Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 6

Przez następne godziny podróży nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na miejsce w pieśniach bardów, raportach wojskowych czy choćby w plotkach rozchodzących się po karczmach. Las ciągnął się jeszcze długo przed nami, niezmienny i monotonny, jakby postanowił sprawdzić granice cierpliwości wszystkich obecnych. Sosny rosły po obu stronach drogi, wysokie i dumne, przekonane najwyraźniej, że sam fakt ich istnienia powinien być dla podróżnych wystarczającą atrakcją. Czasami drogę przecinało jakieś zwierzę, czasami w oddali można było dostrzec jelenia albo lisa, ale poza tym podróż upływała spokojnie. Bohaterowie rozmawiali coraz mniej. Entuzjazm pierwszych dni wyprawy powoli ustępował rutynie, a rutyna jest czymś, czego żadna szkoła magii nie potrafi nauczyć. Trzeba ją po prostu przeżyć. Lucien od czasu do czasu próbował rozpoczynać kolejne dyskusje, Zhana odpowiadała mu z właściwym sobie spokojem, Kadir wciąż wracała do map i raportów, jakby miały nagle ujawnić nowe informacje, których wcześniej nie zauważyła, Filius obserwował rośliny pojawiające się przy drodze, a Laeria zdawała się coraz częściej wpatrywać w odległy horyzont. Nawet Bram narzekał mniej niż zwykle, co uznałem za bardzo niepokojący znak, ponieważ człowiek, który przestaje narzekać, albo osiągnął pełnię szczęścia, albo jest zbyt zmęczony, by dalej walczyć z rzeczywistością.

Demonek natomiast okazał się wyjątkowo znośnym towarzyszem podróży. Większość czasu przesypiał, zwinięty w swoją charakterystyczną czarną kulkę futra. Od czasu do czasu budził się, obchodził wnętrze powozu, sprawdzał zapasy z niegasnącą nadzieją, że ludzie nagle zaczęli przewozić coś bardziej atrakcyjnego niż suchary, a kiedy odkrywał, że nic się nie zmieniło, wydawał z siebie pełne zawodu demoniczne kwaknięcie i wracał na swoje miejsce. Bram nadal obserwował go z podejrzliwością godną strażnika królewskiego skarbca, ale pozostali zaczynali traktować go bardziej jak bardzo dziwne zwierzę niż przybysza z krainy demonów. Nie byłem pewien, czy było to rozsądne, ale trudno zachować pełną ostrożność wobec stworzenia, które śpi z wystawionym językiem i potrafi obrazić się na pieczywo.

W końcu jednak las zaczął się zmieniać. Drzewa rosły coraz rzadziej, pomiędzy ich pniami pojawiało się więcej światła, a droga stopniowo wyprowadzała nas ku otwartej przestrzeni. Powóz opuścił ostatni pas sosen i nagle krajobraz całkowicie się odmienił. Przed nami rozciągały się rozległe wzgórza, łagodne i zielone, przecinane wijącą się drogą prowadzącą coraz dalej na północ. Powietrze było chłodniejsze, bardziej rześkie, a wiatr niósł ze sobą zapach skał i wysokich traw. Po raz pierwszy od początku podróży Góry Srebrzyste ukazały się w całej swojej okazałości. Wznosiły się daleko na horyzoncie niczym kamienny mur oddzielający znany świat od wszystkiego, co nieznane. Ich najwyższe szczyty lśniły srebrzystym blaskiem odbijającym promienie popołudniowego słońca, a gdzieniegdzie można było dostrzec zalegające jeszcze płaty śniegu. Teraz naprawdę dało się zrozumieć, skąd wzięła się ich nazwa.

Moi bohaterowie również zauważyli zmianę otoczenia. W ich spojrzeniach pojawiło się coś nowego – świadomość, że cel podróży przestaje być odległą nazwą na mapie, a zaczyna stawać się rzeczywistością. Góry były już widoczne. Twierdza znajdowała się gdzieś pośród nich. A wraz z nią odpowiedzi na pytania, które od kilku dni nie dawały nikomu spokoju. Kto otworzył Portal Demonów? Dlaczego to zrobił? Czy spotkany demon był wyjątkiem, czy pierwszym zwiastunem czegoś znacznie gorszego? I przede wszystkim – kim lub czym był cień, który widziałem już dwukrotnie?

Do kolejnej osady dotarli już późnym wieczorem. Nie była ona szczególnie duża, choć wyraźnie różniła się od Dalewood. Tam dominowały pola, sady i drewniane domostwa zwykłych rolników. Tutaj wszystko sprawiało wrażenie bardziej surowego. Zabudowania były masywniejsze, częściej wzmacniane kamieniem, a powietrze przesiąknięte było zapachem dymu, wilgotnej ziemi i rud metali wydobywanych w okolicznych wzgórzach. Kilka szybów górniczych majaczyło na zboczach pobliskich pagórków, a przy drodze leżały stosy drewna, beczki i wozy załadowane kamieniem.

Była to jedna z tych niewielkich osad, które istnieją wyłącznie dlatego, że gdzieś pod ziemią ktoś odkrył coś wartościowego. A gdy wartość się skończy, osada zwykle kończy się razem z nią. Ludzie są zadziwiająco wierni złotu, srebru i miedzi, ale już znacznie mniej wierni samym miejscom.

Na szczęście znajdowała się tam karczma. Karczmy są jednym z największych osiągnięć cywilizacji. Nie twierdzę, że największym, bo jednak trudno rywalizować z wynalezieniem pieca czy dachu, ale z pewnością plasują się bardzo wysoko. Karczma nosiła nazwę „Pod Srebrnym Kilofem”, co świadczyło o tym, że mieszkańcy nie mieli zbyt rozwiniętej wyobraźni, ale za to byli konsekwentni.

Bohaterowie szybko znaleźli nocleg. Gospodarz był człowiekiem niskim, krępym i obdarzonym imponującymi wąsami, które wyglądały tak, jakby mogły samodzielnie podejmować decyzje. Nie miał większych zastrzeżeń wobec sześciu młodych magów. W końcu magowie płacili uczciwie, a ich obecność zwykle odstraszała wszelkiej maści awanturników. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy demonek wyskoczył z powozu.

Gospodarz zamarł.

Demonek spojrzał na niego. Gospodarz spojrzał na demonka. Demonek przechylił głowę. Gospodarz cofnął się o krok.

— Co... to jest? — zapytał ostrożnie.

— Demon — odpowiedział Lucien.

— Lucien — syknęła Kadir.

— No dobrze, mały demon.

— Lucien.

— Bardzo mały demon.

Gospodarz spojrzał na nich tak, jakby właśnie oznajmili mu, że przywieźli do karczmy własnego smoka, ale zapewniają, że jest dobrze wychowany.

— Nie wpuszczę demona do środka.

Demonek zakwakał.

— Widzicie? Już protestuje.

— On nic nie robi — odezwał się Filius. — Jest spokojny.

— To jest demon.

— Ale mały.

— Wilk też jest mały, jak się urodzi.

Demonek podreptał kilka kroków do przodu i usiadł przed gospodarzem. Potem zamrugał swoimi wielkimi, wiecznie smutnymi oczami. I zakwakał cicho. Gospodarz nie wyglądał na przekonanego.

— To jest podstęp.

— Jaki podstęp? — zapytała Zhana.

— Demon udaje, że jest słodki, a potem mnie pożre.

— Myślę, że gdyby chciał pana pożreć, już by to zrobił — stwierdził Bram.

— Dziękuję za wsparcie — odpowiedział gospodarz.

Demonek tymczasem wyczuł coś interesującego. Był to kawałek suszonego mięsa wystający z kieszeni fartucha gospodarza. Podszedł bliżej. Powąchał. Gospodarz natychmiast odsunął się o dwa kroki.

— O nie.

Demonek zakwakał.

— Nie patrz tak na mnie.

Kolejne kwaknięcie.

— Nie dam się oszukać.

Demonek usiadł. Zamrugał. I wyglądał tak żałośnie, że nawet ja zacząłem mieć wątpliwości, czy rzeczywiście pochodzi z krainy demonów, czy może ktoś przez pomyłkę wrzucił do Portalu wyjątkowo pechowe zwierzę.

— Dobrze — westchnął gospodarz. — Niech śpi w stajni.

— To uczciwe — powiedziała Kadir.

— Sam.

Demonek przechylił głowę.

— Ale... — odezwał się Filius.

— Sam.

Demonek wydał z siebie smutne kwaknięcie. Filius spojrzał na stworzenie. Potem na gospodarza. Potem znowu na demonka. I najwyraźniej jego serce nie wytrzymało tego widoku.

— W takim razie ja też zostanę w stajni.

— Naprawdę? — spytała Laeria.

— Przynajmniej będę miał pewność, że niczego nie zje.

— Albo że nic nie zje ciebie — zauważył Bram.

— Bram.

— No co? Ja tylko rozważam możliwości.

Demonek natychmiast podreptał do Filiusa i otarł się o jego nogę, jakby właśnie wygrał najważniejszą bitwę swojego życia.

— On chyba zrozumiał — powiedziała Zhana z rozbawieniem.

— Nie podoba mi się, że demon rozumie takie rzeczy — mruknął Bram.

Tak więc ostatecznie wszyscy byli zadowoleni. Magowie otrzymali pokoje, gospodarz zachował względny spokój ducha, a Filius spędził noc na sianie w towarzystwie stworzenia, które jeszcze kilka dni wcześniej każdy rozsądny człowiek próbowałby natychmiast zabić. Muszę przyznać, że obserwowanie, jak mag natury urządza sobie nocleg ze śpiącym demonem w stajni, nie znajdowało się nawet w pierwszej setce rzeczy, których spodziewałem się być świadkiem, gdy osiemset lat temu odkryłem swoją niezwykle prestiżową zdolność przemieniania się w muchę. A jednak życie, co zdarza się niezbyt często, postanowiło mnie zaskoczyć.

Poranek w osadzie górników rozpoczął się znacznie wcześniej, niż życzyłby sobie tego Bram. Pierwsze odgłosy dochodzące z uliczek rozległy się jeszcze przed świtem. Górnicy wychodzili już do pracy, stukot drewnianych wozów mieszał się z nawoływaniami ludzi, a z kominów zaczynał unosić się dym. Filius wrócił ze stajni do karczmy z Demonkiem siedzącym na ramieniu. Stworzenie wyglądało na wyjątkowo zadowolone z noclegu. Miało na futrze kilka źdźbeł słomy i najwyraźniej nie zamierzało się ich pozbywać.

– Wyspałeś się? – zapytała Kadir.

– Bardzo dobrze – odpowiedział Filius. – On chyba też.

Demonek wydał krótkie, zaspane kwaknięcie, po czym przeciągnął się, przypominając bardziej kota niż istotę pochodzącą z krainy demonów.

– Wspaniale – mruknął Bram, popijając herbatę. – Teraz jeszcze tylko okaże się, że lubi być drapany za uszami i będziemy mogli założyć hodowlę demonów.

– Nie byłbyś dobrym hodowcą – odparła Zhana.

– Dlaczego?

– Bo już od dwóch dni próbujesz znaleźć dowód na to, że jest zły.

– A jeśli jest?

– To wyjątkowo cierpliwie czeka na odpowiedni moment.

Lucien zaśmiał się głośno.

– Wyobrażam sobie tę scenę. Bram śpi, a demonek podchodzi do niego i...

– Nawet nie kończ – przerwał mu Bram. – Widziałem, jak na mnie patrzył.

– Patrzył tak samo na ziemniaka – zauważył Filius.

– Właśnie! I co się stało z ziemniakiem?

– Nic.

– Właśnie. To tylko część jego planu.

Po śniadaniu bohaterowie przygotowali się do drogi. Spakowano bagaże, sprawdzono zapasy i napojono konie. Gospodarz karczmy odprowadził ich do wyjścia, wyraźnie zadowolony, że tajemniczy pasażer z rogami i ogonem opuszcza jego stajnię.

– Niech was bogowie prowadzą – powiedział. – I niech to coś nie wraca.

Demonek spojrzał na niego wielkimi smutnymi oczami.

– Nie patrz tak na mnie – westchnął gospodarz. – Nadal ci nie ufam.

Stworzenie wydało ciche, obrażone kwaknięcie.

Kilka chwil później powóz opuścił osadę, a droga zaczęła stopniowo piąć się ku wzgórzom. Wzgórza porastały niskie trawy, gdzieniegdzie rosły karłowate drzewa powyginane przez wiatr, a pomiędzy kamieniami pojawiały się niewielkie górskie kwiaty. Przed nimi rozciągały się Góry Srebrzyste. Ich zbocza połyskiwały w słońcu dzięki licznym żyłom srebrzystej rudy. Z oddali wyglądały tak, jakby ktoś rozsypał po skałach tysiące drobnych luster. Muszę przyznać, że widziałem już wiele gór. Po ośmiuset latach człowiek zaczyna rozróżniać je mniej więcej tak samo, jak inni rozróżniają rodzaje chleba. Są góry zimne, góry nudne, góry niebezpieczne i góry pełne ludzi, którzy uparcie twierdzą, że mieszkają tam z własnej woli.

Lucien siedział na koźle powozu i z entuzjazmem obserwował krajobraz.

– Wyobrażacie sobie? – powiedział. – Za kilka dni możemy znaleźć ślady tej tajemniczej istoty. Która najprawdopodobniej jest demonem, patrząc na nasze dotychczasowe doświadczania.

– Albo nic nie znaleźć – odparła Kadir.

– Albo znaleźć coś, co będzie chciało nas zjeść – dodał Bram.

– Albo odkryć nowy gatunek roślin – powiedział Filius.

– Albo nauczyć się czegoś nowego – stwierdziła Zhana.

Laeria siedziała cicho i patrzyła na góry.

– A ja zastanawiam się – odezwała się w końcu – czy ktoś, kto otworzył Portal Demonów, naprawdę chciał wypuścić demony.

Zapadła cisza. Kadir spojrzała na nią z zainteresowaniem.

– Co masz na myśli?

– Jeśli był tak potężny, żeby pokonać magów, otworzyć portal i przełamać wszystkie pieczęcie... to dlaczego nie zrobił nic więcej?

Nikt nie odpowiedział od razu. Było to pytanie, które zarówno ja, jak i starszyzna w obozie magów nie zna jeszcze odpowiedzi.

Droga przez wzgórza okazała się znacznie mniej ekscytująca, niż wyobrażał sobie Lucien. Po kilku godzinach nawet on przestał wypatrywać ukrytych demonów za każdym większym kamieniem i pogodził się z faktem, że krajobraz zamierza pozostać niezmienny jeszcze przez bardzo długi czas.

Wzgórza ciągnęły się niemal bez końca. Łagodne pagórki przechodziły jeden w drugi, porośnięte niską trawą i kępami krzewów odpornych na górskie wiatry. Od czasu do czasu pojawiały się samotne drzewa, tak powyginane przez lata, że wyglądały, jakby próbowały uciec z tego miejsca, ale zabrakło im sił.

Daleko na zboczach można było dostrzec ślady dawnej działalności górników. Czarne otwory opuszczonych szybów, drewniane konstrukcje dawno już pozbawione dachów, a czasem resztki niewielkich budynków, których przeznaczenia nie sposób było odgadnąć. Niektóre kopalnie działały jeszcze do dziś. W oddali widzieli ludzi pracujących przy wózkach oraz unoszące się nad nimi obłoki pyłu.

Sam trakt był zaskakująco dobrze utrzymany. Widać było, że tędy regularnie przewożono rudy z gór do większych miast. Co jakiś czas bohaterowie mijali wozy załadowane srebrzystymi bryłami metalu lub ciężkimi workami z urobkiem. Woźnice zazwyczaj tylko unosili dłonie na powitanie, nie zatrzymując się nawet na rozmowę.

Magowie również nie wzbudzali większego zainteresowania. Widok podróżujących adeptów nie należał do codzienności, ale mieszkańcy górskich terenów najwyraźniej byli ludźmi praktycznymi. Dopóki nikt nie wysadzał okolicy w powietrze i nie przywoływał demonów, uznawali dzień za całkiem udany. Demonek natomiast przyciągał znacznie więcej spojrzeń. Za każdym razem, gdy mijał ich jakiś powóz, stworzenie siedziało wyprostowane, obserwując przechodniów z powagą godną królewskiego doradcy. W odpowiedzi otrzymywało najczęściej zaskoczone spojrzenia, kilka przeżegnań oraz jedno wyraźnie słyszalne:

– Na bogów, czy oni przewożą demona?!

– Technicznie rzecz biorąc, on jedzie z nami dobrowolnie – odpowiedział Lucien, gdy słowa dotarły do ich uszu.

– To wcale nie brzmi lepiej – zauważyła Kadir.

Około południa zatrzymali się na odpoczynek przy niewielkim strumieniu spływającym ze zbocza jednego ze wzgórz. Konie potrzebowały chwili wytchnienia, a pozostali chętnie skorzystali z okazji, aby rozprostować nogi.

Zhana rozpaliła niewielkie ognisko, Filius zebrał kilka rosnących nieopodal ziół, a Bram z niezwykłą determinacją odnalazł najbardziej zacienione miejsce w okolicy i uznał je za idealne do odpoczynku.

– Wiesz – powiedział Lucien, siadając obok niego – zaczynam podejrzewać, że twoją prawdziwą specjalizacją nie jest ziemia.

– A co?

– Komfort.

– To bardzo niedoceniana dziedzina magii.

– Nie istnieje taka dziedzina.

– To dlatego świat jest taki męczący.

Laeria siedziała nieco dalej, patrząc na odległe szczyty Gór Srebrzystych. Od czasu do czasu unosiła dłoń, jakby próbowała wyczuć ruch powietrza wokół siebie. Nikt niczego nie komentował. Wszyscy wiedzieli już, że temat lewitacji był dla niej drażliwy.

Po krótkim posiłku ruszyli dalej. Godziny mijały spokojnie. Słońce powoli przesuwało się po niebie, a wzgórza zdawały się nie mieć końca. W końcu jednak światło zaczęło przygasać. Długie cienie rozciągnęły się na trawie, a powietrze stało się chłodniejsze.

Kadir spojrzała na mapę.

– Do następnej osady jest jeszcze przynajmniej dzień drogi.

– Czyli śpimy pod gołym niebem – stwierdził Bram.

– Trudno – odpowiedziała Zhana. – Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Po pewnym czasie znaleźli odpowiednie miejsce. Kilkanaście kroków od traktu znajdowała się duża, jasnoszara skała, wysoka na kilka metrów. Chroniła przed wiatrem i dawała poczucie bezpieczeństwa. W pobliżu rosło kilka niskich krzewów, a nieco dalej znajdowało się niewielkie zagłębienie terenu, w którym można było rozpalić ognisko.

– Idealnie – ocenił Filius.

– W skali od jednego do dziesięciu? – zapytał Bram.

– Siedem.

– Czyli jest szansa, że nie zginiemy.

– Bardzo optymistyczne podejście.

Rozpakowali bagaże, napoili konie i zaczęli przygotowywać obozowisko. Lucien rozpalił ogień przy pomocy niewielkiego zaklęcia, Zhana zajęła się kolacją, Kadir sprawdziła zapasy, a Filius pozwolił Demonkowi biegać po okolicy pod warunkiem, że nie będzie próbował zjadać kamieni. Demonek przez chwilę zastanawiał się nad tą propozycją, po czym usiadł obok skały i zaczął obserwować zachód słońca. Bram spojrzał na niego podejrzliwie.

– Nadal wam mówię, że on coś knuje.

– Co dokładnie? – zapytała Kadir.

– Jeszcze nie wiem.

– W takim razie ciężko będzie nam się przygotować.

– Właśnie dlatego jest niebezpieczny.

Wkrótce nad wzgórzami zapadł zmrok. Wokół obozu rozciągała się jedynie cicha, pofalowana kraina traw i skał, a daleko na północy, skąpane w ostatnich promieniach słońca, majestatycznie wznosiły się Góry Srebrzyste.

Wieczór upłynął spokojnie. Po kolacji jeszcze przez jakiś czas siedzieli przy ognisku, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Lucien próbował przekonać pozostałych, że po powrocie ich wyprawa zostanie opisana w kronikach jako początek wielkiej przygody. Bram twierdził natomiast, że jeśli ktoś spisze tę historię uczciwie, to pierwsze rozdziały będą opowiadały głównie o jeździe powozem, jedzeniu sucharów i obserwowaniu, jak demony przegrywają walkę z warzywami.

Demonek, najwyraźniej nieświadomy, że stał się obiektem żartów, siedział obok Filiusa i próbował dobrać się do kawałka sera. Próba zakończyła się podobnie jak wcześniejsze eksperymenty kulinarne – stworzenie wypluło jedzenie wraz z niewielką ilością czarnej mazi i spojrzało na wszystkich z wyraźnym rozczarowaniem.

W końcu zmęczenie dało o sobie znać. Ustalono kolejność wart. Pierwszą mieli pełnić Lucien i Zhana, drugą Kadir i Filius, a ostatnią Bram i Laeria. Reszta rozłożyła posłania przy skale, korzystając z jej osłony przed chłodnym wiatrem. Konie przywiązano nieopodal, a ognisko pozostawiono tak, by tliło się jeszcze przez kilka godzin.

Ja, rzecz jasna, nie skorzystałem z możliwości snu. Mogłem to robić jako mucha siedząc sobie na powozie. Usiadłem więc na szczycie skały, niezmiennie pod moją mniej imponującą postacią. Przez chwilę zmieniłem się w człowieka, wiedząc, że nikt nie patrzy, aby trochę rozprostować nogi.

Pierwsze godziny mijały spokojnie. Lucien i Zhana rozmawiali cicho, pilnując otoczenia bardziej z obowiązku niż z rzeczywistego poczucia zagrożenia. Wiatr szumiał w trawach. W oddali czasami dało się usłyszeć odgłosy nocnych ptaków. Demonek spał zwinięty w kulkę obok Filiusa, od czasu do czasu wydając ciche, senne kwaknięcia. Noc wydawała się zupełnie zwyczajna.

A właśnie wtedy najczęściej zaczynały się problemy. Dostrzegłem ruch na jednym ze wzgórz. Potem drugi. Niewielkie sylwetki przemykały pomiędzy kamieniami. Gobliny. Kilka. Może sześć, może osiem. Trudno było policzyć dokładnie, bo poruszały się szybko i najwyraźniej starały się pozostawać niezauważone. Nie wyglądały na wojowników. Miały prowizoryczne włócznie, krótkie noże i worki przewieszone przez ramiona. Prawdopodobnie mieszkały w jednej z opuszczonych kopalń rozsianych po okolicy. Gobliny nie były szczególnie niebezpieczne. Pojedynczy goblin był zagrożeniem głównie dla kur, źle zabezpieczonych zapasów i wyjątkowo pechowych podróżników. Problem polegał na tym, że gobliny bardzo rzadko występowały pojedynczo. A głodna grupa goblinów potrafiła być niezwykle uciążliwa. Spojrzałem na wartowników. Lucien właśnie opowiadał Zhanie historię o tym, jak kiedyś przypadkowo podpalił szkolny magazyn.

– To nie była moja wina – mówił. – Nikt mnie nie uprzedził, że beczki z olejem są łatwopalne.

– Lucien...

– Dobrze, może powinienem był się domyślić.

Gobliny zbliżały się coraz bardziej. Miałem do wyboru dwie możliwości. Po pierwsze, mogłem nic nie robić. Gobliny zapewne ukradłyby trochę jedzenia, może spróbowałyby odwiązać konie, ktoś by się obudził, wywiązałaby się krótka walka i wszystko skończyłoby się jeszcze przed śniadaniem. Po drugie, mogłem wykorzystać jedyną zdolność, którą naprawdę opanowałem do perfekcji przez te wszystkie lata. Bycie irytującą muchą. Przeleciałem więc nad obozem i skierowałem się ku koniom. Najpierw usiadłem jednemu na uchu. Potem przeleciałem przed oczami drugiego. Następnie wykonałem kilka szybkich okrążeń wokół ich głów. Koń prychnął. Potrząsnął łbem. Drugi zaczął niespokojnie przestępować z nogi na nogę. Po chwili oba zwierzęta wyraźnie się zdenerwowały. Lucien natychmiast spoważniał.

– Widzisz to?

Zhana skinęła głową.

– Konie coś wyczuły.

– Gobliny? Pewnie sporo ich tu mieszka w kopalniach.

– Możliwe.

Ogień trzasknął cicho. Oboje wstali. Lucien przywołał niewielką kulę ognia nad dłonią. Zhana rozejrzała się uważnie po wzgórzach. I wtedy dostrzegli ruch. Kilka niewysokich postaci zamarło pomiędzy skałami. Jedna z nich syknęła coś niezrozumiałego do pozostałych.

– Mamy gości – powiedziała Zhana cicho.

Lucien uśmiechnął się szeroko.

– W końcu coś się dzieje.

– Nie budź jeszcze wszystkich.

– Dlaczego?

– Bo jeśli to tylko gobliny, poradzimy sobie sami.

Lucien spojrzał na zbliżające się sylwetki i rozgrzał płomień w dłoni.

– Wiesz – powiedział z wyraźnym entuzjazmem – zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie lubią nocne warty.

Ja natomiast odleciałem na swoją skałę i obserwowałem wydarzenia z bezpiecznej odległości. Po ośmiuset latach życia człowiek uczy się jednej bardzo ważnej rzeczy. Jeśli istnieje możliwość, by ktoś inny walczył z goblinami, należy mu na to pozwolić.

Gobliny najwyraźniej nie należały do stworzeń szczególnie odważnych, ale posiadały jedną cechę wspólną z większością istot zamieszkujących ten świat – nie przepadały za ogniem. A już zwłaszcza za ogniem unoszącym się kilka centymetrów nad dłonią młodego maga, który wyglądał tak, jakby właśnie otrzymał wymarzoną okazję do zaprezentowania swoich umiejętności.

Lucien zrobił krok do przodu, a płomień nad jego dłonią rozjarzył się mocniej.

– Lepiej sobie odpuśćcie – powiedział pewnym głosem. – To naprawdę nie jest wasza noc.

Gobliny zatrzymały się. Było ich siedmiu. Niskie, kościste stworzenia o zielonkawych twarzach, ubraniach pozszywanych z kawałków skóry i futer oraz uzbrojone w krótkie włócznie, pałki i noże, które wyglądały, jakby zostały wykonane z resztek znalezionych gdzieś w starych kopalniach. Jeden z nich wydał z siebie piskliwe warknięcie i potrząsnął włócznią.

Lucien uśmiechnął się szeroko.

– A jednak chcecie spróbować.

– Lucien – powiedziała Zhana spokojnie. – Nie przesadzaj.

– Nigdy nie przesadzam.

Zhana spojrzała na niego tak, jak nauczyciele patrzą na uczniów, którzy właśnie powiedzieli coś wyjątkowo głupiego.

Hałas obudził pozostałych. Bram podniósł głowę, mrużąc oczy.

– Co się dzieje?

– Gobliny – odpowiedziała Kadir, sięgając po laskę.

– Ile?

– Kilka.

– Och.

Bram położył się z powrotem.

– To mnie obudźcie, jak pojawi się smok.

– Zostań – powiedział Lucien. – Damy sobie radę.

– Wiem, że dacie.

– Nie wierzysz we mnie?

– Wierzę.

– To dlaczego brzmisz, jakbyś nie wierzył?

– Bo wierzę też w twoją zdolność do robienia rzeczy widowiskowych i niepotrzebnych.

Lucien postanowił zignorować tę uwagę.

Gobliny tymczasem uznały najwyraźniej, że przewaga liczebna nadal daje im szansę powodzenia. Ruszyły naprzód. I wtedy Zhana wykonała pierwszy ruch. Z jej dłoni wystrzelił wąski strumień ognia, który uderzył w ziemię tuż przed goblinami. Rozbłysły iskry, a płomienie przecięły drogę napastnikom. Trzy gobliny zatrzymały się natychmiast. Czwarte przewróciło się o własne nogi. Piąte zaczęło wrzeszczeć na pozostałych. Szóste wyglądało tak, jakby właśnie żałowało wszystkich życiowych decyzji. Siódme najwyraźniej nie rozumiało sytuacji i nadal biegło naprzód. Lucien wykonał szeroki gest dłonią. Nad jego głową pojawiły się trzy niewielkie kule ognia.

– O, to nowe – powiedziała Kadir.

– Ćwiczyłem.

– Widać.

Lucien posłał kule w stronę goblinów. Pierwsza eksplodowała kilka metrów przed nimi. Druga uderzyła w kamień. Trzecia przeleciała bardzo efektownym łukiem.. .i niemal trafiła jednego z koni. Zwierz zarżał przerażony, odskoczył gwałtownie i zaczął szarpać linę.

– Lucien! – krzyknęła Zhana.

– Kontrolowałem sytuację!

– Właśnie prawie podpaliłeś konia!

– Ale nie podpaliłem.

– To ma być argument?!

– Technicznie rzecz biorąc...

– Nie kończ.

Gobliny wykorzystały chwilowe zamieszanie, aby spróbować ucieczki. Niestety dla nich Zhana była osobą znacznie bardziej praktyczną od Luciena. Dwa szybkie zaklęcia wystarczyły, aby wzniecić ścianę płomieni odcinającą drogę odwrotu. Gobliny zapiszczały. Jeden rzucił włócznię. Włócznia przeleciała kilka metrów i utkwiła w ziemi. Drugi potknął się o własnego towarzysza. Trzeci odrzucił broń i zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Po kilkunastu sekundach było po wszystkim. Gobliny rozbiegły się po wzgórzach, pozostawiając za sobą kilka worków, dwie pałki i bardzo nadszarpniętą dumę.

Lucien odwrócił się do pozostałych z wyrazem twarzy człowieka przekonanego, że właśnie dokonał czegoś wielkiego.

– No i proszę.

– Proszę co? – zapytała Kadir.

– Zagrożenie zażegnane.

– Tak.

– Nikt nie ucierpiał.

– Oprócz psychiki konia.

Lucien spojrzał na zwierzę. Koń patrzył na niego z wyraźnym brakiem zaufania.

– Myślę, że przesadza.

– Koń? – odezwał się Bram, siadając na posłaniu. – Lucien, gdyby konie potrafiły mówić, właśnie usłyszałbyś bardzo długi wykład o bezpieczeństwie przeciwpożarowym.

Laeria zachichotała. Filius uspokoił zwierzę, głaszcząc je po szyi. Demonek natomiast siedział obok ogniska i obserwował wszystko z zainteresowaniem. Po chwili wydał krótkie:

– Kwek.

Brzmiało to niemal jak dezaprobata. Muszę przyznać, że częściowo podzielałem jego zdanie. Ale Lucien być może był pierwszym człowiekiem, którego widziałem, jak podczas zwycięskiej walki z siedmioma goblinami niemal przegrywa starcie z własnym środkiem transportu. Był bez wątpienia utalentowany. Był odważny. Był charyzmatyczny. I gdyby istniała magia odpowiedzialności, z pewnością nie należała do jego specjalizacji. Na szczęście Zhana najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę już od wielu lat.

– Następnym razem – powiedziała chłodno – używasz mniej efektów specjalnych.

– Ale wyglądało imponująco.

– Lucien.

– Dobrze, dobrze.

– I nie podpalaj koni.

– Jednego prawie podpaliłem.

– Właśnie o tym mówię.

Reszta nocy minęła już spokojnie, choć zauważyłem, że oba konie przez dłuższy czas obserwowały Luciena z wyraźną podejrzliwością. Szczerze mówiąc, trudno było im się dziwić.

Poranek po nocnej walce był zaskakująco zwyczajny, jakby gobliny były tylko krótkim, nie do końca istotnym epizodem, który wzgórza postanowiły szybko zamieść pod trawę. Ognisko dogasło jeszcze przed świtem, a pierwsze światło dnia odsłoniło spokojny krajobraz, w którym nie było już ani śladu po wcześniejszym zamieszaniu, poza kilkoma porzuconymi przedmiotami i wyraźnym dystansem koni do Luciena.

Wyruszyli niedługo później. Droga znów rozciągnęła się przed nimi w niekończących się falach wzgórz, które tym razem wydawały się nawet bardziej monotonne niż wcześniej. Jakby nocne wydarzenia zupełnie nie miały tu prawa istnienia i zostały natychmiast wymazane przez cierpliwą, obojętną przestrzeń.

W miarę jak posuwali się na północ, teren stopniowo się zmieniał. Wzgórza stawały się wyższe, bardziej strome, a wiatr coraz chłodniejszy i bardziej uporczywy. Trawy nie rosły już tak gęsto, częściej ustępując miejsca kamieniom i surowej, szarej ziemi. W oddali Góry Srebrzyste nie były już tylko zarysem na horyzoncie – zaczynały dominować nad krajobrazem, jak ściana czekająca na ich podejście.

Lucien, mimo porannej reprymendy, szybko odzyskał energię i zaczął snuć plany dotyczące „strategicznego rozpoznania terenu”. Kadir słuchała go jednym uchem, jednocześnie kontrolując mapę i notując zmiany w ukształtowaniu terenu. Bram jak zwykle narzekał na nierówności drogi, twierdząc, że końskie zawieszenie powozu jest „średnio kompatybilne z jego kręgosłupem”. Zhana natomiast prowadziła konie spokojnie i bez zbędnych komentarzy, co samo w sobie było oznaką, że wciąż pamięta nocne popisy Luciena.

Demonek siedział obok Filiusa i od czasu do czasu próbował łapać wiatr, jakby był czymś, co można złapać i schować do kieszeni. Za każdym razem kończyło się to tym samym – lekkim przewróceniem się na bok i obrażonym „kwaknięciem”, po którym natychmiast wracał do obserwowania świata.

Przed południem zatrzymali się na krótki postój. Wybrali niewielkie zagłębienie terenu osłonięte od wiatru przez dwa większe głazy. Konie dostały wodę i chwilę odpoczynku, a reszta w ciszy zjadła prosty posiłek. Nikt nie narzekał głośno, ale w powietrzu czuć było ten specyficzny stan podróży, w którym dni zaczynają się zlewać w jeden długi odcinek drogi, przerywany jedynie jedzeniem, snem i okazjonalnymi zagrożeniami, które – jak dotąd – okazywały się zaskakująco mało imponujące.

Ja obserwowałem to wszystko z jednego z kamieni, w swojej ulubionej formie. Mucha ma w sobie coś wybitnie praktycznego w takich sytuacjach. Nikt nie oczekuje rozmowy, nikt nie prosi o opinię, a jedynym ryzykiem jest przypadkowe strącenie przez czyjąś rękę, co w moim przypadku nie stanowiło większego problemu.

Po krótkim odpoczynku ruszyli dalej. Popołudnie minęło jeszcze spokojniej niż poranek. Wzgórza były już wyraźnie wyższe, bardziej surowe, a droga zaczynała miejscami wspinać się pod niewielkie nachylenia, które powóz pokonywał wolniej, skrzypiąc przy każdym większym kamieniu. W oddali coraz częściej widać było ślady dawnych kopalń – ciemne otwory w zboczach, zawalone konstrukcje i opuszczone platformy załadunkowe, które kiedyś musiały tętnić życiem, a teraz były tylko kolejnym elementem krajobrazu.

Zbliżając się do wieczora, niebo zaczęło nabierać chłodniejszych barw, a słońce powoli chowało się za linią wzgórz. Na szczęście, zgodnie z mapą Kadir, kolejna osada nie była już odległym punktem na trasie, lecz czymś realnym, do którego mogli dotrzeć przed całkowitym zapadnięciem zmroku.

Gdy tylko potwierdziła orientację, w grupie dało się wyczuć subtelną ulgę. Nawet Bram przestał na chwilę narzekać, co – jak zauważyłem – zawsze było bardziej znaczącym znakiem spokoju niż jakiekolwiek słowa.

Osada pojawiła się w końcu jako niewielki zbiór zabudowań przy trakcie, jeszcze zanim słońce całkowicie zniknęło za górami. Kilka drewnianych domów, mała karczma i stajnia, wszystko wciśnięte pomiędzy wzgórza jakby samo miejsce próbowało się nie wyróżniać. Ale po dniu jazdy przez bezkresne, monotonne pagórki nawet tak skromne skupisko cywilizacji wydawało się niemal luksusem.

Noc w osadzie okazała się zaskakująco spokojna, zwłaszcza w porównaniu do poprzedniego postoju, gdzie gobliny i Lucien niemal doprowadzili do nieplanowanej reorganizacji obozu. Tym razem nic nie wyskakiwało z ciemności, nic nie próbowało ich zjeść ani spalić, a jedynym większym wydarzeniem była kłótnia dwóch pijanych górników o to, który z nich pierwszy widział „dziwny błysk na wzgórzach”, co – jak podejrzewam – było po prostu odbiciem księżyca w pustej butelce.

Karczma była niewielka, ale ciepła i dobrze utrzymana. Drewniane ściany pachniały żywicą i dymem z paleniska, a wnętrze wypełniał ciężki zapach górskiego jedzenia, piwa i zmęczenia. Dla podróżnych takich jak oni było to miejsce idealne – wystarczająco cywilizowane, by czuć się bezpiecznie, i wystarczająco prowincjonalne, by nikt nie zadawał zbyt wielu pytań.

Gospodarz, w przeciwieństwie do poprzedniego, nie miał najmniejszych zastrzeżeń wobec obecności Demonka. Co więcej, wydawał się go nawet nie zauważać przez większość czasu, co wzbudziło w Bramie natychmiastową podejrzliwość.

– Albo jest ślepy – mruknął – albo zbyt pijany, żeby dbać o własne życie.

Gospodarz faktycznie był w stanie, który można było określić jako „przyjazną mgłę świadomości”. Uśmiechał się szeroko do każdego, kto spojrzał w jego stronę, dolewał piwa bez pytania i co jakiś czas mylił imiona klientów, co w jego przypadku nie wywoływało żadnych konsekwencji, ponieważ i tak nikt nie był pewien, czy sam pamięta własne.

Demonek natomiast siedział spokojnie przy Filiusie, zajęty próbą skubania resztek chleba. Ku zaskoczeniu wszystkich gospodarz tylko raz spojrzał w jego stronę, wzruszył ramionami i powiedział:

– Byle nie zjadał mebli.

Po czym wrócił do wycierania kufli, jakby obecność niewielkiego demona była jedną z bardziej normalnych rzeczy, jakie można spotkać w górskiej karczmie.

Wieczór minął w spokojnej atmosferze. Lucien, jak zwykle, próbował opowiadać historie o swoich „strategicznych manewrach w walce z goblinami”, ale tym razem nawet on zredukował skalę swojej heroiczności, widząc spojrzenia Zhany. Bram co jakiś czas komentował jakość jedzenia, Kadir analizowała mapę, a Filius zapisywał w małym notesie obserwacje dotyczące lokalnych roślin, które udało mu się zdobyć od karczmarza.

Ja siedziałem na belce pod sufitem, obserwując wszystko z typowym dla siebie spokojem. Karczma była miejscem, w którym ludzie na chwilę zapominali o świecie zewnętrznym, co zawsze uważałem za jedną z bardziej złudnych form odpoczynku. Świat rzadko zapomina o kimkolwiek.

Demonek w pewnym momencie położył się na kolanach Filiusa i zasnął, wydając ciche, rytmiczne „kwaknięcia” przez sen. Ku mojemu lekkiego zdziwieniu nikt już nie reagował na niego jak na potencjalne zagrożenie. Nawet Bram, choć wciąż nieufny, ograniczył się jedynie do krótkiego spojrzenia, jakby uznał, że skoro świat nie eksplodował przez ostatnie kilka dni, to może nie eksploduje również tej nocy.

Noc była ciepła, spokojna i pozbawiona niespodzianek. Nawet wiatr na zewnątrz zdawał się tego wieczoru mniej złośliwy niż zwykle, a góry, widoczne przez niewielkie okno karczmy, wyglądały niemal łagodnie w świetle księżyca.

Rano przygotowania przebiegły sprawnie. Konie zostały nakarmione, zapasy uzupełnione, a plecaki dopchane nowymi racjami żywności i podstawowymi materiałami. Karczmarz – wciąż w tym samym stanie lekkiego upojenia – pomachał im na pożegnanie, myląc przy tym imię Luciena z imieniem jakiegoś lokalnego kowala, co spotkało się z jego pełną aprobatą.

– Wreszcie ktoś mnie tu docenił – stwierdził Lucien.

– Nie o to mu chodziło – odpowiedziała Zhana.

– Wciąż.

Gdy wyruszali z osady, powietrze było już wyraźnie chłodniejsze, a Góry Srebrzyste zdawały się być znacznie bliżej niż dzień wcześniej. Droga miała zaprowadzić ich teraz w bardziej strome tereny, gdzie wzgórza ustępowały miejsca prawdziwym górskim zboczom, a trakt stawał się coraz mniej uczęszczany.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania