Kroniki Elorien - Rozdział 8
Wjazd na dziedziniec twierdzy był dla młodych magów pierwszym prawdziwym zetknięciem się z miejscem, które przez stulecia pełniło rolę strażnika jednego z ostatnich istniejących Portali Demonów. Już od pierwszych chwil można było odczuć, że nie jest to zwyczajny garnizon.
Dziedziniec był rozległy, wybrukowany nierównymi kamiennymi płytami, wygładzonymi przez setki lat użytkowania. Po jednej stronie znajdowały się stajnie i niewielkie magazyny, po drugiej kuźnia, z której mimo późnej pory dochodził rytmiczny dźwięk młota uderzającego o metal. Wzdłuż murów rozmieszczono budynki mieszkalne dla żołnierzy, warsztaty oraz niewielkie obiekty przeznaczone dla stacjonujących tu magów. Wysoko ponad nimi górowały wieże obserwacyjne, na których płonęły pochodnie, rzucając migoczące światło na granitowe ściany.
Panował tu porządek. Nie przesadny, niemal ceremonialny porządek znany z królewskich pałaców, ale praktyczny, wojskowy ład ludzi, którzy wiedzą, że najmniejszy błąd może kiedyś kosztować czyjeś życie.
Przy powozie pojawiło się dwóch żołnierzy ubranych w ciemnoszare płaszcze narzucone na kolczugi.
– Powóz możecie zostawić przy stajni – powiedział jeden z nich. – Bagaże zostaną wam dostarczone do kwater.
– To bardzo miło z waszej strony – odparł Bram, zeskakując z wozu. – Już zaczynam lubić to miejsce.
– Jeszcze nic nie widziałeś – mruknęła Zhana.
– Właśnie dlatego jestem pełen optymizmu.
Filius ostrożnie pomógł Demonkowi zeskoczyć na ziemię. Małe stworzenie rozejrzało się wokół z zaciekawieniem i wydało krótkie, zadowolone kwaknięcie.
– Nie zachowuj się zbyt głośno – powiedział do niego Filius. – Musimy zrobić dobre wrażenie.
– Kłak.
– To nie było przekonujące.
Żołnierze spojrzeli na siebie, ale najwyraźniej uznali, że przyjazd absolwentów Obozu Magów sam w sobie jest wystarczająco nietypowym wydarzeniem i nie warto dodatkowo komentować obecności małego demona.
Poprowadzono ich przez dziedziniec ku głównemu budynkowi dowództwa. Był to masywny, trzypiętrowy gmach wykonany z tego samego jasnoszarego granitu co reszta twierdzy. Wnętrze było surowe, ale zadbane. Kamienne ściany ozdobiono jedynie kilkoma sztandarami, starymi mapami oraz tablicami przedstawiającymi rozkład posterunków.
Po chwili znaleźli się w przestronnej sali, której centralną część zajmował duży drewniany stół zastawiony mapami, raportami i świecami.
Przy nim stał człowiek, który bez wątpienia musiał być kapitanem twierdzy. Był już stary. Naprawdę stary. Nie w tym sensie, w jakim dwudziestolatkowie określają mianem starości każdego po pięćdziesiątce. Był stary nawet według standardów magów. Miał długie siwe włosy związane z tyłu głowy i starannie przystrzyżoną brodę, której końcówki przybrały niemal srebrzysty kolor. Jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, ale oczy pozostawały niezwykle żywe i uważne. Jasne, niemal złotawe tęczówki zdradzały powinowactwo z magią światła. Nosił prostą, jasną szatę z wyszytym na piersi symbolem promienistego słońca, częściowo zakrytą skórzanym pancerzem. Przy pasie wisiał miecz, którego rękojeść ozdobiono kryształami światła.
To akurat zawsze mnie bawiło. Magowie światła uwielbiają świecić. Czasem dosłownie. Kapitan wyprostował się i lekko się uśmiechnął.
– Witam was w Twierdzy Strażników. Jestem Zheron. Kapitan tej placówki i opiekun tutejszego kręgu magów.
Lucien zrobił krok naprzód.
– Lucien, mag ognia. To dla nas zaszczyt—
Zheron nagle zmarszczył brwi. Jego wzrok opadł nieco niżej. Na coś małego. Czarnego. I puszystego. Demonek siedział właśnie obok Filiusa i najwyraźniej uznał, że jest to odpowiedni moment, by przywitać nowo poznanego człowieka.
– Kłak.
W sali zapadła cisza. Kapitan przez kilka sekund patrzył na stworzenie, jakby próbował ustalić, czy jest zmęczony, czy może jednak zwariował.
– To... – zaczął powoli. – To jest demon.
– Tak – odpowiedział Filius. – Ale bardzo spokojny.
– Jest oswojony – dodał Lucien.
– Nie zaatakował nikogo od kilku dni – dorzucił Bram.
– Bram! – syknął Filius.
– No co? To przecież prawda.
Kapitan zamknął oczy. Westchnął głęboko. Potem otworzył je ponownie.
– Znajdujemy się w twierdzy, której głównym zadaniem jest pilnowanie Portalu Demonów.
– Zgadza się – przyznała Kadir.
– Portal został niedawno otwarty przez nieznanego sprawcę.
– Też prawda – powiedziała Zhana.
– W okolicy pojawiły się demony.
– Owszem.
– A wy... przyprowadziliście jednego ze sobą.
– Technicznie rzecz biorąc sam się przyłączył – wyjaśnił Lucien.
– Lucien, nie pomagaj – powiedziała Kadir.
Zheron ponownie westchnął. Wyglądał jak człowiek, który przeżył wiele bitew, widział śmierć przyjaciół, walczył z demonami i potworami, ale nigdy nie został przygotowany na grupę młodych absolwentów podróżujących z demonem przypominającym pluszową zabawkę.
– Straż! – zawołał stanowczo.
Do sali weszło dwóch żołnierzy.
– Zabierzcie stworzenie do lochów.
Filius niemal podskoczył.
– Co?!
Demonek wydał przestraszone kwaknięcie.
– Ale on nic nie zrobił!
– Wierzę – odparł spokojnie Zheron. – Jednak obowiązują tutaj procedury bezpieczeństwa.
– To nie jest niebezpieczny demon!
– Jest demonem.
– Jest mały!
– Niektóre z najbardziej niebezpiecznych rzeczy, jakie spotkałem w życiu, były małe.
– Ale...
– Filiusie – odezwała się łagodnie Kadir. – To tylko na jakiś czas.
– Dostanie jedzenie – dodał Zheron. – I wodę. Nie zostanie skrzywdzony.
Demonek przytulił się do nogi Filiusa.
– Kłak...
– Och nie... – westchnął Bram. – Zaczął używać emocjonalnego szantażu.
– To nie jest szantaż! – oburzył się Filius.
– To bardzo skuteczny szantaż.
Po chwili żołnierze ostrożnie zabrali Demonka, który odwracał głowę w stronę Filiusa, wydając serię niezwykle dramatycznych kwaknięć.
Filius wyglądał tak, jakby właśnie odebrano mu najlepszego przyjaciela. A minęło przecież zaledwie kilka dni od ich spotkania. Ludzie naprawdę przywiązują się do dziwnych stworzeń z zadziwiającą szybkością.
Zheron odczekał, aż drzwi się zamkną. Dopiero wtedy odchrząknął, jakby chciał wyrzucić z pamięci ostatnie kilka minut.
– Dobrze – powiedział spokojniejszym tonem. – Spróbujmy jeszcze raz.
Spojrzał na młodych magów i lekko się uśmiechnął.
– Witam was w Twierdzy Strażników. Cieszę się, że bezpiecznie dotarliście. Venegas pisał, że jesteście obiecującymi absolwentami. Mam nadzieję, że miał rację.
– Zwykle ma – odpowiedziała Kadir.
– A jeśli nie? – zapytał Lucien.
Zheron spojrzał na niego z wyraźnym doświadczeniem człowieka, który wychował już niejednego młodego maga.
– Wtedy będziecie mieli okazję bardzo szybko się czegoś nauczyć. W tej twierdzy zdarza się to częściej, niż byśmy sobie życzyli.
Zheron odczekał jeszcze chwilę, jakby chciał upewnić się, że nikt nie zamierza podjąć desperackiej próby odbicia Demonka z lochów. Filius rzeczywiście wyglądał, jakby rozważał podobny plan, ale ostatecznie ograniczył się jedynie do ciężkiego westchnienia.
– Chodźcie – powiedział kapitan. – Pokażę wam twierdzę. Jutro rano zaczniemy pracę. Dzisiaj jesteście zmęczeni po podróży, a zmęczony mag popełnia błędy. A błędy tutaj mają wyjątkowo nieprzyjemną tendencję do kończenia się katastrofą.
Ruszyli za nim kamiennym korytarzem oświetlonym magicznymi lampami. Nie były to zwykłe pochodnie. W szklanych kulach unosiły się niewielkie kule światła, pulsujące delikatnym, ciepłym blaskiem. Oczywiście. Mag światła. Spodziewałem się jeszcze świecących schodów. Na szczęście Zheron zachował odrobinę umiaru.
Twierdza od środka była równie praktyczna, co z zewnątrz. Nie było tutaj zbędnych ozdób ani luksusów. Każde pomieszczenie miało swoje przeznaczenie. Minęli koszary żołnierzy, z których dochodziły odgłosy rozmów, śmiechu i brzęku naczyń. Dalej znajdowała się zbrojownia, gdzie na stojakach ustawiono miecze, włócznie i kusze. Kadir zatrzymała się na moment, przyglądając się kilku egzemplarzom broni pokrytej runami.
– Broń przeciw demonom? – zapytała.
– Część tak – odparł Zheron. – Większość jednak nigdy nie została użyta. To raczej środek ostrożności.
– Czyli coś w rodzaju Brama zabierającego trzy koce na letnią wyprawę – powiedział Lucien.
– To się nazywa przygotowanie – odburknął Bram.
– To się nazywa strach przed niewygodą.
– Wygoda jest podstawowym prawem każdego cywilizowanego człowieka.
Zheron uśmiechnął się pod nosem.
– Widzę, że podróżowaliście razem wystarczająco długo, żeby zacząć działać sobie na nerwy.
Przeszli dalej. Kapitan pokazał im niewielką bibliotekę. Pomieszczenie było znacznie skromniejsze od tej w Obozie Magów, ale zawierało dziesiątki raportów, map i ksiąg dotyczących demonów, gór oraz historii twierdzy. Kadir niemal odruchowo zrobiła krok w stronę półek.
– Jutro – powiedział Zheron.
– Tylko spojrzę.
– Jutro.
Kadir westchnęła.
– Rozumiem.
Następnie zeszli niżej, gdzie znajdowały się pomieszczenia zajmowane przez magów służących w twierdzy. Nie było ich wielu. Zheron wyjaśnił, że obecnie stacjonuje tu jedynie kilkunastu magów różnych specjalizacji.
– Po wydarzeniach związanych z portalem część została oddelegowana do innych placówek, część prowadzi badania nad zabezpieczeniami – wyjaśnił. – Nie jesteśmy już tak liczni jak dawniej.
Lucien rozejrzał się po korytarzu.
– A portal?
Zheron spoważniał.
– Zobaczycie go jutro.
W końcu dotarli do części mieszkalnej przeznaczonej dla gości. Było tam kilka niewielkich pokoi wyposażonych jedynie w łóżka, skrzynie i proste drewniane stoły.
– Nie jest luksusowo – przyznał Zheron. – Ale śpi się wygodnie.
– Ma dach – powiedział Lucien.
– O nie – westchnęła Zhana.
– Co?
– Zaraz zacznie się zachwycać.
– Jest dach, są ściany, jest łóżko. To praktycznie pałac.
– Po kilku dniach podróży wszystko zaczyna wyglądać jak pałac – stwierdził Bram.
– Widzisz? Bram mnie rozumie.
– Nie rozumiem ciebie. Rozumiem łóżko.
Zheron odchrząknął.
– Odpocznijcie. Rano spotkamy się w sali narad.
Jego twarz spoważniała.
– Opowiem wam wszystko, co wiemy.
Zapadła krótka cisza. Nawet Lucien przestał się uśmiechać.
– A potem – powiedział kapitan – zdecydujemy, co zrobić dalej.
Po tych słowach odwrócił się i odszedł korytarzem, pozostawiając młodych magów samych. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
– Tęsknię za Demonkiem – odezwał się w końcu Filius.
– Minęło trzydzieści minut – zauważył Bram.
– To było bardzo długie trzydzieści minut.
– Jeśli przeżył podróż z nami, przeżyje jedną noc w lochu.
– To nie jest zwykły loch.
– Filius.
– Tak?
– To dosłownie zwykły loch.
Wkrótce wszyscy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi.
Noc w twierdzy minęła zaskakująco spokojnie. Po dniach spędzonych na wyboistych traktach, noclegach pod gołym niebem, karczmach pełnych hałasu i schroniskach, w których ściany skrzypiały przy każdym silniejszym podmuchu wiatru, możliwość przespania się w prawdziwym łóżku okazała się luksusem, którego większość bohaterów nie doceniała, dopóki go nie odzyskała.
Bram doceniał go od pierwszej chwili. Podejrzewam, że gdyby ktoś zaoferował mu możliwość zostania w twierdzy na stałe, pod warunkiem codziennego ścielenia własnego łóżka, potrzebowałby co najwyżej kilku minut na podjęcie decyzji.
Ja natomiast przez sporą część nocy obserwowałem twierdzę. Straże zmieniały się regularnie, pochodnie na murach płonęły nieprzerwanie, a żołnierze wykonywali swoje obowiązki z dyscypliną ludzi przyzwyczajonych do życia na granicy niebezpiecznego świata. Nic niezwykłego się jednak nie wydarzyło.
Rankiem twierdza obudziła się wcześnie. Jeszcze zanim słońce na dobre wyjrzało zza szczytów Gór Srebrzystych, na dziedzińcu słychać było stukot butów, nawoływania żołnierzy i odgłosy przygotowań do kolejnego dnia służby. Młodzi magowie również szybko opuścili swoje pokoje. Choć w przypadku Brama określenie „szybko” należy traktować dość umownie.
Śniadanie podano w dużej sali jadalnej znajdującej się obok koszar. Było ono zdecydowanie bardziej obfite niż posiłki, do których przywykli podczas podróży. Na stołach pojawił się świeży chleb, sery, suszone mięso, jajka, owsianka, pieczone warzywa i gorące napary z górskich ziół.
Lucien wyglądał na zachwyconego.
– Wreszcie cywilizacja – oznajmił, sięgając po kolejną kromkę chleba.
– Mówi człowiek, który dwa dni temu jadł suchary siedząc na kamieniu – zauważyła Zhana.
– I dlatego potrafię docenić postęp.
Filius był wyraźnie przygaszony.
– Ciekawe, czy Demonek dostał śniadanie.
– Filiusie – odezwał się Bram. – To demon.
– Ale też istota żywa.
– Istota żywa, która prawdopodobnie zjadłaby moje buty, gdybym zostawił je bez opieki.
– Nigdy tego nie zrobił.
– Nigdy nie miał okazji.
– Jest niewinny.
– Jest podejrzanie niewinny.
Kadir kończyła już posiłek, przeglądając jednocześnie notatki sporządzone poprzedniego wieczoru. Laeria siedziała cicho, obserwując żołnierzy krzątających się po sali. Wyglądała na zaciekawioną atmosferą twierdzy. Było w niej coś zupełnie innego niż w Obozie Magów. Tam dominowały nauka, eksperymenty i nieustanne dyskusje. Tutaj panowała służba. Obowiązek. I świadomość, że wszyscy znajdują się w miejscu, które istnieje tylko dlatego, że świat kiedyś okazał się znacznie bardziej niebezpieczny, niż ktokolwiek chciałby pamiętać.
Po śniadaniu zjawił się jeden z żołnierzy.
– Kapitan Zheron prosi was do sali narad.
Magowie wymienili spojrzenia. Lucien od razu się wyprostował. Kadir schowała notatki. Zhana poprawiła pas przy szacie. Filius rzucił jeszcze tęskne spojrzenie w kierunku schodów prowadzących do podziemi.
– Nie – powiedział Bram.
– Nic nie powiedziałem.
– Ale pomyślałeś.
– Tylko trochę.
Ruszyli korytarzami twierdzy, aż dotarli do tej samej sali, w której poprzedniego wieczoru poznali Zherona. Kapitan już tam czekał. Przed nim leżały rozłożone mapy, kilka raportów oraz niewielki stos pergaminów. Tym razem jego twarz była poważna. Nie było już śladu po lekkim rozbawieniu, jakie wywołało pojawienie się Demonka. Teraz wyglądał jak człowiek, który przez ostatnie dni wielokrotnie analizował te same informacje i za każdym razem dochodził do równie niepokojących wniosków.
– Dobrze – powiedział spokojnie, gdy wszyscy zajęli miejsca przy stole. – Skoro już odpoczęliście, pora opowiedzieć wam wszystko, co obecnie wiemy.
Zheron przez chwilę milczał, jakby porządkował myśli. Oparł dłonie o stół i spojrzał kolejno na każdego z młodych magów.
– Zacznijmy od początku – powiedział spokojnym, rzeczowym tonem. – Atak miał miejsce niecały miesiąc temu. Około trzeciej nad ranem. Pogoda była dobra, widoczność również. Straże pełniły służbę zgodnie z harmonogramem. Nie odnotowano żadnych anomalii magicznych, żadnych naruszeń zabezpieczeń ani podejrzanych osób w okolicy.
Przesunął palcem po jednej z map.
– Pierwszy strażnik zginął na murach. Nie zdążył nawet podnieść alarmu. Późniejsze oględziny wykazały obrażenia charakterystyczne dla działania magii, ale nie potrafiliśmy określić jej rodzaju. Nie pozostawiała śladów ognia, lodu, elektryczności ani energii żywiołów.
– Kolejni świadkowie twierdzą, że widzieli coś poruszającego się pomiędzy cieniami. Niektórzy mówią o człowieku. Inni o istocie przypominającej żywy mrok. Jeszcze inni są przekonani, że widzieli jedynie poruszający się cień bez wyraźnego kształtu.
– Nikt nie zapamiętał twarzy? – zapytała Kadir.
Zheron pokręcił głową.
– Właśnie to jest najbardziej niepokojące. Wszyscy zgodnie twierdzą, że coś widzieli, ale kiedy próbują opisać szczegóły, pojawia się pustka. Nie pamiętają wzrostu, ubioru, rysów twarzy. Pamiętają jedynie wrażenie obecności.
– To możliwe? – zapytała Laeria.
– Tak – odpowiedział Zheron. – Istnieją zaklęcia zaciemniające percepcję. Niektóre szkoły magii cienia pozwalają utrudniać obserwację, maskować sylwetkę, odwracać uwagę. Jednak skala tego zjawiska jest niezwykła.
– Czyli to mag cienia? – zapytał Lucien.
– Być może.
Kapitan zamyślił się na chwilę.
– Analiza pozostałości magicznych sugeruje użycie magii cienia. Nie znaleźliśmy jednak oznak czarnej magii.
– To dobra wiadomość? – odezwał się Bram.
– Trudno powiedzieć.
– Brzmi jak zła wiadomość.
– Bo jest zła. Oznacza to, że nie mamy do czynienia z szaleńcem eksperymentującym z zakazaną magią. To wygląda raczej na działanie niezwykle potężnego maga, który świadomie posługuje się magią cienia.
– A ilu takich istnieje? – zapytała Zhana.
– Standardowych magów cienia? Sporo, pewnie tylu co nas, magów światła. Ale aż tak potężnych? Niewielu.
– A wszyscy są znani?
– Powinni być.
– A są?
– Nie.
Lucien skrzywił się.
– To bardzo niepokojące słowo.
– Zgadza się – odparł Zheron.
Kapitan sięgnął po kolejny pergamin.
– Napastnik poruszał się szybko i niezwykle skutecznie. Pokonał wszystkie zabezpieczenia. Przeszedł przez zewnętrzne posterunki, ominął magiczne bariery, unieszkodliwił straże i dostał się do podziemi.
– Sam? – zapytała Kadir.
– Sam.
– Bez pomocy od środka?
– Nie znaleźliśmy żadnych dowodów na współpracę kogokolwiek z załogi.
– Czyli był naprawdę dobry.
– Tak.
– Nie podoba mi się to – mruknął Bram.
– Mnie również.
Zheron odwrócił mapę, ukazując szkic podziemnych korytarzy.
– Kiedy dotarł do Portalu Demonów, użył rytuału.
– Jakiego rytuału? – zapytała Kadir.
– Tego nie wiemy.
– Ale wiecie, że był stary?
– Bardzo stary.
Kapitan wskazał kilka symboli narysowanych na pergaminie.
– Ślady odpowiadają rytuałom używanym kilkaset lat temu. Pochodzą z czasów Wojen Portalowych. Współcześnie praktycznie nikt ich nie stosuje.
– Czyli znał dawne techniki.
– I to bardzo dobrze.
– A potem?
– Otworzył portal.
W sali zapanowała cisza.
– Na kilka godzin – kontynuował Zheron. – Portal pozostawał aktywny, zanim udało się go ponownie zamknąć. Posłańcy wysłali sygnały alarmowe, przybyły posiłki, dodatkowi magowie i specjaliści od pieczęci.
– Ale było już za późno – powiedziała cicho Kadir.
– Tak.
Kapitan skinął głową.
– Nie wiemy, co przedostało się do naszego świata.
– A sam napastnik?
– Zniknął.
– Bez śladu?
– Bez śladu.
– Nikt go nie śledził?
– Nie było kogo śledzić.
– Po prostu odszedł?
– Na to wygląda.
Zheron westchnął.
– Istnieją różne hipotezy. Niektórzy uważają, że obserwował okolicę jeszcze przez pewien czas. Inni sądzą, że od razu opuścił góry. Nie mamy żadnych dowodów.
– Czyli właściwie nie wiemy nic – podsumował Bram.
– Wiemy wystarczająco dużo, żeby być zaniepokojonymi.
– Czyli nic nowego.
Kapitan uśmiechnął się lekko.
– Przez ostatnie dwa tygodnie odnotowaliśmy ślady aktywności demonów. Pojedyncze tropy. Zaginięcia zwierząt. Nocne odgłosy. Kilka zgłoszeń od mieszkańców osad.
– W Dalewood spotkaliśmy demona – odezwał się Lucien.
Wszyscy spojrzeli na niego.
– Zaatakował konie przy karczmie – wyjaśniła Zhana. – Niewielki, agresywny. Uciekł podczas walki.
– Później znaleźliśmy też Demonka – dodał Filius.
– Znalazłeś – poprawił go Bram.
– Znaleźliśmy.
– On znalazł.
– Nieistotne.
– Dla mnie bardzo istotne.
Zheron słuchał uważnie.
– Interesujące.
– Czyli to nie tylko plotki – powiedziała Kadir.
– Nie.
– Coś rzeczywiście wydostało się z portalu.
– Tak.
Kapitan przez chwilę milczał.
– Dobra wiadomość jest taka, że prawdopodobnie nie były to bardzo niebezpieczne demony.
– Skąd taki wniosek? – zapytała Laeria.
– Minęło prawie trzy tygodnie. Gdyby przedostały się istoty najwyższych kategorii, mielibyśmy już całe zniszczone osady, dziesiątki ofiar i otwartą panikę.
– Czyli mamy szczęście?
– Być może.
– Nie brzmi pan przekonująco.
– Bo jest jeszcze jedna rzecz.
Kapitan skrzyżował ręce.
– Nasi zwiadowcy nie potrafią znaleźć demonów.
– W sensie?
– W sensie, że znajdują ślady, ale nie znajdują samych stworzeń.
– Jakby znikały? – zapytała Kadir.
– Właśnie.
– To dziwne.
– Bardzo.
Ja siedziałem wtedy na jednej z belek pod sufitem i musiałem przyznać, że wiedziałem nieco więcej od wszystkich zgromadzonych. Widziałem przecież demona prowadzonego przez cień. Ale na razie zachowałem tę wiedzę dla siebie. Jak zwykle.
Zheron odetchnął głęboko.
– Jest jeszcze jedna rzecz.
Tym razem jego głos wyraźnie się zmienił.
– Coś, czego początkowo nawet nie zauważyliśmy.
– Co takiego? – zapytała Zhana.
– Napastnik zabijał żołnierzy.
Zapadła cisza.
– Ale magów nie.
Lucien zmarszczył brwi.
– Co?
– Spośród wszystkich magów pełniących służbę tej nocy nikt nie zginął.
– Zostali ranni?
– Owszem.
– Ciężko?
– Kilku poważnie.
– Ale przeżyli.
– Tak.
Zheron spojrzał na nich uważnie.
– Zostali obezwładnieni. Uśpieni. Sparaliżowani. Pozbawieni przytomności. Niektórzy pamiętają jedynie błysk ciemności.
– Ale nikt nie został zabity.
– Dokładnie.
– Żołnierze natomiast...
– Żołnierze ginęli.
W sali zrobiło się jeszcze ciszej.
– To oznacza, że napastnik nie działał chaotycznie – powiedziała Kadir.
– Tak.
– Miał cel.
– Tak.
– I nie chciał zabijać magów.
– Na to wygląda.
Bram oparł się o krzesło.
– Cudownie.
– Co?
– Mamy do czynienia z kimś, kto potrafi otwierać Portale Demonów, kontrolować sytuację lepiej niż cała załoga twierdzy, zna zapomniane rytuały i najwyraźniej ma jakieś osobiste zasady moralne.
– To cię pociesza?
– Nie.
Bram westchnął ciężko.
– Ale przynajmniej nasz potencjalny przeciwnik jest skomplikowany. To zawsze dobrze wygląda w kronikach.
Zheron pozwolił, by cisza utrzymała się jeszcze przez kilka chwil. Widać było, że wszyscy próbują uporządkować sobie w głowach informacje, które właśnie usłyszeli. Dla większości była to pierwsza sytuacja, w której zetknęli się z czymś wykraczającym poza szkolne ćwiczenia, kontrolowane pojedynki i opowieści z podręczników historii.
Kapitan oparł dłonie o blat stołu i odetchnął spokojnie.
– Dobrze. Skoro wiecie już tyle, ile obecnie wiemy my, pora przejść do konkretów.
Rozłożył kolejną mapę przedstawiającą okolice twierdzy.
– Na razie nie ustalamy żadnych sztywnych terminów. Nie wiem, czy zostaniecie tutaj tydzień, dwa tygodnie czy miesiąc. Wszystko zależy od rozwoju sytuacji.
Lucien uśmiechnął się lekko.
– Czyli jednak prawdziwa przygoda.
– To nie jest przygoda – odparł Zheron spokojnie. – To dochodzenie połączone z polowaniem na istoty, których liczby nie znamy, zachowań nie rozumiemy i lokalizacji nie potrafimy określić.
– Czyli przygoda z dokumentacją.
– Jeśli koniecznie chcesz to tak nazywać.
Lucien wzruszył ramionami.
– Brzmi dobrze.
– Dla Ciebie wszystko brzmi dobrze.
– To jedna z moich zalet.
– To jedna z twoich wad – poprawiła go Zhana.
Zheron pozwolił sobie na krótki uśmiech.
– Tak czy inaczej, możecie traktować twierdzę jako swoją bazę operacyjną. Macie zapewnione kwatery, wyżywienie i dostęp do większości pomieszczeń. Oczywiście poza podziemiami, zbrojownią i archiwami wyższego poziomu.
– A lochy? – zapytał natychmiast Filius.
Zheron spojrzał na niego przez moment.
– Nie.
– Nawet na chwilę?
– Nie.
– Ale...
– Filiusie.
– Tak?
– Demon żyje.
– Skąd pan wie?
– Ponieważ pół godziny temu strażnik zameldował, że próbował zjeść drewniane wiadro.
Filius odetchnął z ulgą.
– Czyli wszystko w porządku.
– To zależy od punktu widzenia właściciela wiadra – mruknął Bram.
Kapitan kontynuował.
– Przez najbliższy tydzień będziecie dołączać do patroli zwiadowczych. Każdego dnia kilka grup opuszcza twierdzę i przeczesuje okoliczne lasy, doliny, stare kopalnie oraz opuszczone osady. Będziecie rotować pomiędzy nimi.
Kadir skinęła głową.
– Czy zwiadowcy znaleźli jakieś konkretne miejsca aktywności demonów?
– Kilka.
– Ale nic pewnego?
– Dokładnie.
– Rozumiem.
– Poza tym – mówił dalej Zheron – będziecie uczestniczyć w treningach z tutejszymi magami.
Lucien wyprostował się nieco bardziej.
– Treningach?
– Tak.
– Pojedynkach?
– Czasami.
– Świetnie.
– Nie ciesz się tak szybko.
– Dlaczego?
– Ponieważ większość z nich ma za sobą kilkanaście lat służby na granicy Krainy Demonów.
Lucien zastanowił się chwilę.
– Nadal brzmi świetnie.
– To bardzo charakterystyczne dla młodych magów – zauważył Zheron. – Widzą wyzwanie i od razu chcą sprawdzić, czy dadzą sobie radę.
– W każdym razie liczę, że pomożecie uspokoić sytuację. Mieszkańcy okolicznych osad są zaniepokojeni. Kupcy zaczynają omijać niektóre szlaki. Pojawiają się plotki, a plotki bywają bardziej niebezpieczne niż same demony.
– Czyli mamy znaleźć demony i udowodnić ludziom, że nie muszą się bać – podsumowała Zhana.
– Dokładnie.
– A jeśli znajdziemy coś większego?
– Wtedy będziemy się martwić.
– Bardzo profesjonalne podejście – stwierdził Bram.
– Dziękuję.
Kapitan zwinął część map i odsunął je na bok.
– To tyle na dziś.
Wstał od stołu.
– Obiad wydawany jest za trzy godziny. Do tego czasu macie wolne. Możecie odpocząć, zwiedzić twierdzę, odwiedzić bibliotekę...
Kadir od razu podniosła głowę.
– Biblioteka jest już dostępna?
– Tak.
– Doskonale.
– ...ale nie schodzić do lochów.
Filius spuścił wzrok.
– Odpocznijcie. Od jutra zaczyna się właściwa praca.
Po tych słowach opuścił salę, zostawiając grupę samą. Lucien przeciągnął się.
– No cóż. Mamy twierdzę, demony, tajemniczego maga cienia i treningi bojowe.
– Oraz bibliotekę – przypomniała Kadir.
– Oraz bibliotekę.
– I Demonka w lochu – powiedział Filius ponuro.
– Tak – westchnął Bram. – Wszyscy wiemy, co jest tutaj prawdziwą tragedią.
Po zakończeniu narady młodzi magowie rozeszli się po twierdzy, każdy zgodnie ze swoim charakterem i zainteresowaniami. W ciągu kilku godzin zdążyłem po raz kolejny utwierdzić się w przekonaniu, że ludzie bardzo szybko wracają do swoich przyzwyczajeń, nawet jeśli jeszcze przed chwilą słuchali opowieści o tajemniczych magach cienia, otwartych Portalach Demonów i stworzeniach, które teoretycznie powinny znajdować się setki kilometrów stąd.
Lucien oczywiście nie zamierzał marnować czasu na odpoczynek. Już po kilkunastu minutach znalazł drogę na niewielki plac treningowy znajdujący się przy murach twierdzy. Ćwiczyło tam kilku żołnierzy oraz dwóch magów ognia służących pod dowództwem Zherona. Lucien bardzo szybko nawiązał rozmowę, a jeszcze szybciej zaczął demonstrować swoje umiejętności. Z oddali widziałem płomienie tańczące nad jego dłonią, kilka efektownych pokazów kontroli ognia i przynajmniej trzy sytuacje, podczas których Zhana musiała przypominać mu, że trening nie jest konkursem na najbardziej widowiskowe zaklęcie.
Zhana natomiast rzeczywiście trenowała. Nie popisywała się, nie próbowała nikomu niczego udowodnić. Ćwiczyła metodycznie, poprawiając technikę, analizując własne błędy i konsultując się z jednym ze starszych magów. W przeciwieństwie do Luciena nie zależało jej na tym, by ktoś ją podziwiał. Chciała po prostu stawać się lepsza.
Bram przez pierwsze pół godziny spacerował po twierdzy, narzekając na ilość schodów.
– Kto buduje twierdzę na górze? – zapytał retorycznie.
– Ludzie chcący mieć przewagę strategiczną – odpowiedziała Kadir.
– A mogli pomyśleć o ludziach, którzy nie lubią się wspinać.
Ostatecznie odnalazł niewielki taras z widokiem na dolinę, przyniósł sobie kubek ziołowego naparu i spędził tam znaczną część przedpołudnia, udając, że obserwuje okolicę.
Podejrzewam, że w rzeczywistości po prostu odpoczywał.
Kadir niemal natychmiast zniknęła w bibliotece. Znalazła tam raporty dotyczące aktywności demonów z ostatnich tygodni, stare księgi opisujące Portale Demonów oraz kroniki sprzed kilkuset lat. Gdy zajrzałem do środka, siedziała już przy stole zasypanym pergaminami i sporządzała notatki z taką intensywnością, jakby obawiała się, że ktoś zaraz zamknie bibliotekę na zawsze.
Filius oczywiście próbował odwiedzić Demonka. Strażnicy odmówili. Spróbował jeszcze raz. Ponownie odmówili. Próbował negocjować. Następnie tłumaczył, że demonek źle znosi samotność. Potem, że potrzebuje opieki. Wreszcie zaproponował, że będzie codziennie sprzątał stajnie. Nie pomogło. Ostatecznie pozwolono mu jedynie zobaczyć stworzenie z bezpiecznej odległości. Według relacji Filiusa Demonek siedział właśnie w kącie celi, obrażony na cały świat, i próbował przegryźć fragment drewnianej ławy. Co, trzeba przyznać, było całkiem spójne z informacjami przekazanymi wcześniej przez Zherona.
Laeria natomiast wybrała samotny spacer po murach obronnych. Widać było, że fascynuje ją sama twierdza. Często zatrzymywała się przy blankach, obserwując odległe szczyty Gór Srebrzystych oraz wijące się poniżej ścieżki. Kilkukrotnie zauważyłem, że podnosi wzrok ku niebu, jakby odruchowo zastanawiała się nad czymś, czego wciąż nie potrafiła osiągnąć. Lewitacja najwyraźniej nadal zajmowała jej myśli.
W końcu nadeszła pora obiadu. Sala jadalna była tym razem znacznie bardziej zatłoczona niż rano. Przy długich stołach siedzieli żołnierze, magowie oraz obsługa twierdzy. Rozmowy mieszały się z odgłosami naczyń, śmiechem i sporadycznymi kłótniami dotyczącymi tego, kto powinien pełnić kolejną wartę.
Obiad przebiegał spokojnie. Lucien opowiadał o swoich nowych znajomościach.
– Jeden z tutejszych magów twierdzi, że potrafi stworzyć płomień o temperaturze wyższej niż lawa.
– I uwierzyłeś mu? – zapytała Kadir.
– Oczywiście.
Bram odsunął pusty talerz.
Filius siedział wyraźnie przygnębiony.
– Mam nadzieję, że Demonek dostał obiad.
Ich rozmowę przerwał nagły dźwięk otwierających się drzwi.
Do sali wszedł strażnik. Był wyraźnie zmieszany. W rękach trzymał zwinięty pergamin przewiązany ciemnym sznurkiem.
– Kapitanie – odezwał się, podchodząc do Zherona, który jadł przy jednym z bocznych stołów.
Starzec podniósł wzrok.
– Co się stało?
– Znaleźliśmy to przy głównej bramie.
– Ktoś zostawił wiadomość?
– Wygląda na to.
– Kiedy?
– Nikt nie widział.
Strażnik zawahał się.
– Po prostu... leżała tam.
Zheron odłożył sztućce i wyciągnął rękę po pergamin.
W sali jadalnej zapanowała cisza tak nagła, że można było usłyszeć trzask drewna palącego się w kominku przy przeciwległej ścianie. Zheron rozwiązał ciemny sznurek, rozwinął pergamin i przez moment tylko wpatrywał się w zapisane na nim linie.
Już z daleka było widać, że nie był to pośpiesznie nabazgrany list pozostawiony przez szaleńca. Pismo było niezwykle staranne. Eleganckie, niemal kaligraficzne. Litery miały płynne, pewne kształty, jakby ich autor poświęcił wiele lat na doskonalenie sztuki pisania.
Kapitan odchrząknął i zaczął czytać.
– „Do szanownego kapitana Zherona, mieszkańców twierdzy oraz młodych adeptów sztuk magicznych, których przybycie miałem przyjemność zaobserwować.”
W sali zrobiło się jeszcze ciszej.
– „Pragnę rozpocząć od wyrażenia szczerego ubolewania z powodu niedogodności, jakie spowodowała moja ostatnia wizyta. W szczególności ubolewam nad stratą ludzkiego życia. Nie było to moim zamiarem, choć okoliczności wymagały ode mnie działania zdecydowanego i pozbawionego zbędnego sentymentalizmu.”
Zheron na moment przerwał czytanie.
– „Pozbawionego zbędnego sentymentalizmu...” – powtórzył Bram. – Bardzo elegancki sposób na powiedzenie „przepraszam za zabicie ludzi”.
– Cicho – powiedziała Kadir.
Kapitan czytał dalej.
– „Mam nadzieję, że magowie, których zmuszony byłem obezwładnić, wracają już do zdrowia. Ufam, że żaden z nich nie odniósł trwałych obrażeń. Nigdy nie żywiłem niechęci wobec przedstawicieli naszego szlachetnego stanu.”
Lucien uniósł brew.
– Naszego?
– Widocznie uważa się za maga – powiedziała Zhana.
– To już wiedzieliśmy – odparła Kadir.
Zheron kontynuował.
– „Powodem mojego działania była konieczność wypuszczenia kilku osobników, których obecność była mi potrzebna do realizacji pewnych przedsięwzięć natury osobistej. Nie sądzę, aby podobne wydarzenie miało się w przyszłości powtórzyć, dlatego pozwalam sobie mieć nadzieję, że nasza relacja nie będzie oparta wyłącznie na wzajemnej nieufności.”
– On brzmi tak, jakby pożyczył książkę z biblioteki i zapomniał ją oddać – mruknął Bram.
– Pożyczył demony – poprawił Lucien.
– I zabił strażników.
– Drobny szczegół.
Zheron spojrzał na nich surowo i czytał dalej.
– „Przechodząc jednak do spraw istotniejszych, chciałbym zwrócić się bezpośrednio do młodych magów przybyłych do twierdzy. Pozwoliłem sobie obserwować waszą podróż z niemałym zainteresowaniem.”
Przez salę przeszedł szmer. Ja natomiast poczułem bardzo nieprzyjemne ukłucie. Więc jednak. Obserwował ich. Być może od samego początku.
– „Mam nadzieję, że przyszłość uczyni z was jednostki wybitne, zdolne przekroczyć ograniczenia narzucone przez współczesne nauczanie. Byłoby bowiem prawdziwą tragedią, gdyby kolejni adepci magii mieli spędzić życie na rozwiązywaniu błahych problemów zwykłych ludzi, naprawianiu dachów, gaszeniu pożarów i poszukiwaniu zagubionego bydła.”
Lucien skrzywił się.
– No dobrze, teraz mnie obraził.
– Ciebie konkretnie? – zapytała Zhana.
– Magów ognia.
– Ach tak. Waszą szlachetną misję gaszenia pożarów.
– To ważna działalność społeczna.
– Z pewnością.
Zheron odchrząknął.
– „Magowie od zawsze byli czymś więcej niż zwykłymi mieszkańcami tego świata. Są jego strażnikami, twórcami, odkrywcami i architektami rzeczywistości. Smuci mnie, że tak wielu z nich zapomniało o swoim prawdziwym przeznaczeniu.”
Kadir zmarszczyła brwi.
– To bardzo niebezpieczny sposób myślenia.
– Zgadzam się – powiedział Zheron.
Kapitan przesunął wzrok niżej.
– „Pozwólcie zatem, że zaproponuję wam niewielkie wyzwanie. Nie dlatego, by wam zaszkodzić, lecz dlatego, że chciałbym przekonać się, czy jesteście godni miana magów.”
– Nie podoba mi się słowo „wyzwanie” – stwierdził Bram.
– Tobie nic się nie podoba – odpowiedział Lucien.
– Podoba mi się łóżko.
– To nie jest odpowiedni moment.
– Dla mnie każdy moment jest odpowiedni.
Zheron kontynuował.
– „Portal uwolnił dokładnie cztery istoty. Mogę to stwierdzić z całkowitą pewnością, gdyż obserwowałem przebieg wydarzeń od początku do końca.”
Filius wyprostował się.
– Cztery?
– „Z dwoma mieliście już przyjemność się zetknąć. Pierwszym był osobnik odwiedzający Dalewood, którego nie udało wam się zatrzymać. Drugim jest niewielki przedstawiciel gatunku, którego obecnie przetrzymujecie w lochach twierdzy.”
Filius wyglądał, jakby właśnie otrzymał oficjalne potwierdzenie, że jego przyjaciel jest ważną postacią.
– Widzicie? – powiedział cicho. – Jest istotny.
– Jest wymieniony w liście psychopaty – odparł Bram.
– To też coś.
Zheron czytał dalej.
– „Pozostałe dwa osobniki są znacznie bardziej interesujące. A zarazem zdecydowanie mniej przyjazne.”
W sali nikt już się nie odzywał.
– „Proponuję więc następujące zadanie. Odnajdźcie wszystkie cztery istoty i wyeliminujcie je. Niech będzie to dowód waszych zdolności, odwagi oraz wartości, które reprezentujecie jako przedstawiciele nowego pokolenia magów.”
Lucien uśmiechnął się lekko.
– To brzmi nawet...
– Nie kończ – przerwała mu Zhana.
Kapitan czytał ostatni fragment.
– „Jeżeli jednak okaże się, że nie jesteście zdolni sprostać temu zadaniu, będę zmuszony uznać, iż moje nadzieje związane z przyszłością magii były bezpodstawne. A wtedy mogą pojawić się konsekwencje, których zapewne wszyscy chcielibyśmy uniknąć.”
Zheron zamilkł na chwilę.
Potem przeczytał ostatnie zdanie.
– „Życzę wam powodzenia. Obawiam się, że będzie wam potrzebne.”
Kapitan opuścił pergamin. W sali panowała całkowita cisza. Po chwili odezwał się Bram.
– Czy tylko ja mam wrażenie, że zostaliśmy właśnie zaproszeni do udziału w wyjątkowo źle zaplanowanym konkursie?
– Mnie bardziej martwią te „konsekwencje” – powiedziała Kadir.
– Mnie martwi wszystko – odparł Bram.
Filius podniósł rękę.
– Ja mam pytanie.
– Jakie? – zapytał Zheron.
– Czy to oznacza, że możemy wypuścić Demonka z lochu?
Kapitan zamknął oczy.
Westchnął ciężko.
– Filiusie.
– Tak?
– Nie. To nie oznacza, że możemy wypuścić Demonka z lochu.
A ja siedziałem pod sufitem, wpatrując się w pergamin. Przez cale moje życie widziałem już wielu szaleńców. Widziałem tyranów. Widziałem fanatyków.
Ale pierwszy raz spotykałem człowieka, który wysłał list z przeprosinami za otwarcie Portalu Demonów, a następnie zorganizował młodym magom coś, co najwyraźniej uważał za uprzejmą próbę charakteru.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania