Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 4

Muszę niestety rozczarować wszystkich miłośników sensacyjnych zwrotów akcji, tajemniczych nieznajomych i karczemnych bójek rozpoczynających wielkie przygody. Pobyt naszych bohaterów w przydrożnej karczmie okazał się zatrważająco normalny.

Wiem. Sam byłem nieco zawiedziony.

Przez osiemset lat człowiek nabiera pewnych oczekiwań wobec tego rodzaju miejsc. Karczmy mają opinię punktów, w których los lubi mieszać swoje karty. To tam pojawiają się podejrzani podróżnicy. To tam ktoś przypadkiem podsłuchuje sekretną rozmowę. To tam wybuchają awantury, zawierane są sojusze i rozpoczynają się historie, które później trafiają do pieśni bardów.

Ta karczma najwyraźniej nie czytała bardowskich pieśni.

Nasi młodzi magowie zjedli posiłek. Odpoczęli. Napoili konie. Wysłuchali kilku narzekań innych podróżnych na stan dróg, pogodę i ceny żywności, czyli trzy tematy, które od stuleci stanowią fundament większości rozmów prowadzonych przez zwykłych ludzi. Lucien próbował oczywiście zagadywać napotkanych gości, licząc zapewne na usłyszenie czegoś interesującego. Nie usłyszał. Bram zjadł więcej, niż rozsądek podpowiadałby przed dalszą podróżą. Kadir przejrzała mapy. Filius zainteresował się przykarczemnym ogródkiem. Zhana pilnowała, by grupa rzeczywiście pamiętała o celu podróży. Laeria natomiast obserwowała wszystko z tym swoim charakterystycznym zamyśleniem, które coraz bardziej zaczynało mnie intrygować.

Krótko mówiąc, nic wartego szczególnego odnotowania się nie wydarzyło. A czasami właśnie takie dni okazują się najcenniejsze. Ludzie zwykle nie zdają sobie sprawy, jak bardzo lubią wspominać spokojne chwile dopiero wtedy, gdy przestaną mieć spokojne chwile.

Podczas postoju ustalono również dalszy plan podróży. Według obliczeń Kadir, które zostały następnie sprawdzone przez Zhanę, a później zakwestionowane przez Brama wyłącznie z przyzwyczajenia, do wieczora powinni bez większych problemów dotrzeć do osady Dalewood. Była to jedna z większych osad leżących przy północnym trakcie, często odwiedzana przez kupców i podróżnych zmierzających ku Górom Srebrzystym. Znajdowało się tam kilka zajazdów, stajnie oraz wystarczająco dużo łóżek, by szóstka młodych magów mogła spędzić noc bez konieczności rozbijania obozu przy drodze.

Plan był więc prosty. Dotrzeć do Dalewood. Przenocować. Następnego dnia ruszyć dalej na północ. Proste plany są niezwykle popularne wśród ludzi. Zwłaszcza na początku historii.

Kiedy odpoczynek dobiegł końca, grupa zaczęła ponownie przygotowywać się do drogi. Bagaże wróciły na swoje miejsca. Filius został niemal siłą odciągnięty od oglądania jakiegoś wyjątkowo interesującego krzewu. Bram z wyraźnym niezadowoleniem pożegnał ławkę, na której zdążył się zadomowić. Lucien odzyskał energię po posiłku i wyglądał tak, jakby gotów był natychmiast rozpocząć ratowanie świata. Kadir schowała mapy. Zhana upewniła się, że nikt niczego nie zapomniał. Laeria po prostu zajęła swoje miejsce w powozie. Ja natomiast wróciłem na swoje sprawdzone stanowisko pod podwoziem.

Powinni byli odjechać kilka minut wcześniej. Konie były gotowe, bagaże zabezpieczone, woźnica siedział już na swoim miejscu, a moi młodzi magowie właśnie zajmowali miejsca w powozie. Wszystko wskazywało na to, że podróż zostanie wznowiona bez najmniejszych komplikacji.

Właśnie wtedy rozległo się wołanie.

Kilka osób odwróciło głowy. Drogą od strony karczmy biegła kobieta prowadząca za rękę małego chłopca. Oboje wyglądali na zwykłych mieszkańców okolicy. Żadnych oznak magii, żadnych tajemniczych płaszczy ani sekretów zdolnych zmienić losy świata. Po prostu matka i dziecko.

Kobieta zatrzymała się przy powozie, wyraźnie zmęczona pośpiesznym biegiem.

— Przepraszam... — powiedziała, łapiąc oddech. — Czy jedziecie może do Dalewood?

— Tak — odpowiedziała Zhana.

— Moglibyśmy prosić o podwiezienie? To tylko kawałek drogi, a mój syn niezbyt dobrze znosi długie marsze...

Zhana nawet nie zdążyła odpowiedzieć.

— Oczywiście! — oznajmił Lucien z entuzjazmem człowieka, który właśnie otrzymał okazję do zaprezentowania własnej wielkoduszności.

Kobieta podziękowała kilkukrotnie, po czym wraz z synem zajęła wolne miejsce w powozie.

I właśnie wtedy rozpoczęły się prawdziwe problemy.

Chłopiec miał może pięć lat. Może sześć, jeśli był wyjątkowo wysoki jak na swój wiek. Miał rozczochrane włosy, wielkie oczy i niebezpieczną dla otoczenia ilość ciekawości.

Przez pierwsze trzydzieści sekund siedział spokojnie.

Potem zauważył medaliony żywiołów.

A potem dostrzegł, że siedzi obok prawdziwych magów.

— Jesteście magami?!

— Tak — odpowiedział Lucien.

— Prawdziwymi?

— Nie, udajemy dla żartu.

Kadir westchnęła.

Chłopiec najwyraźniej nie wyłapał sarkazmu.

— Naprawdę?!

— Naprawdę.

— A umiecie rzucać ogień?

— Tak.

— A pioruny?

— Nie.

— A smoki?

— Smokami się nie rzuca — zauważył Bram.

— Dlaczego?

— Bo się denerwują.

Przez chwilę chłopiec analizował tę odpowiedź.

— To ma sens.

Nie miało.

Ale był to dopiero początek.

Przez następne kilka minut mały zasypywał ich pytaniami z częstotliwością, która mogłaby zawstydzić nawet Kadir podczas wyjątkowo produktywnego dnia.

Czy walczyli z potworami? Czy znali króla? Czy byli bogaci? Czy potrafili latać? Czy znali smoki? Czy widzieli demony? Czy magowie mogą zamieniać ludzi w żaby?

Na ostatnie pytanie Lucien spojrzał na Brama.

— Oczywiście.

— Naprawdę? — zapytał chłopiec.

— Tak.

— A dlaczego tego nie robicie?

— Bo potem trzeba je karmić.

W tym momencie nawet Laeria zaczęła się uśmiechać. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Lucien odkrył bowiem, że ma bardzo podatnego słuchacza.

— Właściwie — powiedział konspiracyjnym tonem — jedziemy właśnie na bardzo niebezpieczną misję.

Matka chłopca natychmiast spojrzała na niego podejrzliwie.

To był słuszny odruch.

— Naprawdę? — wyszeptał chłopiec.

— Oczywiście.

— Jaką?

Lucien spojrzał na pozostałych.

A potem podjął najgorszą możliwą decyzję.

— Polujemy na Górskiego Pożeracza Magów.

Tak narodziło się stworzenie, które jeszcze minutę wcześniej nie istniało.

— Co to jest?!

— Ogromny potwór — wyjaśnił Lucien.

— Jak ogromny?

— Tak wielki, że potrafi połknąć konia.

— A maga?

— Kilku magów.

— Naraz?!

— Jeśli jest głodny.

Bram natychmiast postanowił pomóc.

— Ale najgorsze są jego zęby.

— Jakie?

— Ma siedem rzędów.

— SIEDEM?!

— Osiem — poprawił Filius zupełnie poważnym tonem.

Kadir spojrzała na nich z niedowierzaniem. Zhana próbowała zachować powagę. Laeria odwróciła głowę do okna, żeby ukryć uśmiech. Chłopiec był natomiast całkowicie zachwycony.

Przez następne pół godziny historia rozrosła się do absurdalnych rozmiarów. Pożeracz Magów zyskał ognisty oddech, trzydzieści pazurów, oczy świecące w ciemności oraz zwyczaj pożerania szczególnie aroganckich czarodziejów.

— Dlatego zabieramy Luciena jako przynętę — wyjaśnił Bram.

— Co?!

— Potwór uwielbia aroganckich magów ognia.

— To nieprawda!

— Tak mówią legendy.

— Wymyśliłeś to przed chwilą!

— Nadal są to legendy.

Nawet matka chłopca zaczęła się śmiać.

Po mniej więcej godzinie nawet niewyczerpane zasoby energii pięcioletniego organizmu zaczęły przegrywać z kołysaniem powozu. Chłopiec najpierw ziewnął. Potem jeszcze raz. Następnie próbował dzielnie walczyć z opadającymi powiekami, jakby uczestniczył w wielkiej bitwie przeciwko siłom snu. Bitwę tę przegrał całkowicie i bezwarunkowo.

Oparł głowę o ramię matki i zasnął.

W powozie zrobiło się spokojniej.

Lucien wyglądał wręcz na rozczarowanego.

— Myślicie, że uwierzył w Pożeracza Magów? — spytał.

— Uwierzył w osiem rzędów zębów — odparła Kadir. — To już bardzo źle świadczy o waszej działalności edukacyjnej.

— Młodzież trzeba rozwijać.

— To dziecko ma pięć lat.

— Tym bardziej.

— Nie jestem pewna, czy "tym bardziej" pomaga.

Przez jakiś czas rozmowy zeszły na bardziej przyziemne tematy. Droga mijała spokojnie, pola ustępowały miejsca coraz bardziej pofałdowanemu terenowi, a słońce powoli przesuwało się po niebie. Powóz turkotał niezmiennie, konie utrzymywały równe tempo, a ja zacząłem nawet podejrzewać, że reszta dnia minie równie spokojnie.

Wtedy chłopiec się obudził. Nie otworzył oczu powoli. Nie przeciągnął się. Nie próbował przypomnieć sobie, gdzie jest. Usiadł nagle i pierwszym zdaniem oznajmił:

— A czy Pożeracz Magów walczył kiedyś ze smokiem?

Zapadła chwila ciszy.

Potem Bram westchnął.

— Niestety tak.

— Kto wygrał?!

— Nikt.

— Jak to nikt?

— Obaj przegrali.

— Jak można przegrać, jeśli się walczy?

— To długa historia.

— Mam czas.

I to był błąd.

Ogromny błąd.

Ponieważ Lucien natychmiast przejął inicjatywę.

— Wszystko zaczęło się od Smoka Burzowego.

— Co to jest?

— Smok, który żyje na najwyższych szczytach Gór Srebrzystych.

— Naprawdę?

— Oczywiście.

— A jak wygląda?

— Jest cały z chmur.

— To nie ma sensu — zauważyła Kadir.

— Ma dla pięciolatka.

— To uczciwe.

— I kiedy macha skrzydłami — kontynuował Lucien — wywołuje burze.

— Ogromne burze?

— Tak wielkie, że kiedyś przez pomyłkę przewrócił latarnię morską.

— W górach nie ma latarni morskich.

— Właśnie dlatego była to pomyłka.

Chłopiec wydawał się całkowicie usatysfakcjonowany tym wyjaśnieniem.

Ja natomiast zacząłem się zastanawiać, czy dzieci są łatwowierne, czy po prostu mądrzejsze od dorosłych i świadomie ignorują nieścisłości.

W międzyczasie Filius niespodziewanie postanowił dołączyć do zabawy.

— Smok Burzowy nie był najdziwniejszy.

Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem.

Filius bardzo rzadko wymyślał historie.

— Był jeszcze Leśny Smok.

— Jaki?!

— Mieszkał w lesie.

— To logiczne — przyznał chłopiec.

— Wyglądał jak drzewo.

— Jak drzewo?!

— Tak.

— Skąd było wiadomo, że to smok?

— Czasami zjadał drwali.

Chłopiec zastanowił się przez chwilę.

— To rzeczywiście brzmi jak smok.

Zhana schowała twarz w dłoniach.

Laeria śmiała się już otwarcie.

— To nic — odezwał się Bram. — Mój wujek widział kiedyś Kamiennego Smoka.

— Nie masz wujka.

— W tej historii mam.

— Rozumiem.

— Kamienny Smok był tak leniwy, że przez trzydzieści lat wszyscy myśleli, że jest wzgórzem.

— Jak odkryli, że nie jest?

— Ktoś próbował zbudować na nim owczarnię.

— I co się stało?

— Smok się obraził.

— Rozsądne.

Muszę przyznać, że chłopiec miał zadziwiająco pragmatyczne podejście do życia.

Rozmowa trwała dalej. Każda historia była coraz bardziej absurdalna. Powstały opowieści o rybach większych od statków, o wilkach uczulonych na własne futro, o goblinach prowadzących szkoły matematyki i o olbrzymim jeżu, który przez przypadek został królem pewnego miasta.

Najbardziej niepokojące było to, że z każdą kolejną minutą coraz trudniej było odróżnić, kto jeszcze żartuje, a kto po prostu sprawdza granice wyobraźni pozostałych.

— A wy naprawdę jesteście magami? — zapytał nagle chłopiec.

— Tak — odpowiedziała Zhana.

— Prawdziwymi?

— Tak.

— To dlaczego nie zamienicie Brama w żabę?

W powozie wybuchł śmiech.

— Widzisz? — powiedział Bram. — Już zaczyna rozumieć świat.

Zanim jednak ktokolwiek zdążył wymyślić kolejnego smoka, potwora albo monarchę wśród jeży, dzień zaczął nieubłaganie chylić się ku końcowi. Słońce przesuwało się coraz niżej, cienie wydłużały się na drodze, a rozmowy stopniowo stawały się spokojniejsze. Nawet Lucienowi w końcu zabrakło nowych pomysłów na straszenie pięciolatka, co samo w sobie należałoby uznać za osiągnięcie godne odnotowania.

Droga ciągnęła się dalej na północ, a krajobraz zaczął powoli się zmieniać. Pola stawały się mniejsze, częściej pojawiały się zagajniki i pagórki, a na horyzoncie coraz wyraźniej rysowała się ciemna linia lasów poprzedzających Góry Srebrzyste. Same góry nadal znajdowały się daleko, ale nie były już ledwie widoczną kreską. Teraz można było dostrzec ich zarysy, szczyty odcinające się od wieczornego nieba i charakterystyczny srebrzysty połysk skał, od którego wzięły swoją nazwę.

Wreszcie, gdy niebo zaczęło przybierać złote i pomarańczowe barwy, na drodze przed nimi pojawiło się Dalewood. Matka z synem wysiedli wcześniej przy jednych z mniejszych gospodarstw przed osadą, dziękując za podwiezienie. Chłopiec pożegnał się wyjątkowo serdecznie, a przy okazji obiecał, że jeśli kiedykolwiek spotka Pożeracza Magów, natychmiast poinformuje o tym wszystkich obecnych. Uznałem to za rozsądną deklarację.

Muszę przyznać, że osada prezentowała się całkiem przyzwoicie.

Nie była miastem. Nie była nawet miasteczkiem. Ale też nigdy nie próbowała udawać czegoś większego niż była. Dalewood powstało przy trakcie i rozwijało się dzięki niemu przez dziesięciolecia. Każdy podróżny zmierzający ku Górom Srebrzystym wcześniej czy później przejeżdżał przez tę osadę, a mieszkańcy doskonale nauczyli się na tym korzystać.

Pierwsze zabudowania pojawiły się jeszcze przed właściwym centrum. Były to stodoły, warsztaty i magazyny należące do kupców. Dalej zaczynały się domy mieszkalne — drewniane, solidne i wyraźnie budowane z myślą o praktyczności, a nie pięknie. Większość miała spadziste dachy przygotowane na ciężkie zimy oraz niewielkie ogródki otoczone płotami. W wielu oknach paliły się już światła.

Przez środek osady przebiegał główny trakt. Wzdłuż niego ciągnęły się sklepy, warsztaty rzemieślników, stajnie oraz kilka zajazdów konkurujących ze sobą o uwagę podróżnych. Z kominów unosił się dym, ludzie wracali z pracy, dzieci biegały między budynkami, a kupcy kończyli pakowanie towarów przed nocą.

Dalewood sprawiało wrażenie miejsca żywego, ale nie chaotycznego. Nie było tu pośpiechu charakterystycznego dla stolicy ani ciągłego ruchu znanego z większych miast. Osada funkcjonowała we własnym rytmie, wyznaczanym przez pory roku, handel i podróżnych pojawiających się każdego dnia.

W oddali, za ostatnimi zabudowaniami, zaczynał się las. Gęsty, ciemny i znacznie starszy niż sama osada. Dalej za nim czekały już wzgórza i góry.

Bohaterowie obserwowali Dalewood z zainteresowaniem. Dla większości z nich była to po prostu kolejna osada na trasie. Dla mnie natomiast była czymś więcej.

Przez osiemset lat widziałem Dalewood w różnych okresach jego historii. Pamiętałem czasy, gdy stało tu zaledwie kilka chat i mała stacja dla kupców. Pamiętałem pożar, który strawił niemal połowę zabudowy. Pamiętałem zimę, podczas której śnieg zasypał trakt na trzy tygodnie. Pamiętałem ludzi, którzy budowali pierwsze domy, choć ich nazwiska dawno już zniknęły z pamięci mieszkańców.

To zabawne, jak długo potrafią żyć miejsca.

Ludzie przychodzą i odchodzą. Pokolenia mijają. Bohaterowie rodzą się, przeżywają swoje przygody, a potem stają się wspomnieniem.

Tymczasem takie osady trwają.

Zmieniają się powoli, niemal niezauważalnie, ale trwają.

Powóz wtoczył się na główną ulicę Dalewood, a jego koła zastukały o twardszą nawierzchnię. Przed podróżnikami znajdował się zasłużony nocleg, ciepły posiłek i odpoczynek po całym dniu jazdy.

Wieczór rzeczywiście zapowiadał się spokojnie. Nawet zbyt spokojnie, gdybym miał być szczery. Po zakwaterowaniu w zajeździe bohaterowie zostawili większość rzeczy w swoich pokojach i postanowili jeszcze przez jakiś czas pospacerować po Dalewood. Nie było w tym nic dziwnego. Po całym dniu spędzonym w powozie każdy miał ochotę rozprostować nogi. Osada żyła jeszcze własnym rytmem. Z karczm dobiegały odgłosy rozmów i śmiechu, w oknach paliły się lampy olejne, a mieszkańcy kończyli swoje codzienne obowiązki. Dzieci dawno już wróciły do domów, kupcy zamykali magazyny, a podróżni zaczynali myśleć o noclegu i kolacji. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać w zwyczajny wieczór w przydrożnej osadzie.

Ja natomiast zajmowałem się tym, czym zajmowałem się od stuleci. Latałem nad dachami i obserwowałem. Muszę przyznać, że Dalewood prezentowało się całkiem przyjemnie z perspektywy muchy. Dachy tworzyły nieregularną mozaikę ciemnych kształtów, pomiędzy którymi płynęły strumienie ciepłego światła wydobywającego się z okien. Z wysokości kilku metrów można było dostrzec rzeczy niewidoczne dla zwykłych przechodniów. Kłótnię małżeństwa za zasłoniętym oknem. Kota polującego na myszy za stodołą. Pijanego kupca próbującego przekonać latarnię, że zna drogę do domu. Typowy wieczór.

Dlatego początkowo nie zwróciłem większej uwagi na ruch w jednej z bocznych uliczek po zachodniej stronie osady. Wydawało mi się, że to zwykły cień przesuwający się między budynkami. Dopiero po chwili zauważyłem, że cień porusza się w sposób, w jaki cienie poruszać się nie powinny.

Zawisłem w powietrzu i skupiłem uwagę. Coś znajdowało się pomiędzy magazynem a stajnią należącą do jednej z karczm. Księżyc właśnie wyłonił się zza chmur i na moment oświetlił uliczkę srebrzystym światłem. Wtedy zobaczyłem je wyraźnie.

Przez osiemset lat widziałem trochę demonów. Ludzie często wyobrażają je sobie jako ogromne bestie, potwory wysokie jak domy, ziejące ogniem i pozostawiające za sobą ścieżkę zniszczenia. Takie oczywiście również istnieją. Problem polega na tym, że większość demonów jest znacznie bardziej praktyczna. Ewolucja, niezależnie od świata, zwykle premiuje skuteczność ponad widowiskowość.

To stworzenie było mniej więcej wielkości dużego wilka, ale na tym kończyły się podobieństwa do jakiegokolwiek zwierzęcia znanego w Elorii. Jego ciało było nienaturalnie wydłużone, a kończyny sprawiały wrażenie, jakby ktoś złożył je z elementów należących do kilku różnych stworzeń i zapomniał sprawdzić, czy do siebie pasują. Stawy zginały się pod dziwnymi kątami, a ruchy przypominały jednocześnie pełzanie i bieg. Skóra miała kolor głębokiej czerni i połyskiwała niczym mokry kamień. Nie była pokryta ani futrem, ani łuskami. Wyglądała bardziej jak twarda, martwa powłoka. Najbardziej niepokojąca była jednak głowa. A właściwie miejsce, gdzie głowa powinna się znajdować.

Nie było tam pyska. Nie było nosa. Nie było nawet oczu, przynajmniej takich, jakie rozumieją ludzie. Całą przednią część twarzy przecinała jedynie pionowa szczelina. Szczelina powoli się rozwarła. Wewnątrz znajdowały się zęby. Dziesiątki zębów. Widziałem już wiele rzeczy w swoim życiu, ale nadal uważam, że stworzenia posiadające więcej zębów niż rozsądek są z natury podejrzane. Demon zatrzymał się przy stajni. Przez chwilę trwał nieruchomo. Potem przechylił ciało w sposób, który przypominał nasłuchiwanie. W środku znajdowały się konie.

Najwyraźniej również je wyczuł. Następna sekunda przyniosła eksplozję chaosu. Najpierw rozległ się przeraźliwy ryk jednego z koni. Zaraz potem odpowiedziały mu kolejne. Zwierzęta zaczęły szarpać uprzęże i kopać w drewniane przegrody. W stajni wybuchła panika tak gwałtowna, że nawet ludzie na głównej ulicy natychmiast zwrócili uwagę na hałas. Demon błyskawicznie rzucił się do środka. Drewniane drzwi rozpadły się niemal bez oporu. Krzyki ludzi rozległy się z pobliskiej karczmy. Ktoś wybiegł na zewnątrz. W oknach zaczęły pojawiać się światła.

W tym samym czasie dostrzegłem bohaterów. Znajdowali się kilkadziesiąt metrów dalej, spacerując główną ulicą. Hałas natychmiast zwrócił ich uwagę. Lucien odwrócił głowę pierwszy. Zhana spojrzała w stronę stajni. Bram wyprostował się natychmiast, co samo w sobie było wystarczającym sygnałem, że sytuacja jest poważna. Potem wszyscy zobaczyli stworzenie. Nawet z tej odległości było jasne, że nie jest to żadne zwierzę. Nie przypominało niczego, co powinno istnieć w tym świecie. Przez moment grupa po prostu stała nieruchomo.

W ich głowach pojawiła się dokładnie ta sama myśl. Demon. Nie tajemnicza bestia z raportów. Nie plotka. Nie opowieść. Prawdziwy demon. Tutaj. W Dalewood.

Lucien zareagował pierwszy, co nie powinno nikogo dziwić. Ruszył biegiem w stronę stajni, nawet nie próbując ukrywać zamiaru walki. Zhana przeklęła pod nosem i natychmiast pobiegła za nim. Reszta ruszyła chwilę później.

Demon zdążył wyrządzić szkody, zanim bohaterowie dotarli na miejsce, ale nie na tyle duże, by sytuacja była jeszcze nie do uratowania. Kiedy Lucien jako pierwszy wbiegł na plac przed stajnią, jedno z przęseł było już wyłamane, kilka koni szalało w panice, a właściciel obiektu bezskutecznie próbował zbliżyć się do budynku z widłami w dłoniach. Muszę przyznać, że ludzie mają zadziwiającą skłonność do stawiania czoła koszmarom przy pomocy narzędzi rolniczych. Czasami nawet działa.

Sam demon znajdował się jeszcze w środku. Dostrzegł nadbiegających ludzi niemal natychmiast. Jego nienaturalne ciało odwróciło się w ich stronę, a pionowa szczelina pełniąca rolę pyska rozwarła się szeroko. Rozległ się dźwięk, który trudno byłoby nazwać rykiem. Bardziej przypominał skrzypienie metalu połączone z odgłosem łamanych kości.

Lucien zareagował pierwszy. Oczywiście. Płomień wystrzelił z jego dłoni jeszcze zanim zdążył całkowicie zatrzymać bieg. Ogień przeciął mrok stajni i uderzył w jedną ze ścian tuż obok demona. Stworzenie uskoczyło z zadziwiającą szybkością, po czym jednym skokiem znalazło się na zewnątrz.

I wtedy ruszyło prosto na ludzi. To był moment, w którym wszyscy przypomnieli sobie, że walka z potworem wygląda znacznie mniej romantycznie niż w opowieściach. Demon poruszał się błyskawicznie. Jego długie kończyny pracowały w sposób przypominający jednocześnie ruch wilka, pająka i czegoś jeszcze znacznie mniej przyjemnego. W kilku susach pokonał połowę placu.

Na jego drodze znalazł się Lucien. W ostatniej chwili wyrzucił przed siebie ścianę ognia. Demon nie zatrzymał się, ale instynktownie odbił w bok. Właśnie tam czekała już Zhana. Jej płomienie były bardziej precyzyjne. Ognista kula trafiła stworzenie w bark. Powietrze wypełnił syk bólu. Czarna skóra w miejscu trafienia zaczęła się tlić.

Stworzenie odpowiedziało natychmiast. Skoczyło. Nie na Zhanę. Na Brama. Prawdopodobnie uznało go za najłatwiejszy cel. Co pokazuje, że nawet demony potrafią popełniać błędy w ocenie sytuacji. Bram uderzył dłonią o ziemię. Przed nim wyrósł niski kamienny mur. Demon przeskoczył go bez większego problemu, ale stracił przy tym cenny moment. Wystarczająco długi, by Kadir posłała w jego stronę strumień wody pod ogromnym ciśnieniem. Stworzenie zostało odrzucone na bok.

Nie wyglądało na poważnie ranne, ale wyraźnie nie podobało mu się otrzymywanie kolejnych zaklęć z różnych kierunków. Filius również postanowił dołączyć do walki. Korzenie pobliskich roślin zaczęły przebijać się przez ziemię, chwytając nogi demona. Nie zatrzymały go całkowicie, ale spowolniły na tyle, że Laeria mogła uderzyć silnym podmuchem powietrza.

Demon przewrócił się. Pierwszy raz podczas całego starcia. Przez moment wydawało się, że to koniec. Sześciu magów otaczało jednego przeciwnika. Każdy kolejny ruch stwora spotykał się z natychmiastową odpowiedzią. Ogień odcinał drogę odwrotu. Ziemia utrudniała poruszanie się. Woda spychała go z kursu. Korzenie wiązały kończyny.

Ale wtedy demon pokazał, że nie przeżył dotychczas wyłącznie dzięki szczęściu. Nie próbował już atakować. Zrozumiał, że przegrywa. A przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Nagle wykonał gwałtowny zwrot i ruszył do ucieczki. Lucien rzucił za nim kolejną kulę ognia. Nie trafił. Zhana była bliżej sukcesu, ale jej zaklęcie jedynie musnęło bok stworzenia. Bram próbował wyrzucić przed nim kamienne kolce, jednak demon przeskoczył przeszkodę w ostatniej chwili. Potem znalazł się między budynkami.

I sytuacja natychmiast się skomplikowała. Na otwartym placu sześciu magów miało ogromną przewagę. W ciasnych uliczkach Dalewood przewaga ta gwałtownie malała. Demon był szybki, zwrotny i najwyraźniej doskonale radził sobie w ciemności. Bohaterowie ruszyli za nim. Pościg trwał kilka minut. Raz czy dwa dostrzegli jego sylwetkę przemykającą między budynkami. Lucien próbował nawet skrócić drogę przez jeden z płotów, co skończyło się widowiskowym spotkaniem z tymże płotem. Bram śmiał się z tego przez dobre trzydzieści sekund, mimo że sam chwilę później niemal wpadł do koryta dla świń.

Ostatecznie jednak demon zniknął. Po prostu był szybszy. Kiedy wrócili na plac przed stajnią, ciężko oddychając po biegu, mieszkańcy Dalewood zdążyli już zgromadzić się wokół miejsca zdarzenia. Konie powoli się uspokajały. Ranni ludzie na szczęście się nie pojawili.

Ale nikt nie miał wątpliwości, co właśnie zobaczył. To nie była dzika bestia. To nie był wilk. To nie był niedźwiedź. To był demon. Prawdziwy demon. A skoro jeden dotarł aż tutaj, to pojawiały się bardzo nieprzyjemne pytania. Ile jeszcze ich było? Skoro docierają aż tutaj, to czy zaczynają być bardziej odważne?

Kiedy bohaterowie wrócili na plac przed stajnią, sytuacja była już w dużej mierze opanowana. Mieszkańcy Dalewood szybko otrząsnęli się z pierwszego szoku i zabrali do działania. W końcu osady przy głównych traktach mają pewną przewagę nad wielkimi miastami — ludzie są przyzwyczajeni do rozwiązywania problemów samodzielnie. Ktoś przyniósł lampy. Ktoś pobiegł po miejscowego zielarza. Właściciel stajni klęczał przy rannym koniu i sprawdzał jego obrażenia z miną człowieka, który właśnie odkrył, że najbliższe tygodnie będą kosztowne.

Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych. Jeden z koni odniósł poważniejsze rany, kilka innych zostało poranionych podczas paniki, ale wszystkie przeżyły. Ludzie również wyszli z całego zdarzenia bez większego uszczerbku. Kilka siniaków, skręcona kostka, kilka osób zszokowanych bardziej niż rannych. Jak na spotkanie z demonem, był to wynik zaskakująco dobry.

Moi młodzi magowie szybko przeszli od walki do pomagania. Kadir zajęła się rannymi zwierzętami, wykorzystując swoją magię do oczyszczania i chłodzenia ran. Filius uspokajał konie i sprawdzał, czy żadne nie uciekło w popłochu. Zhana rozmawiała z mieszkańcami, próbując ustalić, czy ktoś widział wcześniej podobne stworzenie. Lucien natomiast opowiadał o walce. Wielokrotnie. Każdej nowej grupie słuchaczy. Co ciekawe, przy każdym kolejnym opowiadaniu demon stawał się odrobinę większy, szybszy i groźniejszy. Bram regularnie przerywał te relacje, przypominając wszystkim momenty, które Lucien wyjątkowo chętnie pomijał. Na przykład fakt, że podczas pościgu niemal przewrócił się o płot. Albo o beczkę. Albo o własne nogi. Nie pamiętam już dokładnie, która wersja była prawdziwa.

Po mniej więcej godzinie grupa zebrała się przed zajazdem, aby omówić sytuację. Ja jednak nie uczestniczyłem w tej naradzie. Miałem własne zajęcie. Latałem nad Dalewood.

Po wydarzeniach przy stajni osada wyraźnie się zmieniła. Jeszcze niedawno ulice były pełne ludzi, śmiech dobiegał z karczm, a wieczór płynął spokojnym rytmem typowym dla takich miejsc. Teraz większość mieszkańców schowała się w domach. W wielu oknach nadal paliły się światła. Ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami. Co jakiś czas ktoś wyglądał przez okiennicę, jakby spodziewał się zobaczyć kolejne monstrum spacerujące środkiem ulicy. Nie mogłem ich za to winić. Demony mają nieprzyjemny zwyczaj pozostawiania po sobie trwałego poczucia niepokoju.

Przez dłuższy czas nie dostrzegłem jednak niczego wartego uwagi. Krążyłem nad dachami, później nad obrzeżami osady, obserwując pola i pobliskie zagajniki. Wszystko wydawało się spokojne. Zbyt spokojne, ale jednak spokojne. Aż spojrzałem w stronę lasu.

Las zaczynał się niedaleko Dalewood. Za ostatnimi zabudowaniami ciągnęło się jeszcze kilka pól, kilka pastwisk i pojedynczych szop, a dalej rosła ciemna ściana drzew. Nocą wyglądała niemal jak granica pomiędzy światem ludzi a czymś znacznie starszym.

I właśnie tam coś zauważyłem. Trwało to dosłownie chwilę. Mgnienie oka. Poruszenie pomiędzy pniami. Ciemniejszy fragment ciemności. Zatrzymałem się w powietrzu. Przez moment pomyślałem, że demon wrócił. Ale nie. To nie był demon. Przynajmniej nie wyglądał jak demon. Demony są konkretne. Nawet najbardziej niezwykłe z nich pozostają stworzeniami z krwi, mięśni i pazurów. Można je zobaczyć. Można je opisać.

To było czymś innym. Na skraju lasu, pomiędzy drzewami, przez krótką chwilę widziałem sylwetkę przypominającą cień. Nie człowieka. Nie zwierzęcia. Nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy miała wyraźny kształt. Była po prostu cieniem. Dokładnie takim samym cieniem, jaki dostrzegłem kilka dni wcześniej na obrzeżach Obozu Magów. Natychmiast przypomniałem sobie tamten moment. Wtedy również nie byłem pewien, czy naprawdę coś widziałem. Wtedy również wszystko trwało zaledwie sekundę. I wtedy również zniknęło, zanim zdążyłem sprawdzić cokolwiek dokładniej. Poleciałem w stronę lasu. Powoli. Ostrożnie. Nie dlatego, że się bałem. Po ośmiuset latach człowiek przestaje reagować strachem na większość rzeczy. Zaczyna natomiast reagować ostrożnością. To znacznie bardziej praktyczne.

Kiedy jednak dotarłem nad pierwsze drzewa, nie znalazłem niczego. Las był pusty. Gałęzie poruszały się lekko na wietrze. Gdzieś odezwała się sowa. Daleko w oddali przebiegło jakieś nocne zwierzę. Nic więcej Przez kilka minut krążyłem nad okolicą, wypatrując najmniejszego śladu obecności czegokolwiek niezwykłego. Bez skutku. A jednak nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że naprawdę coś tam było. I że przez krótką chwilę obserwowało Dalewood.

Wróciłem nad osadę akurat wtedy, gdy bohaterowie kończyli swoją naradę. Ustalili, że tej nocy będą pełnić warty. Po dwie osoby jednocześnie, zmieniając się co kilka godzin. Decyzja była rozsądna. Skoro demon pojawił się raz, nikt nie mógł zagwarantować, że nie pojawi się ponownie. Zwłaszcza że stworzenie uciekło, zamiast zginąć.

Muszę przyznać, że obserwowanie tej szóstki było całkiem zabawne. Jeszcze dwa dni wcześniej byli absolwentami szkoły. Teraz siedzieli przy stole z minami doświadczonych łowców potworów, planując nocne patrole i zabezpieczenie osady. Co ciekawe, nie wyglądało to nawet szczególnie komicznie. Dzisiejszego wieczoru poradzili sobie z demonem całkiem dobrze.

Reszta nocy upłynęła w Dalewood w napięciu, które nie miało jeszcze imienia. Bohaterowie rozdzielili się zgodnie z ustaleniami i objęli pierwsze warty, zajmując pozycje na obrzeżach zajazdu oraz w pobliżu głównej ulicy, tam gdzie jeszcze niedawno toczył się chaos walki ze stworzeniem. Mieszkańcy osady, choć wyraźnie poruszeni, zaczęli stopniowo wracać do swoich domów, gasząc światła jedno po drugim, jakby każdy kolejny płomień zabierał ze sobą odrobinę pewności, że świat nadal działa według znanych zasad. Nawet konie w stajni uspokoiły się w końcu, choć co jakiś czas któryś z nich nerwowo parskał, przypominając wszystkim, że pamięć o demonie nie znika tylko dlatego, że zapadła noc.

Ja natomiast krążyłem nad Dalewood jeszcze długo po tym, jak rozmowy na ulicach ucichły, a ostatnie kroki strażników patrolujących osadę zniknęły w bocznych zaułkach. Noc była spokojna, przynajmniej na tyle spokojna, na ile potrafi być noc po pojawieniu się demona. Przez pewien czas obserwowałem las, ten sam, który wcześniej przykuł moją uwagę. Stałem się wręcz irytująco ostrożny, krążąc nad jego granicą i wypatrując choćby najdrobniejszego ruchu pomiędzy drzewami. Nie znalazłem niczego. Ani demona, ani cienia, ani nawet tego niepokojącego wrażenia, że coś patrzy z powrotem. Las milczał w sposób, który nie dawał odpowiedzi, a jedynie przedłużał pytania.

Bohaterowie w tym czasie zdążyli się częściowo uspokoić, choć nie można było mówić o pełnym odprężeniu. Lucien traktował wartę jak kolejne zadanie do wykonania, Zhana była czujna i konkretna, Kadir analizowała możliwe scenariusze zbyt wielu zagrożeń naraz, Bram udawał, że narzeka na nocne dyżury, ale jednocześnie obserwował wszystko uważniej, niż chciałby się przyznać, Filius co jakiś czas sprawdzał otoczenie, jakby nawet rośliny mogły ostrzec przed niebezpieczeństwem, a Laeria… Laeria wyglądała, jakby próbowała zrozumieć, czy jej brak lewitacji ma w tej chwili jakiekolwiek znaczenie strategiczne. Odpowiedź, której nikt jej nie udzielił, była zapewne bardziej skomplikowana niż by chciała.

Kiedy nad ranem zmieniali warty i zaczynali szykować się do dalszej drogi, Dalewood wyglądało już niemal zwyczajnie. Prawie. Jakby nocne wydarzenia były tylko nieprzyjemnym snem, który pozostawił po sobie jedynie lekkie napięcie w powietrzu i zbyt wiele domysłów. Bohaterowie zjedli szybkie śniadanie, sprawdzili ekwipunek, upewnili się, że konie są gotowe do dalszej podróży i że żadna z ran nie pogorszyła się w nocy. Wszystko odbywało się sprawnie, choć w ciszy, która była wyraźnie inna niż ta z poprzedniego dnia. To nie była już cisza podróży. To była cisza po pierwszym spotkaniu z czymś, co powinno pozostać tylko w raportach z twierdz i starych kronikach.

Ja natomiast, zanim jeszcze wyruszyli, wróciłem myślami do tego, co zobaczyłem przy lesie. Do cienia, który pojawił się i zniknął tak szybko, że rozsądek podpowiadał, iż mógł być jedynie złudzeniem. Problem polegał na tym, że przez osiemset lat nauczyłem się odróżniać złudzenia od rzeczy, które tylko udają, że nimi są. I ten cień zdecydowanie należał do tej drugiej kategorii. Nie był demonem, nie pasował do żadnego znanego mi wzorca, a jednak jego obecność budziła ten sam rodzaj niepokoju, jaki czułem zawsze wtedy, gdy coś w świecie zaczynało się zmieniać bez ostrzeżenia i bez sensownego powodu.

Ruszyli w drogę tuż po świcie, kierując się dalej na północ, w stronę Gór Srebrzystych. Powóz znów potoczył się głównym traktem, a Dalewood powoli zostawało za nimi, coraz mniejsze i mniej istotne, aż w końcu zniknęło za linią drzew i pagórków. Patrzyłem na to wszystko z góry, jak zawsze, utrzymując bezpieczny dystans i jednocześnie wystarczająco blisko, by nie stracić żadnego szczegółu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania