewielki srebrny medalion z symbolem własnego żywiołu i składał tradycyjną przysięgę, że będzie wykorzystywał swoją wiedzę dla dobra królestw i całej społeczności magów. Kiedy cała szóstka stanęła obok siebie na środku sceny, miałem przez chwilę dziwne przeczucie. Nie potrafiłem go nazwać. Po prostu patrzyłem na nich i miałem wrażenie, że za kilka lat nikt nie będzie pamiętał tej ceremonii. Wszyscy będą pamiętać to, co wydarzyło się zaraz po niej. Bo zgodnie z tradycją ukończenie szkoły było dopiero początkiem. Teraz starszyzna miała przydzielić świeżo mianowanym magom ich pierwszą prawdziwą misję.
Muszę przyznać, że ten moment zawsze sprawiał mi pewną przyjemność. Od kilku lat starałem się nie opuszczać żadnego zakończenia nauki. Nie z powodu wzruszających przemówień Venegasa. Te znałem już niemal na pamięć. Nie z powodu medalionów. Ani nawet samych adeptów. Chodziło o misję. To był jedyny element ceremonii, którego nie dało się przewidzieć. Przynajmniej z pozoru. Dopiero po latach zauważyłem, że starszyzna kierowała się pewnym schematem. Tym, który przez wieki dopracowano niemal do perfekcji. Jeżeli w grupie znajdował się wybitny uzdrowiciel, wysyłano go tam, gdzie potrzebna była wiedza medyczna. Jeżeli dominowali magowie ziemi, wybierano zadania wymagające wytrzymałości i obrony. Jeżeli rocznik słynął z brawury, misja zwykle uczyła pokory. Jeżeli był przesadnie ostrożny — zmuszała do podejmowania ryzyka. Niby przypadek. A jednak nie.
Mimo że z czasem zacząłem dostrzegać ten klucz, nie odbierało mi to przyjemności z obserwowania reakcji absolwentów. Bo oni przecież nie wiedzieli. Dla nich był to moment, w którym całe przyszłe życie mogło skręcić w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. A dla mnie... Cóż. Każda odrobina nieprzewidywalności stanowiła miłą odmianę od codziennego obserwowania adeptów, którzy przez pół godziny kłócili się o to, kto zapomniał zamknąć magazyn z eliksirami.
Venegas odczekał, aż brawa całkowicie ucichną. Spodziewałem się, że za chwilę wyciągnie zapieczętowany zwój i spokojnym głosem oznajmi coś w rodzaju: "Waszym zadaniem będzie odnalezienie..." Nie zrobił tego. Zamiast tego jego twarz spoważniała.
— Zanim ogłoszę waszą pierwszą misję... — zaczął. — ...muszę opowiedzieć wam o wydarzeniach sprzed kilku tygodni.
Na placu momentalnie zapadła cisza. Nawet ja wsłuchałem się nieco bardziej. Venegas mówił dalej. Opowiedział o twierdzy w Górach Srebrzystych. O napastniku. O otwarciu Portalu. Nie zdradzał wszystkich szczegółów, lecz wystarczająco wiele, by zgromadzeni zrozumieli powagę sytuacji. Wśród młodszych adeptów natychmiast rozległy się ciche szepty. Niektórzy najwyraźniej słyszeli już plotki. Większość jednak dowiadywała się o wszystkim po raz pierwszy. A potem padły słowa, których sam się nie spodziewałem.
— Kilka dni temu otrzymaliśmy pierwsze wiarygodne informacje.
Na placu znów zrobiło się cicho.
— W okolicach Gór Srebrzystych zaczęły znikać zwierzęta gospodarskie. Owce, kozy i bydło. Początkowo uznano to za działalność wilków lub bandytów. Jednak kilku mieszkańców okolicznych gospodarstw zgodnie twierdzi, że widziało w nocy stworzenie, którego nie potrafiło rozpoznać.
Przez tłum przebiegł szmer.
— Jak dotąd nie odnotowano ataków na ludzi. Nie wiemy nawet, czy obserwowana istota rzeczywiście pochodzi zza Portalu. Wiemy jedynie, że pojawiła się w odpowiednim miejscu i czasie.
Spojrzałem na twarze zgromadzonych magów. Większość wyglądała na zaniepokojonych. Kilku na zaciekawionych. Bram wyglądał, jakby właśnie uświadomił sobie, że jego pierwsza misja prawdopodobnie nie zakończy się spokojnym spacerem.
Venegas odwinął wreszcie zapieczętowany zwój.
— Lucienie. Zhano. Bramie. Kadir. Filiusie. Laerio.
Szóstka wystąpiła o krok naprzód.
— Decyzją Rady Magów otrzymujecie pierwszą misję.
Przerwał na chwilę.
— Wyruszycie do twierdzy w Górach Srebrzystych.
Na placu rozległo się wyraźne poruszenie. Nie dziwiłem się. To nie była zwyczajna misja.
— Dowódca twierdzy został już poinformowany o waszym przybyciu. Zapozna was z przebiegiem wydarzeń, udostępni raporty oraz wskaże miejsca, w których ostatnio widziano tajemniczą istotę.
Venegas mówił spokojnie, jakby ogłaszał rutynowe zadanie.
— Waszym pierwszym obowiązkiem będzie rozpoznanie sytuacji. Dopiero później podejmiecie próbę odnalezienia stworzenia. Jeżeli okaże się ono niegroźne, ograniczycie się do obserwacji. Jeżeli potwierdzi się jego demoniczne pochodzenie i uznacie, że jesteście w stanie bezpiecznie je pokonać... będzie to należało do was. To ostatnie zdanie wywołało jeszcze większe poruszenie. Była to misja zdecydowanie trudniejsza od tych, które zwykle otrzymywali absolwenci. Dotyczyła wydarzenia, o którym dyskutowała cała starszyzna. Dotyczyła Portalu. To nie był poziom, od którego zazwyczaj zaczynano. Venegas najwyraźniej dostrzegł zdziwienie na twarzach zebranych.
— Wiem, że część z was może uznać ten wybór za zaskakujący — powiedział. — Nie była to wyłącznie moja decyzja.
Odwrócił się lekko. Przy jednym z boków sceny stał wysoki mężczyzna w ciemnoczerwonej szacie maga ognia. Darion. Przybył do obozu zaledwie rok wcześniej. Przez ten rok zdążył jednak zrobić coś, co udaje się niewielu. Zdobył zaufanie starszyzny.
Nie znałem go jeszcze na tyle dobrze, by wyrobić sobie o nim jednoznaczną opinię. Wiedziałem jedynie, że posiadał ogromną wiedzę praktyczną i równie ogromny wpływ na młodszych nauczycieli. Zadziwiająco szybko zaczął uczestniczyć w naradach, do których nowi magowie zwykle nie byli dopuszczani.
Venegas skinął w jego stronę.
— To właśnie mag Darion przekonał Radę, że ta grupa jest gotowa podjąć się podobnego zadania.
Darion odpowiedział jedynie krótkim skinieniem głowy. Na jego twarzy nie było ani cienia wątpliwości. Jakby od początku był przekonany, że wybiera właściwych ludzi.
— Nie będziecie jednak sami — dodał Venegas. — Na miejscu stacjonują doświadczeni rycerze i magowie. Jeśli sytuacja okaże się poważniejsza, otrzymacie ich wsparcie. Nie oczekujemy od was bohaterstwa. Oczekujemy rozwagi.
Piękne słowa. Naprawdę. Szkoda tylko, że historia niezwykle rzadko przejmuje się tym, czego oczekują od niej rozsądni ludzie.
Ceremonia powoli dobiegała końca. Venegas skończył mówić, a na placu przez chwilę panowała ta specyficzna cisza, w której ludzie próbują jeszcze zrozumieć, co właściwie przed chwilą usłyszeli. Jedni spoglądali po sobie niepewnie, inni już szeptali gorączkowo, jakby samo mówienie mogło szybciej uporządkować myśli. Ja natomiast robiłem to, co zawsze robię najlepiej. Obserwowałem.
Ruchy rąk. Zmiany w postawie. Krótkie spojrzenia rzucane ukradkiem w stronę Dariona. Sposób, w jaki Lucien zacisnął pięści, jakby już teraz chciał wyruszyć. Jak Bram przewrócił oczami, udając obojętność, choć jego uwaga była wyraźnie skupiona. Jak Kadir milczała trochę dłużej niż pozostali, analizując słowa. Jak Zhana niemal natychmiast zaczęła coś szeptać do Luciena. I jak Laeria patrzyła gdzieś w przestrzeń, jakby próbowała wyobrazić sobie, gdzie w ogóle prowadzi ich ta misja. I wtedy coś zauważyłem. W oddali, przy granicy lasu. Cień. Nie był wyraźny. Nie miał kształtu, którego można byłoby się uczepić. Raczej wrażenie, że coś tam jest — coś, co nie pasuje do reszty obrazu. Zbyt ciemne, zbyt nieruchome, jakby światło omijało ten fragment przestrzeni zbyt starannie. Zamarłem na moment. Nie dlatego, że byłem pewien zagrożenia. Właśnie dlatego, że nie byłem. Przez osiemset lat nauczyłem się jednej rzeczy: najgorsze błędy popełnia się wtedy, gdy człowiek reaguje na coś, czego nie rozumie.
Dodatkowo, gdybym teraz zdecydował się działać zbyt gwałtownie, mógłbym zdradzić swoją obecność. A to nie wchodziło w grę. Cień jednak się nie poruszył. Po kilku uderzeniach serca zniknął. Albo ja przestałem go widzieć. Nie potrafiłem tego rozstrzygnąć. Zapamiętałem jednak dokładnie miejsce, w którym go dostrzegłem. I sposób, w jaki przez krótką chwilę miałem wrażenie, że patrzyłem nie na brak światła… tylko na coś, co światło odrzuca. Na wszelki wypadek postanowiłem być uważniejszy niż zwykle.
Ceremonia formalnie się zakończyła. Ludzie zaczęli się rozchodzić, jedni w stronę szkoły, inni do swoich namiotów i chat. Ale szóstka jeszcze nie zeszła ze sceny. Stała razem, otoczona przez grupki znajomych, którzy podchodzili, klepali ich po ramionach, składali gratulacje albo zadawali pierwsze pytania o misję.
To był idealny moment, żeby zbliżyć się do naszych bohaterów. Niewidocznie, korzystając z pewnych moich zdolności. Ulokowałem się niedaleko grupy adeptów, tam gdzie wiatr niósł ich słowa wystarczająco wyraźnie, bym mógł je usłyszeć, ale żeby nikt nie zwrócił uwagi na mnie.
Pierwszy odezwał się Lucien.
— Dobrze, czy tylko ja mam wrażenie, że właśnie dostaliśmy zadanie, które powinno trafić do pełnoprawnych magów?
— Nie tylko ty — odpowiedział Bram. — Bo jeśli dobrze zrozumiałem, mamy pojechać do twierdzy związanej z Portalem, zbadać okolicę, a potem jeszcze znaleźć stworzenie, którego nikt nie potrafi nawet porządnie opisać.
— Technicznie rzecz biorąc, mamy je najpierw zlokalizować — zauważyła Kadir. — Venegas kilka razy podkreślał, że to misja zwiadowcza.
— Tak, a potem dodał, że jeśli będzie okazja, mamy je pokonać — odparł Bram. — Ten szczegół jakoś utkwił mi w pamięci.
Lucien zaśmiał się cicho.
— Przyznaj, że brzmi to trochę ekscytująco.
— Ekscytująco? — Bram uniósł brwi. — Lucien, mówimy o czymś, co od jakiegoś czasu kręci się po okolicy, porywa zwierzęta gospodarskie i straszy ludzi. Nie jestem pewien, czy „ekscytująco” to właściwe słowo.
— A jakie?
— Niepokojąco.
— To też.
Zhana oparła ręce na biodrach.
— Mnie bardziej zastanawia sam Portal. Venegas mówił o nim tak, jakby był ważniejszy od tej istoty.
— Bo pewnie jest — odpowiedziała Kadir. — Jeśli rzeczywiście ktoś otworzył go w jakimś nieznanym celu, nawet cały Zakon będzie chciał wiedzieć wszystko. Możliwe, że stworzenie jest tylko skutkiem czegoś większego.
— Bardzo pocieszająca teoria — mruknął Bram.
— Nie mówię, że pocieszająca. Mówię, że prawdopodobna.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
— Myślicie, że farmerzy naprawdę coś widzieli? — zapytał Filius.
— Chyba tak — odparła Laeria. — Inaczej nie wysyłaliby nas na miejsce.
— Ludzie często widzą różne rzeczy po zmroku — zauważył Bram. — Zwłaszcza jeśli wcześniej zniknie im pół stada owiec.
— Ale Venegas nie brzmiał jak ktoś, kto opiera się wyłącznie na plotkach — odpowiedziała Kadir.
Filius skinął głową.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Skoro mamy wyruszyć za kilka dni, powinniśmy zacząć przygotowania już teraz — powiedziała w końcu Kadir.
— O, proszę. Wracamy do analizowania — westchnął Bram.
— Nazywa się to planowaniem.
— To słowo wymyślono specjalnie po to, żeby analiza brzmiała ciekawiej.
Zhana przewróciła oczami.
— Ignoruj go. Kadir ma rację. Nie wiemy, jak długo będziemy poza akademią. Jeśli ta istota rzeczywiście przemieszcza się po całym regionie, możemy spędzić w terenie więcej czasu, niż zakładamy.
— Ja chcę wiedzieć przede wszystkim, jak wygląda okolica twierdzy — odezwał się Filius. — Góry Srebrzyste są pełne starych szlaków. Jeśli stworzenie tam poluje, będzie miało dziesiątki miejsc do ukrycia.
— A ja chcę wiedzieć, jak wygląda samo stworzenie — powiedział Bram. — Bo na razie mamy opis w stylu: „coś ktoś gdzieś widział po zmroku”. Trudno przygotować się do walki z czymś takim.
— Dlatego jedziemy najpierw do twierdzy — zauważyła Laeria. — Raporty, świadkowie, ślady. Może na miejscu dowiemy się więcej.
— Oby — mruknął Bram. — Wolałbym nie odkrywać jego zdolności w chwili, kiedy będzie próbowało odgryźć mi rękę.
Lucien roześmiał się.
— Zawsze zakładasz najgorszy scenariusz?
— Ktoś musi.
— A jeśli okaże się, że to tylko przestraszone stworzenie?
— Wtedy z przyjemnością przyznam ci rację.
— Zanotuję tę chwilę.
Kadir zignorowała ich przekomarzanie.
— Powinniśmy też odświeżyć zaklęcia użytkowe.
— Czyli?
— Tropienie. Wykrywanie śladów magicznych. Ochrona obozowiska. Wszystko, czego zwykle nie ćwiczymy tak często jak zaklęć bojowych.
To sprawiło, że nawet Lucien spoważniał.
— Racja. Jeśli naprawdę mamy coś odnaleźć, sama siła niewiele pomoże.
— W końcu powiedziałeś coś mądrego — stwierdził Bram.
— Nie przyzwyczajaj się.
Filius zamyślił się na moment.
— Wezmę też dodatkowe wyposażenie terenowe. Liny, haczyki, krzesiwo. Jeśli trafimy na stare tunele albo zawalone fragmenty twierdzy, mogą się przydać.
— Brzmisz tak, jakbyś już pakował plecak — zauważyła Zhana.
— Bo prawdopodobnie będę to robił jeszcze dziś.
Laeria uśmiechnęła się lekko.
— Czyli jednak wszyscy jesteśmy trochę podekscytowani.
Tym razem nikt nie zaprzeczył.
Nawet Bram.
— Może odrobinę — przyznał po chwili. — Ale jeśli spotkamy tę istotę, liczę, że będzie mniej imponująca, niż sugeruje Venegas.
— A jeśli będzie bardziej? — zapytał Lucien.
Bram spojrzał na niego ponuro.
— Wtedy bardzo szybko przekonamy się, czy akademia dobrze oceniła nasze umiejętności.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania