Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 5

Las na północ od Dalewood nie był miejscem, o którym bardowie pisaliby pieśni, a uczeni prowadziliby wieloletnie badania. Był po prostu lasem. Zwyczajnym, sosnowym lasem ciągnącym się przez wiele kilometrów pomiędzy osadami a pierwszymi wzgórzami poprzedzającymi Góry Srebrzyste. Rosły tu wysokie sosny, gdzieniegdzie przemieszane z pojedynczymi brzozami, a pod nimi rozciągały się połacie mchów, paproci i krzewów jagodowych. Mieszkały tu jelenie, dziki, lisy, zające i zapewne kilka niedźwiedzi, które od pokoleń żyły w przekonaniu, że człowiek jest stworzeniem hałaśliwym, niepotrzebnym i mającym irytującą tendencję do budowania dróg tam, gdzie wcześniej było znacznie przyjemniej.

Krótko mówiąc – był to las całkowicie normalny. A ja od ośmiuset lat nauczyłem się jednej bardzo ważnej rzeczy. Najbardziej podejrzane są właśnie rzeczy całkowicie normalne. Bo kiedy człowiek widzi ruiny pełne czaszek, krwawy rytuał albo demona o dwudziestu siedmiu kończynach, doskonale wie, że powinien zachować ostrożność. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystko wygląda zwyczajnie, pachnie zwyczajnie i zachowuje się zwyczajnie, a mimo to gdzieś z tyłu głowy pojawia się nieprzyjemne uczucie, że coś jest nie tak.

Po wydarzeniach z poprzedniej nocy nie miałem zamiaru lekceważyć żadnego przeczucia. Demon był faktem. Namacalnym, zrozumiałym i, na swój sposób, pocieszającym. Owszem, demony są śmiertelnie niebezpieczne, ale przynajmniej wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Są agresywne, głodne, brutalne i zazwyczaj nie przepadają za byciem podpalanymi. To całkiem praktyczny zestaw informacji. Znacznie bardziej niepokoił mnie cień. Cień, który widziałem przy Obozie Magów. Cień, który pojawił się na skraju lasu pod Dalewood. Cień, którego nie potrafiłem sklasyfikować.

A przez osiemset lat sklasyfikowałem naprawdę wiele rzeczy. Znam kilkanaście odmian demonów, trzydzieści siedem rodzajów magicznych pasożytów, dwa gatunki inteligentnych grzybów i jednego niezwykle złośliwego kozła, który przez pięć lat terroryzował pewną wioskę na południu Elorii. Wciąż nie wiem, czy był magiczny, czy po prostu wyjątkowo zdeterminowany.

Tymczasem ten cień pozostawał zagadką. Dlatego obserwowałem teraz wszystko znacznie uważniej. Jako mucha miałem nad grupą sporą przewagę. Mogłem przelatywać pomiędzy drzewami, siadać na gałęziach, zaglądać w gęstsze zarośla i śledzić drogę z różnych perspektyw. A skoro już zdecydowałem się opuścić mój azyl w Obozie Magów, uznałem, że wypadałoby przynajmniej wykonywać swoje obowiązki kronikarza z należytą starannością.

Moi bohaterowie oczywiście nie mieli pojęcia o moich rozterkach. Powóz spokojnie toczył się leśną drogą, koła skrzypiały, konie utrzymywały równe tempo, a szóstka młodych magów powoli odzyskiwała dobry nastrój po wydarzeniach poprzedniego wieczoru. Nie byli już tak beztroscy jak dwa dni wcześniej, ale też nie wyglądali na przerażonych. Raczej na ludzi, którzy po raz pierwszy odkryli, że świat potrafi być bardziej skomplikowany niż podręczniki do teorii magii. I dobrze. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż mag przekonany, że wszystko rozumie.

Las otaczał ich ze wszystkich stron. Wysokie sosny kołysały się lekko na wietrze, promienie porannego słońca przebijały się pomiędzy koronami drzew, a powietrze pachniało żywicą, wilgotną ziemią i igliwiem. Gdyby nie wspomnienie poprzedniej nocy, można by wręcz uznać tę podróż za przyjemną. Ale ja pamiętałem. I dlatego patrzyłem. Uważniej niż wcześniej.

Po kilku godzinach jazdy nawet najbardziej wytrwali podróżnicy zaczynają odczuwać skutki ciągłego kołysania powozu, a moi bohaterowie, choć niewątpliwie ambitni, nadal pozostawali ludźmi. Las ciągnął się przed nimi nieprzerwanie, a krajobraz zmieniał się na tyle nieznacznie, że po pewnym czasie można było odnieść wrażenie, iż od rana przejeżdżają obok tej samej sosny, tylko z różnych stron. Wysokie pnie wznosiły się ku niebu niczym kolumny podtrzymujące zielony dach, pod nimi rozciągały się połacie mchu i igliwia, a jedynymi dźwiękami były skrzypienie kół, stukot końskich kopyt i okazjonalne narzekania Brama, który najwyraźniej uważał, że każda godzina bez jedzenia jest osobistą obrazą wymierzoną przez los.

W końcu nawet pozostali musieli przyznać mu rację. Zbliżało się południe, konie zasługiwały na odpoczynek, a ludzie również nie należą do stworzeń zdolnych do nieprzerwanego funkcjonowania wyłącznie dzięki entuzjazmowi Luciena. Zatrzymano więc powóz na niewielkiej polanie znajdującej się tuż przy drodze. Nie było to miejsce szczególnie wyjątkowe, ale miało dwie ogromne zalety — znajdowało się poza głównym traktem i zapewniało wystarczająco dużo przestrzeni, by rozprostować nogi, odpocząć i zjeść coś więcej niż suchary wyciągnięte naprędce z plecaka.

Rozbijanie obozu byłoby zbyt szumnym określeniem. Nikt nie zamierzał stawiać namiotów ani rozpalać wielkiego ogniska. Był to raczej krótki postój podróżnych świadomych, że przed nimi wciąż wiele kilometrów drogi. Konie zostały odprowadzone na bok, aby mogły spokojnie napić się wody i odpocząć. Bram niemal natychmiast znalazł sobie pień przewróconego drzewa i zasiadł na nim z wyrazem twarzy człowieka, który właśnie osiągnął życiowy cel. Lucien pomagał rozpakowywać zapasy, choć robił to z taką energią, jakby szykował się do oblężenia twierdzy, a nie zwykłego posiłku. Zhana zajęła się organizacją wszystkiego z właściwą sobie skutecznością, Kadir sprawdzała mapę, najwyraźniej chcąc upewnić się po raz kolejny, że las nie zmienił swojego położenia od ostatniego spojrzenia, Filius niemal odruchowo zaczął oglądać okoliczną roślinność, a Laeria po prostu cieszyła się chwilą spokoju.

Ja natomiast nadal obserwowałem.

Po wydarzeniach poprzedniej nocy nie potrafiłem już patrzeć na zwykły las w taki sam sposób jak wcześniej. Wszystko wydawało się normalne. Zbyt normalne. Wiatr poruszał koronami sosen, gdzieś w oddali odezwał się dzięcioł, a pomiędzy drzewami przemknęła para jeleni, najwyraźniej niezainteresowanych sprawami demonów, cieni i młodych magów. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy dostrzegam jakiekolwiek zagrożenie, odpowiedziałbym, że nie. Gdyby jednak zapytał, czy czuję się spokojny, odpowiedź byłaby zupełnie inna.

Po posiłku atmosfera stała się znacznie spokojniejsza. Konie odpoczywały, Bram kontynuował swoje niezwykle wymagające zajęcie polegające na siedzeniu i niespiesznym dochodzeniu do siebie po trudach podróży, Lucien i Zhana rozmawiali o wczorajszym starciu z demonem, Kadir po raz kolejny analizowała trasę, a Filius oddalił się kilka kroków od obozowiska, by obejrzeć jakiś wyjątkowo interesujący okaz mchu, który dla wszystkich innych wyglądał dokładnie tak samo jak każdy inny mech.

Laeria natomiast przez dłuższą chwilę siedziała w milczeniu, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. W końcu wstała, otrzepała dłonie i odeszła kawałek dalej, na niewielki fragment polany wolny od korzeni i kamieni. Od razu wiedziałem, co zamierza zrobić. Przez lata widziałem to dziesiątki, jeśli nie setki razy. Lewitacja. Najbardziej podstawowa umiejętność każdego maga powietrza. Tak podstawowa, że uczniowie zwykle opanowują ją jeszcze przed ukończeniem pierwszych lat nauki. Nie jest może szczególnie przydatna w walce, ale dla magów powietrza stanowi coś więcej niż zwykłe zaklęcie. Jest symbolem. Dowodem na to, że naprawdę władają swoim żywiołem. A Laeria od lat nie potrafiła jej wykonać.

Nie oznaczało to, że była słabą maginią. Wręcz przeciwnie. Jej kontrola nad podmuchami powietrza była dobra, czasem nawet bardzo dobra. Potrafiła osłaniać się przed pociskami, wzmacniać skoki, manipulować kierunkiem lotu przedmiotów, a podczas walki z demonem poradziła sobie lepiej niż niejeden absolwent starszych roczników. Ale lewitacja pozostawała dla niej nieosiągalna.

Stanęła nieruchomo, zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Wokół jej stóp poruszyły się źdźbła trawy. Liście leżące na ziemi lekko zadrżały. Powietrze zaczęło krążyć wokół niej w niemal niewidocznych wirach. Skupienie było widoczne na jej twarzy. Nie było w tym frustracji ani gniewu. Raczej upór człowieka, który od dawna odmawia pogodzenia się z porażką. Powoli uniosła dłonie. Wiatr nasilił się. Kilka igieł sosnowych poderwało się z ziemi i zaczęło krążyć wokół niej niczym drobne, zielonkawe iskry. A potem... Uniosła się. Naprawdę. Nie dużo. Może o szerokość dłoni. Może trochę więcej. Jej stopy oderwały się od ziemi, a płaszcz lekko zafalował pod wpływem magii. Przez krótką chwilę wyglądało to niemal idealnie. Niemal.

Bo właśnie wtedy coś się załamało. Powietrze wokół niej zawirowało gwałtowniej, niż powinno. Lewitacja zachwiała się, jakby niewidzialna nić podtrzymująca zaklęcie nagle pękła. Laeria opadła. Nie boleśnie. Nie dramatycznie. Po prostu straciła kontrolę i po chwili z powrotem stała na ziemi.

Westchnęła ciężko.

— Było blisko — odezwał się Lucien, który obserwował ją od pewnego czasu.

— Mówisz tak od pięciu lat.

— Bo od pięciu lat jest blisko.

— Chyba zaczynam podejrzewać, że po prostu nie jestem do tego stworzona.

— Nie opowiadaj głupot — powiedziała Zhana. — Oderwałaś się od ziemi.

— Na dwie sekundy.

— To dwie sekundy więcej niż ostatnio.

Laeria uśmiechnęła się słabo. Nie wyglądała jednak na zniechęconą. Widziałem wielu ludzi, którzy poddawali się po kilku nieudanych próbach. Widziałem magów rezygnujących z całych dziedzin magii, ponieważ nie osiągali natychmiastowych rezultatów. Widziałem utalentowanych uczniów marnujących swoje zdolności wyłącznie dlatego, że coś przychodziło im trudniej niż innym. A Laeria próbowała dalej.

Jak to zwykle bywa z przerwami w podróży, zakończyły się dokładnie w chwili, gdy wszyscy zdążyli się do nich przyzwyczaić. Jeszcze kilka minut wcześniej bohaterowie siedzieli w cieniu sosen, jedli, rozmawiali albo zajmowali się własnymi sprawami, a już chwilę później zaczęło się wielkie pakowanie. To fascynujące zjawisko. Ludzie potrafią przez godzinę spokojnie odpoczywać, po czym nagle zachowują się tak, jakby za pięć minut miał nastąpić koniec świata i koniecznie trzeba było natychmiast ruszać dalej.

Bram oczywiście protestował najbardziej. Nie dlatego, że naprawdę chciał zostać na polanie do wieczora. Po prostu uważał narzekanie za jeden ze swoich obowiązków. Gdyby pewnego dnia nie ponarzekał choć kilka razy, zapewne uznałby ten dzień za stracony. Wgramolił się więc z powrotem na powóz z miną człowieka zmuszanego do wielkiego poświęcenia, choć w rzeczywistości największym wysiłkiem było dla niego wstanie z pnia, na którym siedział przez ostatnią godzinę.

Lucien przeciwnie — wyglądał tak, jakby każda kolejna mila przybliżała go do wielkiej legendy, którą zamierzał kiedyś zostać. Trudno było nie podziwiać jego entuzjazmu. Trudno było też nie zauważyć, że od początku wyprawy nie minęły jeszcze nawet trzy dni. Widziałem już wielu młodych bohaterów. Po tygodniu podróży większość zaczyna odkrywać, że przygoda składa się głównie z kurzu, niewygodnych łóżek, mokrych butów i bardzo długich odcinków drogi pomiędzy interesującymi wydarzeniami.

Zhana sprawdzała ekwipunek z dokładnością godną wojskowego kwatermistrza. Kadir upewniała się po raz kolejny, że obrany kierunek jest właściwy, jakby Góry Srebrzyste mogły w nocy przesunąć się o kilkanaście kilometrów. Filius wrócił z lasu z kolejną garścią roślin, które uznał za niezbędne. Nie miałem pojęcia, gdzie zamierzał je wszystkie przechowywać. Podejrzewałem, że nawet on tego nie wiedział. Laeria natomiast wydawała się nieco zamyślona po swojej kolejnej próbie lewitacji, choć nie wyglądała na przygnębioną. Raczej na osobę, która po raz kolejny przegrała z tym samym problemem i już planuje następną próbę.

W końcu wszystko zostało spakowane, konie zaprzęgnięte, a powóz ponownie ruszył leśną drogą. Koła zaskrzypiały, zwierzęta szarpnęły uprzążami i cała karawana powoli opuściła polanę, która po kilku minutach wyglądała tak, jakby nigdy nikogo tam nie było. Ludzie lubią zostawiać po sobie ślady, ale podróżnicy zwykle uczą się je zacierać. Szczególnie ci, którzy nie chcą później tłumaczyć się rozwścieczonym właścicielom lasów.

Ja oczywiście wróciłem na swoje miejsce. A dokładniej na podwozie powozu. Nie brzmi to szczególnie majestatycznie, ale przez stulecia nauczyłem się, że wygoda jest znacznie ważniejsza od majestatu. Królowie umierają. Bohaterowie umierają. Arcymagowie umierają. Natomiast dobrze wybrane miejsce do obserwacji pozostaje dobrze wybranym miejscem do obserwacji.

Droga prowadziła dalej przez sosnowy las, który zdawał się nie mieć końca. Promienie słońca przebijały się pomiędzy koronami drzew, rzucając na drogę nieregularne plamy światła. Powietrze pachniało żywicą i rozgrzaną korą. Wszystko wyglądało spokojnie. Zbyt spokojnie. Niestety po poprzedniej nocy nie potrafiłem już patrzeć na spokój w ten sam sposób co wcześniej. Za każdym razem, gdy pomiędzy drzewami pojawiał się dziwnie ułożony cień, automatycznie zwracałem na niego uwagę. Za każdym razem, gdy coś poruszało się głębiej w lesie, sprawdzałem, czy nie jest to przypadkiem coś więcej niż zwykłe zwierzę. I za każdym razem znajdowałem jedynie kolejne drzewa. Co wcale nie poprawiało mi humoru. Bo doświadczenie podpowiadało mi, że kiedy świat przez dłuższy czas zachowuje się podejrzanie normalnie, zazwyczaj przygotowuje coś wyjątkowo nieprzyjemnego za następnym zakrętem. A my mieliśmy przed sobą jeszcze bardzo wiele zakrętów.

Wieczór zbliżał się powoli, ale nieubłaganie. Słońce zaczynało już chować się za koronami sosen, a las przybierał coraz ciemniejsze odcienie zieleni i brązu. Droga ciągnęła się przed nami niezmiennie od wielu godzin, a moi bohaterowie zdążyli osiągnąć ten szczególny stan podróżniczego otępienia, kiedy człowiek przestaje zwracać uwagę na krajobraz, bo wszystkie drzewa zaczynają wyglądać identycznie. Nawet Lucien mówił mniej niż zwykle, co samo w sobie powinno zostać odnotowane w kronikach jako zjawisko niezwykle rzadkie.

Ja natomiast nadal obserwowałem wszystko z przesadną wręcz ostrożnością. Po wydarzeniach w Dalewood i po ponownym dostrzeżeniu tajemniczego cienia nie miałem najmniejszego zamiaru lekceważyć czegokolwiek, co choć odrobinę odbiegało od normy.

Dlatego zauważyłem to pierwszy. Coś czarnego. Niewielkiego. Leżącego pośrodku drogi. Początkowo uznałem, że to kłąb mchu albo jakaś zgubiona sakwa. Potem pomyślałem, że może to martwe zwierzę. W końcu jednak obiekt poruszył się lekko. Powóz stopniowo zwolnił. Bohaterowie również dostrzegli dziwną sylwetkę. Zapadła cisza.

Po doświadczeniach z demonem w Dalewood wszyscy stali się znacznie ostrożniejsi. Nikt nie wyskoczył od razu z powozu. Nikt nie rzucił zaklęcia. Nikt też nie podszedł z naiwnym pytaniem, czy wszystko w porządku. Co uznałem za wyraźny dowód, że młodzi magowie zaczynają zdobywać coś, czego nie nauczy żadna szkoła. Zdrowy rozsądek.

Lucien zmrużył oczy.

— Co to jest?

— Nie mam pojęcia — odpowiedziała Kadir.

— To się rusza — zauważyła Laeria.

— Wszystko się rusza — mruknął Bram. — Pytanie brzmi, czy próbuje nas zjeść.

Stworzonko najwyraźniej usłyszało ich głosy, bo podniosło się niezdarnie z ziemi. I wtedy wszyscy mogli mu się dokładnie przyjrzeć. Było... dziwne. Nie przerażające. Nie obrzydliwe. Po prostu dziwne.

Wyglądało jak pulchna, włochata kulka czarnego futra o wielkości większego kota. Miało krótkie łapki, niewielkie różki ledwo wystające spomiędzy sierści i ogromne oczy, zdecydowanie za duże jak na proporcje jego ciała. Oczy, które wyglądały tak, jakby ich właściciel miał się rozpłakać dosłownie w każdej chwili. Naprawdę. Przez osiemset lat widziałem rzeczy, których opisywanie wymagałoby osobnego tomu. Widziałem demony rozrywające całe oddziały żołnierzy. Widziałem potwory wysokie jak wieże. Widziałem stworzenia, od których sama obecność powodowała obłęd. Ale nigdy nie widziałem demona wyglądającego tak, jakby największym problemem jego życia było to, że ktoś zabrał mu ulubioną poduszkę. Istotka spojrzała na powóz. Potem na magów. Następnie usiadła z powrotem na środku drogi i przechyliła głowę.

Lucien odezwał się pierwszy.

— To chyba... demon.

— Chyba? — Bram spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Ma rogi.

— Ty też miałbyś rogi, gdybyś przestał się golić.

— To nie są rogi.

— Jeszcze.

Kadir nie uczestniczyła w dyskusji. Przyglądała się stworzeniu z wyraźnym skupieniem.

— To naprawdę może być demon.

— Ale przecież... — Laeria zawahała się. — Ono wygląda...

— Słodko? — dokończyła Zhana.

— Tak.

Zapadła chwila ciszy.

— To najgorsze słowo, jakie można użyć wobec demona — stwierdził Bram.

Filius zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu. Stworzonko nie uciekło. Nie syczało. Nie szczerzyło zębów. Po prostu siedziało. I patrzyło. Tymi wielkimi, wilgotnymi oczami. Wyglądało na przestraszone. Albo zagubione. Albo głodne. Albo wszystko naraz.

— Nie wydaje się agresywne — powiedział Filius.

— Wczoraj też myśleliśmy, że demon nie wygląda szczególnie groźnie, dopóki nie zaczął rozszarpywać koni — przypomniała Kadir.

— Tylko że tamten miał pazury wielkości mojej ręki — odparła Laeria.

— Ten ma futro wielkości mojej poduszki — dodał Bram.

Przez dłuższą chwilę nikt nie wiedział, co zrobić. Bo z jednej strony wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście mieli przed sobą demona. Demony nie powinny znajdować się w lasach Elorii. Zwłaszcza po otwarciu Portalu Demonów. Z drugiej jednak strony trudno było traktować poważnie stworzenie, które wyglądało bardziej jak wyjątkowo zaniedbana zabawka niż wysłannik piekielnych krain.

— Nie możemy go zostawić — odezwała się w końcu Zhana.

— Nie możemy też zabrać demona do powozu i udawać, że to normalne — odpowiedziała Kadir.

— Możemy go pilnować — zaproponował Filius.

— Bardzo pilnować — dodała Laeria.

Lucien westchnął.

— I tak musimy dotrzeć do twierdzy. Tam będą wiedzieli, czym to jest.

— Zakładając, że sami tego nie zjemy po drodze — mruknął Bram.

— Bram.

— Co?

— To demon.

— Właśnie dlatego jestem ostrożny.

Ostatecznie zapadła decyzja. Stworzenie zostanie zabrane do twierdzy. Pod ścisłym nadzorem. Bez spuszczania go z oczu nawet na chwilę. Jeśli okaże się niegroźne, ktoś mądrzejszy od nich zdecyduje, co z nim zrobić. Jeśli okaże się niebezpieczne... Cóż. Sześciu magów powinno sobie poradzić z kulką futra wielkości worka ziemniaków. Przynajmniej miałem taką nadzieję. Ale nie spodziewałem się, że pewnego dnia będę obserwował grupę młodych magów debatujących nad adopcją demona.

Podróż została wznowiona, choć tym razem trudno było mówić o zwyczajnej podróży. W powozie pojawił się bowiem nowy pasażer, a jego obecność skutecznie odciągała uwagę wszystkich od monotonii sosnowego lasu. Demonek siedział początkowo w najdalszym kącie, skulony niczym kłębek czarnego futra, jakby sam nie był do końca przekonany, czy powinien ufać swoim nowym towarzyszom. Trudno było mu się dziwić. Z jednej strony otaczała go szóstka magów, którzy nie spuszczali z niego wzroku nawet na chwilę. Z drugiej strony była to prawdopodobnie najbardziej uprzejma grupa ludzi, na jaką demon mógł trafić.

Początkowa ostrożność stopniowo ustępowała ciekawości. Demonek najwyraźniej zauważył, że nikt nie próbuje go spalić, zamrozić, przygnieść kamieniami ani wyrzucić z jadącego powozu. Zaczął więc zachowywać się coraz swobodniej. Jego wielkie oczy przestały wyglądać tak, jakby miał się zaraz rozpłakać, a zamiast tego zaczęły błyszczeć zainteresowaniem.

Najpierw ostrożnie przesunął się bliżej Filiusa. Potem jeszcze bliżej. Aż w końcu usiadł tuż obok niego. Filius spojrzał na pozostałych.

— Chyba mnie lubi.

— Albo sprawdza, czy nadajesz się do jedzenia — odparł Bram.

Demonek przechylił głowę. Potem wydał z siebie dźwięk. Nie był to ryk. Nie był to syk. Nie był to nawet pomruk. Brzmiało to raczej jak... demoniczne kwaknięcie. Coś pomiędzy cichym "kwak", "mruk" i odgłosem człowieka próbującego odchrząknąć po połknięciu zbyt suchego chleba.

— Czy on właśnie... zakwakał? — spytał Lucien.

— To nie było kwaknięcie — stwierdziła Kadir.

Demonek powtórzył dźwięk.

— To było kwaknięcie.

— Demoniczne kwaknięcie — poprawił Bram.

— Nie wiedziałem, że takie istnieją.

— Ja też nie wiedziałem, że istnieją włochate kule z rogami.

Z czasem stworzenie stało się jeszcze śmielsze. Pozwalało się dotykać, choć początkowo reagowało na to lekkim drżeniem. Laeria ostrożnie pogłaskała je po grzbiecie. Demonek zamknął oczy. I zakwakał. Jeszcze raz. Tym razem wyraźnie zadowolony.

— To chyba oznacza, że jest szczęśliwy — powiedziała Zhana.

— Albo że przygotowuje rytuał zagłady — zauważył Bram.

— Bram.

— No dobrze, dobrze. Może rzeczywiście jest szczęśliwy.

Lucien również spróbował go pogłaskać. Demonek spojrzał na niego z lekkim niezrozumieniem, ale nie protestował. Potem jednak jego uwagę przyciągnęło coś znacznie ciekawszego. Zapasy. Mały nos ukryty pośród czarnego futra zaczął drgać. Stworzenie podniosło się niezdarnie i zaczęło węszyć. Najpierw przy torbach. Potem przy plecakach. A następnie przy worku z jedzeniem.

— Chyba jest głodny — powiedział Filius.

— Albo planuje przejąć nasze racje żywnościowe — odparł Bram.

Lucien wyciągnął z torby suchara. Demonek spojrzał na niego. Potem na suchara. Potem znowu na Luciena. Wyciągnął łapki. I otrzymał poczęstunek. Przez krótką chwilę wydawało się, że będzie go gryzł. Albo rozrywał. Albo przynajmniej próbował odgryźć kawałek. Nic z tych rzeczy. Jego pyszczek otworzył się. A właściwie... Trudno było powiedzieć, że to był pyszczek. Wyglądało to bardziej jak niewielka czarna pustka. Jakby wnętrze jego ust nie miało końca.

Suchar zniknął w niej natychmiast. Po prostu został wchłonięty. Bez gryzienia. Bez żucia. Bez żadnego wysiłku. Zapadła cisza.

— Dobrze — odezwał się Bram. — To już jest trochę niepokojące.

Demonek przez kilka sekund siedział nieruchomo. Potem jego wielkie oczy zmrużyły się. Wydał z siebie niezadowolone kwaknięcie. A następnie wypluł wszystko. Suchar wyleciał z jego pyska praktycznie nienaruszony. Razem z nim pojawiła się niewielka ilość gęstej czarnej mazi, która opadła na podłogę powozu z bardzo nieprzyjemnym dźwiękiem. Demonek spojrzał na suchara. Spojrzał na ludzi. I zakwakał. Tym razem wyraźnie z dezaprobatą.

— No proszę — powiedział Bram. — Mamy demona, który narzeka na nasze jedzenie.

— Szczerze mówiąc, rozumiem go — przyznał Lucien.

— Lucien.

— No co? Te suchary są okropne.

Demonek odsunął się od zapasów i zwinął z powrotem w futrzaną kulkę, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że świat ludzi jest miejscem pełnym rozczarowań kulinarnych. A ja obserwowałem to wszystko z rosnącym przekonaniem, że jeśli kiedykolwiek ktoś poprosiłby mnie o opisanie demona, który zachowuje się jak połączenie przestraszonego szczeniaka, głodnej kaczki i bardzo wybrednego kota, uznałbym taką osobę za niespełna rozumu. A jednak właśnie siedział przede mną. I kwakał.

Do czasu, aż słońce całkowicie schowało się za linią drzew, las zdążył stać się miejscem znacznie mniej przyjaznym niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Za dnia sosnowy bór wydawał się niemal monotonny, ale noc potrafiła nadać mu zupełnie inny charakter. Pnie drzew zamieniały się w ciemne sylwetki, korony zlewały się w jedną wielką czarną masę, a każdy trzask gałęzi czy szelest w zaroślach natychmiast przyciągał uwagę.

Na szczęście moi bohaterowie nie należeli już do ludzi, którzy ignorują takie dźwięki. Po wydarzeniach w Dalewood i po znalezieniu niezwykle osobliwego pasażera wszyscy zgodnie uznali, że dalsza jazda po ciemku nie ma większego sensu. Znaleźli niewielką polanę oddaloną nieco od drogi, wystarczająco dużą, by pomieścić powóz, konie i sześć osób, a przy okazji na tyle osłoniętą drzewami, aby nie rzucać się zanadto w oczy przypadkowym podróżnym. O ile w środku sosnowego lasu można jeszcze mówić o przypadkowych podróżnych.

Muszę przyznać, że podczas ostatnich godzin podróży pozwoliłem sobie na małą drzemkę. Tak, muchy również odpoczywają. Nie, nie zwisają przy tym głową w dół jak nietoperze. Po prostu człowiek, który przez osiemset lat obserwuje świat, prędzej czy później odkrywa, że drzemka jest jedną z największych przyjemności życia. Zwłaszcza kiedy nie musi się martwić o to, że ktoś go zauważy, szturchnie albo zapyta, czy może pomóc przy rozstawianiu namiotów. To ostatnie jest szczególnie ważne. Kiedy się obudziłem, obóz był już niemal gotowy.

Słowo „obóz” jest tutaj oczywiście pewnym nadużyciem. Prawdziwe obozy budują żołnierze albo ludzie, którzy wiedzą, że spędzą w jednym miejscu przynajmniej kilka dni. To, co stworzyli moi bohaterowie, należało raczej do kategorii „przetrwajmy noc i jedźmy dalej”.

Powóz ustawiono na środku polany. Konie zostały odprowadzone nieco dalej i przywiązane do drzew. Obok nich pozostawiono wodę i trochę paszy. Lucien oraz Zhana rozstawili dwa niewielkie namioty podróżne, które bardziej przypominały płócienne schronienia niż prawdziwe namioty. Bram skomentował ich rozmiar stwierdzeniem, że jeśli będzie musiał spać w czymś tak ciasnym, to rano obudzi się z bólem kręgosłupa i żalem do całego świata.

— Ty budzisz się z żalem do całego świata każdego ranka — zauważyła Zhana.

— Bo świat nieustannie daje mi ku temu powody.

Kadir przygotowała niewielkie miejsce na ognisko, choć płomień utrzymywano niewielki. W lesie, w którym niedawno znaleziono demona, rozsądek podpowiadał, by nie świecić jak latarnia morska. Filius zajął się zebraniem kilku gałęzi i przy okazji wrócił z kolejnymi roślinami, które najwyraźniej uznał za absolutnie niezbędne do przetrwania. Laeria pomagała rozkładać posłania, choć co jakiś czas zerkała na ich nowego towarzysza.

A demonek... Demonek najwyraźniej uznał, że został adoptowany. Początkowo siedział przy powozie, obserwując wszystkich swoimi wielkimi, niemal stale zaszklonymi oczami. Potem zaczął powoli spacerować po obozowisku. Jeśli można nazwać spacerem sposób poruszania się stworzenia przypominającego włochatą kulę na krótkich łapkach. Węszył. Przy namiotach. Przy sakwach. Przy kołach powozu. Przy koniach. Te ostatnie nie były zachwycone jego obecnością. Jeden z nich prychnął głośno i odsunął się o krok. Demonek odpowiedział cichym kwaknięciem. Koń wyglądał na jeszcze mniej przekonanego. Po chwili stworzenie podeszło do ogniska i usiadło przed nim, wpatrując się w płomienie z tak wielkim skupieniem, jakby właśnie odkryło największy sekret wszechświata. Lucien ostrożnie wyciągnął rękę i pogłaskał je po futrze. Demonek zamknął oczy. Zakwakał. I przewrócił się na bok. Po prostu. Jakby całkowicie zapomniał, że jest demonem. Leżał teraz przy ognisku niczym wyjątkowo zadowolony kot, poruszając od czasu do czasu krótkim ogonem.

— Nie wierzę, że to mówię — odezwała się Kadir. — Ale zaczynam się do niego przyzwyczajać.

— To właśnie robią demony — powiedział Bram. — Najpierw są urocze, potem przejmują twoje życie.

— Bram.

— Co?

— To nie jest pies.

— Jeszcze tego nie wiemy.

Ostatecznie ustalono, że nocne warty będą pełnione tak jak poprzednio, po dwie osoby naraz. Po wydarzeniach ostatnich dni nikt nie zamierzał spać bez zabezpieczenia. Pierwszą zmianę mieli objąć Lucien i Kadir, potem Zhana z Filiusem, a ostatnią Bram i Laeria, co wywołało u Brama minę człowieka, który właśnie dowiedział się, że istnieją jeszcze gorsze rzeczy od podróżowania.

Ja natomiast obserwowałem wszystko z góry, siedząc na gałęzi jednej z sosen. Las pozostawał cichy. Może nawet zbyt cichy. Ale przynajmniej tym razem jedynym demonem w obozie była mała, czarna, włochata kulka, która najwyraźniej właśnie zasnęła przy ognisku, wydając od czasu do czasu ciche, senne kwaknięcia. I muszę przyznać, że gdyby ktoś powiedział mi tydzień wcześniej, że będę świadkiem czegoś takiego, uznałbym go za człowieka wymagającego natychmiastowej pomocy medycznej. A jednak życie od ośmiuset lat udowadniało mi jedno. Nigdy nie należy lekceważyć zdolności świata do wymyślania rzeczy jeszcze dziwniejszych niż te, które już widzieliśmy.

Pierwsza warta przypadła Lucienowi i Kadir, co samo w sobie było interesującym połączeniem. Z jednej strony znajdował się człowiek, który najchętniej rozwiązywał problemy przy pomocy ognia, odwagi i improwizacji. Z drugiej osoba, która przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji potrafiła rozważyć wszystkie możliwe scenariusze, przewidzieć ich konsekwencje, a następnie dojść do wniosku, że potrzeba jeszcze kilku informacji. Muszę przyznać, że takie zestawienia zazwyczaj działają zaskakująco dobrze. Albo kończą się katastrofą. W tym przypadku szczęśliwie mieliśmy do czynienia z pierwszą możliwością.

Ognisko płonęło już tylko słabym płomieniem, rzucając pomarańczowe refleksy na pnie otaczających polanę sosen. Większość obozu pogrążona była we śnie. Bram zasnął niemal natychmiast po wejściu do namiotu, co nikogo nie zdziwiło. Zhana spała spokojnie, choć nawet podczas snu sprawiała wrażenie osoby gotowej w każdej chwili zerwać się na nogi. Filius wtulił się w swój płaszcz niczym ktoś, kto od dzieciństwa potrafił zasypiać w dowolnym miejscu. Laeria przewracała się jeszcze przez pewien czas, najwyraźniej wciąż myśląc o kolejnej nieudanej próbie lewitacji, ale i ją w końcu zmorzył sen.

Demonek również spał. A właściwie spał tak mocno, że zaczynałem podejrzewać, iż posiada niezwykle rozwinięty talent do ignorowania wszelkich zagrożeń. Zwinięty w czarną, puchatą kulkę leżał obok ogniska, od czasu do czasu poruszając łapkami, jakby śniło mu się coś wyjątkowo interesującego. Co kilka minut wydawał z siebie ciche, niemal żałosne kwaknięcie, po czym ponownie zapadał w głęboki sen. Przyznam szczerze, że widok śpiącego demona należał do tych rzeczy, których nie spodziewałem się kiedykolwiek oglądać.

Lucien siedział oparty plecami o koło powozu, obracając w dłoni niewielką kulkę ognia, która pojawiała się i znikała między jego palcami. Kadir natomiast siedziała naprzeciwko, z nogami podciągniętymi pod siebie i wzrokiem utkwionym gdzieś pomiędzy drzewami.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że zabraliśmy demona ze sobą — powiedziała po dłuższej chwili.

— Ja nadal nie mogę uwierzyć, że pozwolił się głaskać.

— To też.

Lucien uśmiechnął się lekko.

— Myślisz, że jest niebezpieczny?

— Myślę, że nie mamy pojęcia, czym on właściwie jest.

— Czyli jak zwykle.

— W pewnym sensie tak.

Zapadła chwila ciszy.

Las pozostawał spokojny. Słychać było jedynie szum wiatru w koronach sosen i sporadyczne odgłosy nocnych zwierząt.

— A jeśli takich stworzeń jest więcej? — odezwała się Kadir.

— To będziemy mieli całą armię kwaczących demonów.

— Lucien.

— No dobrze. Sam nie wiem.

Przez moment jego głos stał się nieco poważniejszy.

— Wiesz... wcześniej to wszystko wydawało się prostsze. Mieliśmy znaleźć coś podejrzanego, sprawdzić, czy ma związek z portalem, a jeśli tak, to zgłosić to w twierdzy.

— A teraz?

— A teraz mamy za sobą walkę z demonem, wieziemy kolejnego demona i nadal nie wiemy, kto otworzył portal.

Kadir pokiwała głową. Potem oboje zamilkli. Nie było już wiele do powiedzenia Pierwsza warta mijała spokojnie. Nikt nie atakował obozu. Żaden demon nie wyskakiwał z lasu. Żaden tajemniczy cień nie pojawiał się pomiędzy drzewami. Demonek spał, od czasu do czasu poruszając futrzastym ciałkiem i wydając ciche, senne dźwięki przypominające bardzo niezadowoloną kaczkę. A ja siedziałem wysoko na gałęzi i obserwowałem.

Druga warta rozpoczęła się bez większych ceremonii. Lucien i Kadir przekazali obowiązki Zhanie oraz Filiusowi, po czym sami z ulgą udali się do namiotów. Zwłaszcza Lucien wyglądał na człowieka, który odkrył, że nocne czuwanie jest znacznie mniej ekscytujące niż walka z demonami, o której później można opowiadać przy ognisku. Warta składa się bowiem głównie z siedzenia, nasłuchiwania i próby niezaśnięcia, a są to umiejętności, których młodzi bohaterowie zwykle nie doceniają.

Las pozostawał spokojny. Wiatr szumiał wysoko w koronach sosen, gdzieś daleko odezwała się sowa, a ognisko dogorywało już tylko żarzącymi się kawałkami drewna. Noc była chłodniejsza niż poprzednia, ale nadal przyjemna. Niebo ponad drzewami usiane było gwiazdami, choć z poziomu polany można było dostrzec jedynie ich niewielkie fragmenty pomiędzy gałęziami.

Zhana siedziała oparta o pień sosny, czujna jak zawsze. Filius natomiast sprawiał wrażenie człowieka, który nawet podczas pełnienia straży potrafi odnaleźć spokój. Wpatrywał się gdzieś w ciemność lasu, jakby próbował dostrzec nocne życie ukryte pomiędzy krzewami.

Przez dłuższy czas nie działo się absolutnie nic. I właśnie wtedy obudził się demonek. Najpierw poruszył się nieznacznie. Potem przeciągnął. A raczej wykonał coś, co zapewne w jego gatunku uchodziło za przeciąganie. Rozciągnął krótkie łapki, wydał z siebie ciche, zaspane kwaknięcie i otworzył swoje wielkie oczy, które nawet po przebudzeniu wyglądały tak, jakby właśnie przeżywał głęboki kryzys emocjonalny. Rozejrzał się dookoła. Spojrzał na śpiących magów. Na konie. Na ognisko. A potem dostrzegł Filiusa. I najwyraźniej uznał, że odnalazł swojego ulubionego człowieka. Podreptał do niego na swoich krótkich łapkach, zatrzymał się tuż obok i spojrzał wyczekująco. Filius odwzajemnił spojrzenie. Demonek przechylił głowę. Filius również nieco przechylił głowę. Demonek zakwakał.

— Dobry wieczór? — powiedział cicho Filius.

Demonek zakwakał ponownie. Tym razem nieco głośniej. Po czym wdrapał się na ławkę zrobioną z przewróconego pnia, na której siedział młody mag natury, i usadowił się tuż obok niego. Zhana obserwowała to z wyraźnym rozbawieniem.

— Chyba naprawdę cię polubił.

— Albo uznał mnie za część swojego stada.

— To też możliwe.

Demonek przez chwilę siedział spokojnie. A potem zaczął zaczepiać Filiusa. Najpierw szturchnął go łapką. Filius spojrzał na niego. Demonek zakwakał. Filius pogłaskał go po głowie. Demonek wydał z siebie dźwięk przypominający zadowolone mruczące kwaknięcie. Po chwili ponownie szturchnął Filiusa. Potem jeszcze raz. A następnie zaczął delikatnie ciągnąć go za rękaw.

— On czegoś chce — stwierdziła Zhana.

— Tylko czego?

Demonek spojrzał na Filiusa. Potem na jego torbę. Potem znowu na Filiusa. I zakwakał. Filius otworzył torbę. Demonek natychmiast wsadził do niej pyszczek. Przez kilka sekund słychać było jedynie szuranie, węszenie i odgłosy intensywnego poszukiwania czegoś interesującego. Po chwili stworzenie wyciągnęło łebek z torby. W pysku trzymało niewielką suszoną roślinę. Przyjrzało jej się. Powąchało. Spróbowało wciągnąć ją do swojej tajemniczej paszczy. Po czym niemal natychmiast wypluło ją z obrzydzeniem. Razem z odrobiną czarnej mazi. I zakwakało obrażonym tonem.

— Najwyraźniej też mu nie smakuje — powiedziała Zhana.

— To był korzeń uspokajający.

— Widocznie jest już wystarczająco spokojny.

Demonek westchnął. Naprawdę. Westchnął. Po czym zwinął się obok Filiusa, oparł o jego nogę i najwyraźniej uznał, że skoro nie otrzyma niczego smacznego, to przynajmniej może skorzystać z towarzystwa.

Filius spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie trzymają zwierzęta.

— Przypominam, że to demon — powiedziała Zhana.

— Wiem.

Demonek zakwakał.

— Chociaż coraz trudniej mi w to uwierzyć.

I muszę przyznać, że miał rację. Widziałem wiele dziwnych rzeczy podczas swoich ośmiu stuleci życia, ale obserwowanie maga natury opiekującego się włochatym demonem, który zachowywał się jak połączenie szczeniaka, kaczki i wyjątkowo wybrednego kota, zdecydowanie zasługiwało na miejsce w czołówce najbardziej absurdalnych doświadczeń. A noc nadal była młoda.

Ostatnia warta przypadła Bramowi i Laerii, co w pewnym sensie było najbardziej ironicznym zestawieniem tej nocy. Z jednej strony człowiek, który do wszystkiego podchodził z mieszaniną sarkazmu i nieufności, z drugiej osoba, która od kilku dni próbowała przekonać samą siebie, że potrafi zrobić coś tak podstawowego jak lewitacja. W praktyce oznaczało to, że oboje siedzieli obok siebie w milczeniu, każde zajęte własnymi myślami, a las wokół nich robił wszystko, żeby utrzymać atmosferę nocnej ciszy.

Ognisko było już tylko żarem, ledwo tlącym się pod popiołem. Powóz stał nieruchomo w półmroku, a konie od czasu do czasu poruszały się niespokojnie, jakby nawet one czuły, że noc ma w sobie coś nie do końca zwyczajnego. Demonek natomiast był obecny i nieobecny jednocześnie, co w jego przypadku oznaczało, że leżał zwinięty przy brzegu obozu i od czasu do czasu zmieniał pozycję, wydając z siebie ciche, senne kwaknięcia.

Ja, niestety, nie mogłem sobie pozwolić na pełne odprężenie. Zbyt wiele razy widziałem, jak pozornie spokojne noce zamieniają się w coś znacznie mniej przyjemnego. Dlatego też, zamiast skupiać się na rozmowach, które i tak nie należały do szczególnie wylewnych, obserwowałem las. Każdy cień między drzewami, każdy ruch gałęzi, każdy nietypowy układ światła i mroku wydawał się potencjalnym początkiem problemów. Nic jednak nie wskazywało na to, żeby cokolwiek się zbliżało. Co oczywiście nie poprawiało mi nastroju, bo doświadczenie uczyło mnie, że najgorsze rzeczy rzadko uprzedzają swoją obecność.

Bram natomiast zajmował się czymś znacznie bardziej konkretnym: obserwacją demona. Albo, jak sam twierdził, „pilnowaniem tego futrzastego nieszczęścia, zanim zacznie coś gryźć albo nas wszystkich zje w ramach eksperymentu”.

— On się na mnie patrzy — powiedział w pewnym momencie Bram, nie odrywając wzroku od demonka.

— On się na wszystkich patrzy — odpowiedziała Laeria spokojnie.

— Nie, nie tak. On się na mnie patrzy inaczej.

— Jak inaczej?

— Jakby planował coś bardzo nieprzyjemnego.

Laeria zerknęła w stronę stworzenia, które w tym momencie wyglądało jak idealne ucieleśnienie niewinności. Zwinięta czarna kulka futra, półprzytomne oczy, delikatne poruszenia łapek, jakby śniło o czymś zupełnie nieszkodliwym.

— Wygląda, jakby śnił — stwierdziła.

— Właśnie. To jest podejrzane.

— Bram…

— Słuchaj, ja wiem, jak wyglądają rzeczy, które „tylko śpią”, a potem nagle okazuje się, że wygryzają dziurę w ścianie.

Demonek poruszył się lekko. Otworzył jedno oko. Spojrzał w stronę Brama. I przez krótką chwilę… rzeczywiście zmienił wyraz. Nie dało się tego łatwo opisać. Futrzana kulka, która jeszcze moment wcześniej wyglądała na absolutnie nieszkodliwą, nagle sprawiała wrażenie czegoś bardziej… świadomego. Oczy zrobiły się węższe, usta (o ile można było to tak nazwać) wygięły się w coś pomiędzy grymasem a uśmiechem, a ogon poruszył się powoli, jakby w sposób całkowicie zamierzony. Bram zesztywniał.

— Widzisz? — wyszeptał. — Widzisz to?

— Widzę tylko śpiące zwierzę — odpowiedziała Laeria.

— To nie jest śpiące zwierzę. To jest śpiący problem.

Demonek zamknął oko. I wrócił do swojej poprzedniej, niewinnie wyglądającej formy. Bram zmarszczył brwi.

— On to zrobił.

— Co zrobił?

— Spojrzał na mnie w sposób bardzo jednoznacznie wrogi.

— Może mu się coś śniło.

— Tak, na przykład ja.

Laeria westchnęła cicho, ale nie wydawała się przekonana, że istnieje jakikolwiek sens dalszej dyskusji. Niestety, ja również nie mogłem mu w tym pomóc. Bo w tym momencie byłem zajęty czymś innym. Lasem.

Bram natomiast nadal wpatrywał się w demona z wyraźną nieufnością. Demonek spał. Albo udawał. A Laeria siedziała między nimi, najwyraźniej uznając, że jeśli świat rzeczywiście zaczyna wariować, to przynajmniej warto zachować w tym wszystkim odrobinę spokoju.

Ranek przyszedł bez fanfar i bez żadnych szczególnych znaków, co w pewnym sensie było najbardziej podejrzaną rzeczą tej nocy, choć nikt jeszcze o tym nie wiedział. Las, który przez całą noc wydawał się pełen ukrytych kształtów i niedopowiedzianych cieni, o świcie znów stał się zwyczajny. Sosny stały nieruchomo, mgła unosiła się nisko nad ziemią, a powietrze pachniało wilgocią i żywicą.

Demonek obudził się jako ostatni, co nikogo już specjalnie nie dziwiło, i od razu zaczął krążyć po obozie z energią stworzenia, które najwyraźniej uznało, że nowy dzień jest okazją do natychmiastowego sprawdzenia wszystkich możliwych źródeł jedzenia. Najpierw sprawdził sakwy. Potem powóz. Potem buty Brama, co spotkało się z wyjątkowo mało entuzjastyczną reakcją.

— Nie. Absolutnie nie — powiedział Bram, odsuwając nogę. — To są moje buty, nie twoje śniadanie.

Demonek zakwakał, jakby chciał zaprotestować, ale ostatecznie zrezygnował i podreptał dalej, najwyraźniej uznając, że świat nadal nie spełnia jego podstawowych standardów żywieniowych.

Zwijanie obozu poszło szybko. Tym razem nikt nie miał ochoty przeciągać poranka bardziej niż to konieczne. Ognisko zostało dokładnie zasypane ziemią, namioty złożone, zapasy spakowane, a konie przygotowane do drogi. Powóz znów stał się centrum całego przedsięwzięcia, gotowy do dalszej podróży w stronę Gór Srebrzystych i twierdzy, o której wszyscy coraz częściej mówili półgłosem, jakby sama jej nazwa miała większą wagę niż wcześniej.

Demonek został oczywiście uznany za pełnoprawnego pasażera, choć nikt nie potrafił jeszcze powiedzieć, czy jest to bardziej błogosławieństwo, czy błąd, który dopiero się ujawni. Zajął swoje miejsce bez protestu, zwijając się w swoją zwyczajową czarną kulkę futra, choć tym razem usiadł bliżej środka powozu, jakby uznał, że poprzednia noc upoważnia go do większego zaufania.

Lucien, jak zwykle, wyglądał na gotowego do drogi i kolejnych „przygód”, Kadir sprawdzała mapy z uporem godnym kogoś, kto wierzy, że mapy potrafią zmieniać rzeczywistość, Filius rozglądał się z zainteresowaniem po porannym lesie, a Laeria milczała, spoglądając co jakiś czas na demonka, jakby próbowała zrozumieć, czy to wszystko ma jakikolwiek sens.

Powóz ruszył. Koła zaskrzypiały na ubitej leśnej drodze, konie szarpnęły uprzężą i cała grupa ponownie zagłębiła się w sosnowy las, który o poranku wyglądał tak samo niewinnie jak zawsze. Ja natomiast zająłem swoje miejsce, jak zwykle niewidoczny, jak zwykle nieproszony i jak zwykle jedyny, który miał bardzo nieprzyjemne wrażenie, że zwyczajność tego dnia jest jedynie chwilową uprzejmością świata.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania