Kroniki Elorien - Rozdział 3
Rankiem obóz obudził się wcześniej niż zwykle. To zresztą jedna z tych rzeczy, które pozostają niezmienne niezależnie od epoki, królestwa czy stopnia zagrożenia. Gdy ludzie mają wyruszyć w podróż, zawsze wstają zbyt wcześnie. Potem przez godzinę lub dwie krążą bez celu, sprawdzają ekwipunek, poprawiają paski plecaków i upewniają się po raz dziesiąty, że przedmioty spakowane poprzedniego wieczoru nadal znajdują się dokładnie tam, gdzie zostały spakowane. Moi młodzi magowie nie stanowili pod tym względem wyjątku. Lucien wyglądał, jakby był gotów zdobywać świat jeszcze przed wschodem słońca. Zhana sprawdzała wyposażenie z metodyczną dokładnością zawodowego kwatermistrza. Kadir po raz ostatni studiowała mapy. Filius rozmawiał z jakimś ptakiem, co przestało mnie już dziwić. Bram wyglądał natomiast jak człowiek, który właśnie odkrył, że poranki istnieją naprawdę i uważa to za poważną wadę rzeczywistości.
Zanim jednak opowiem o samym wymarszu, powinienem wyjaśnić pewną kwestię. Jest to bowiem odpowiedni moment, aby odpowiedzieć na pytanie, które rozsądny czytelnik prawdopodobnie zadał sobie już dawno temu. W jaki sposób właściwie udaje mi się pozostawać niezauważonym? Jak przez tyle lat mieszkałem wśród magów, podkradałem raporty, podsłuchiwałem rozmowy starszyzny i obserwowałem ludzi, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń?
Odpowiedź jest znacznie mniej imponująca, niż mogłoby się wydawać.
Potrafię zmieniać się w muchę.
Tak, wiem. Jeżeli spodziewaliście się starożytnej, zakazanej magii, wielkich sekretów utraconych cywilizacji albo przynajmniej jakiejś majestatycznej zwierzęcej formy, to obawiam się, że czeka was rozczarowanie. Ja również byłem rozczarowany. Przez osiemset lat nie udało mi się całkowicie pogodzić z faktem, że spośród wszystkich stworzeń zamieszkujących świat zostałem obdarzony zdolnością przemiany właśnie w muchę.
Nie był to nawet świadomy wybór.
Odkryłem tę zdolność przypadkiem, gdy miałem piętnaście lat. Mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami i prowadziłem życie całkowicie zwyczajne, co oznaczało między innymi regularne konflikty z ojcem dotyczące obowiązków domowych. Mój ojciec był człowiekiem przekonanym, że każdy problem można rozwiązać ciężką pracą. Ja natomiast reprezentowałem pogląd, że większość problemów przestaje być problemami, jeśli odpowiednio długo się je ignoruje. Jak nietrudno się domyślić, nasze relacje nie zawsze przebiegały harmonijnie.
Pewnego dnia kazał mi posprzątać starą szopę stojącą za domem. Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję sprzątać budynek należący do człowieka, który przez trzydzieści lat gromadził rzeczy według zasady „może się jeszcze przyda”. Jeśli tak, moje kondolencje. Jeśli nie, zazdroszczę wam. Szopa była wypełniona narzędziami, deskami, workami, skrzyniami i niezidentyfikowanymi przedmiotami, których przeznaczenia nie znał prawdopodobnie nawet ich właściciel. Kurz zalegał wszędzie. Podejrzewam, że część z niego była starsza ode mnie.
Po kilku godzinach pracy osiągnąłem stan głębokiego przekonania, że życie jest niesprawiedliwe. Stałem pośrodku tego bałaganu, patrząc na kolejne sterty rzeczy wymagających uporządkowania, kiedy nagle wydarzyło się coś bardzo dziwnego.
Świat urósł.
Tak przynajmniej początkowo mi się wydawało. Deski podłogi nagle stały się ogromne. Szczeliny pomiędzy nimi przypominały rowy. Każdy przedmiot wyglądał jak fragment krajobrazu. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że to nie świat się zmienił. To ja zmalałem.
Pamiętam, że przez krótką chwilę byłem przekonany, iż umieram. Następnie spojrzałem na własne ciało i zauważyłem sześć nóg. To była dość istotna wskazówka.
Pierwsza przemiana trwała bardzo krótko. Wystarczająco długo, bym spanikował, wpadł na ścianę, odbił się od jakiegoś wiadra i wrócił do ludzkiej postaci w sposób, który pozostawił mnie z kilkoma siniakami i wieloma pytaniami. Przez następne tygodnie nie powiedziałem o tym nikomu. Nie dlatego, że byłem szczególnie ostrożny. Po prostu sam nie wierzyłem w to, co się wydarzyło.
Potem odkryłem, że potrafię zrobić to ponownie.
A później jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Jak można się domyślić, piętnastoletni chłopiec bardzo szybko dostrzegł praktyczne zastosowania takiej umiejętności. Przede wszystkim pozwalała unikać obowiązków. To był argument niezwykle przekonujący. Z czasem doszedłem jednak do bardziej ambitnych zastosowań. Mogłem dostać się niemal wszędzie. Mogłem obserwować ludzi. Mogłem słuchać rozmów prowadzonych za zamkniętymi drzwiami. Mogłem poznawać tajemnice, których nigdy nie usłyszałbym jako zwykły człowiek.
Oczywiście początki nie były łatwe. Ludzie mają tendencję do idealizowania niezwykłych zdolności. Nikt nie opowiada o tym, że nauka latania jako mucha jest wyjątkowo niewdzięcznym zajęciem. Przez pierwsze miesiące regularnie wpadałem na ściany, drzewa, sufity i wszystko inne, co akurat znajdowało się w pobliżu. Odkryłem również, że ogromna część świata aktywnie próbuje zabić muchy. Ptaki chcą je zjeść. Pająki chcą je zjeść. Żaby chcą je zjeść. Niektóre jaszczurki również chcą je zjeść. Ludzie natomiast wydają się prowadzić z nimi osobistą wojnę od początku historii cywilizacji.
Potrzebowałem lat, by osiągnąć prawdziwą biegłość.
Potem minęły kolejne lata.
Następnie dekady.
Później stulecia.
I zanim się obejrzałem, zdążyłem spędzić więcej czasu jako mucha niż większość ludzi spędza jako ludzie.
Nie jest to osiągnięcie, którym można imponować na bankietach. Trudno również wyobrazić sobie pomnik poświęcony najwybitniejszej musze kontynentu. Muszę jednak przyznać, że umiejętność okazała się zaskakująco praktyczna. To właśnie dzięki niej mogłem przez setki lat pozostawać niezauważonym. Dzięki niej czytałem raporty, których nie powinienem widzieć, i słuchałem rozmów, których nie powinienem słyszeć. Dzięki niej przeżyłem wystarczająco długo, by obserwować narodziny i upadki całych pokoleń.
I dzięki niej zamierzałem śledzić również tę wyprawę.
Podczas gdy moi młodzi magowie będą maszerować przez trakty, lasy i góry, ja będę podróżował razem z nimi. Czasem jako człowiek, gdy nikt nie będzie patrzył. Znacznie częściej jako mucha siedząca na gałęzi, kamieniu, wozie albo czyimś plecaku. Niewidoczny. Niesłyszany. Pomijany przez wszystkich jako całkowicie nieistotny element otoczenia.
Muszę przyznać, że jest w tym pewna ironia. Większość ludzi marzy o tym, by zostać kimś ważnym. Kimś, kogo wszyscy zauważają. Kimś, o kim będą pamiętać kroniki. Tymczasem ja przez osiemset lat osiągałem swoje cele właśnie dlatego, że nikt nie zwracał na mnie uwagi. Być może dlatego tak dobrze rozumiałem historie innych. Trudno obserwować świat przez tyle czasu i nie nauczyć się czegoś o ludziach.
Powinienem w tym miejscu wyjaśnić jeszcze jedną praktyczną kwestię dotyczącą samej kroniki. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie pisałem jej na bieżąco podczas podróży. Owszem, przez lata nauczyłem się wielu niezwykłych rzeczy, ale transportowanie pergaminów, atramentu i przyborów do pisania w postaci muchy wykracza nawet poza moje możliwości. Gdyby ktoś kiedykolwiek zobaczył lecącą muchę ciągnącą za sobą rulon pergaminu, zapewne przeszedłby do historii medycyny jako przypadek szczególnie interesującego szaleństwa. Tę część spisuję więc już po powrocie do Obozu Magów. Na szczęście pamięć nigdy mnie nie zawodziła. Przez osiemset lat zgromadziłem więcej wspomnień, niż większość ludzi byłaby w stanie znieść. Pamiętam rozmowy sprzed stuleci, twarze osób, których imion nie wypowiadał nikt od pokoleń, i wydarzenia, które współcześnie zajmują w podręcznikach historii jedno zdanie, choć kiedyś wydawały się końcem świata. Ta wyprawa od początku wydawała mi się czymś wartym zapamiętania, dlatego mogę dziś odtworzyć jej początek niemal co do szczegółu.
Jako mucha dotarłem na plac przed szkołą magii znacznie wcześniej niż pozostali. To jedna z licznych zalet mojego sposobu podróżowania. Ludzie potrzebują czasu na ubieranie się, pakowanie, żegnanie z rodziną i przypominanie sobie o rzeczach, które zapomnieli spakować. Mucha potrzebuje jedynie odpowiedniej ilości skrzydeł i odrobiny cierpliwości. Usiadłem na drewnianej belce jednego z pobliskich budynków i obserwowałem, jak obóz powoli budzi się do życia.
Pośrodku placu stał powóz przygotowany dla wyprawy. Przyznam, że początkowo poczułem pewne rozczarowanie. Po wszystkich uroczystych przemowach, po całej atmosferze tajemniczej misji związanej z Portalem Demonów spodziewałem się czegoś bardziej imponującego. Może specjalnego pojazdu szkoły magii ozdobionego runami. Może wojskowego transportu z eskortą. Może chociaż kilku magicznych symboli mających przypominać wszystkim, jak ważne jest to przedsięwzięcie. Tymczasem przed szkołą stał zwyczajny podróżny powóz. Solidny, dobrze wykonany, przestronny i całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek widowiskowości. Z wiekiem człowiek zaczyna jednak doceniać takie rzeczy. Widowiskowe rozwiązania dobrze wyglądają w opowieściach. Praktyczne rozwiązania pozwalają dożyć końca podróży.
Do powozu zaprzężono dwa duże konie należące do szkoły. Nie były to żadne magiczne stworzenia, potomkowie legendarnych bestii ani cudowne rumaki z dawnych pieśni. Były po prostu końmi. Zdrowymi, silnymi i odpowiednio wyszkolonymi. W ciągu ośmiuset lat nauczyłem się, że świat działa głównie dzięki ludziom i zwierzętom, o których nikt później nie pisze pieśni. Bohaterowie zdobywają sławę, ale to zwykłe konie najczęściej wykonują całą pracę.
Plac stopniowo zaczął się zapełniać. Najpierw przybyli nauczyciele. Niektórzy z obowiązku, inni z ciekawości, jeszcze inni dlatego, że przez lata obserwowali swoich uczniów i chcieli zobaczyć moment, w którym opuszczą szkołę. Potem zaczęli schodzić się mieszkańcy obozu. Handlarze, rzemieślnicy, adepci młodszych roczników i wszelkiego rodzaju gapie. Ludzie od zawsze mają niezwykły talent do gromadzenia się wszędzie tam, gdzie istnieje choćby cień szansy na obejrzenie początku czyjejś przygody.
W końcu pojawili się również bohaterowie całego zamieszania. Lucien wyszedł pierwszy, co nie zaskoczyło absolutnie nikogo. Gdyby istniał sposób, aby pojawić się jeszcze bardziej na środku uwagi, bez wątpienia by go znalazł. Wyglądał na człowieka przekonanego, że właśnie rozpoczyna się wielka historia, której będzie głównym bohaterem. Zhana szła tuż za nim i sprawiała wrażenie osoby rzeczywiście gotowej do podróży. Jej ekwipunek był uporządkowany, ubranie praktyczne, a spojrzenie spokojne. Bram wyglądał natomiast tak, jakby ktoś brutalnie wyrwał go z bardzo przyjemnego snu. Już z daleka można było zauważyć, że jego bagaż zawiera podejrzanie dużo jedzenia. Kadir niosła pod pachą mapy i kilka notatników, najwyraźniej uznając, że każda dodatkowa informacja jest ważniejsza od wolnego miejsca w plecaku. Filius przybył obładowany skrzynkami z roślinami, fiolkami i pakunkami, które traktował z ostrożnością godną królewskich klejnotów. Laeria natomiast jeszcze przed odjazdem sprawdzała zawartość swojej torby kilka razy, za każdym razem znajdując nowy powód do niepokoju.
Niedługo później pojawiły się rodziny. To zawsze jest interesujący widok. Przez osiem stuleci obserwowałem niezliczone pożegnania i wszystkie mają zadziwiająco podobny przebieg. Rodzice próbują ukrywać strach. Dzieci próbują wyglądać na bardziej dorosłe, niż są w rzeczywistości. Pada mnóstwo rad, których nikt nie zamierza przestrzegać. Uważaj na siebie. Nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka. Jedz regularnie. Pisz listy. Wróć cały. Szczególnie to ostatnie zawsze mnie bawiło. Jakby ktokolwiek planował wracać w częściach.
Po placu krążyły dziesiątki rozmów. Niektóre pełne dumy, inne niepokoju. Kilka matek ocierało łzy. Kilku ojców usiłowało zachować powagę, choć ich twarze zdradzały więcej emocji, niż chcieliby przyznać. Młodsi adepci patrzyli na absolwentów z mieszaniną podziwu i zazdrości. Dla nich ta wyprawa była początkiem legendy. Dla mnie była kolejnym rozdziałem historii, która mogła zakończyć się na tysiąc różnych sposobów.
Nad wszystkim czuwał Venegas wraz z grupą nauczycieli. Dyrektor szkoły nie wygłosił kolejnej wielkiej przemowy. Był zbyt doświadczony, by wierzyć, że w ostatniej chwili można powiedzieć coś naprawdę nowego. Wszystkie ważne słowa zostały już wypowiedziane wcześniej. Teraz pozostało jedynie pozwolić młodym magom ruszyć w drogę.
W końcu bagaże załadowano do powozu. Konie zaczęły niecierpliwie przebierać kopytami. Gwar rozmów stopniowo przycichał. Powietrze wypełniło się tym szczególnym napięciem, które zawsze pojawia się tuż przed rozpoczęciem podróży. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie coś interesującego. Przez ostatnie dni wszyscy skupiali się wyłącznie na celu wyprawy. Na twierdzy. Na demonach. Na tajemniczej istocie widywanej w górach. Na niebezpieczeństwach, które mogły na nich czekać.
W końcu nadszedł ten moment, który wszyscy obecni najwyraźniej uznawali za niezwykle podniosły. Powóz był załadowany, pożegnania dobiegły końca, a nauczyciele przestali udzielać ostatnich rad, których i tak nikt nie zapamięta. Przez krótką chwilę na placu panowała dziwna cisza. Nie całkowita — nigdy nie istnieje coś takiego jak całkowita cisza w miejscu pełnym ludzi — ale taka szczególna, pełna oczekiwania. Jakby cały obóz jednocześnie wstrzymał oddech.
Powóz ruszył powoli, niemal niechętnie, jakby sam również potrzebował chwili, by pogodzić się z faktem, że oto rozpoczyna się kolejna długa podróż. Koła zaskrzypiały na ubitej ziemi placu, konie napięły mięśnie, a tłum zgromadzony przed szkołą zaczął machać odjeżdżającym magom. Przez kilka pierwszych chwil panowała ta szczególna atmosfera, która zawsze towarzyszy początkom wypraw. Wszyscy są jeszcze podekscytowani. Wszyscy wierzą, że najważniejsze wydarzenia dopiero nadejdą. Nikt nie jest zmęczony. Nikt nie jest głodny. Nikt nie ma pojęcia, jak bardzo będzie miał dość własnych towarzyszy za kilka dni.
Ja tymczasem siedziałem już wygodnie na metalowym wsporniku pod podwoziem powozu. Przez stulecia nauczyłem się wybierać miejsca zapewniające jednocześnie bezpieczeństwo, wygodę i dobry dostęp do cudzych rozmów. To konkretne znajdowało się tuż pod drewnianą skrzynią pasażerską, osłonięte przed wiatrem i niemal niemożliwe do zauważenia. Dla muchy było wręcz idealne. Mogłem słyszeć wszystko, co działo się wewnątrz, a jednocześnie nie musiałem marnować energii na ciągły lot.
Powóz przetaczał się przez główną część obozu niespiesznie, pozwalając mieszkańcom nacieszyć się widokiem młodych magów rozpoczynających pierwszą misję. Kilku młodszych adeptów przez pewien czas szło obok pojazdu, próbując zamienić ostatnie słowa ze starszymi kolegami. Handlarze odrywali się od swoich stoisk. Rzemieślnicy wychodzili przed warsztaty. Nawet niektórzy nauczyciele obserwowali odjazd dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość. Przez ostatnie lata ci młodzi ludzie stanowili część codzienności obozu. Teraz po raz pierwszy opuszczali go jako pełnoprawni magowie.
Zabudowania stopniowo zostawały za nimi. Najpierw zniknęły namioty stojące przy głównych alejkach. Potem niewielkie chaty bardziej zamożnych mieszkańców. Następnie magazyny, stajnie i warsztaty. W końcu ostatnie ślady cywilizacji rozpłynęły się za zakrętem drogi. Nie było wielkiej bramy oznaczającej granicę obozu. Nie było kamiennego pomnika ani symbolicznego punktu wyznaczającego początek podróży. Po prostu w pewnym momencie człowiek przestawał znajdować się w obozie, a zaczynał znajdować się w lesie. Właśnie dlatego zawsze uważałem, że ludzie przesadnie romantyzują wielkie zmiany w swoim życiu. Rzadko kiedy następują one podczas spektakularnych ceremonii. Najczęściej zaczynają się dokładnie tak jak ta podróż — od kilku skrzypnięć kół i spokojnego oddalania się od miejsca, które przez lata było domem.
Leśna droga prowadząca do głównego traktu była szeroka i dobrze utrzymana. Korzystano z niej od pokoleń, więc mimo otaczającej ją dziczy nie sprawiała wrażenia niebezpiecznej. Drzewa rosły po obu stronach niczym ściany naturalnego korytarza, a ich korony tworzyły wysoko nad drogą zielone sklepienie. Poranne światło przeciskało się przez liście długimi smugami, które przesuwały się po ziemi wraz z kołysaniem gałęzi. Powietrze pachniało wilgotną korą, mchem i rozgrzewaną przez słońce ziemią. Z każdą minutą odgłosy obozu stawały się coraz cichsze, aż w końcu całkowicie zniknęły, zastąpione szumem lasu, śpiewem ptaków i regularnym stukotem końskich kopyt.
Wewnątrz powozu przez jakiś czas panowała cisza. Nie była to jednak cisza niezręczna. Raczej taka, jaka pojawia się wtedy, gdy ludzie po raz pierwszy zaczynają rozumieć, że coś naprawdę się rozpoczęło. Lucien siedział przy oknie i obserwował przesuwające się drzewa z wyraźnym entuzjazmem człowieka, który od dawna czekał na tę chwilę. Zhana wydawała się znacznie spokojniejsza. Co jakiś czas poprawiała położenie swojego bagażu albo sprawdzała, czy nic nie przesuwa się podczas jazdy. Bram natomiast zdążył już znaleźć najwygodniejszą pozycję na siedzeniu i wyglądał, jakby rozważał możliwość wykorzystania podróży do dodatkowej drzemki. Kadir wytrzymała bez zajęcia może kilkanaście minut, po czym wyciągnęła mapę. Nie sądzę, by była fizycznie zdolna spędzić godzinę bez analizowania jakiegoś problemu. Filius obserwował las z autentycznym zainteresowaniem, rozpoznając kolejne gatunki drzew i roślin równie łatwo, jak inni rozpoznają znajome twarze. Laeria natomiast siedziała cicho i patrzyła przez okno, sprawiając wrażenie osoby bardziej zamyślonej niż zdenerwowanej.
Pierwszy odezwał się oczywiście Lucien. Nie dlatego, że miał coś szczególnie ważnego do powiedzenia. Po prostu cisza i Lucien od dawna pozostawali ze sobą w konflikcie. Wkrótce rozmowa zaczęła płynąć naturalnie od jednego tematu do drugiego. Wspominali nauczycieli, zastanawiali się nad trasą, żartowali z własnych przygotowań i próbowali zgadywać, co naprawdę czeka ich w Górach Srebrzystych. Słuchałem tego wszystkiego z rosnącym rozbawieniem. Każdy z nich wyobrażał sobie przyszłość trochę inaczej. Lucien widział przygodę. Zhana wyzwanie. Kadir zagadkę do rozwiązania. Filius okazję do poznania nowych miejsc. Bram prawdopodobnie serię zajazdów połączonych drogą. Jedynie Laeria wydawała się nie mieć żadnych konkretnych oczekiwań.
Powóz tymczasem jechał dalej przez las. Droga łagodnie wiła się pomiędzy wzgórzami, czasem przecinając niewielkie polany, czasem zagłębiając się w gęstsze skupiska drzew. Korzenie wystające spod ziemi sprawiały, że pojazd co jakiś czas podskakiwał na nierównościach, wywołując ciche skrzypienie drewna. Konie utrzymywały równe tempo, a woźnica najwyraźniej znał trasę na pamięć, ponieważ prowadził je niemal bez patrzenia na drogę.
A ja siedziałem na swoim miejscu pod podwoziem, słuchając rozmów, stukotu kół i odgłosów lasu. Muszę przyznać, że było w tym coś przyjemnego. Przez ostatnie lata moje życie składało się głównie z obserwowania tego samego obozu, tych samych ludzi i tych samych codziennych rytuałów. Teraz wszystko się zmieniało. Przede mną rozciągała się nowa droga, nowe miejsca i nowe problemy, które z pewnością wcześniej czy później znajdą moich młodych magów. Doświadczenie podpowiadało mi, że nastąpi to raczej wcześniej niż później. Świat bowiem ma bardzo nieprzyjemny zwyczaj komplikowania podróży dokładnie wtedy, gdy jej uczestnicy zaczynają wierzyć, że wszystko idzie zgodnie z planem.
Las otaczający Elorien nie należał do miejsc szczególnie niezwykłych. Wiem, że brzmi to jak dziwny początek opisu miejsca, które przez pięć stuleci stanowiło centrum magicznej społeczności całego królestwa, ale prawda rzadko bywa tak widowiskowa jak legendy. Gdybyście przeszli się po nim dzisiaj, zobaczylibyście głównie drzewa. Dużo drzew. Naprawdę bardzo dużo drzew. Dęby, buki, jesiony, sosny, od czasu do czasu jakieś bardziej egzotyczne gatunki przywleczone przez magów eksperymentujących z naturą. Kilka strumieni, trochę wzgórz, mnóstwo ptaków i nieprzyzwoicie dużą liczbę owadów. Innymi słowy, las.
Oczywiście uczniowie szkoły uwielbiają doszukiwać się w nim tajemnic. Co kilka lat pojawia się nowa teoria tłumacząca, dlaczego wielki Esherrez założył obóz właśnie tutaj. Słyszałem już chyba wszystko. Jedni twierdzili, że wyczuł niezwykle silne prądy magiczne przepływające pod ziemią. Inni byli przekonani, że odkrył starożytne ruiny poprzedzające narodziny znanych królestw. Jeszcze inni utrzymywali, że miejsce zostało wskazane przez duchy natury albo proroczą wizję. Prawda była znacznie mniej majestatyczna, choć przyznam, że osobiście uważam ją za o wiele zabawniejszą.
Esherrez założył obóz tutaj ze względu na ptasie odchody.
Tak, dokładnie.
Jeżeli po pięciuset latach istnienia najważniejszej szkoły magii w Królestwie Elorii ktoś spodziewał się bardziej wzniosłego wyjaśnienia, mogę jedynie przeprosić w imieniu rzeczywistości.
Oczywiście nie chodziło o zwykłe ptaki. W czasach, gdy zakładano obóz, las zamieszkiwały Tęczowe Kruki. Nazwa jest równie dosłowna, jak mogłoby się wydawać. Ich pióra mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Nie był to efekt światła ani jakaś szczególna sztuczka natury. Po prostu były kolorowe. Niektóre niemal całkowicie pokrywały odcienie błękitu i zieleni. Inne błyszczały czerwienią, fioletem albo złotem. Kiedy całe stado przelatywało nad lasem, wyglądało to tak, jakby niebo nagle postanowiło zostać dziełem bardzo ambitnego malarza.
Ich pochodzenie było jeszcze bardziej niezwykłe. Tęczowe Kruki powstały bowiem ze skrzyżowania zwykłych kruków z wróżkami. Nie pytajcie mnie, jak dokładnie wyglądał ten proces. Naprawdę nie wiem. Wróżki od zawsze miały bardzo swobodne podejście do praw natury, rozsądku i wielu innych rzeczy, które większość stworzeń uważa za obowiązkowe. Przez osiemset lat nauczyłem się jednego — jeśli wróżka mówi, że coś jest możliwe, lepiej nie próbować tego analizować.
Tak czy inaczej, rezultat okazał się zaskakująco udany. Tęczowe Kruki odziedziczyły inteligencję swoich ptasich przodków oraz część magicznej natury wróżek. Nie potrafiły rzucać zaklęć ani rozmawiać z ludźmi. Nie przepowiadały przyszłości. Nie strzegły ukrytych skarbów. Ich największa wartość była znacznie bardziej praktyczna.
Ich odchody posiadały niezwykle silne właściwości alchemiczne.
Przyznam, że nawet po tylu latach nadal bawi mnie fakt, że jeden z najcenniejszych składników w historii eloryjskiej alchemii był dosłownie ptasim nawozem. Po odpowiednim przetworzeniu stawał się podstawą mikstur leczących obrażenia magiczne. Nie zwykłe rany czy złamania, lecz uszkodzenia zadane przez zaklęcia. Poparzenia magicznym ogniem. Skażenia energią żywiołów. Wewnętrzne uszkodzenia wywołane nieudaną magią. Wszystkie te urazy, przy których zwykły lekarz mógł jedynie bezradnie rozłożyć ręce. Alchemicy z całego Królestwa Elorii płacili fortuny za nawet niewielkie ilości tego składnika.
Kiedy Esherrez odkrył, że właśnie ten las jest największym siedliskiem Tęczowych Kruków w całej Elorii, decyzja była oczywista. Założył tutaj obóz. Początkowo niewielki. Kilka budynków, grupa uczniów i garstka nauczycieli. Potem obóz zaczął rosnąć. Przybywali nowi magowie. Powstawały kolejne zabudowania. Tworzono laboratoria, magazyny i sale wykładowe. Przez pierwsze dziesięciolecia wszystko działało idealnie. Alchemicy mieli stały dostęp do najcenniejszego składnika swoich receptur, a szkoła rozwijała się szybciej niż ktokolwiek przewidywał.
A potem Tęczowe Kruki odleciały.
Nie stopniowo. Nie częściowo.
Po prostu zaczęły znikać.
Najpierw pojedyncze stada. Potem kolejne. W ciągu kilkunastu lat ich liczba gwałtownie spadła, aż pewnego dnia okazało się, że nie zostało ani jedno.
Przez stulecia powstały dziesiątki teorii. Niektórzy twierdzili, że przestraszył je rozwój obozu. Inni byli przekonani, że zmieniły się lokalne prądy magiczne. Jeszcze inni uważali, że pozostałe przy życiu wróżki w jakiś sposób odnalazły swoje niezwykłe potomstwo i zabrały je do ukrytych krain. Problem polegał na tym, że żadnej z tych teorii nie udało się udowodnić.
Kruki po prostu zniknęły.
Zresztą podobnie jak same wróżki.
Dzisiaj niewielu ludzi w ogóle wierzy, że nadal istnieją. Ja wiem, że istnieją, ponieważ kilka razy je widziałem. Wolałbym jednak nie zdradzać, gdzie. Wróżki bardzo cenią sobie prywatność, a niektóre z nich są wystarczająco pamiętliwe, by żywić urazę przez kilka stuleci.
Mimo odejścia Tęczowych Kruków obóz pozostał na swoim miejscu. Do tego czasu był już zbyt duży, zbyt ważny i zbyt głęboko zakorzeniony w historii Królestwa Elorii, by ktokolwiek poważnie rozważał jego przeniesienie. Alchemicy nauczyli się tworzyć coraz lepsze zamienniki dawnych mikstur. Nigdy nie dorównały oryginałom, ale były wystarczająco skuteczne. Życie toczyło się dalej.
Tak więc las nadal otaczał Obóz Magów dokładnie tak jak pięćset lat wcześniej. Te same drzewa szumiały na wietrze. Te same ścieżki prowadziły między wzgórzami. Tyle tylko, że kolorowe stada już nie wracały. Czasami, szczególnie podczas poranków podobnych do tego, gdy nasi młodzi magowie opuszczali obóz, wydawało mi się przez krótką chwilę, że między gałęziami dostrzegam błysk czerwonego albo złotego pióra. Nigdy jednak nie trwało to wystarczająco długo, by mieć pewność. Być może były to tylko wspomnienia. A być może Tęczowe Kruki nadal obserwowały nas z miejsc, do których ludzie nie potrafili już dotrzeć. Jeśli tak, trudno było je za to winić. Po pięciuset latach obserwowania magów sam czasami miałem ochotę odlecieć bardzo daleko.
Po mniej więcej dwóch godzinach spokojnej jazdy las zaczął się przerzedzać. Drzewa rosły coraz rzadziej, między pniami pojawiało się więcej światła, a droga stawała się szersza i lepiej utrzymana. W końcu powóz wyjechał z leśnego korytarza na otwartą przestrzeń i dotarł do miejsca, które mieszkańcy okolicy po prostu nazywali Skrzyżowaniem. Nie było tu żadnej wielkiej osady ani karczmy. Stało zaledwie kilka domów i niewielkich gospodarstw należących głównie do magów oraz ich rodzin. Wielu z nich pracowało w Obozie Magów, ale nie chciało mieszkać wśród nieustannego zgiełku uczniów, ceremonii i eksperymentów. Woleli codziennie dojeżdżać kilka kilometrów, mając własny ogród, kawałek pola i względny spokój. Muszę przyznać, że doskonale ich rozumiałem. Po pięciuset latach funkcjonowania obozu największym luksusem nie były już magiczne biblioteki ani laboratoria, lecz cisza.
Przy jednej z zagród starszy mężczyzna naprawiał płot i uniósł rękę na widok przejeżdżającego powozu. Zhana odpowiedziała skinieniem głowy. Lucien odruchowo wyprostował się, jakby nawet przypadkowy wieśniak powinien wiedzieć, że właśnie mija przyszłego bohatera Elorii. Bram obserwował gospodarstwa z takim zainteresowaniem, jakby rozważał możliwość natychmiastowego porzucenia misji i osiedlenia się tutaj na stałe. Kadir zdążyła już rozłożyć mapę na kolanach i porównywała oznaczenia z rzeczywistą drogą. Filius przyglądał się sadom i roślinom rosnącym przy płotach, a Laeria po prostu chłonęła widok otwartej przestrzeni po wielu godzinach jazdy między drzewami.
Za Skrzyżowaniem zaczynał się główny trakt prowadzący na północ, ku Górom Srebrzystym. Była to jedna z ważniejszych dróg w tej części Królestwa Elorii, używana przez kupców, podróżnych, żołnierzy i wszystkich tych, którzy mieli powód, by kierować się w stronę gór. Droga była szeroka, ubita i regularnie utrzymywana przez królewskie służby, choć „regularnie” w eloryjskim wydaniu oznaczało zwykle „kiedy ktoś sobie przypomni”.
Krajobraz zmienił się całkowicie. Las został za plecami, a przed powozem rozciągnęły się pola i łąki falujące w lekkim wietrze. Złote łany zbóż przeplatały się z zielonymi pastwiskami, na których pasły się krowy i owce. Co jakiś czas w oddali widać było samotne gospodarstwa, małe młyny nad strumieniami albo grupki drzew wyznaczające granice pól. Nad wszystkim unosiło się spokojne, późnowiosenne światło. To był ten rodzaj krajobrazu, który sprawia, że ludzie zaczynają wierzyć, iż świat jest prosty i bezpieczny. Potem oczywiście pojawiają się demony i przypominają wszystkim, że to tylko złudzenie.
Z perspektywy mojego miejsca pod powozem widziałem głównie koła, końskie nogi i przesuwającą się drogę, ale nawet stamtąd czułem zmianę. Powietrze było cieplejsze, bardziej suche i pachniało trawą zamiast wilgotnego mchu. Konie przyspieszyły, najwyraźniej zadowolone z równej nawierzchni po leśnych nierównościach.
Wewnątrz powozu rozmowy toczyły się leniwiej niż wcześniej. Pierwszy entuzjazm nieco opadł, a monotonia podróży zaczęła robić swoje. Lucien próbował opowiadać o tym, jak wyobraża sobie ich przybycie do twierdzy, ale nawet on co jakiś czas milkł, obserwując przesuwające się za oknem pola. Zhana zadawała praktyczne pytania o zapasy i plan podróży. Kadir analizowała trasę. Filius wypatrywał ptaków, a Laeria wydawała się coraz bardziej zamyślona. Bram natomiast zdrzemnął się na dobre i tylko od czasu do czasu podskakiwał na wybojach, mrucząc coś niezrozumiałego.
Patrzyłem na nich z pewnym rozbawieniem. Dla większości ludzi podróż zaczyna się w chwili opuszczenia domu. Dla mnie prawdziwa podróż zaczyna się wtedy, gdy kończy się nowość, a zaczyna codzienność drogi. Właśnie wtedy wychodzą na jaw charaktery. Właśnie wtedy okazuje się, kto potrafi znosić nudę, zmęczenie i niepewność. Bohaterstwo podczas bitwy jest widowiskowe. Znacznie trudniej zachować rozsądek po dziesięciu godzinach trzęsienia się w powozie.
Ponieważ pierwsze godziny podróży upływały w sposób wyjątkowo niegodny kronikarskiego wysiłku, uznałem, że jest to odpowiedni moment, by opowiedzieć nieco więcej o samych bohaterach. Nie zrozumcie mnie źle — obserwowanie powozu jadącego przez pola ma pewien uspokajający urok, ale nawet ja nie potrafię poświęcić kilku stron opisowi trawy poruszającej się na wietrze. A skoro droga nie zamierzała jeszcze dostarczyć mi niczego interesującego, mogłem równie dobrze wykorzystać ten czas na przedstawienie ludzi, którzy nią podróżowali.
Zacznijmy więc od Luciena.
Jego historia jest zaskakująco prosta, co wcale nie oznacza, że nie ma znaczenia. Urodził się w Obozie Magów, tak jak i spędził w nim całe życie. Oboje jego rodzice byli magami ognia. Ojciec pracował w kuźni, zajmując się wszystkim, co wymagało siły, żaru i precyzji uderzenia. Matka gotowała w największym budynku w obozie, który pełnił jednocześnie funkcję jadalni, gospody i centrum życia społecznego. Innymi słowy — miejsca, w którym wszyscy wszystko wiedzą, nawet jeśli nie powinni.
Lucien dorastał więc w środowisku stabilnym, głośnym i pełnym ludzi. Nie brakowało mu ani uwagi, ani możliwości, ani energii. Od najmłodszych lat wyróżniał się jedną cechą: potrafił skupiać na sobie innych. Jeśli coś się działo w grupie dzieci, był w to zamieszany. Jeśli pojawiał się pomysł ryzykownej zabawy, zwykle wychodził od niego. Jeśli ktoś miał przewodzić, nawet nieformalnie, często wybór padał na niego zanim zdążył się zorientować.
Dlatego teraz, siedząc w powozie jadącym na północ, Lucien wyglądał dokładnie tak, jak wyglądać powinien chłopak wychowany na opowieściach o bohaterach, który właśnie otrzymał swoją pierwszą prawdziwą misję. W jego oczach wciąż było więcej ekscytacji niż rozsądku. Z perspektywy osiemsetletniego obserwatora nie stanowiło to niczego nowego.
Zhana była przypadkiem nieco mniej typowym, choć w gruncie rzeczy nadal dość przewidywalnym, jeśli ma się wystarczająco dużo czasu na obserwację ludzi i ich rodzinnych decyzji. W przeciwieństwie do Luciena nie urodziła się w Obozie Magów. Jej rodzice nie mieli z magią nic wspólnego — byli zwykłymi ludźmi, mieszkającymi w niewielkiej osadzie niedaleko stolicy Królestwa Elorii, zajmując się tym, czym zajmuje się większość zwykłych ludzi: pracą, handlem, przetrwaniem i codziennym udawaniem, że świat jest bardziej przewidywalny, niż w rzeczywistości jest.
Kiedy więc u ich córki zaczęły pojawiać się zdolności magiczne, nie było w tym ani rodzinnej tradycji, ani żadnej wielopokoleniowej dumy. Było za to zaskoczenie, odrobina strachu i dużo praktycznego podejścia. Z tego, co udało mi się ustalić przez lata, nie było tam dramatycznych scen ani prób ukrywania problemu. Raczej szybkie zaakceptowanie faktu, że dziecko wymyka się zwykłym ramom, a potem równie szybkie szukanie rozwiązania.
Rozwiązaniem okazał się Obóz Magów.
Gdy tylko Zhana podrosła na tyle, by móc bezpiecznie podróżować, została tam wysłana. Nie jako odrzut, nie jako wyrzeczenie, ale jako inwestycja — i, co ważniejsze, jako jedyna rozsądna opcja w świecie, w którym magii nie da się „nie zauważyć”, jeśli zaczyna się pojawiać. Sama Zhana szybko odnalazła się w nowym miejscu, co nie zawsze jest regułą w przypadku osób spoza obozu. Miała w sobie coś, co można by nazwać naturalną dyscypliną, choć podejrzewam, że ona sama nazwałaby to po prostu uporem. Jeśli czegoś nie potrafiła, ćwiczyła. Jeśli coś jej nie wychodziło, ćwiczyła jeszcze bardziej. Jeśli ktoś mówił, że coś jest trudne, traktowała to raczej jako wyzwanie niż ostrzeżenie.
W przeciwieństwie do Luciena nie potrzebowała być w centrum uwagi. Nie budowała wokół siebie historii ani nie przyciągała ludzi w sposób instynktowny. Raczej zdobywała ich zaufanie konsekwencją. Tam, gdzie inni imponowali talentem lub rozmową, ona imponowała wynikami. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Obóz Magów był dla niej miejscem, w którym wreszcie mogła przestać być „dziwnym dzieckiem w osadzie” i stać się po prostu jedną z wielu osób, które potrafią posługiwać się magią ognia. A wbrew pozorom to dość istotna różnica.
Bram pochodził z zupełnie innego świata niż Zhana czy Lucien, a już na pewno innego niż większość adeptów, którzy trafiali do Obozu Magów. Urodził się w stolicy Królestwa Elorii, w miejscu, gdzie kamień nie był tylko częścią krajobrazu, ale podstawowym językiem architektury i ambicji. Jego ojciec był magiem ziemi i jednym z tych ludzi, którzy potrafią sprawić, że budynek nie tylko stoi, ale wręcz sprawia wrażenie, jakby od zawsze tam był. Pracował przy konstrukcjach miejskich, przy fundamentach, murach i całych dzielnicach, które rosły z roku na rok wraz z rozwojem stolicy.
Matka Brama była natomiast maginią światła, co samo w sobie należało do rzadkości, nawet w Elorii. Zajmowała wysokie stanowisko w radzie stolicy, gdzie magia i administracja splatały się w dość osobliwy sposób. Oznaczało to w praktyce, że Bram dorastał w domu, w którym nie brakowało ani wpływów, ani środków, ani ludzi, którzy uważali, że przyszłość jest czymś, co można zaplanować w harmonogramie.
I właśnie dlatego został wysłany do Obozu Magów.
Nie dlatego, że brakowało mu możliwości w stolicy. Wręcz przeciwnie. Chodziło raczej o to, że miał ich aż za dużo. Rodzice uznali, że najlepiej będzie, jeśli ich syn nauczy się czegoś, czego nie da się kupić ani zaplanować, czyli obycia, samodzielności i kontaktu z rzeczywistością, która nie zawsze działa zgodnie z miejskimi zasadami.
Bram przyjął ten pomysł bez większego sprzeciwu, co już samo w sobie wiele o nim mówi. Nie był typem człowieka, który walczy z przeznaczeniem, ani takim, który próbuje udowodnić światu swoją wyjątkowość. Raczej takim, który obserwuje, ocenia i decyduje, ile energii warto w coś włożyć. W Obozie Magów szybko okazało się, że jego talent do magii ziemi jest wyraźny, choć nigdy nie był jego największą dumą. Znacznie bardziej interesowało go to, jak ludzie się zachowują, jak funkcjonują grupy i gdzie kończy się oficjalna wersja wydarzeń, a zaczyna rzeczywistość. Z tego powodu często sprawiał wrażenie leniwego lub obojętnego, ale w praktyce był po prostu oszczędny w działaniu.
Jeśli coś wymagało wysiłku — robił to, ale tylko tyle, ile uznał za konieczne. Jeśli coś nie wymagało wysiłku — nie robił tego wcale. A jeśli coś wydawało się bezsensowne, miał wyjątkowy talent do sprawiania wrażenia, że nie istnieje.
Kadir była jednym z tych przypadków, które z zewnątrz wyglądają całkowicie zwyczajnie, a dopiero po dłuższej obserwacji zaczyna się dostrzegać, że ta „zwyczajność” jest w rzeczywistości bardzo starannie uporządkowana. Urodziła się w Obozie Magów, co samo w sobie już ustawiało jej życie na zupełnie innej ścieżce niż w przypadku Zhany czy Brama, nie wspominając nawet o Lucienie, który miał to szczęście (lub nieszczęście) dorastać w centrum wszystkich możliwych dramatów społecznych obozu.
Jej matka była maginią wody i jednocześnie nauczycielką w szkole, co oznaczało, że Kadir od najmłodszych lat miała bardzo bliski kontakt zarówno z teorią magii, jak i z jej bardziej praktyczną, pedagogiczną stroną — tą, w której cierpliwość staje się ważniejsza niż sam talent. Ojciec natomiast był człowiekiem zwyczajnym, rybakiem, który z czasem osiadł w pobliżu obozu, ale nigdy całkowicie nie porzucił swojego dawnego życia. Wciąż regularnie wyruszał na łowy, jakby nie potrafił albo nie chciał całkowicie zrezygnować z rytmu, który znał wcześniej. W takim domu Kadir dorastała między dwoma bardzo różnymi podejściami do świata. Z jednej strony miała dyscyplinę, wiedzę i systematyczność matki, która potrafiła tłumaczyć rzeczy tak długo, aż przestawały być tajemnicą. Z drugiej strony była obecność ojca, który uczył ją, że nie wszystko da się przewidzieć, zaplanować i rozpisać w logicznych schematach, bo czasem ryba po prostu nie bierze, a pogoda nie ma obowiązku współpracować z czyimkolwiek planem dnia.
To połączenie, jak można się domyślić, stworzyło osobę wyjątkowo analityczną. Kadir szybko zaczęła traktować świat jak problem do rozwiązania, zbiór danych do uporządkowania i zależności do zrozumienia. W Obozie Magów odnalazła się naturalnie, szczególnie w środowisku akademickim, gdzie wiedza była równie ważna jak umiejętność jej zastosowania. Jej talent do magii wody rozwijał się równolegle z potrzebą zrozumienia każdego aspektu sytuacji, w której się znajdowała.
Filius był przypadkiem, o którym w Elorien mówiło się rzadko i raczej półgłosem, nie dlatego, że istniała w tym jakaś tajemnica, ale dlatego, że nie było tu zbyt wiele do opowiadania w sposób, który ludzie lubią opowiadać historie. Nie znał swoich rodziców. Trafił do obozu jako niemowlę. Ktoś go znalazł, ktoś się nim zajął i w ten sposób jego historia po prostu zaczęła się tam, gdzie dla większości innych się kończy — bez wstępu, bez wyjaśnień i bez rodzinnej opowieści o pochodzeniu.
W Obozie Magów takie rzeczy się zdarzały, choć nikt nie traktował ich jako codzienności. Dzieci bez rodzin nie były tu wychowywane inaczej niż pozostałe, przynajmniej w teorii. W praktyce jednak zawsze istnieje subtelna różnica między „wszyscy jesteśmy równi” a rzeczywistością, w której niektórzy mają nazwiska, historię i domy, a inni mają tylko miejsce w dokumentach i łóżko w jednym z budynków opiekuńczych.
Filius wyrósł jednak na osobę, która bardzo szybko przestała być definiowana przez brak pochodzenia. Nie dlatego, że ktoś mu to szczególnie ułatwił, ale dlatego, że sam nie wykazywał zainteresowania tym, by tę lukę wypełniać. Zamiast tego wypełnił ją czymś innym — roślinami, wiedzą i spokojną, niemal wycofaną ciekawością świata.
Magia natury była dla niego czymś więcej niż tylko żywiołem przypisanym w szkolnej klasyfikacji. Traktował ją jak język, który można czytać, jeśli tylko poświęci się wystarczająco dużo czasu na naukę. W przeciwieństwie do wielu innych adeptów nie interesowały go spektakularne efekty ani demonstracje siły. Bardziej fascynowało go to, co rośnie w cieniu, co zmienia się powoli i co większość ludzi ignoruje, bo nie świeci, nie krzyczy i nie eksploduje.
Wychowany w Obozie Magów, ale bez zakorzenienia w konkretnej rodzinie, nauczył się funkcjonować trochę jak sama przyroda, którą tak bardzo podziwiał — spokojnie, cierpliwie i bez potrzeby zajmowania centralnego miejsca w czyjejkolwiek historii. A mimo to, albo właśnie dlatego, często okazywał się obecny w momentach, które inni później uznawali za istotne.
Laeria była ostatnią z tej grupy, a jednocześnie tą, której historia pozornie najbardziej przypominała standardowy schemat życia w tej części Królestwa Elorii, choć jak zwykle diabeł tkwił w szczegółach, a szczegóły — w konsekwencjach.
Urodziła się w niewielkiej osadzie położonej na południe od Obozu Magów, jednej z tych, które istnieją głównie dlatego, że ktoś kiedyś uznał, iż warto być bliżej ważnego miejsca, ale nie na tyle blisko, żeby codziennie słuchać wybuchów eksperymentów i akademickich kłótni. Była środkowym dzieckiem w rodzinie liczącej pięcioro rodzeństwa, co już samo w sobie często oznacza życie spędzone na balansowaniu między byciem zauważonym a byciem zapomnianym, zależnie od tego, jak bardzo akurat ktoś potrzebował uwagi rodziców.
Jej sytuacja rodzinna była jednak dość nietypowa, nawet jak na eloryjskie standardy. Oboje rodziców byli magami, choć reprezentowali dwa różne, rzadko łączone żywioły: ojciec władał powietrzem, matka wodą. W praktyce oznaczało to dom, w którym spokój i zmienność istniały obok siebie w dość osobliwym porządku, a rozmowy potrafiły równie łatwo przechodzić w ciszę, jak i w gwałtowne dyskusje, zależnie od tego, który żywioł akurat dominował w nastroju dnia.
Starsze rodzeństwo Laerii zdążyło już ukończyć Obóz Magów i ruszyć dalej własnymi ścieżkami, co w rodzinach magicznych często oznacza tyle, że stają się oni jednocześnie powodem do dumy i nieustannym punktem odniesienia, którego nie da się łatwo zignorować. Młodsze rodzeństwo natomiast wciąż pozostawało w trakcie nauki, co sprawiało, że dom nigdy tak naprawdę nie przestawał być związany z obozem, nawet jeśli fizycznie znajdował się poza jego granicami.
Laeria dorastała więc w środku tej rodzinnej dynamiki, gdzie oczekiwania były rozciągnięte między osiągnięciami starszych a potencjałem młodszych, a ona sama znajdowała się dokładnie pomiędzy, w miejscu, które rzadko bywa w centrum uwagi. W Obozie Magów, do którego trafiła później, ten wzorzec tylko się utrwalił. Nie wyróżniała się w sposób oczywisty, nie dominowała w grupie, nie narzucała swojej obecności, ale jednocześnie zawsze była gdzieś w pobliżu wydarzeń, jakby nie do końca mogła zdecydować, czy chce być ich częścią, czy tylko obserwatorem.
Wracając więc do teraźniejszości, czyli do powozu toczącego się spokojnie przez bezkres pól Królestwa Elorii, muszę przyznać, że rzadko zdarza się, by los zebrał razem tak różne historie i wsadził je do jednego, dość ciasnego środka transportu. Oczywiście ludzie lubią mówić o „przeznaczeniu”, „znakach” i innych słowach, które brzmią poważnie, dopóki nie zacznie się ich używać zbyt często. Ja natomiast wolę prostszą interpretację: jeśli wystarczająco długo obserwuje się populację w jednym miejscu, prędzej czy później ktoś postanowi ją wysłać w podróż i zobaczyć, co się stanie.
Lucien, który uważa świat za scenę. Zhana, która traktuje go jak zadanie do wykonania. Bram, który udaje, że w ogóle go to nie obchodzi, a potem i tak robi swoje. Kadir, która próbuje zrozumieć, jak wszystko działa, zanim cokolwiek zrobi. Filius, który wolałby, żeby nic nikogo nie zmuszało do przemocy, a najlepiej żeby wszyscy zajęli się roślinami. I Laeria, która wygląda, jakby sama jeszcze nie zdecydowała, czy jest częścią tej historii, czy tylko przypadkowym elementem krajobrazu.
Z zewnątrz mogłoby się to wydawać przypadkowym zbiorem adeptów, którzy po prostu mieli tyle szczęścia, że ukończyli szkołę w tym samym czasie. W rzeczywistości jednak widziałem już wystarczająco dużo takich grup, by wiedzieć, że „przypadek” to bardzo wygodne słowo, którym ludzie opisują rzeczy, których jeszcze nie rozumieją.
Najciekawsze jest jednak to, jak szybko zaczynają na siebie wpływać. Jeszcze kilka godzin temu byli po prostu absolwentami stojącymi na placu obozu, każdy zajęty własnymi myślami, rodzinami i oczekiwaniami. Teraz natomiast siedzą razem w jednym powozie, dzielą tę samą drogę, ten sam kurz i ten sam rytm końskich kroków. I nawet jeśli jeszcze tego nie zauważają, już zaczynają się do siebie dopasowywać.
Lucien mówi więcej, niż powinien. Zhana słucha, ale już zaczyna go korygować. Bram komentuje tylko wtedy, gdy uzna, że warto, co w jego przypadku oznacza „rzadziej niż ktokolwiek by chciał”. Kadir analizuje wszystko, co powiedziane, jakby każde zdanie mogło stać się częścią większego równania. Filius obserwuje bardziej świat za oknem niż samą grupę, ale robi to z takim spokojem, że trudno go nie brać pod uwagę. A Laeria… Laeria nadal sprawia wrażenie, jakby była o pół kroku obok reszty, nawet jeśli fizycznie siedzi dokładnie pośrodku.
Droga wciąż biegła na północ, łagodnie wspinając się i opadając między polami, aż w pewnym momencie krajobraz zaczął się delikatnie zmieniać. Zabudowania stały się rzadsze, ale za to bardziej wyraźne, jakby ktoś uznał, że w tym miejscu podróżni powinni zacząć myśleć o odpoczynku, zanim jeszcze zdążą się do końca zmęczyć. I rzeczywiście, po jakimś czasie na horyzoncie pojawiła się karczma. Nie była to budowla szczególnie imponująca, ale też nikt w Królestwie Elorii nie oczekiwał od karczm, że będą imponujące. Miały stać przy drodze, oferować jedzenie, nocleg i względnie niezatrute jedzenie, a wszystko ponad to było traktowane jako miły dodatek, nie standard. Ta konkretna wyglądała na solidną, wielokrotnie naprawianą i równie wielokrotnie rozbudowywaną, jakby przez lata ktoś konsekwentnie dokładał do niej kolejne pomysły bez większego planu architektonicznego. Z komina unosił się dym, a przed wejściem stało już kilka wozów i podróżnych, co w praktyce oznaczało, że miejsce żyło i miało się dobrze.
Pierwszy zauważył ją Bram, co w jego przypadku było równie nieuniknione jak fakt, że ogień jest gorący. Podniósł głowę, zmrużył oczy i przez chwilę wpatrywał się w budynek z wyraźnym zainteresowaniem, które natychmiast zastąpiło wcześniejsze pozory obojętności. Gdy tylko upewnił się, że to nie złudzenie, na jego twarzy pojawił się wyraz człowieka, który właśnie otrzymał odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadał, ale już zdążył uznać za ważne.
— Karczma — mruknął, jakby sam fakt jej istnienia był godny odnotowania w kronikach.
Lucien oczywiście zareagował niemal natychmiast, bo trudno oczekiwać od niego, by ignorował cokolwiek, co mogło stać się „momentem przygody”. Zhana spojrzała na drogę, potem na mapę, jakby próbowała ustalić, czy karczma znajduje się w planie, czy jest odstępstwem od planu. Kadir już zaczęła kalkulować czas postoju, Filius zainteresował się roślinami rosnącymi przy przydrożnym budynku, a Laeria po prostu obserwowała, jak miejsce powoli staje się realne, zamiast być tylko punktem na horyzoncie.
Ja natomiast mogłem jedynie zauważyć, że pierwsze przystanki zawsze wyglądają niewinnie. Ludzie myślą wtedy o jedzeniu, odpoczynku i krótkiej przerwie w podróży. Nikt jeszcze nie zastanawia się nad tym, kogo można spotkać w takim miejscu, co może się wydarzyć i jak szybko „krótki postój” potrafi zamienić się w coś znacznie bardziej interesującego niż ktokolwiek planował. Powóz zaczął zwalniać, koła zgrzytnęły lekko na nierównej drodze. Bram wyglądał na wyraźnie pogodniejszego niż jeszcze kilka chwil wcześniej, co w jego przypadku było najlepszym dowodem na to, że świat jednak potrafi oferować drobne przyjemności bez nadmiernego wysiłku. Reszta grupy przyjęła perspektywę postoju z różnym stopniem zainteresowania, ale nikt nie protestował.
Komentarze (1)
Chciałam przeczytać, ale mi się nie chce.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania