Kroniki Elorien - Prolog
Nigdy nie przypuszczałem, że największym ciężarem okaże się nie samotność, lecz nuda. Samotność jest czymś, do czego można się przyzwyczaić. Przynajmniej ja potrafiłem. Moja obecna sytuacja nie sprzyja kontaktom międzyludzkim, ale prawdę mówiąc, nigdy szczególnie mi to nie przeszkadzało. Nie należałem do ludzi, którzy potrzebują tłumów, rozmów czy ciągłego towarzystwa. Większość osób męczyła mnie bardziej, niż ich brak. Nuda była jednak przeciwnikiem zupełnie innego rodzaju. Nie atakowała nagle. Nie przychodziła z hukiem ani nie wywoływała gwałtownych emocji. Działała powoli, dzień po dniu wysysając sens z kolejnych godzin. Najpierw odbierała zainteresowanie drobnymi rzeczami, później zacierała różnice między dniami, aż w końcu wszystkie poranki, popołudnia i wieczory zaczynały przypominać siebie nawzajem. Człowiek budził się, wykonywał te same czynności i zasypiał z poczuciem, że przeżył dokładnie ten sam dzień po raz kolejny.
Paradoksalnie otoczenie, w którym obecnie przebywałem, wcale nie było nudne. Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Obóz Magów, który na mapach oznaczony był jako niewielkie miasteczko o nazwie Elorien, pełen był dziwnych i niezwykłych zdarzeń. W jednej części miasta można było zobaczyć uczniów próbujących okiełznać żywioły, podczas gdy po drugiej stronie ulicy doświadczeni czarodzieje eksperymentowali z zaklęciami, których działania nie rozumieli nawet ich twórcy. Zdarzały się dni, gdy niebo przybierało nienaturalne kolory, a fontanny płynęły pod prąd tylko dlatego, że jakiś ambitny adept postanowił sprawdzić teorię swojego mistrza.
Na początku wszystko to wydawało mi się fascynujące. Po pewnym czasie jednak nawet najbardziej niezwykłe zjawiska zaczęły się powtarzać. Człowiek potrafi przywyknąć do wszystkiego. Nawet do magii. A może szczególnie do niej.
Kiedyś magia była czymś wyjątkowym. W czasach mojego dzieciństwa osoby władające żywiołami lub posługujące się zaklęciami stanowiły rzadkość. Mag był kimś, o kim opowiadało się historie. Kimś, kogo większość ludzi znała wyłącznie z opowieści podróżników i kupców przemierzających królestwo. Przyjazd maga do małego miasteczka był wydarzeniem, o którym mówiło się przez lata.
Pamiętam dokładnie dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jednego z nich. Miałem wtedy może dziewięć albo dziesięć lat. W mojej rodzinnej miejscowości od kilku tygodni nie spadła ani kropla deszczu. Ziemia pękała od suszy, studnie stopniowo się opróżniały, a rolnicy każdego dnia coraz głośniej wyrażali swoje obawy o plony. W końcu starszyzna zdecydowała się napisać list do Zakonu Magów Królestwa Elorii. Niewielu wierzyło, że otrzymamy odpowiedź. Jeszcze mniej wierzyło, że ktokolwiek rzeczywiście przyjedzie. Mimo to list wysłano. Minął tydzień. Potem drugi. Ludzie zaczęli zakładać, że prośba została zignorowana.
Aż pewnego dnia, dokładnie w południe, na głównym trakcie pojawił się podróżny odziany w ciemnoniebieski płaszcz. Nazywał się Xirion. Był magiem żywiołu wody. Pamiętam, że nie wyglądał szczególnie imponująco. Nie miał złotej korony ani świecącej laski, jak bohaterowie opowieści. Był zwyczajnym człowiekiem z twarzą zmęczoną podróżą. A jednak gdy tylko przekroczył bramę miasta, wydarzyło się coś niezwykłego. Niebo, które od wielu tygodni pozostawało bezchmurne, zaczęło się zasnuwać ciemnymi chmurami. Najpierw pojawił się wiatr. Potem pojedyncze krople. Wreszcie deszcz. Prawdziwy, obfity deszcz.
Ludzie wybiegali z domów i stali na ulicach, moknąc do suchej nitki. Niektórzy śmiali się, inni płakali ze szczęścia. Dzieci tańczyły w błocie, a starsi patrzyli w niebo z niedowierzaniem. Ja również tam stałem. I choć od tamtego dnia minęło wiele lat, nadal pamiętałem dźwięk pierwszych kropli uderzających o wysuszoną ziemię. Wtedy magia wydawała mi się czymś wielkim. Czymś niemal boskim.
Dzisiaj trudno mi odzyskać tamto uczucie. W samym Elorien mieszkało kilkuset magów. Obserwowałem ich codziennie. Przechadzali się po ulicach, siedzieli w karczmach, wykłócali się na targowiskach i narzekali na pogodę jak zwykli ludzie. Magia przestała być cudem. Stała się narzędziem. Ludzie, którzy kiedyś bali się wszystkiego, co magiczne, teraz wykorzystywali magów do rozwiązywania najdrobniejszych problemów. Zaklęcia służyły do przenoszenia towarów, podgrzewania posiłków, oczyszczania studni czy naprawiania uszkodzonych dachów. Wygodne. Praktyczne. Pozbawione tajemnicy.
Przybywając do Elorien, miałem nadzieję, że to miejsce przypomni mi, dlaczego niegdyś uważałem magię za coś niezwykłego. Liczyłem, że wśród setek czarodziejów odnajdę choć odrobinę dawnego zachwytu. Na razie jednak znajdowałem jedynie kolejne dowody na to, że nawet największy cud, oglądany codziennie, prędzej czy później staje się zwyczajnością. A zwyczajność była najwierniejszym sprzymierzeńcem nudy.
W Obozie mieszkałem już od kilku lat. Dla większości ludzi byłby to wystarczająco długi czas, by poznać wszystkie ulice, zapamiętać twarze mieszkańców i znaleźć swoje miejsce pośród społeczności. W moim przypadku wyglądało to nieco inaczej. Byłem tutaj każdego dnia, a jednocześnie nie byłem częścią tego miejsca. Jak już wspominałem, moja sytuacja skutecznie ograniczała kontakty z ludźmi. Co to za sytuacja? Cóż... ukrywam się. Dlaczego? Mam swoje powody. Na tym zakończmy wyjaśnienia. Nie dlatego, że chcę robić z tego tajemnicę dla samej tajemnicy. Po prostu są sprawy, które łatwiej pozostawić niewypowiedziane. Zwłaszcza kiedy człowiek przez lata przyzwyczaił się do milczenia bardziej niż do rozmowy.
Można natomiast zadać inne pytanie. Dlaczego wybrałem właśnie Elorien? Przecież jeśli istnieje miejsce, w którym ukrywanie się wydaje się szczególnie nierozsądnym pomysłem, to powinno nim być miasto pełne magów. Ludzi potrafiących dostrzegać rzeczy niedostępne zwykłym oczom, wyczuwać obecność innych istot i manipulować siłami, których większość świata nawet nie rozumie. A jednak właśnie tutaj postanowiłem się schronić.
Powodów było kilka. Pierwszy był dość prosty. Chciałem odzyskać fascynację magią. Przybywając do Elorien, wyobrażałem sobie, że każdego dnia będę odkrywał coś nowego. Że tajemnice tego miejsca przypomną mi dziecięcy zachwyt, który poczułem, obserwując deszcz sprowadzony przez Xiriona. Liczyłem na cuda. Jak dotąd otrzymałem głównie rutynę. Drugim powodem było bezpieczeństwo. To może brzmieć paradoksalnie, ale tłum jest najlepszą kryjówką. W miejscu pełnym magów każdy skupiał się na własnych badaniach, eksperymentach i problemach. Ludzie przychodzili i odchodzili. Uczniowie kończyli naukę, nowi adepci zajmowali ich miejsce. Twarze zmieniały się nieustannie. Nikt nie zwracał uwagi na coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. A trzecim powodem byłem ja sam. Posiadam pewne umiejętności, które znacząco ułatwiają pozostawanie niezauważonym. Na szczęście nie muszę ich teraz opisywać. Wystarczy powiedzieć, że przez wszystkie te lata żaden z mieszkańców Obozu nie odkrył mojej obecności.
Moim domem stała się piwnica znajdująca się pod biblioteką. Nie była szczególnie wygodna. Kamienne ściany przez większość roku pozostawały chłodne, a wilgoć potrafiła przeniknąć nawet przez najgrubszy koc. Mimo to miejsce miało swoje zalety. Było ciche, ukryte i wystarczająco przestronne, by pomieścić wszystko, czego potrzebowałem. Przez cały ten czas zdążyłem się też w pewien sposób zżyć z tutejszą społecznością, mimo że z nikim nie zamieniłem ani jednego słowa.
Pomyślałem, że sposobem na zabicie nudy będzie pisanie kroniki. Przez długi czas nie wiedziałem jednak, jak się za to zabrać. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, od czego właściwie zacząć. Dawniej podobne problemy mnie nie dotyczyły. Wystarczyło dyktować. Zawsze znalazł się jakiś skryba o prostych plecach, cierpliwej dłoni i charakterze na tyle pokornym, by godzinami kreślić moje słowa na pergaminie. Ja mówiłem, oni pisali. Tak wyglądał porządek rzeczy przez całe stulecia. Teraz zostałem sam z piórem, atramentem i własnymi myślami. Nie pomagał również fakt, że w Obozie Magów od miesięcy nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Dni mijały leniwie, jeden podobny do drugiego. Uczniowie kłócili się o drobiazgi, mistrzowie wygłaszali te same przemowy, a strażnicy pełnili swoje warty z taką samą gorliwością, z jaką zasypiali na nich ich poprzednicy. Gdy żyje się dostatecznie długo, nawet niezwykłość potrafi stać się rutyną.
Aż w końcu wydarzyło się coś, co wzbudziło moją ciekawość. Historia, którą zamierzam opisać, nie zaczęła się jednak w murach obozu ani pośród ludzi, których dziś obserwuję. Jej początek leży znacznie dalej — na północy, gdzie szczyty Srebrzystych Gór rozdzierają chmury, a wiatr śpiewa między skałami pieśni starsze od ludzkich królestw. Znajduje się tam wiele starych twierdz obronnych, z których obecnie niewiele jest wykorzystywane. A jedna z nich ma dla magów dosyć spore znaczenie.
Srebrzyste Góry nie należały do krain, które witały przybyszów z otwartymi ramionami. Ich szczyty przez większą część roku spowijały ciężkie, popielate chmury, a nawet latem na najwyższych graniach zalegały płaty starego śniegu, lśniące w słońcu niczym rozrzucone odłamki srebra, od których wzięła się nazwa całego pasma. Strome zbocza porastały ciemne lasy świerkowe i sosnowe, tak gęste, że z góry wyglądały jak nieruchome morze czerni. Niżej wiły się wąskie ścieżki wydeptane przez kupców, zwiadowców i wojska, przecinając skaliste urwiska oraz rwące potoki, których lodowata woda niosła ze sobą huk słyszalny z wielu mil. Wiatr niemal nigdy tam nie ustawał. Uderzał o skały, świszczał pomiędzy przełęczami i niósł ze sobą zapach mokrego kamienia, żywicy oraz śniegu. Była to kraina surowa, piękna i bezlitosna zarazem — taka, która nagradzała ostrożnych, lecz nie wybaczała najmniejszego błędu.
Wspomniana twierdza wznosiła się na samotnym skalnym występie górującym nad wąską doliną. Jej budowniczowie doskonale wiedzieli, co robią. Z trzech stron chroniły ją niemal pionowe urwiska, a jedyne podejście prowadziło wąską serpentyną, na której kilkunastu obrońców mogło zatrzymać całą armię. Mury wykuto z jasnoszarego granitu wydobywanego z pobliskich kamieniołomów. Nie były ozdobne. Każdy blok kamienia miał służyć wyłącznie jednemu celowi — przetrwać oblężenie. Nad murami górowały cztery masywne baszty obserwacyjne z wąskimi otworami strzelniczymi, z których łucznicy mogli razić napastników niemal z każdej strony. Wewnętrzny dziedziniec otaczały koszary, stajnie, kuźnia, spichlerze oraz główny budynek dowództwa z wysoką wieżą sygnałową. W dzień powiewały na niej sztandary widoczne z odległych przełęczy, nocą zaś rozpalano ogniska przekazujące wiadomości kolejnym twierdzom rozsianym po górach. Nie było w niej nic wytwornego. Patrząc na nią z oddali, można było odnieść wrażenie, że sama góra wyrosła w kształt fortecy, a ludzie jedynie wygładzili kamień i dodali bramy.
Jednak ta twierdza różniła się od pozostałych strażnic rozsianych po Srebrzystych Górach. Nie strzegła granicy. Nie pilnowała szlaku handlowego ani królewskich kopalń. Jej prawdziwe zadanie znajdowało się głęboko pod ziemią, tam, gdzie światło nigdy nie docierało. W najniższych lochach, wykutych znacznie głębiej niż fundamenty samych murów, spoczywał Portal. Tak, właśnie przez wielkie „P”. Nie bez powodu. W dawnych czasach istniało wiele podobnych przejść, rozsianych po całym świecie niczym blizny pozostawione po wydarzeniach, o których współczesnym uczonym wygodniej było milczeć. Każde z nich prowadziło do tej samej krainy — miejsca, którego nawet najodważniejsi magowie nie nazywali inaczej niż Krainą Demonów. Dzisiaj pozostało ich zaledwie kilka. Większość zniszczono, część zapadła się wraz z miastami, które je otaczały, a te, których zniszczyć nie sposób było, zamknięto na tyle szczelnie, na ile pozwalała magia. Ten portal należał właśnie do tej ostatniej grupy. Od zakończenia Wojny Demonów minęły całe stulecia. Pokolenia zdążyły zamienić wspomnienia w legendy, legendy w bajki, a bajki w opowieści mające jedynie straszyć dzieci przed snem. Tylko nieliczni wiedzieli, że wojna naprawdę miała miejsce. Jeszcze mniej zdawało sobie sprawę, że jej zakończenie nie oznaczało ostatecznego zwycięstwa. Portali nie dało się unicestwić. Można je było jedynie zamknąć. A zaklęcia, nawet najpotężniejsze, wymagają strażników. Dlatego w murach twierdzy stacjonowali nie tylko rycerze, kusznicy i zwiadowcy, lecz również magowie. Ich obowiązki różniły się od obowiązków żołnierzy. Nie patrolowali murów ani nie ćwiczyli szyków bojowych. Każdego dnia schodzili do lochów, odnawiali pieczęcie, wzmacniali runy wyryte w kamieniu i sprawdzali, czy pradawne więzienie nadal pozostaje nienaruszone. Dla większości mieszkańców fortecy była to rutyna, niemal ceremonialny obowiązek. W końcu od setek lat nic się nie wydarzyło. Portal pozostawał nieruchomy, cichy i posłuszny zaklęciom, jakby sam pogodził się z losem. Ludzie mają jednak dziwną skłonność do uznawania wielowiekowego spokoju za dowód całkowitego bezpieczeństwa. Z mojego doświadczenia wynika, że właśnie wtedy historia lubi przypominać o swoim istnieniu.
Tego, co wydarzyło się tamtej nocy, nie widziałem na własne oczy. Dowiedziałem się
o wszystkim znacznie później — najpierw z urywanych opowieści ocalałych, potem
z oficjalnego raportu przesłanego do obozu magów. Dokument był, rzecz jasna, suchy
i pozbawiony życia. Daty, nazwiska, liczby poległych, przypuszczenia. Ludzie mają dziwną potrzebę zamykania największych tragedii w kilku starannie zapisanych stronach pergaminu. Dlatego pozwolę sobie uzupełnić tę historię o to, czego raport nie zawierał. O odgłos wiatru,
o ciężar ciszy i o wyobrażenie wydarzeń. Widziałem przez osiem wieków zbyt wiele podobnych nocy, by moje domysły znacząco minęły się z prawdą.
Noc była wyjątkowo ciemna. Księżyc skrył się za grubą warstwą chmur, a jedynym światłem pozostawały pojedyncze pochodnie migoczące na murach twierdzy. Wiatr niósł chłód z wyższych partii gór, poruszając koronami świerków i zagłuszając drobniejsze dźwięki. Wydawało się, że sama kraina zapadła w niespokojny sen. Właśnie wtedy, gdzieś na granicy światła i mroku, pojawiła się postać. Nie da się powiedzieć, że wyszła z lasu. Bardziej przypominała fragment cienia, który oderwał się od pni drzew i postanowił obrać własny kierunek. Sylwetka była wysoka i szczupła, spowita ciemnym płaszczem, którego fałdy zdawały się pochłaniać nikłe światło pochodni, zamiast je odbijać. Każdy krok stawiała z niewymuszoną pewnością, lecz nie poruszała się jak człowiek przedzierający się przez górskie ścieżki. Nie słychać było skrzypienia żwiru, trzasku gałęzi ani szelestu materiału. Jakby sama ziemia uznała, że nie wypada zdradzać jej obecności.
Strażnicy na murach niczego nie zauważyli. To akurat mnie nie zdziwiło. Istnieją istoty, których nie ukrywa ciemność. One po prostu nie pozwalają się dostrzec. Człowiek może patrzeć dokładnie w ich stronę i zobaczyć jedynie pustą ścieżkę, poruszające się gałęzie albo cień rzucany przez skałę. Umysł sam znajduje rozsądniejsze wyjaśnienie, bo prawdziwe wydaje się zbyt niepokojące. Nie wiem, czy była to magia, czy coś znacznie starszego od magii. Wiem jedynie, że wszyscy strażnicy tej nocy patrzyli tam, gdzie powinni. I wszyscy byli przekonani, że nikogo tam nie ma. A postać szła dalej. Spokojnie. Bez pośpiechu. Jak ktoś, kto od początku wiedział, że tej nocy nikt nie stanie mu na drodze.
Pierwszy strażnik zginął, nie zdając sobie sprawy, że nie jest już sam. Stał oparty
o blanki i wpatrywał się w ciemność, próbując przebić wzrokiem górski las. Według raportu znaleziono go dopiero nad ranem. Bez śladów walki. Bez krzyku, który postawiłby twierdzę na nogi. Można jedynie przypuszczać, że cień stojący za jego plecami nie był cieniem muru. Że na krótką chwilę mrok nabrał kształtu dłoni, a potem równie szybko rozpłynął się w nocnym powietrzu.
Postać nie wspinała się po murach. Przynajmniej nie w sposób, jaki rozumieją to ludzie. Tam, gdzie padał cień skały, była już o kilka kroków wyżej. Tam, gdzie światło pochodni zostawiało ciemniejszy pas między blankami, pojawiała się ponownie. Jakby nie poruszała się po kamieniu, lecz pomiędzy samymi cieniami. Gdy kolejny wartownik odwrócił głowę, dostrzegł jedynie krótkie poruszenie mroku. Zdążył sięgnąć po róg alarmowy, lecz z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Chwilę później na murze znów panowała cisza. Alarm rozległ się dopiero wtedy, gdy napastnik był już wewnątrz twierdzy. Brama pozostała zamknięta. Rygle nie zostały naruszone. Żaden zamek nie nosił śladów wyłamania. A jednak cienista sylwetka znalazła się po drugiej stronie murów. Jedni twierdzili, że przeniknęła przez cień rzucany przez wieżę. Inni przysięgali, że na kilka uderzeń serca dosłownie rozpłynęła się w ciemności, by pojawić się kilkadziesiąt kroków dalej. Raport nie rozstrzygał tej kwestii. Zawierał jedynie jedno zdanie: "Sposób wtargnięcia pozostaje nieznany." Czasem to najbardziej niepokojące wyjaśnienie.
Na dziedzińcu czekali już rycerze. Byli dobrze wyszkoleni. Tarcze utworzyły zwarty mur, włócznie wysunęły się naprzód, a kusznicy zajęli pozycje na krużgankach. Każda twierdza marzy o chwili, w której jej obrońcy zadziałają dokładnie tak, jak ich uczono. Nie miało to żadnego znaczenia. Cień wpłynął między nich niczym czarna woda wpływająca w szczeliny skały. Mrok wirował wokół jego sylwetki, wydłużając się i kurcząc, jakby żył własnym życiem. Ostrza przecinały jedynie pustkę, włócznie trafiały w miejsce, gdzie sekundę wcześniej ktoś stał. Napastnik nie odpowiadał brutalną siłą. Wystarczał jeden gest dłoni, a cień pod stopami żołnierza gwałtownie gęstniał, oplatając nogi niczym czarne więzy. Kolejny ruch sprawiał, że pochodnie gasły jedna po drugiej, a wraz z ich światłem znikała odwaga wielu ludzi.
Wtedy wkroczyli magowie. Z balkonów i schodów posypały się błękitne błyskawice, świetliste włócznie i kręgi runiczne rozżarzające kamień. Powietrze wypełniło się zapachem ozonu oraz drżącą energią zaklęć. Przez krótką chwilę wydawało się nawet, że napastnik został otoczony. Lecz światło nie rozpraszało mroku. Przeciwnie. Każdy błysk rzucał nowe cienie.
A każdy nowy cień zdawał się wzmacniać przybysza. Czarne smugi uniosły się z ziemi niczym dym i zatańczyły wokół jego sylwetki. Jedne pochłaniały lecące zaklęcia, inne rozbijały magiczne bariery, jakby były kruche niczym szkło. Starszy z magów spróbował zamknąć napastnika w kręgu pieczętującym, lecz runy zgasły, zanim zdołały się domknąć. Jakby sama magia odmawiała posłuszeństwa w obecności tej istoty. Dopiero wtedy obrońcy zrozumieli coś, co powinni byli pojąć znacznie wcześniej. To nie oni bronili twierdzy przed intruzem. To intruz pozwalał im jeszcze żyć. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Mijał kolejne korytarze, schodził spiralnymi schodami coraz niżej, jak człowiek doskonale znający drogę. Nie interesowały go skarbce, arsenały ani komnaty dowódcy. Wszystko wskazywało na to, że od samego początku zmierzał tylko do jednego miejsca. Do lochów. Do Portalu.
Najniższe lochy twierdzy bardziej przypominały świątynię niż więzienie. Powietrze było tam ciężkie od magii, chłodne i nieruchome. Ściany pokrywały tysiące run wyrytych przez pokolenia zaklinaczy. Jedne lśniły bladym błękitem, inne ledwie żarzyły się pod warstwą kurzu. Wszystkie tworzyły jeden ogromny splot zaklęć, którego jedynym zadaniem było podtrzymywanie pieczęci. Przed wejściem czekała ostatnia straż. Nie byli to zwykli żołnierze. Wybrano ich spośród najlepszych, a każdy z nich wiedział, czego naprawdę strzeże. Obok nich stali magowie pieczęci — starcy i kobiety, którzy większą część życia poświęcili jednemu zaklęciu. Nie ćwiczyli sztuk walki. Nie potrzebowali tego. Ich bronią były symbole wyryte na kamieniu i słowa starsze od większości królestw. To oni stawili największy opór. Przez kilka długich chwil lochy rozświetlały błyski zaklęć. Kamienne kolumny drżały od uderzeń magicznej energii, runy rozżarzały się do białości, a powietrze falowało jak nad rozpalonym paleniskiem. Cień napastnika po raz pierwszy zatrzymał się w miejscu. Nie dlatego, że musiał. Raczej dlatego, że uznał przeciwników za godnych choćby odrobiny uwagi. Mrok zgęstniał. Nie przypominał już cienia rzucanego przez pochodnie. Stał się czymś niemal materialnym. Czarne smugi oplatały filary, wpełzały między wyryte runy i powoli, cierpliwie, niczym korzenie rozsadzały ich magiczną strukturę. Każde wypowiedziane przez magów zaklęcie spotykało się z krótkim gestem dłoni przybysza. A potem gasło. Jeden z pieczętników padł na kolana z wyczerpania. Drugi próbował własnym ciałem osłonić centralny krąg runiczny. Trzeci zdążył jeszcze wykrzyczeć rozkaz odwrotu.
Było za późno. Napastnik stanął przed Portalem. Sam Portal nie przypominał drzwi ani bramy. Był ogromnym kamiennym kręgiem, wysokim na kilka ludzkich wzrostów, wykutym z czarnego minerału, który zdawał się pochłaniać światło. W jego wnętrzu panowała jedynie nieruchoma ciemność, tak głęboka, że trudno było uwierzyć, iż patrzy się na zwykły kamień. Wokół kręgu wiły się srebrzyste łańcuchy zaklęć, a dziesiątki pieczęci pulsowały spokojnym rytmem, niczym serce pogrążone we śnie. Przybysz nie próbował ich zniszczyć siłą. Dotykał ich. Jednej po drugiej. Jak ktoś, kto zna ich budowę równie dobrze jak ich twórcy. Każde muśnięcie sprawiało, że kolejny symbol gasł. Srebrzyste światło bledło, runy pękały z cichym trzaskiem, a ciężar magii unoszący się w lochach stawał się coraz lżejszy. Gdy ostatnia pieczęć zniknęła, postać rozłożyła ramiona i rozpoczęła rytuał w języku, którego nie odnotowano w żadnym raporcie. Ocalałym świadkom pozostały jedynie urywki dźwięków — chropowatych, nienaturalnych, sprawiających wrażenie bardziej odczuwanych niż słyszanych. Portal odpowiedział. Najpierw delikatnym drżeniem. Potem wnętrze kamiennego kręgu poruszyło się niczym tafla czarnej wody. A chwilę później ciemność... otworzyła się.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nie potrafił wyjaśnić żaden z późniejszych badaczy. Napastnik nie zrobił ani kroku naprzód. Nie czekał. Nie próbował wykorzystać otwartego przejścia. Odwrócił się i odszedł. Spokojnie, bez cienia pośpiechu, jak ktoś, kto wykonał zadanie dokładnie takie, jakie sobie wyznaczył. Musiał wiedzieć, że otwarcie Portalu nie potrwa długo. Że alarm zdążył już opuścić mury twierdzy. Że z innych strażnic i
z najbliższych siedzib zakonów nadciągają magowie zdolni odnowić pieczęcie. Musiał również wiedzieć, że w ciągu zaledwie kilku godzin przez przejście zdoła przedostać się jedynie garstka istot. Najwyraźniej właśnie o to mu chodziło.
Według raportu pierwsze posiłki dotarły przed świtem. Magowie pracowali bez przerwy, odnawiając zniszczone runy i splatając nowe pieczęcie na miejscu starych. Kosztowało ich to wiele istnień i niemal całą dobę nieustannego wysiłku, lecz ostatecznie Portal znów został zamknięty. Misję uznano za zakończoną. Tak przynajmniej zapisano w oficjalnych dokumentach. Problem polegał na tym, że nikt nie potrafił odpowiedzieć na jedno, pozornie proste pytanie. Co zdążyło przejść na drugą stronę, zanim Portal zamknięto ponownie? Na to pytanie raport nie udzielał odpowiedzi. A czas miał pokazać, że właśnie ten brak odpowiedzi okaże się najgroźniejszy ze wszystkich.
Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy poznałem przebieg tych wydarzeń, moja reakcja nie należała do przesadnie współczujących. Trudno litować się nad twierdzą, której zadaniem było pilnowanie jednego z najniebezpieczniejszych miejsc w Elorii, a która pozwoliła pojedynczemu napastnikowi przejść przez swoje mury niemal spacerem. Owszem, przeciwnik najwyraźniej dysponował mocą, z jaką niewielu mogło się mierzyć. Mimo wszystko od strażników Portalu oczekiwałbym czegoś więcej niż heroicznej porażki. Przez osiemset lat widziałem twierdze zdobywane przez armie, smoki i głupotę własnych dowódców. Ta padła od jednego cienia. To osiągnięcie samo w sobie.
Znacznie bardziej od samego ataku zastanawiała mnie jednak jego logika. Po co otwierać Portal tylko na kilka godzin? Po co ryzykować tak wiele, skoro wiadomo było, że prędzej czy później przybędą magowie zdolni odnowić pieczęcie? Jeżeli zamiarem było wypuszczenie armii demonów, plan był niedorzeczny. Jeżeli chodziło o uwolnienie jednej konkretnej istoty, należało poczekać przy przejściu. Tymczasem napastnik odszedł, jakby osiągnął dokładnie to, czego oczekiwał. Im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że otwarcie Portalu nie było celem. Było jedynie środkiem do osiągnięcia czegoś znacznie ważniejszego. Problem polegał na tym, że nie potrafiłem odgadnąć czego.
Raport dotarł do obozu mniej więcej tydzień po wydarzeniach. Pamiętam dzień,
w którym przyniesiono zapieczętowany tubus do sali narad. Starszyzna zebrała się jak dla mnie trochę zbyt ospale, a dokument trafił wyłącznie w ręce tych, którzy od lat decydowali
o najważniejszych sprawach Obozu. Na szczęście tajemnice mają to do siebie, że istnieją tylko dla ludzi przekonanych, iż nikt ich nie obserwuje. Dzięki... pewnym umiejętnościom... przeczytałem raport jeszcze tej samej nocy. Nie znalazłem w nim niczego ponad to, co już opisałem. Same fakty. Żadnych odpowiedzi. Dlatego postanowiłem poszukać ich sam. Przez następne dni opuściłem obóz kilkukrotnie. Odwiedzałem okoliczne trakty, wsie, gospody
i miejsca, przez które zwykle przepływają plotki szybciej niż kupieckie wozy. Słuchałem rozmów podróżnych, obserwowałem posłańców, zaglądałem tam, gdzie nikt nie spodziewał się niewidzialnego słuchacza. Gdyby jakaś dziwna istota przedostała się z gór i zaczęła siać spustoszenie, wieści dotarłyby do ludzi błyskawicznie. Nie dotarły. To właśnie było najbardziej niepokojące.
Ostatecznie starszyzna podjęła decyzję, która z jednej strony wydawała się rozsądna, z drugiej zaś — niebezpiecznie bierna. Postanowiono czekać. Dopóki gdzieś w królestwie nie pojawią się doniesienia o stworzeniach, których nie powinno być na tym świecie, Elorien miał jedynie zachować czujność. Zwiększono liczbę patroli, wysłano kilku obserwatorów na główne trakty i poinformowano zaprzyjaźnione twierdze, by zgłaszały każde niewyjaśnione zdarzenie.
Historia wielokrotnie nauczyła mnie, że zło bardzo rzadko ogłasza swoje przybycie. Zazwyczaj pozwala ludziom uwierzyć, że nic się nie dzieje. Aż do chwili, gdy jest już zdecydowanie za późno.
Komentarze (1)
całkiem solidnie. Najciekawszy jest chyba główny bohater. A pan/pani autor jakoś się nazywa? Bo ten nick to taki bardzo bezoosobowy xd
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania