Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 7

Kolejny dzień podróży rozpoczął się chłodno i wyjątkowo spokojnie. O świcie nad górami unosiła się jeszcze delikatna mgła, która stopniowo ustępowała miejsca jasnemu, bezchmurnemu niebu. Powietrze było wyraźnie inne niż na nizinach – suchsze, chłodniejsze i czystsze. Nawet konie zdawały się odczuwać zmianę otoczenia, poruszając się wolniej i ostrożniej po coraz bardziej kamienistej drodze. Osada pozostała daleko za nimi, a trakt prowadził teraz przez prawdziwie górskie tereny. Skończyły się łagodne wzgórza i szerokie drogi, po których nieustannie kursowały wozy z rudą. Tutaj ścieżka stawała się coraz węższa, miejscami niemal wtapiając się w zbocza porośnięte niskimi krzewami i karłowatymi drzewami. W wielu miejscach skały odsłaniały swoje srebrzyste żyły, błyszczące w promieniach porannego słońca. Widać było, że nie bez powodu góry te nazwano Srebrzystymi.

Podróż jednak pozostawała monotonna. Zaskakująco monotonna, biorąc pod uwagę, że znajdowali się coraz bliżej miejsca, w którym kilka tygodni wcześniej wydarzyło się coś, co zaniepokoiło całą społeczność magów. Przez pierwsze godziny nie wydarzyło się absolutnie nic godnego uwagi.

Lucien siedział z przodu powozu i po raz pierwszy od początku podróży sprawiał wrażenie człowieka, któremu kończą się tematy do rozmów. Oczywiście nie oznaczało to, że całkowicie zamilkł. Było to fizycznie niemożliwe. Po prostu jego komentarze stały się rzadsze. Od czasu do czasu wskazywał jakiś szczególnie efektowny szczyt albo zastanawiał się na głos, ile demonów mogłoby ukrywać się w pobliskich jaskiniach.

– Wiesz – odezwał się w pewnym momencie do Zhany – zaczynam mieć wrażenie, że podróże w legendach są trochę bardziej ekscytujące.

– Bo w legendach pomija się większość drogi – odpowiedziała spokojnie.

– Jak to?

– Nie opowiada się o siedmiu dniach siedzenia na wozie.

– To oszustwo.

– To literatura.

Lucien zamyślił się przez chwilę.

– W takim razie, jeśli kiedyś ktoś opisze nasze przygody, mam nadzieję, że usunie fragment o goblinach.

– Dlaczego?

– Bo prawie podpaliłem konia.

– Właśnie dlatego powinien go zostawić.

Zhana należała do ludzi, którzy najwyraźniej nie potrafili funkcjonować bez celu. Podczas całej podróży pozostawała zajęta. Sprawdzała uprzęże, pomagała prowadzić konie, pilnowała zapasów, a podczas postojów ćwiczyła krótkie sekwencje zaklęć. Wydawała się osobą, która nie uznaje pojęcia „stracony czas”. Podejrzewałem, że nawet podczas snu planuje kolejne zadania.

Bram z kolei pozostawał wierny sobie. Oparty o worki z ekwipunkiem obserwował krajobraz z miną człowieka niesłusznie skazanego na ciężką pracę.

– Czy ktoś jeszcze ma wrażenie, że góry są do siebie bardzo podobne? – zapytał.

– To góry – odparła Kadir.

– Właśnie. Mogłyby się bardziej postarać.

– Bram, nie możesz mieć pretensji do geografii.

– Mogę mieć pretensje do wszystkiego.

Kadir wydawała się najbardziej skupiona na celu wyprawy. Regularnie wyciągała mapę i porównywała oznaczenia z otaczającym ich terenem. Co jakiś czas zaznaczała coś ołówkiem lub sprawdzała notatki sporządzone jeszcze w Obozie Magów.

Filius natomiast zdawał się czerpać szczerą przyjemność z samego podróżowania. Co jakiś czas wypatrywał nowych gatunków roślin wyrastających spomiędzy skał. Zbierał próbki mchu, oglądał drobne kwiaty rosnące na zboczach i prowadził niewielki notes, w którym zapisywał swoje obserwacje. Demonek niemal przez cały czas mu towarzyszył. Od pewnego momentu nikt już nie traktował go jak tymczasowego pasażera. Stał się częścią grupy. Jadł z nimi - jeśli cokolwiek zaakceptował, podróżował z nimi i spał obok nich. Nawet Bram przestał protestować. To znaczy protestował nadal, ale raczej z przyzwyczajenia. Demonek siedział obok Filiusa, obserwując świat swoimi wielkimi oczami. Od czasu do czasu wydawał charakterystyczne kwaknięcia, których znaczenia nadal nikt nie rozumiał. Możliwe, że próbował się komunikować. Możliwe również, że po prostu lubił wydawać takie dźwięki. Po demonach można spodziewać się wielu rzeczy.

Laeria pozostawała najcichsza z całej grupy. W przeciwieństwie do pozostałych nie wydawała się skupiona na celu podróży. Znacznie częściej patrzyła na otoczenie niż na drogę. Kilka razy zauważyłem, że obserwowała ptaki szybujące wysoko nad górami. Potem spoglądała na własne dłonie. A następnie odwracała wzrok. Nie trzeba było być wybitnym znawcą ludzkiej natury, by zrozumieć, o czym myślała.

Około południa zatrzymali się przy niewielkim źródle wypływającym spomiędzy skał. Było to jedno z niewielu miejsc na trasie, gdzie można było uzupełnić zapasy wody. Postój nie trwał długo. Rozpalili niewielkie ognisko, przygotowali prosty posiłek i pozwolili koniom odpocząć. Lucien próbował opowiadać kolejną historię o swoich szkolnych wyczynach. Bram zasnął w połowie opowieści. Kadir studiowała mapę. Zhana ostrzyła nóż. Filius pokazywał Demonkowi jakieś górskie rośliny. Demonek próbował jedną z nich zjeść. Efekt był przewidywalny. Czarna maź. Rozczarowane spojrzenie. Kwaknięcie. Powrót do siedzenia obok Filiusa. Reszta dnia upłynęła równie spokojnie.

Droga wspinała się coraz wyżej. Góry były już naprawdę blisko. Ich masywne ściany dominowały nad krajobrazem, a chłodny wiatr nieustannie przypominał podróżnikom, że zbliżają się do miejsca, gdzie przyroda przestaje przejmować się wygodą człowieka.

Pod wieczór Kadir ponownie wyciągnęła mapę.

– Jeszcze niedaleko – powiedziała. – Powinniśmy dotrzeć do schroniska przed zmrokiem.

– A jutro? – zapytał Filius.

– Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro wieczorem będziemy już w twierdzy.

Schronisko okazało się niewielkim, kamiennym budynkiem wzniesionym przy samym zboczu góry. Musiało istnieć od wielu dziesięcioleci, a może nawet dłużej, ponieważ jego mury nosiły ślady licznych napraw, przebudów i walki z nieustępliwym górskim klimatem. W środku było ciepło, pachniało drewnem, dymem i gotowanym mięsem, a gospodarze przywykli najwyraźniej do rozmaitych podróżnych. Obecność grupy młodych magów nie zrobiła na nich większego wrażenia, a jeszcze mniejsze wywołał Demonek. Gospodyni spojrzała na niego, uniosła brew, po czym wzruszyła ramionami i stwierdziła, że dopóki nie gryzie gości ani nie zjada pościeli, może nocować razem z pozostałymi. Filius wyglądał na szczerze uradowanego, Demonek wydał z siebie ciche, zadowolone kwaknięcie, a Bram przez kilka sekund sprawiał wrażenie człowieka, który właśnie utracił kolejny argument przemawiający za jego teorią o nieuchronnej zdradzie ze strony małej kulki futra.

Wieczór minął spokojnie. Magowie zjedli ciepły posiłek, uzupełnili zapasy żywności na ostatni etap podróży i przez pewien czas rozmawiali o twierdzy. Lucien snuł wizje tego, jak strażnicy będą podziwiać ich odwagę, Zhana przypominała mu, że jadą tam jedynie przeprowadzić zwiad, Kadir jeszcze raz sprawdzała mapę, a Laeria siedziała przy oknie i patrzyła na ciemniejące szczyty. Filius natomiast zajmował się Demonkiem, który najwyraźniej odkrył, że pod stołem można znaleźć znacznie ciekawsze rzeczy niż na talerzu.

Później wszyscy poszli spać. Ja oczywiście nie spałem. Od bardzo dawna noce stały się dla mnie czymś więcej niż tylko czasem odpoczynku. Były porą obserwacji. Czasem, gdy ludzie przestawali udawać, że kontrolują świat, a świat przypominał sobie, że nigdy nie był szczególnie zainteresowany ich planami. Usiadłem zatem na krawędzi dachu schroniska. Noc była chłodna i wyjątkowo przejrzysta. Niebo rozciągało się nad górami niczym czarny ocean pełen gwiazd. W oddali majaczyły szczyty Gór Srebrzystych, a pomiędzy nimi ciągnęły się pasy ciemnych lasów porastających niższe zbocza.

Przez długi czas nic się nie działo. Wiatr szumiał pomiędzy drzewami. Od czasu do czasu rozlegało się pohukiwanie sowy. Gdzieś daleko odezwał się wilk. A potem dostrzegłem ruch. Niewielką sylwetkę poruszającą się pomiędzy skałami. Przez chwilę obserwowałem ją uważnie, próbując przypomnieć sobie, skąd ją znam. I wtedy zrozumiałem. To był demon. Ten sam demon, którego spotkali w Dalewood. Niewielkie stworzenie o nienaturalnie wydłużonym ciele i ostrych kończynach, z pustym miejscem na głowę, agresywne, szybkie i wyraźnie niespokojne. Pamiętałem jego sposób poruszania się. Charakterystyczne krótkie skoki i gwałtowne ruchy głowy. Ale tym razem chyba nie polował. Nie skradał się. Nie wyglądał nawet na zainteresowanego schroniskiem. Po prostu szedł. Przemieszczał się przez zbocze góry, kierując się gdzieś dalej, jakby miał wyznaczony cel.

I wtedy zobaczyłem coś jeszcze. Za nim pojawił się cień. Nie usłyszałem żadnych kroków. Nie dostrzegłem momentu, w którym się pojawił. Po prostu był. Mroczna sylwetka przypominająca żywą ciemność, niemal stapiająca się z nocą. Ta sama obecność, którą widziałem już wcześniej. Na skraju lasu obok Obozu Magów. W Dalewood. Cień zatrzymał się kilka kroków za demonem. Nie wykonał żadnego wyraźnego gestu. Ale coś się wydarzyło. Demon nagle zamarł. Jego ciało zesztywniało. Ostre ruchy ustąpiły miejsca powolnym, niemal mechanicznym gestom. Patrzył przed siebie nieruchomym wzrokiem, jakby znalazł się w głębokim transie. Przez kilka sekund trwał bez ruchu. A potem odwrócił się. Spokojnie. Posłusznie. Jak zwierzę prowadzone przez niewidzialną smycz.

Cień stał jeszcze przez chwilę. Po czym po prostu zniknął. Nie odszedł. Nie rozpłynął się. Po prostu przestał istnieć, jakby noc sama postanowiła go pochłonąć. Demon natomiast ruszył dalej. Oddalił się od schroniska, nie oglądając się za siebie, i skierował ku ciemnemu lasowi porastającemu niższe partie gór. Patrzyłem za nim przez dłuższą chwilę. Mogłem polecieć. W postaci muchy bez trudu byłbym w stanie śledzić go jeszcze przez jakiś czas. Ale nie chciałem oddalać się od schroniska. Nie wiedziałem, czy cień nadal znajduje się w pobliżu. Pozostałem więc na dachu. I zastanawiałem się nad tym, co właśnie zobaczyłem. Wyglądało to tak, jakby cień celowo powstrzymał demona przed zbliżeniem się do schroniska. Jakby nie chciał, aby stworzenie zostało zauważone. Było to niepokojące. Do tej pory mogłem zakładać, że demony, które przedostały się przez portal, błąkają się po okolicy kierowane własnymi instynktami. Teraz nie byłem już tego taki pewien.

Przez dłuższą chwilę jeszcze siedziałem na krawędzi dachu, obserwując miejsce, w którym zniknął demon. W ciemności nie było już żadnego ruchu. Wiatr poruszał gałęziami drzew porastających niższe zbocza gór, a księżyc przesuwał się powoli po niebie, rzucając blade światło na kamienne ściany schroniska i wąski trakt prowadzący ku twierdzy. Cień nie pojawił się ponownie. Nie dostrzegłem też żadnych innych demonów, choć przez pewien czas przyglądałem się okolicy ze szczególną uwagą.

W końcu jednak uznałem, że dalsze siedzenie na dachu niczego nie zmieni. Reszta nocy upłynęła już bez żadnych niezwykłych wydarzeń. W schronisku panowała cisza. Jedynie od czasu do czasu dochodziło do mnie czyjeś ciche chrapanie albo dźwięk drewna pracującego pod wpływem chłodu.

Przyznam, że po kilku dniach zacząłem rozpoznawać poszczególne osoby po sposobie chrapania. Lucien chrapał krótko i nieregularnie, jakby nawet podczas snu próbował prowadzić jakąś heroiczną szarżę. Bram natomiast spał tak spokojnie, że można było odnieść wrażenie, iż osiągnął jakiś wyższy poziom odpoczynku, niedostępny zwykłym śmiertelnikom. Demonek spał zwinięty obok Filiusa i wydawał z siebie od czasu do czasu ciche, senne kwaknięcia.

Poranek nadszedł szybko. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się ponad grzbietami gór, rozświetlając okolicę chłodnym, złotawym światłem. Powietrze było rześkie, a na kamieniach osadziła się cienka warstwa rosy. Bohaterowie budzili się stopniowo. Pierwsza wstała oczywiście Zhana. Nie byłem pewien, czy kiedykolwiek widziałem ją naprawdę zmęczoną. Potem obudziła się Kadir, która niemal natychmiast sięgnęła po mapę, jakby obawiała się, że podczas nocy góry mogły zmienić swoje położenie. Lucien przeciągnął się długo i spojrzał przez okno.

– Dzisiaj docieramy do twierdzy – powiedział z wyraźnym entuzjazmem.

– Jeśli nic nas nie opóźni – odpowiedziała Kadir.

– Nic nas nie opóźni.

– Powiedział człowiek, który dwa dni temu prawie podpalił konia.

– To był incydent.

– To było bardzo gorące przypomnienie, że nie zawsze trzeba się popisywać.

Lucien westchnął teatralnie.

– Niektórzy po prostu nie rozumieją sztuki.

– Sztuki czego?

– Efektownego działania.

– Efektowne działanie nie powinno obejmować zwierząt gospodarskich.

Bram podniósł głowę znad poduszki.

– Czy wy kłócicie się od rana?

– Nie – odpowiedziała Zhana.

– To dobrze.

– To tylko Lucien.

– A, czyli jednak się kłócicie.

Śniadanie było szybkie i proste. Uzupełnili wodę, sprawdzili zapasy i przygotowali powóz do dalszej drogi. Gospodarz schroniska pożegnał ich życzliwie, życząc spokojnej podróży i przypominając, że droga do twierdzy jest bezpieczna, o ile nikt nie schodzi z traktu. Demonek wskoczył z powrotem obok Filiusa, wyraźnie przyzwyczajony już do podróżowania. Konie ruszyły spokojnym krokiem. Trakt prowadził coraz wyżej. Wzgórza pozostały daleko za nimi, a teraz otaczały ich już prawdziwe góry. I choć pozostali odczuwali przede wszystkim ekscytację, ja nie mogłem przestać myśleć o tym, co widziałem w nocy. O cieniu. O demonie. I o tym, że ktoś najwyraźniej pilnował, by istoty, które wydostały się z Portalu Demonów, poruszały się dokładnie tam, gdzie powinny. A jeśli tak było, to znaczyło, że ktoś miał plan.

Droga prowadziła teraz łagodnie w górę, wijąc się pomiędzy skalnymi ścianami i skupiskami poskręcanych sosen, które od wieków zmuszone były walczyć z wiatrem, śniegiem i niezbyt przyjaznym charakterem górskiego klimatu. Nie działo się nic szczególnie interesującego. Konie szły spokojnie, koła powozu miarowo podskakiwały na kamieniach, a moi młodzi magowie zajmowali się głównie rozmowami, obserwowaniem krajobrazu albo zwyczajnym zmaganiem się z monotonią podróży.

Uznałem więc, że jest to odpowiedni moment, aby opowiedzieć nieco więcej o demonach. Nie tych z legend, które uwielbiają opowiadacze historii, ani nie tych z dziecięcych bajek, gdzie są przedstawiane jako uosobienie czystego zła, pragnące jedynie pożerać niewinnych mieszkańców wiosek. Prawda, jak zwykle, jest znacznie bardziej skomplikowana, a przy okazji znacznie mniej widowiskowa. Według większości współczesnych badaczy demony są jednymi z najstarszych znanych stworzeń zamieszkujących świat. Nie są jednak gatunkiem naturalnym. Przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim naturalne są wilki, jelenie czy nawet smoki, które mimo całej swojej niezwykłości powstały zgodnie z prawami przyrody.

Demony są wynikiem ingerencji czarnej magii. Najbardziej rozpowszechniona teoria zakłada, że wiele tysięcy lat temu jacyś magowie – nie wiadomo kim byli ani jaki dokładnie przyświecał im cel – zaczęli eksperymentować z przekształcaniem zwykłych zwierząt. Czarna magia miała wzmacniać organizmy, zwiększać ich wytrzymałość, zdolności adaptacyjne i agresję. Być może chodziło o stworzenie strażników, być może o broń, a może po prostu o zaspokojenie tej nieprzyjemnej cechy, którą posiadają niektórzy uczeni i która każe im robić coś tylko dlatego, że mogą. Rezultaty okazały się... interesujące. Powstały istoty obdarzone niezwykłymi cechami, ale jednocześnie niestabilne pod względem magicznym. Ich ciała podlegały ciągłym zmianom, a zachowania nie zawsze można było przewidzieć. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że demony potrafiły się rozmnażać. Początkowo uznawano je za jedynie magiczne aberracje, twory pozbawione możliwości przekazywania swoich cech kolejnym pokoleniom. Okazało się jednak, że czarna magia w jakiś sposób została trwale wpisana w ich naturę. I właśnie wtedy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.

Przez kolejne stulecia demonów przybywało. Zawsze preferowały miejsca zacienione, wilgotne, odosobnione. Jaskinie, opuszczone ruiny, gęste lasy i głębokie doliny. Nie przepadały za ludźmi, choć niekoniecznie z powodu wrodzonej nienawiści. Większość po prostu ich unikała. Część była płochliwa. Część agresywna. Część wydawała się kierować instynktami zupełnie niezrozumiałymi dla ludzi. Ponieważ zawierały w sobie fragment czarnej magii, wiele demonów posiadało zdolności, których nie obserwowano u żadnych innych stworzeń.

Istniały demony zdolne do przechodzenia przez cienie i pojawiania się kilka metrów dalej. Były takie, które zmieniały kolor skóry pod wpływem emocji albo temperatury otoczenia. Niektóre pozostawiały za sobą ślady przypominające popiół, który znikał po kilku godzinach. Znane były gatunki żywiące się energią magiczną, a nie pożywieniem. Istniały również demony, które potrafiły wywoływać krótkotrwałe halucynacje u osób znajdujących się w ich pobliżu. Były nawet takie, które zdawały się reagować na muzykę. Tak. Muzykę. W archiwach Elorien znajduje się relacja pewnego badacza, który przez trzy miesiące prowadził obserwacje grupy niewielkich demonów przypominających nietoperze. Odkrył, że stawały się niezwykle spokojne podczas gry na flecie, ale reagowały gwałtowną agresją na dźwięk bębnów. Niestety dalszych badań nie przeprowadzono, ponieważ badacz został pogryziony. Historia nauki pełna jest podobnych poświęceń.

Przez bardzo długi czas ludzie i demony funkcjonowali obok siebie, unikając większych konfliktów. Problem pojawił się wtedy, gdy demonów zaczęło być zbyt dużo. Rosnąca liczebność oznaczała częstsze kontakty z ludźmi, a częstsze kontakty z ludźmi niemal zawsze prowadzą do problemów. Zaczęły znikać zwierzęta hodowlane. Coraz częściej dochodziło do ataków na podróżnych. Pojawiały się demony znacznie większe, silniejsze i inteligentniejsze od swoich poprzedników. Niektóre potrafiły posługiwać się prymitywnymi narzędziami. Inne tworzyły niewielkie grupy. Kilka kronik wspomina nawet o demonach organizujących zasadzki. I wtedy rozpoczęła się wojna. Wielka Wojna z Demonami. Dzisiaj większość ludzi zna ją jedynie z podręczników historii, ale przez wiele lat była najważniejszym konfliktem, jaki kiedykolwiek dotknął świat magów.

Najpotężniejsi czarodzieje tamtych czasów ruszyli do walki. Powstawały całe zakony łowców demonów. Tworzono nowe zaklęcia. Budowano twierdze. Przeczesywano lasy, góry i jaskinie. Przez dziesięciolecia liczba demonów gwałtownie malała. I prawdopodobnie zostałaby całkowicie wyeliminowana.

Gdyby nie pewien spór. Do dziś nie wiadomo dokładnie, co nim kierowało. Źródła są niepełne. Część dokumentów zaginęła. Inne zostały celowo zniszczone. Badacze nie są zgodni. Jedni twierdzą, że niektórzy magowie uważali demony za element naturalnej równowagi świata, mimo ich sztucznego pochodzenia. Inni sądzą, że kierowano się względami etycznymi i uznano, iż nie należy doprowadzać do całkowitego wyginięcia inteligentnych stworzeń. Istnieje też teoria mówiąca, że część uczonych chciała zachować demony do dalszych badań. Osobiście uważam, że prawda prawdopodobnie zawiera po trochu każdą z tych odpowiedzi. Tak czy inaczej, podjęto decyzję. Zamiast całkowitej eksterminacji postanowiono stworzyć miejsce, w którym demony mogłyby istnieć bez zagrażania ludziom. W jednym z odległych królestw, pośród niedostępnych gór, najpotężniejsi magowie swoich czasów stworzyli gigantyczny obszar odizolowany od reszty świata. Otoczyli go siecią zaklęć ochronnych. Barierami. Pieczęciami. Iluzjami.

Nazwano go Krainą Demonów. Przez wiele lat zapędzano tam ocalałe demony z różnych części świata. Część schwytano. Część przepędzono. Pozostałe eliminowano. Tak zakończyła się wojna. A przynajmniej oficjalnie. Kraina Demonów istnieje do dziś. Choć przeciętny mieszkaniec królestw nigdy o niej nie słyszał. Jej lokalizacja pozostaje tajemnicą. Nie znajdziecie jej na żadnej mapie. Nie wspominają o niej kronikarze. Nie opisują jej podróżnicy. Na prośbę magów większość królestw zgodziła się przemilczeć jej istnienie, uznając, że wiedza o miejscu pełnym demonów mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku.

Aby jednak umożliwić badania, obserwację i kontrolę sytuacji, magowie stworzyli system Portali Demonów. Były to specjalne magiczne przejścia prowadzące bezpośrednio do Krainy Demonów. Rozsiano je po całym świecie. Znajdowały się w twierdzach, sanktuariach i ośrodkach badawczych. Początkowo uznawano je za ogromny sukces.

Do czasu. Bo demony, jak już wspominałem, są stworzeniami bardzo dziwnymi. A stworzenia zawierające w sobie fragment czarnej magii mają wyjątkowy talent do znajdowania sposobów na robienie rzeczy, których teoretycznie robić nie powinny. Z czasem okazało się, że część demonów potrafi wykorzystywać portale również w drugą stronę. Zaczęły pojawiać się ucieczki. Najpierw pojedyncze. Potem całe grupy. A wraz z nimi kolejne konflikty, które historycy zwykle określają wspólnym mianem Wojen Portalowych. Ostatecznie większość portali została zniszczona. Te, których nie można było bezpiecznie zlikwidować, zostały zamknięte za pomocą wielowarstwowych pieczęci, zaklęć ochronnych i magicznych barier.

Właśnie do jednej z takich twierdz zmierzali moi młodzi magowie. Do miejsca, gdzie ktoś kilka tygodni wcześniej zdołał przełamać zabezpieczenia stworzone przez pokolenia najpotężniejszych czarodziejów. I, co gorsza, zrobił to najwyraźniej z pełną świadomością tego, co uwalnia.

Droga prowadziła coraz wyżej, przecinając strome zbocza i wijąc się pomiędzy skalnymi ścianami. W wielu miejscach trakt został wykuty bezpośrednio w kamieniu, a po jednej stronie podróżnych wznosiły się wysokie urwiska, podczas gdy po drugiej rozciągały się głębokie doliny porośnięte ciemnymi świerkami i sosnami. Powietrze stawało się coraz chłodniejsze, a wiatr niósł ze sobą zapach żywicy, mokrych skał i czegoś jeszcze – tej charakterystycznej woni wysokich gór, którą trudno opisać komuś, kto nigdy nie opuścił nizin.

Od czasu do czasu mijali pozostałości dawnej działalności górniczej. W oddali można było dostrzec zawalone szyby kopalniane, zardzewiałe konstrukcje dźwigów i porzucone budynki, których dachy dawno już zapadły się pod ciężarem śniegu i kolejnych zim. Niektóre wyglądały na opuszczone od kilkunastu lat, inne musiały pamiętać jeszcze czasy sprzed Wielkiej Wojny z Demonami.

– Ciekawe, co tam wydobywano – powiedział Filius, spoglądając na ruiny widoczne po drugiej stronie doliny.

– Pewnie kamienie – odpowiedział Bram.

– W kopalni?

– Tak.

– To dość ogólna odpowiedź.

– Ale technicznie poprawna.

Kadir uniosła wzrok znad mapy.

– Srebro. Większość kopalń w tym rejonie wydobywała srebro.

– Widzisz? – Bram uśmiechnął się leniwie. – Wiedziałem, że ktoś odpowie za mnie.

Demonek siedział obok Filiusa i przyglądał się krajobrazowi z zainteresowaniem. Co jakiś czas przechylał głowę na bok i wydawał ciche kwaknięcie, jakby próbował ocenić, czy góry zasługują na jego aprobatę. Musiałem przyznać, że zaskakująco dobrze znosił podróż. Gdy znaleźli go kilka dni wcześniej, byłem przekonany, że prędzej czy później pokaże swoją prawdziwą naturę i spróbuje odgryźć komuś rękę albo przynajmniej zniszczyć część zapasów. Tymczasem jedynym jego przewinieniem pozostawały próby jedzenia rzeczy, których zdecydowanie jeść nie powinien. A więc zachowywał się mniej więcej jak pięcioletnie dziecko. Albo Lucien.

W południe zatrzymali się na krótki odpoczynek przy niewielkim strumieniu spływającym po zboczu. Nie rozbijali obozu, ograniczając się jedynie do szybkiego posiłku. Zjedli suszone mięso, chleb i owoce zakupione poprzedniego dnia w schronisku, a konie mogły przez chwilę napić się zimnej górskiej wody.

Laeria siedziała nieco dalej od pozostałych i patrzyła na szczyty Gór Srebrzystych, które wydawały się już niemal na wyciągnięcie ręki. Wysokie, surowe i częściowo pokryte śniegiem, dominowały nad całym krajobrazem. Coraz częściej zauważałem, że spogląda na nie z pewnym niepokojem. Może tego, że wszyscy wokół niej wydawali się odnajdywać swoje miejsce, podczas gdy ona wciąż nie wiedziała, dlaczego nie potrafi zrobić czegoś, co dla każdego maga powietrza było równie naturalne jak chodzenie. Oczywiście nie zamierzałem jej pocieszać. Po pierwsze dlatego, że nikt mnie nie widział. Po drugie dlatego, że po ośmiuset latach zauważyłem, iż większość ludzi i tak nie słucha dobrych rad, dopóki sami nie są gotowi ich usłyszeć.

Po krótkim odpoczynku ruszyli dalej. Droga stawała się coraz bardziej dzika. Wokół było coraz mniej śladów ludzkiej obecności. Zniknęły stare kopalnie, zniknęły samotne chaty drwali i niewielkie kapliczki stawiane przez podróżnych. Pozostały jedynie skały, drzewa i góry. Czasem nad ich głowami przelatywały duże ptaki drapieżne. Kilkukrotnie Filius próbował określić ich gatunek, ale ptaki pozostawały zbyt daleko, by można było dostrzec szczegóły.

Kadir kilka razy wspomniała, że według mapy do twierdzy zostało już naprawdę niewiele.

– Jeśli nic się nie wydarzy – powiedziała – powinniśmy dotrzeć tam przed nocą.

– Szczerze mówiąc – odezwał się Bram – zaczynam tęsknić za czymś nudnym.

– Za czym?

– Za biblioteką.

– Nigdy nie widziałam cię w bibliotece.

– Właśnie dlatego za nią tęsknię. W mojej pamięci jest miejscem odpoczynku.

Lucien zaśmiał się.

– Naprawdę nie rozumiem, jak można być magiem ziemi i nie lubić podróży.

– A ja nie rozumiem, jak można być magiem ognia i nie spalić się jeszcze przez przypadek.

– To się nazywa talent.

– To się nazywa szczęście.

Pod wieczór słońce zaczęło chować się za górskimi szczytami, a cienie wydłużyły się, nadając krajobrazowi surowego, niemal niepokojącego charakteru. W oddali, wysoko pomiędzy skałami, można już było dostrzec coś, co przypominało fragment murów. Twierdza. Jeszcze odległa. Jeszcze niewyraźna. Ale już obecna.

Słońce zdążyło już niemal całkowicie schować się za poszarpanymi grzbietami Gór Srebrzystych, gdy droga po raz ostatni zakręciła pomiędzy skałami, odsłaniając widok na cel ich podróży. Nawet po wszystkich opowieściach, raportach i wspomnieniach twierdza robiła wrażenie.

Wznosiła się na samotnym skalnym występie górującym nad wąską doliną niczym naturalne przedłużenie góry. Z trzech stron otaczały ją niemal pionowe urwiska, opadające dziesiątki metrów w dół ku ciemnym lasom porastającym zbocza. Jedynie od południa prowadziła ku niej wąska serpentyna, wykuta częściowo w skale, częściowo umocniona kamiennymi murkami. Wystarczyłoby kilkunastu dobrze wyszkolonych żołnierzy, aby skutecznie zatrzymać tutaj nawet liczniejszego przeciwnika.

Mury fortecy wykonano z jasnoszarego granitu, którego kolor w ostatnich promieniach zachodzącego słońca przybierał niemal srebrzysty odcień. Nie było tu żadnych zdobień, rzeźb czy symboli mających podkreślać potęgę właścicieli. Wszystko podporządkowano funkcjonalności. Każdy kamień, każda baszta, każdy fragment fortyfikacji powstał z myślą o obronie.

Nad murami górowały cztery potężne wieże obserwacyjne, a ich sylwetki odcinały się na tle ciemniejącego nieba. Wąskie szczeliny strzelnicze przypominały nieruchome oczy, które od wieków wypatrywały zagrożenia nadchodzącego z gór. Na najwyższej z wież dostrzec można było maszt sygnałowy, choć o tej porze nie powiewał już na nim żaden sztandar. Zamiast tego płonęły tam pojedyncze pochodnie, których światło było widoczne nawet z dużej odległości.

Przyznam, że twierdza prezentowała się dokładnie tak, jak powinna wyglądać budowla przeznaczona do pilnowania przejścia do Krainy Demonów. Surowa. Niewzruszona. Zbudowana przez ludzi przekonanych, że jeśli poświęcą wystarczająco dużo czasu, kamienia i magii, to będą w stanie oszukać rzeczywistość i stworzyć miejsce całkowicie bezpieczne.

– No dobrze – odezwał się Lucien, spoglądając ku fortecy. – Muszę przyznać, że wygląda całkiem imponująco.

– Mówi człowiek, który uznał schronisko za imponujące, bo miało dwa piętra – zauważyła Zhana.

– Było to bardzo dobre schronisko.

– Zaczynam się martwić, jak nisko ustawiasz swoje wymagania.

Bram przeciągnął się i spojrzał na twierdzę z umiarkowanym zainteresowaniem.

– Wygląda na miejsce, w którym obowiązuje dużo regulaminów.

– To twierdza wojskowa – odpowiedziała Kadir.

– Czyli miałem rację.

Powóz wspinał się jeszcze przez kilkanaście minut serpentyną prowadzącą do głównej bramy. W miarę jak zbliżali się do fortyfikacji, mogli dostrzec więcej szczegółów. Na murach pełniono wartę, pomiędzy wieżami poruszali się strażnicy, a w kilku miejscach płonęły latarnie oświetlające drogę.

Główna brama była masywna, wykonana z grubych dębowych bali okutych żelazem. Po obu jej stronach znajdowały się stanowiska straży, a nad przejazdem widniał wyblakły herb królestwa, którego barwy dawno już straciły dawną intensywność pod wpływem deszczu, śniegu i górskiego wiatru.

Gdy tylko zbliżyli się na odpowiednią odległość, jeden ze strażników uniósł rękę.

– Stójcie! Kto przybywa?

Lucien odruchowo wyprostował się na siedzeniu.

– Absolwenci Obozu Magów. Przybywamy na polecenie dyrektora Venegasa.

Strażnik przez chwilę przyglądał się grupie. Jego spojrzenie przesunęło się po medalionach żywiołów zawieszonych na ich szyjach. Potem zatrzymało się na Demonku. Nastąpiła chwila ciszy.

– To... demon? – zapytał.

– Technicznie rzecz biorąc tak – odpowiedział Filius.

– Ale jest bardzo miły – dodał Lucien.

– Nie gryzie – zapewniła Kadir.

– Prawie – mruknął Bram.

Strażnik westchnął ciężko.

– Uprzedzano nas, że przyjedzie grupa młodych magów z Obozu.

Spojrzał jeszcze raz na Demonka.

– O demonie nikt nic nie wspominał.

– To sytuacja rozwojowa – wyjaśnił Lucien z uśmiechem.

Strażnik wyglądał przez moment, jakby chciał zadać kilka dodatkowych pytań, ale najwyraźniej uznał, że po ostatnich wydarzeniach niewielka czarna kulka wydająca kwakające odgłosy znajduje się stosunkowo nisko na liście problemów.

– W porządku – powiedział w końcu. – Kapitan został poinformowany o waszym przybyciu. Możecie wjechać.

Dał znak wartownikom. Rozległ się zgrzyt mechanizmu. Potężna brama zaczęła powoli się otwierać. Po kilku dniach podróży przez wzgórza, lasy i górskie przełęcze młodzi magowie wreszcie dotarli do miejsca, od którego wszystko się zaczęło.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania