Kroniki Elorien - Rozdział Drugi
Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego postanowiłem ruszyć za nimi, odpowiedziałbym zapewne, że z ciekawości. Byłaby to odpowiedź prawdziwa. Niepełna, ale prawdziwa. Ciekawość od bardzo dawna należała do nielicznych rzeczy, które pozwalały mi zachować zainteresowanie światem. Po odpowiednio długim czasie człowiek przestaje marzyć o większości rzeczy. Sława okazuje się krótkotrwała, bogactwo nudne, a wielkie ambicje zazwyczaj kończą się rozczarowaniem. Nawet zemsta, której poświęcono całe dekady, z czasem traci smak. Pozostaje ciekawość. To ona każe przewracać kolejne strony kroniki. To ona sprawia, że chce się poznać zakończenie historii, nawet jeśli znało się już setki podobnych.
A ta historia zapowiadała się wyjątkowo interesująco.
Nieznany mag posługujący się mocą cienia. Otwarty Portal Demonów. Tajemnicza istota widywana w okolicach Gór Srebrzystych. Do tego szóstka młodych magów, którzy właśnie ukończyli naukę i otrzymali zadanie znacznie przekraczające poziom typowej pierwszej misji. Wszystkie te elementy osobno nie były niczym niezwykłym. Widziałem już znacznie dziwniejsze rzeczy. Problem polegał na tym, że występowały jednocześnie. Przez osiemset lat nauczyłem się jednego — kiedy świat zaczyna układać pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia obok siebie, zwykle nie robi tego bez powodu.
Oczywiście równie dobrze mogło się okazać, że cała sprawa jest zwykłym nieporozumieniem. Tajemnicza bestia mogła być wyjątkowo dużym wilkiem. Zaginione zwierzęta mogły paść ofiarą bandytów. Portal mógł nie mieć z tym nic wspólnego. Ludzie mają niezwykły talent do łączenia ze sobą wydarzeń, które nigdy nie były powiązane. Wiele razy obserwowałem miasta wpadające w panikę z powodu przepowiedni, które nie miały najmniejszego znaczenia. Widziałem wojny rozpoczynane przez błędnie zinterpretowane znaki i królów podejmujących katastrofalne decyzje na podstawie snów. Świat bywa znacznie bardziej banalny, niż większość ludzi chciałaby wierzyć.
Ale czasami nie jest.
I właśnie to "czasami" od zawsze sprawiało najwięcej problemów.
Nie mogłem również pozbyć się wspomnienia cienia, który dostrzegłem podczas ceremonii ukończenia szkoły. Nadal nie wiedziałem, czym był. Być może zwykłą grą światła pomiędzy drzewami. Być może skutkiem zmęczenia. Być może czymś znacznie bardziej niepokojącym. Nie podobało mi się to. Przez całe życie nauczyłem się ufać własnym obserwacjom, a instynkt podpowiadał mi, że nie był to zwyczajny cień.
Ludzie często zakładają, że wiek przynosi spokój. To jeden z tych mitów, które brzmią rozsądnie tylko do chwili, gdy człowiek zacznie się nad nimi zastanawiać. Im więcej rzeczy widzisz, tym lepiej rozumiesz, jak wiele może pójść źle. Młody wojownik patrzy na ciemny las i widzi przygodę. Stary wojownik patrzy na ten sam las i przypomina sobie wszystkich, którzy do niego weszli i już nie wrócili. Po ośmiuset latach wspomnień miałem naprawdę imponującą kolekcję powodów do ostrożności.
Dlatego postanowiłem wyruszyć.
Naturalnie nie jako uczestnik wyprawy. Sam pomysł był absurdalny. Nawet gdybym nagle stracił rozum i zapragnął ujawnić swoje istnienie, trudno byłoby wyjaśnić młodym magom, kim właściwie jestem. Dzień dobry. Nazywam się... właściwie to nie ma znaczenia. Mam ponad osiemset lat, mieszkam potajemnie w waszym obozie od stuleci, regularnie podsłuchuję rozmowy starszyzny i od czasu do czasu podkradam pergamin z magazynów szkoły. Podejrzewałem, że taka rozmowa nie przebiegłaby szczególnie pomyślnie.
Pozostawałem więc przy swojej sprawdzonej roli.
Obserwatora.
Świadka.
Kogoś, kto stoi na uboczu i patrzy, jak inni zapisują historię.
Przez długi czas uważałem to za rozwiązanie tymczasowe. Mówiłem sobie, że jeszcze trochę poczekam. Jeszcze kilka lat. Może kilkanaście. Potem coś się zmieni. Potem odnajdę bezpieczeństwo, którego szukałem. Potem znów stanę się częścią świata. Problem polegał na tym, że podobne myśli miałem również sto lat temu. I dwieście lat temu. Ostatecznie człowiek przyzwyczaja się do niemal wszystkiego, nawet do życia pomiędzy ludźmi, którzy nie wiedzą o jego istnieniu.
Nie zamierzałem jednak rozpamiętywać własnego losu. Nigdy nie lubiłem tego zajęcia. Samoużalanie się jest stratą czasu niezależnie od tego, czy ma się dwadzieścia lat, czy osiemset. Fakty były proste. W obozie nie działo się nic interesującego od bardzo dawna. Tymczasem w Górach Srebrzystych pojawiła się zagadka, której nie potrafił wyjaśnić nikt rozsądny. To wystarczało.
Decyzja została podjęta.
Za kilka dni młodzi magowie opuszczą Obóz Magów i ruszą na północ. Będą przekonani, że wyruszają sami. Będą planować trasę, dyskutować o niebezpieczeństwach i zastanawiać się, co znajdą na końcu drogi. Nie będą mieli pojęcia, że przez cały czas ktoś podąża razem z nimi.
A ja będę obserwował.
Tak jak obserwowałem niezliczone wyprawy przed nimi.
Tak jak obserwowałem narodziny bohaterów, upadki królestw i wojny, o których dziś pamiętają już tylko kroniki.
Pierwszą osobą, której postanowiłem się przyjrzeć, był oczywiście Lucien. Nie dlatego, że uważałem go za najrozsądniejszego członka grupy. Wręcz przeciwnie. Jeśli miałbym wskazać osobę najbardziej prawdopodobną do wpadnięcia w kłopoty jeszcze przed opuszczeniem obozu, byłby jednym z głównych kandydatów. Znalazłem go następnego ranka na placu treningowym, gdzie otaczała go grupka młodszych uczniów słuchających każdego jego słowa z nabożną uwagą. Lucien najwyraźniej doszedł do wniosku, że najlepszym sposobem przygotowania się do niebezpiecznej wyprawy jest opowiadanie historii o własnych wyczynach. Muszę przyznać, że robił to z dużym talentem. W ciągu zaledwie kilkunastu minut zdołał przedstawić siebie jako pogromcę trolli, postrach górskich bandytów i niemal legendarnego wojownika, który cudem ukończył szkołę, nie zostając jeszcze bohaterem całego królestwa. Fakty, rzecz jasna, wyglądały nieco inaczej. Miałem tę przewagę nad jego słuchaczami, że pamiętałem większość wydarzeń, o których opowiadał. W historii o trolu pominął obecność dwóch instruktorów i pięciu innych adeptów. W opowieści o pożarze w jednym z magazynów zapomniał wspomnieć, że sam był jego główną przyczyną. Szczególnie rozbawiła mnie historia o pojedynku z uczniem starszego rocznika. Według Luciena była to heroiczna walka zakończona jego spektakularnym zwycięstwem. Według mojej pamięci zakończyła się ona tym, że obaj wpadli do błota, a instruktor kazał im przez tydzień czyścić stajnie. Młodsi uczniowie słuchali jednak z szeroko otwartymi oczami i nie zamierzałem odbierać im przyjemności. Każde pokolenie potrzebuje swoich bohaterów, nawet jeśli przyszli bohaterowie mają skłonność do twórczego interpretowania rzeczywistości. Co ciekawe, Lucien najwyraźniej sam zaczynał wierzyć we własne opowieści. To również nie było niczym nowym. Widziałem już wielu młodych ludzi, którzy tak długo odgrywali rolę przyszłego bohatera, aż przestawali odróżniać ją od własnej osobowości. Czasami kończyło się to wielkością. Znacznie częściej katastrofą. W pewnym momencie jeden z chłopców zapytał go, czy nie powinien już pakować się przed wyprawą. Lucien odpowiedział, że prawdziwy mag ognia jest zawsze gotowy do drogi. Brzmiało to niezwykle efektownie. Problem polegał na tym, że godzinę później widziałem go gorączkowo biegającego między namiotami w poszukiwaniu własnego plecaka, który zgubił poprzedniego wieczoru. Nie był to może idealny początek wielkiej przygody, ale za to bardzo pasował do Luciena. Im dłużej go obserwowałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że posiada jednocześnie wszystkie cechy niezbędne do zostania legendarnym bohaterem oraz wszystkie cechy potrzebne do zostania przestrogą dla przyszłych pokoleń. Problem polegał na tym, że na obecnym etapie nie dało się jeszcze stwierdzić, którą z tych dróg wybierze. Co gorsza, miałem nieprzyjemne przeczucie, że sam Lucien również tego nie wiedział.
Jeżeli Lucien przygotowywał się do wyprawy głównie poprzez opowiadanie o swoich przyszłych dokonaniach, to Zhana reprezentowała podejście znacznie mniej widowiskowe, ale nieporównywalnie bardziej rozsądne. Znalazłem ją na jednym z bocznych placów treningowych, z dala od głównych ścieżek obozu i, co najważniejsze, z dala od publiczności. Nie ćwiczyła niczego spektakularnego. To właśnie zwróciło moją uwagę. Młodzi magowie uwielbiają widowiskowe zaklęcia. Ogromne kule ognia, potężne wybuchy, fontanny iskier i wszelkie inne sztuczki, które dobrze wyglądają w obecności widzów. Zhana tymczasem od ponad godziny wykonywała te same podstawowe ćwiczenia. Tworzyła niewielki płomień nad dłonią, utrzymywała go przez kilka minut, a następnie gasiła. Potem powtarzała wszystko od początku. Następnie przechodziła do bardziej skomplikowanych form — cienkich strumieni ognia, niewielkich tarcz cieplnych i krótkich impulsów płomieni wyrzucanych z precyzją godną doświadczonego maga bojowego. Obserwowałem ją przez dłuższy czas i ani razu nie próbowała zaimponować komukolwiek. Nie rozrzucała wokół siebie płonących kul wielkości beczek. Nie wysadzała głazów. Nie podpalała przypadkowych celów tylko po to, by poczuć się potężniejsza. Skupiała się na kontroli. Na dokładności. Na powtarzaniu tych samych ruchów tak długo, aż stawały się odruchem. To właśnie odróżniało dobrych magów od tych, którzy kończyli jako przypis w kronikach. Przez wieki widziałem setki ludzi obdarzonych większym talentem od Zhany. Większość z nich nie osiągnęła nawet połowy tego, co mogła osiągnąć ona. Talent jest użyteczny, ale ludzie mają tendencję do przeceniania jego znaczenia. Prawdziwa potęga znacznie częściej rodzi się z tysięcy godzin nudnych ćwiczeń, których nikt nie chce oglądać. W pewnym momencie Zhana przerwała trening tylko po to, by napić się wody, po czym natychmiast wróciła do pracy. Nie wyglądała na zmęczoną. Wyglądała raczej na zirytowaną własnymi błędami. Kilka razy powtarzała to samo zaklęcie, ponieważ nie była zadowolona z jego wykonania, choć większość absolwentów uznałaby taki rezultat za doskonały. To również było interesujące. Ambicja potrafi być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Widziałem ludzi, których zaprowadziła na sam szczyt, i innych, których doprowadziła do zguby. W przypadku Zhany nie dostrzegałem jednak ślepej obsesji. Chciała być lepsza, ponieważ uważała, że może być lepsza. To zdrowa różnica, choć niewielu potrafi ją zauważyć. Najciekawsze było jednak to, że ani przez chwilę nie ćwiczyła z myślą o chwale. W przeciwieństwie do Luciena nie wyobrażała sobie zapewne pieśni opowiadających o jej wyczynach. Nie marzyła o pomnikach ani legendach. Chciała po prostu dobrze wykonać zadanie. Takie osoby rzadko przyciągają uwagę kronikarzy. A szkoda. Z mojego doświadczenia wynikało bowiem, że kiedy bohaterowie popełniają błędy, to właśnie ludzie tacy jak Zhana najczęściej utrzymują całą wyprawę przy życiu.
Bram natomiast przygotowywał się do wyprawy w sposób, który doprowadziłby większość nauczycieli do rozpaczy, a większość rodziców do przedwczesnego siwienia. Przez znaczną część dnia po prostu leżał. Kiedy po raz pierwszy go odnalazłem, drzemał pod rozłożystym dębem niedaleko zachodniej części obozu. Kiedy wróciłem tam kilka godzin później, nadal tam był. Zmienił jedynie pozycję. Uznaję to za postęp. Obok niego spoczywał częściowo spakowany plecak, którego zawartość zdawała się świadczyć o bardzo konkretnych priorytetach. Znajdowało się tam więcej jedzenia niż wyposażenia podróżnego, więcej koców niż przyborów magicznych i więcej rzeczy służących wygodzie niż przetrwaniu. W pewnym momencie przez kilka minut obserwowałem, jak z pełnym skupieniem zastanawia się, który z dwóch niemal identycznych kubków zabrać w drogę. Nie analizował raportów. Nie ćwiczył zaklęć. Nie studiował map. Rozważał kwestie związane z komfortem picia gorących napojów. Co gorsza, robił to z pełną powagą. Każdy rozsądny człowiek uznałby go zapewne za lenia. I każdy rozsądny człowiek popełniłby ten sam błąd.
Problem z Bramem polegał na tym, że pod całą warstwą lenistwa kryło się coś bardzo niewygodnego dla otoczenia — ogromny talent. Nie lubię używać tego słowa. Przez stulecia widziałem zbyt wielu ludzi usprawiedliwiających nim własne porażki. "On ma talent", mówili. "Ja go nie mam". Było to znacznie prostsze niż przyznanie, że ktoś pracował ciężej lub myślał mądrzej. W przypadku Brama określenie to było jednak wyjątkowo trafne. Pamiętałem jego pierwsze lata nauki. Podczas gdy inni adepci mozolnie opanowywali podstawowe zaklęcia ziemi, on przyswajał je niemal odruchowo. Potrafił pojąć skomplikowaną teorię po jednym wykładzie, a następnie przez resztę zajęć sprawiać wrażenie człowieka, który ledwie utrzymuje otwarte oczy. Kilku nauczycieli uważało go za marnotrawiony potencjał. Ja miałem nieco inne zdanie. Bram nie był leniwy w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Po prostu nie widział sensu wkładania wysiłku w rzeczy, które uważał za nieistotne.
Doskonały przykład otrzymałem jeszcze tego samego popołudnia. Dwóch młodszych adeptów próbowało przestawić ciężki kamienny blok używany podczas ćwiczeń magii ziemi. Męczyli się z nim dobre kilka minut, a efektów praktycznie nie było. Bram obserwował ich przez chwilę spod przymkniętych powiek, westchnął tak ciężko, jakby powierzono mu zadanie uratowania świata, po czym leniwie wyciągnął rękę. Kamień zadrżał, uniósł się kilka centymetrów nad ziemię i przesunął dokładnie tam, gdzie powinien znajdować się od początku. Całość zajęła może trzy sekundy. Następnie Bram wrócił do poprzedniej pozycji i zamknął oczy, jakby właśnie wykonał niezwykle wyczerpującą pracę. Obaj uczniowie podziękowali mu z entuzjazmem, a on odpowiedział jedynie niewyraźnym mruknięciem.
I właśnie dlatego był tak irytujący.
Gdyby był przeciętny, wszyscy szybko pogodziliby się z jego podejściem. Problem polegał na tym, że nie był. Widziałem wielu magów ziemi. Niektórzy byli potężniejsi. Niektórzy bardziej doświadczeni. Niewielu jednak posiadało równie naturalne wyczucie własnego żywiołu. Ziemia zdawała się reagować na jego wolę z łatwością, której nie dało się nauczyć. Czasami miałem wrażenie, że sam Bram nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wyjątkowy jest jego dar. A może zdawał sobie sprawę aż za dobrze i właśnie dlatego nie czuł potrzeby ciągłego udowadniania swojej wartości. Trudno było stwierdzić.
Wieczorem odkryłem zresztą, że wbrew pozorom przygotowania do wyprawy jednak go interesują. Znalazłem go siedzącego przy ognisku z mapą rozłożoną na kolanach. Przez chwilę byłem przekonany, że wreszcie zabrał się za coś pożytecznego. Potem usłyszałem, jak pyta przechodzącego handlarza, czy zna jakieś zajazdy na trasie prowadzącej ku Górom Srebrzystym. Nie interesowały go potencjalne zagrożenia. Nie pytał o bandytów, potwory ani warunki terenowe. Chciał wiedzieć, gdzie można dobrze zjeść i przespać się w miękkim łóżku.
Muszę jednak oddać mu sprawiedliwość. Spośród całej szóstki był prawdopodobnie jedyną osobą, która rozumiała naprawdę ważne kwestie związane z długą podróżą. Bohaterowie zwykle myślą o chwale. Rozsądni ludzie myślą o tym, gdzie będą spać następnej nocy. Przez osiemset lat przekonałem się, że ci drudzy częściej dożywają końca własnych historii.
Jeżeli istniała choć jedna osoba, której miejsca pobytu nie musiałem zgadywać, była nią Kadir. Gdy po obserwacji Brama skierowałem się do szkolnej biblioteki, miałem niemal całkowitą pewność, że ją tam znajdę. Nie pomyliłem się. Siedziała przy jednym z bocznych stołów, otoczona taką liczbą ksiąg, map i raportów, że wyglądała bardziej jak bibliotekarka walcząca z katastrofą organizacyjną niż mag przygotowujący się do wyprawy. Przez kilka minut obserwowałem, jak przerzuca kolejne dokumenty, robi notatki i porównuje informacje pochodzące z różnych źródeł. Większość ludzi czyta raporty po to, by dowiedzieć się, co się wydarzyło. Kadir czytała je po to, by odkryć to, czego w nich nie napisano. To była cenna umiejętność. Zwykle znacznie cenniejsza od rzucania kulami ognia.
Na stole leżał raport z twierdzy, kilka starszych kronik dotyczących Gór Srebrzystych, księga poświęcona dawnym pieczęciom magicznym oraz mapa okolicznych osad. Kadir przeskakiwała między nimi z zadziwiającą płynnością. Co jakiś czas wracała do wcześniejszych stron, poprawiała notatki albo dopisywała nowe pytania na marginesie pergaminu. Nie szukała odpowiedzi. Szukała brakujących elementów układanki. To również było rozsądne. W końcu cała sprawa opierała się głównie na niewiadomych. Nie wiedzieliśmy, kim był napastnik. Nie wiedzieliśmy, dlaczego otworzył Portal. Nie wiedzieliśmy, czy cokolwiek przedostało się do naszego świata. Nie wiedzieliśmy nawet, czy tajemnicza istota widywana w górach ma z tym wszystkim jakikolwiek związek. Kadir najwyraźniej próbowała uporządkować ten chaos.
Problem polegał na tym, że chaos rzadko daje się uporządkować tak łatwo.
W pewnym momencie odłożyła pióro i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w mapę. Śledziła wzrokiem drogę prowadzącą od twierdzy do najbliższych wiosek, zaznaczała miejsca zgłoszonych zaginięć zwierząt, a następnie porównywała je z raportami straży granicznej. Wyglądało to imponująco. Równocześnie wiedziałem jednak, że właśnie tutaj kryje się największa słabość młodej magini. Kadir uwielbiała wiedzę. Kochała fakty, liczby, dokumenty i logiczne wnioski. Świat niestety nie zawsze był tak uprzejmy, by dostarczać ich wystarczająco dużo. Czasami trzeba było podjąć decyzję przy połowie dostępnych informacji. Czasami przy jednej czwartej. A czasami przy ich całkowitym braku. Widziałem już wiele osób podobnych do niej. Potrafiły rozwiązywać problemy, których nikt inny nie rozumiał, ale gdy przychodził moment działania, zatrzymywały się na ułamek sekundy za długo. Niekiedy ten ułamek sekundy nie miał znaczenia. Niekiedy kosztował życie.
Nie oznaczało to jednak, że lekceważyłem jej podejście. Wręcz przeciwnie. Spośród całej szóstki była prawdopodobnie jedyną osobą, która naprawdę próbowała zrozumieć, z czym mogą mieć do czynienia. Lucien myślał o przygodzie. Zhana o przygotowaniu własnych umiejętności. Bram o wygodzie podróży. Kadir natomiast próbowała zrozumieć przeciwnika, którego jeszcze nawet nie widziała. Było w tym coś niezwykle dojrzałego. I niezwykle niebezpiecznego zarazem. Im więcej bowiem czytała, tym bardziej marszczyła brwi. Dostrzegała coraz więcej nieścisłości. Coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Coraz więcej powodów do niepokoju.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak to, że pod koniec dnia nie wyglądała na osobę, która zdobyła nową wiedzę. Wyglądała raczej na osobę, która odkryła, jak niewiele wie. To doświadczenie spotyka wszystkich prawdziwie inteligentnych ludzi prędzej czy później. Im dłużej człowiek szuka odpowiedzi, tym wyraźniej dostrzega rozmiar własnej niewiedzy. Z tej perspektywy Kadir radziła sobie znakomicie. Po kilku godzinach badań miała więcej pytań niż na początku.
Filiusa nie znalazłem ani na placu treningowym, ani w bibliotece, ani w żadnym innym miejscu, którego rozsądny człowiek szukałby przyszłego uczestnika niebezpiecznej wyprawy. Odnalazłem go daleko poza główną częścią obozu, na niewielkiej leśnej polanie, gdzie od kilku godzin zajmował się rzeczami, które dla większości magów wydawałyby się śmiertelnie nudne. Dla niego natomiast były najwyraźniej fascynujące. Kiedy dotarłem na miejsce, klęczał właśnie nad grupą niewielkich roślin i z niezwykłą ostrożnością odcinał ich liście małym nożykiem. Nie wyrywał ich z korzeniami, nie niszczył całych kęp, nie zbierał wszystkiego, co znalazł. Brał tylko tyle, ile potrzebował. Co więcej, pozostawiał przy każdej roślinie odrobinę wody przywołanej prostym zaklęciem natury. Widziałem już zielarzy, którzy traktowali las jak magazyn surowców. Filius zachowywał się raczej jak gość odwiedzający dom dobrego przyjaciela.
Przez następne kilka godzin przemieszczał się między kolejnymi fragmentami lasu, zbierając składniki potrzebne do sporządzania lekarstw i eliksirów. Co ciekawe, większość z nich nie należała do szczególnie rzadkich. Wielu młodych magów próbowałoby zapewne zdobyć egzotyczne rośliny o imponujących nazwach i jeszcze bardziej imponujących właściwościach. Filius wybierał te praktyczne. Środki przeciw gorączce. Zioła przyspieszające gojenie ran. Rośliny łagodzące zatrucia. Składniki odstraszające owady. Było to kolejne przypomnienie, że spośród całej grupy to właśnie on najmniej myślał o walce, a najbardziej o przetrwaniu. W pewnym sensie było to nawet zabawne. Wyprawa została wysłana w celu odnalezienia potencjalnie demonicznego zagrożenia, a jedyna osoba przygotowująca się na najbardziej prawdopodobne niebezpieczeństwa była zarazem tą, która najmniej nadawała się do bezpośredniej walki.
Po południu wrócił do własnej chatki i przez długi czas zajmował się przygotowywaniem eliksirów. Muszę przyznać, że obserwowanie pracy maga natury przy alchemii nie jest zajęciem szczególnie ekscytującym. Przez niemal godzinę patrzyłem, jak waży składniki z dokładnością godną królewskiego skarbnika liczącego złote monety. Następnie mieszał je, podgrzewał, filtrował i ponownie mieszał. Kilkukrotnie wylał gotowy preparat tylko dlatego, że uznał go za niedostatecznie czysty. W tym samym czasie Lucien prawdopodobnie opowiadał komuś kolejną historię o własnym bohaterstwie. Trudno było o lepsze porównanie charakterów obu magów.
Najciekawsza część dnia nastąpiła jednak pod wieczór.
Filius wyszedł z obozu i udał się na skraj lasu, gdzie na kilku wysokich sosnach przesiadywało stado dzikich ptaków. Początkowo sądziłem, że po prostu je obserwuje. Potem zauważyłem, że rozmawia z nimi.
Dosłownie.
Nie mam tu na myśli poetyckiej metafory ani osobliwości charakterystycznej dla magów natury. On naprawdę prowadził rozmowę.
Ptaki odpowiadały mu krótkimi ćwierknięciami i trzepotem skrzydeł, a on zdawał się doskonale rozumieć znaczenie tych dźwięków. Od czasu do czasu zadawał kolejne pytania, wskazywał kierunki lub rysował coś na ziemi. Trwało to dobre kilkanaście minut. W końcu kilka większych ptaków wzbiło się w powietrze i odleciało w różnych kierunkach.
Przyznam, że zaciekawiło mnie to bardziej, niż powinno.
Dopiero później zorientowałem się, co właściwie robił.
Wysyłał zwiadowców.
Nie ludzi.
Nie magiczne konstrukty.
Nie zaklęcia obserwacyjne.
Ptaki.
Najzwyklejsze ptaki.
Oczywiście nie były one w stanie odnaleźć demonów ani rozwiązać tajemnicy otwartego Portalu. Mogły jednak przekazać informacje o stanie szlaków, osuwiskach, pożarach, większych stadach zwierząt czy nietypowych zmianach w okolicy. Dla maga natury stanowiło to źródło wiedzy równie cenne jak raporty w bibliotece dla Kadir.
Było w tym coś niezwykle charakterystycznego dla Filiusa. Podczas gdy inni przygotowywali siebie do wyprawy, on przygotowywał całą sieć pomocy, z której grupa mogła nawet nie zdawać sobie sprawy. Nie szukał chwały. Nie próbował nikomu imponować. Prawdopodobnie nawet nie przyszło mu do głowy, że robi coś wyjątkowego. Po prostu wykonywał pracę, którą uważał za potrzebną.
Patrząc na niego, przypomniałem sobie pewną starą prawdę, o której bohaterowie bardzo często zapominają. Historie uwielbiają opowiadać o wojownikach zabijających potwory. Znacznie rzadziej wspominają o człowieku, który wcześniej opatrzył ich rany, przygotował lekarstwa i zdobył informacje pozwalające im w ogóle odnaleźć drogę do celu. A jednak bez takich ludzi większość legend kończyłaby się zaskakująco szybko.
Podejrzewałem, że Filius nigdy nie zostanie bohaterem pieśni śpiewanych w karczmach.
Podejrzewałem również, że pozostali mają szczęście, iż podróżuje razem z nimi.
Laeria była jedyną osobą, której przygotowania obserwowałem z czymś, co można by nazwać rosnącym niepokojem, choć przez większość mojego życia uważałem ten stan za dawno zapomniany. Odnalazłem ją na terenie obozu w sposób, który najlepiej można określić jako przypadkowy, ponieważ przez kilka godzin wydawało się, że znajduje się wszędzie i jednocześnie nigdzie. Najpierw widziałem ją przy namiotach, gdzie pakowała swój ekwipunek z wyraźnym skupieniem, układając rzeczy w sposób uporządkowany i metodyczny, jakby wyruszała nie na niebezpieczną wyprawę, lecz na precyzyjnie zaplanowaną wizytę w sąsiedniej wiosce. Kilkanaście minut później była już jednak przy składzie materiałów magicznych, gdzie z równym zaangażowaniem rozpakowywała ten sam ekwipunek, jakby nagle uznała, że wcześniejszy porządek był błędem wymagającym natychmiastowej korekty. Nie zdążyłem jeszcze wyrobić sobie zdania na temat tego zwrotu akcji, gdy znalazłem ją przy instruktorskich stołach treningowych, gdzie ćwiczyła podstawowe zaklęcia powietrza z intensywnością sugerującą, że właśnie odkryła ich istnienie po raz pierwszy w życiu. Ruchy miała poprawne, kontrolę całkiem przyzwoitą, a jednak brakowało w tym wszystkim konsekwencji, jakby każdy kolejny moment przynosił jej nowe przekonanie o tym, co powinna robić, i równie szybkie zwątpienie w poprzednie decyzje.
Najbardziej uderzające było jednak to, że nie wynikało to z lenistwa ani braku zdolności. Przeciwnie, Laeria wydawała się posiadać wystarczające umiejętności, by wykonywać każde z tych zadań osobno bez większego problemu. Problem polegał na tym, że wykonywała wszystkie naraz, choć w sekwencji, która zmieniała się szybciej, niż mogłem ją w pełni prześledzić. W pewnym momencie wróciła do swojego namiotu i ponownie zaczęła pakować rzeczy, tym razem układając je według zupełnie innego porządku, jakby wcześniejszy system nagle stracił sens. Następnie wyszła, przeszła kilkanaście kroków, zatrzymała się, zawróciła i udała się do magazynu eliksirów, gdzie przez chwilę wpatrywała się w półki z takim skupieniem, jakby szukała odpowiedzi na pytanie, którego jeszcze nie potrafiła sformułować. Ostatecznie jednak nie wzięła niczego i wróciła do ćwiczeń, które przerwała chwilę wcześniej, tylko po to, by po kilku minutach znów je porzucić i usiąść na kamieniu w wyraźnym milczeniu, jakby próbowała zrozumieć, dlaczego w ogóle zaczęła.
Obserwowałem to wszystko z pewnym zdumieniem, które narastało wraz z każdą kolejną zmianą jej decyzji. Widziałem ludzi niezdecydowanych, widziałem ludzi chaotycznych i widziałem takich, którzy pod presją rozpadają się szybciej niż stare zaklęcia ochronne. Laeria jednak nie pasowała do żadnej z tych kategorii. Nie sprawiała wrażenia osoby zagubionej w sensie intelektualnym ani emocjonalnym. Raczej przypominała kogoś, kto jednocześnie słyszy zbyt wiele możliwych wersji siebie samej i nie potrafi zdecydować, którą z nich uznać za właściwą. Każda kolejna czynność była poprawna, ale żadna nie trwała wystarczająco długo, by stać się decyzją. I właśnie to było najbardziej niepokojące.
W pewnym momencie spróbowała ponownie użyć magii powietrza. Najpierw poprawnie przywołała podmuch, który poruszył liśćmi i trawą wokół niej, potem natychmiast go przerwała, jakby przestraszyła się własnego sukcesu. Chwilę później spróbowała ponownie, tym razem inaczej, z innym gestem i inną intencją, co dało efekt równie poprawny, ale równie szybko porzucony. W końcu po prostu opuściła ręce i przez dłuższą chwilę stała bez ruchu, patrząc w przestrzeń przed sobą, jakby próbowała odnaleźć w niej jakąkolwiek stałość, której brakowało jej własnym działaniom.
Wtedy po raz pierwszy zacząłem rozumieć, że jej problem nie polega na braku umiejętności, ani nawet na braku kontroli nad żywiołem. Problem polegał na czymś znacznie trudniejszym do zdefiniowania, czymś, co przez wieki widziałem bardzo rzadko i zawsze w kontekście rzeczy, które później okazywały się znacznie ważniejsze, niż ktokolwiek początkowo przypuszczał. Laeria nie była po prostu niezdecydowana. Ona sprawiała wrażenie, jakby sama rzeczywistość nie była jeszcze dla niej jedną, ustaloną wersją.
Wieczór przed wyruszeniem wyprawy przyniósł coś, co w obozach magów zdarza się rzadko — ciszę pozbawioną pośpiechu. Zebrali się razem dopiero wtedy, gdy słońce całkowicie zniknęło za linią drzew, a pochodnie zaczęły rysować na ziemi drżące kręgi światła. Obserwowałem ich z pewnej odległości, jak zawsze, ukryty w miejscu, które dla reszty świata nie istniało, i muszę przyznać, że było w tym zgromadzeniu coś, co na krótki moment przypominało prawdziwą drużynę. Nie dlatego, że byli zgrani. Raczej dlatego, że każdy z nich w inny sposób ignorował fakt, jak mało wiedzą o tym, co ich czeka.
Lucien, jak można było przewidzieć, zaczął od stwierdzenia, że droga będzie „prosta i szybka”, co w moim doświadczeniu zawsze oznaczało jedno z dwóch: albo ktoś nigdy nie opuszczał bezpiecznych szlaków, albo zaraz miało się wydarzyć coś dokładnie przeciwnego. Zhana od razu sprowadziła go na ziemię, przypominając o dystansie do głównego traktu i konieczności zabrania zapasów, a Bram, leżący wygodnie na kocu, zapytał jedynie, czy na trasie znajdują się miejsca, gdzie można dobrze zjeść i nie umrzeć przy okazji, co w jego systemie priorytetów było pytaniem całkowicie uzasadnionym. Kadir natomiast rozłożyła mapę, którą znała już niemal na pamięć, i bez zbędnych emocji wyznaczyła pierwszy etap podróży, jakby od zawsze wiedziała, że to ona będzie musiała uporządkować resztę. Filius milczał przez dłuższą chwilę, po czym wspomniał o ptakach, które wysłał wcześniej, i o tym, że wzdłuż północnego szlaku nie zauważono żadnych większych niepokojów, przynajmniej na razie. Laeria z kolei siedziała nieco z boku i sprawiała wrażenie, jakby słuchała wszystkich jednocześnie, co w jej przypadku mogło być zarówno zaletą, jak i początkiem problemów.
Plan, jeśli można to było tak nazwać, zaczął kształtować się stopniowo, z typowym dla młodych wypraw chaosem, który tylko pozornie przypominał organizację. Najpierw zgodzili się co do najbardziej podstawowej rzeczy: muszą dotrzeć do głównego traktu prowadzącego na północ, ponieważ tylko tam mogli liczyć na jakiekolwiek informacje i względne bezpieczeństwo. Obóz znajdował się zbyt daleko od głównych szlaków, by można było ruszyć wprost przez dzikie tereny bez ryzyka, które nawet Lucien, w swojej charakterystycznej pewności siebie, uznał za „niepotrzebnie wysokie na początek”. Stamtąd mieli kierować się do pierwszego większego zajazdu na trasie, miejsca, które służyło zarówno podróżnym, jak i tym, którzy woleli nie zadawać zbyt wielu pytań o swoje pochodzenie. Kadir od razu zaznaczyła, że to tam powinni zacząć zbierać bardziej aktualne informacje o sytuacji w regionie, Zhana dodała, że to również dobre miejsce na uzupełnienie zapasów, Bram natomiast wyglądał na wyraźnie zainteresowanego wyłącznie tym drugim powodem.
Dyskusja trwała jeszcze długo po zapadnięciu zmroku, przechodząc od trasy marszu do potencjalnych zagrożeń, od czasu podróży do podziału obowiązków. Lucien upierał się, że powinni poruszać się szybko i reagować na bieżąco, Zhana naciskała na regularne przerwy i kontrolę tempa, Kadir próbowała wprowadzić harmonogram, który uwzględniał wszystkie możliwe zmienne, a Bram konsekwentnie sprowadzał rozmowę do pytania, czy w pobliżu pierwszego odcinka drogi znajduje się cokolwiek, co przypominałoby dobrą kuchnię. Filius co jakiś czas wtrącał informacje z obserwacji ptaków, które zaczynały układać się w obraz spokojnego, przynajmniej pozornie, północnego szlaku. Laeria zaś w pewnym momencie zaproponowała, by zostawić sobie możliwość zmiany planu w trakcie podróży, co spotkało się z milczącą, choć wyraźnie odczuwalną zgodą wszystkich poza Kadir, która jedynie dopisała coś na marginesie mapy, jakby już przewidywała, że ta uwaga okaże się najważniejszą z całego wieczoru.
Spotkanie zakończyło się dokładnie tak, jak większość spotkań młodych ludzi przed wyruszeniem w niebezpieczną podróż — czyli bez pełnego porozumienia, ale z wystarczającą ilością ustaleń, by wszyscy mogli udawać, że wiedzą, co robią. W pewnym momencie zaczęli się rozchodzić, każdy w swoją stronę, jakby nagle przypomnieli sobie, że następnego dnia rzeczywiście opuszczają miejsce, które przez lata nazywali domem. Lucien wyszedł pierwszy, z tą swoją charakterystyczną pewnością siebie, która w moim doświadczeniu jest najczęściej mylona z brakiem wyobraźni. Zhana ruszyła zaraz za nim, spokojna, skupiona, już myślami prawdopodobnie kilka dni drogi przed nimi. Bram przeciągnął się tylko, jakby właśnie zakończył szczególnie męczący dzień leżenia, i poszedł w stronę swojego namiotu z wyraźną ulgą, że rozmowa nie przerodziła się w coś wymagającego wysiłku fizycznego. Kadir zwijała mapy z taką precyzją, jakby od tego zależał stan świata, co w jej przypadku nie było wcale wykluczone. Filius przez chwilę jeszcze stał, patrząc w stronę lasu, jakby sprawdzał, czy jego ptasi zwiadowcy nie wrócili z jakimiś nowymi rewelacjami, a Laeria odeszła bez słowa, zatrzymując się tylko raz, jakby nie była pewna, czy jej kierunek w ogóle istnieje.
Zostałem jeszcze chwilę, obserwując, jak ich sylwetki znikają w ciemności obozu. Ludzie często mają w zwyczaju traktować takie momenty jak coś znaczącego — ostatnią spokojną noc, ciszę przed burzą, początek wielkiej historii. Ja natomiast widziałem już wystarczająco wiele „ostatnich spokojnych nocy”, by wiedzieć, że zwykle są one równie spokojne jak wszystkie poprzednie, a dopiero później ktoś dopisuje do nich dramatyczną narrację. Obozy magów mają w sobie szczególną cechę: zawsze sprawiają wrażenie miejsc przygotowanych na wszystko, choć w rzeczywistości najczęściej nie są przygotowane na nic, co naprawdę ważne. Mnóstwo zasad, procedur, pieczęci i regulaminów daje złudne poczucie kontroli nad światem, który od zawsze miał nieprzyjemny zwyczaj ignorowania ludzkich dokumentów.
Kiedy większość obozu pogrążyła się w nocnej rutynie, skierowałem się jeszcze raz w stronę lasu. Nie dlatego, że spodziewałem się czegokolwiek konkretnego. Raczej dlatego, że od pewnego czasu miałem wrażenie, iż jeśli coś rzeczywiście miało się wydarzyć w związku z tą wyprawą, to właśnie tam, gdzie światło ognisk nie sięgało. Poruszałem się między drzewami bezszelestnie, jak zwykle, mijając miejsca, które dla innych były jedynie ciemnością, a dla mnie stanowiły dobrze znane przestrzenie obserwacji. Cienie jednak pozostawały zwykłymi cieniami. Żadnych niepokojących ruchów, żadnych nienaturalnych przesunięć światła, żadnych śladów obecności czegoś, co nie powinno istnieć w tej części świata. Co, przyznam, było jednocześnie uspokajające i rozczarowujące. W moim zawodzie — jeśli można to tak nazwać — rozczarowanie i ulga często chodzą ze sobą w parze.
Wracając, myślałem o nich wszystkich po kolei, bo trudno było tego nie robić, kiedy człowiek obserwuje grupę, która z taką konsekwencją ignoruje własne przyszłe problemy. Lucien wciąż wydawał mi się najbardziej niebezpieczny nie dlatego, że był słaby, ale dlatego, że nie dopuszczał do siebie myśli, że może nie mieć racji. Tacy ludzie nie upadają powoli — oni upadają nagle i spektakularnie, zabierając czasem innych ze sobą. Zhana była jego przeciwieństwem w każdym możliwym sensie, co w teorii powinno równoważyć grupę, a w praktyce często prowadzi do tego, że dwie silne osobowości próbują iść w przeciwnych kierunkach, dopóki rzeczywistość nie wybierze za nie. Bram… Bram był zagadką, którą większość ludzi uznałaby za rozwiązanie. Potencjał tak oczywisty, że aż leniwy, jakby świat sam wykonywał za niego pracę, bo nie chciało mu się czekać. Kadir z kolei miała tę niebezpieczną cechę, którą widziałem już wielokrotnie — wiarę, że jeśli coś da się zrozumieć, to da się też przewidzieć. Świat ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru wobec takich założeń. Filius był jedynym, który wydawał się naprawdę przygotowany na to, że świat będzie się zachowywał dokładnie tak, jak chce, czyli chaotycznie i bez uprzedzenia. A Laeria… Laeria nadal pozostawała pytaniem, które nie miało jeszcze nawet dobrze sformułowanego zdania.
Wróciłem do obozu później, niż planowałem, choć w moim przypadku „planowanie” jest raczej terminem umownym. Ogniska dogasały, rozmowy ucichły, a noc zaczęła przejmować kontrolę nad przestrzenią między namiotami. W takich chwilach obóz wydaje się zawsze bardziej szczery — mniej oficjalny, mniej uporządkowany, bardziej prawdziwy w swojej prowizoryczności. I może właśnie dlatego nie ufałem mu ani trochę bardziej niż w dzień. Ostatecznie jednak nic się nie wydarzyło. Żadnych cieni, które nie powinny istnieć. Żadnych znaków. Żadnych zapowiedzi.
Co oczywiście wcale nie oznaczało, że cokolwiek było w porządku. W moim doświadczeniu „brak wydarzeń” bardzo często był jedynie krótką przerwą między dwoma szczególnie nieprzyjemnymi rozdziałami.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania