LBnP – 4 Efekt lustra
Sam w pustym domu bez okien na jutro. Ostatnia osoba, która mnie kochała, odeszła.. Trzynaście lat żyła ze mną w ciągłym strachu o przyszłość. Cały czas wierzyła, że nadejdzie dzień, kiedy wreszcie dorosnę. Nic z tego nie wyszło. Byłem trybem w mafijnej maszynie i nie mogłem się z niej nigdy wyzwolić. Przy niej czułem się słabym, nic nie znaczącym człowiekiem. Rozebranym do strzemiączka.
Kilka lat temu przerobiłem swoją mordę na inną. Zmieniłem tożsamość i miejsce pomieszkania. Przeprowadziliśmy się na drugi koniec kraju. Z okna tej złotej klatki widziałem w oddali zwodzony most. Kiedy było uchylone, zgrzyt mechanizmu trzeszczał jak stare rzepki w kolanie. Dostawałem białej gorączki i rzucałem się jak mucha złapana na lep.
Wtedy tuliła mnie. To tylko most — szeptała. — Odeszła tak bezszelestnie.
Topiłem jej stratę w alkoholu. Piłem czystą z gwinta, zagryzając kiszonymi ogórkami. Upijałem się i trzeźwiałem, by znów, jak to mówią zalać robaka. Wszędzie czułem czyjeś oczy. Obserwowały mnie dogłębnie.
Ktoś dzwonił, ktoś się dobijał do drzwi... byłem głuchy, tylko od czasu do czasu wyrzucałem z siebie bełkot przekleństw. Wczoraj rozbiłem lustra, a pomiędzy ramami naszkicowałem zwodzone mosty. Pieprzone ruchome konstrukcje.
Wyślizgiwałem się pod osłoną nocy do monopolowego, za rogiem. Dzisiaj, właśnie tam zobaczyłem swoje podłe oblicze na tym pieprzonym moście. Co, to miało znaczyć?
Wróciłem i zaryglowałem drzwi. Przychyliłem butelkę i wypełniłem siebie po brzegi tym gównem.
Nadchodził zmierzch, pokój zaczął tonąć w ciemności. Zobaczyłem korowód ludzkich twarzy, odbijających się w lustrach wiszących na ścianach. Spoglądały na mnie smutno, a z ich gardeł wydobywał się bezgłośny krzyk. Próbowałem zrozumieć po ruchu warg, co wyrzucają z siebie.
— Kurwa mać, wypierdalać stąd — zakląłem głośno. — Powiedzcie, o co wam chodzi? — krzyczałem. Usiłowałem wstać, jakaś siła nie pozwalała. Przychyliłem butelkę i jednym haustem opróżniłem do końca... jedną, drugą.
Wśród twarzy ujrzałem czarną postać w pelerynie z kapturem, twarz szara, jakby ktoś ulepił ją z talku. Bladość jej rozjaśniał podwójny czerwony podbródek, trzęsący się jak galareta. Mówiła w nieznanych językach. Kiedy odezwała się w rodzimym, kiwnąłem głową.
— Jestem degeneracie — odezwała się i podsunęła mi rulon do podpisania.
Bez słów zrozumieliśmy się, wiedziałem, że nadchodzi koniec i muszę to zrobić, aby zrzucić z siebie jarzmo zła. Złożyłem podpis i zawarłem pakt mojego całkowitego upadku. Przez otwarte okno dolatywał odgłos zwodzonego mostu.
— Nie! — wrzasnąłem.
Zaczęła się gra o wszystko, pieniądze, prestiż, honor, sławę, życie i moją kobietę, a nawet o niebo. Czy wiedziałem, że po drugiej stronie siedzi bardzo dobry gracz, pokerzysta? Wtedy nie byłem tego świadomy.
Stół przykryty czerwonym aksamitem, a na nim rozłożone karty. Tasowanie ich w rękach postaci miało unikalną zręczność. Był jak żongler i znał się dobrze na sztuczkach karcianych. Pierwsze rozdanie należało do niego. Zapach opium wydalany z cygara, spowodował rozluźnienie moich wszystkich członków.
Podejmując to ryzyko traciłem bardzo dużo, ale w duszy chciałem przegrać, by móc zobaczyć czym różni się piekło na ziemi, od piekła poniżej poziomu Hadesu.
Między kolejnymi rozdaniami udawałem, że nie widzę jego oszukańczych trików. Czułem wielką satysfakcję, że już na starcie udało mi się wywieść w pole drugiego gracza.
Udawałem głupiego, aby przywołać obrazy ziemskiej golgoty, które znałem od podszewki. Widziałem uprowadzone dzieci dla okupu, wymuszanie haraczu, gwałty na nieletnich, pedofilie, terroryzm, śmierć skatowanego niemowlęcia, znęcanie się nad zwierzętami i ludźmi, bestialskie eksperymenty i płacz. Ujrzałem swoją Weronikę i jej kamienną twarz.
— Zdradziłeś mnie — krzyknęła, a z oczu popłynęły czerwone krople.
Gra skończona. Czarna postać zgarniała ze stołu wszystko, akta własności, złoto, akcje, pieniądze łącznie z prawem do życia.
Wstałem i w przypływie szału przewróciłem stół. Poczułem ulgę, bo wiedziałem, że obrazy przestaną mnie dręczyć i będę już wolny. Kiedy miałem się pożegnać, zobaczyłem nieziemską piękność, gracz był kobietą. Tak bardzo zapragnąłem jej i zaproponowałem spełnienie mojej ostatniej woli.
— Zagrajmy o ciebie — rzekłem. — Zagrajmy o jedną noc z tobą. Chcę poczuć twoją namiętność i sprawdzić, jak kocha diabeł schowany w kobiecie. Przegrałem wszystko i poznam smak piekła, to chyba mam prawo posmakować niebiańskiej rozkoszy.
Zgodziła się, w jej oczach zobaczyłem ogniki podniecenia i pożądania. Ja zaś pomyślałem, że za niebo nawet ona jest gotowa się zatracić. Ostatnie rozdanie należało do mnie. Byłem pewny, że przymknęła oczy na moje sztuczki.
Wstałem od stołu i w milczeniu poszedłem za nią. Ona nie szła, lecz płynęła, dumnie i wyniośle, a biust falował niczym żagiel na wietrze i harmonizował z obłością jej bioder. Cała w czerni, tylko czerwone szpilki na smukłych nogach rytmicznie stukały, jakby mówiły – chodź za mną, a będziesz szczęśliwy. Ja byłem już myślami w niebie.
Za tę chwilę byłem gotów zdradzić Weronikę i nagle przypomniałem sobie jej słowa.
Czy ona też była częścią tej gry? – pomyślałem.
Szedłem za nią jak w amoku i nie dostrzegłem, kiedy znaleźliśmy się na tym przeklętym zwodzonym moście. Ona przeszła, a ja zobaczyłem rozsuwającą się szczelinę, z której wydobywał się ogień.
Stała taka nieziemsko powabna po drugiej stronie i ruchem dłoni przywoływała mnie.
— Boże, jaka ona piękna — zawołałem i skoczyłem w szpony pożądania. — Zabrakło mi stopy, leciałem w dół, a płomienie ognia lizały moje ciało. Nie czułem bólu, tylko rozkosz. Słyszałem jej szyderczy śmiech i ten prześladujący mnie zgrzyt. Zobaczyłem ostatnie spojrzenie mojego lustrzanego towarzysza.
— Wygrałaś! — zawołałem.
Komentarze (3)
Niezwykła, przejmująca, zapierająca dech w piersiach proza życia i śmierci. Przeczytałem z zapartym oddechem. Wraz z kotem jesteśmy zachwyceni.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania