Na czterech kółkach do szczęścia 1

Poród był ciężki i długi, rodziła kilka godzin. Miała trzydzieści lat i była to jej pierwsza ciąża. Mąż, lekarz ortopeda, cały czas trwał przy niej, choć nie były to czasy, kiedy ktokolwiek mógł towarzyszyć rodzącej. Był rok 1963.

W końcu się udało – urodziła córeczkę. Położna pokazała jej malutką, śliczną dziewczynkę. Elżbieta popłakała się ze szczęścia, a mąż również uronił łzę.

Po porodzie została odwieziona do sali, w której leżało już siedem matek – ona była ósmą. Dzieci przynoszono im do karmienia co cztery godziny; z malutkich tobołków wystawały tylko buzie. Przyglądała się swojej Anusi i czule tuliła ją do piersi.

– Jesteś śliczna, Aneczko – szeptała.

Po kilku dniach mąż odebrał ją i zawiózł do domu, który znajdował się niecały kilometr od szpitala. To był spory dom parterowy z wysokim podpiwniczeniem: kuchnia, cztery pokoje, łazienka i przestronny hol.

Budynek stał na dużej, ogrodzonej działce. Dobrze im się tu mieszkało, ale od zawsze marzyli o dziecku. W końcu, pięć lat po ślubie, zostali rodzicami.

Mała Ania rosła jak na drożdżach i szybko zaczęła gaworzyć. Dumni rodzice chętnie chwalili się nią przed rodziną i znajomymi.

Miała pół roczku, kiedy podczas ubierania nagle zaniosła się płaczem i przestała ruszać rączką. Zaniepokojona mama włożyła ją do wózka i natychmiast pobiegła do szpitala. Zawiadomiono też ojca Ani, który pracował w innej placówce.

Gdy dotarł na miejsce, jego żona siedziała na izbie przyjęć, tuląc płaczące niemowlę.

– Ela, co jej jest? – zapytał przejęty.

– Nie wiem, zakładałam jej sweterek. Naciągałam rękawek na rączkę i wtedy zaczął się ten straszny płacz – odpowiedziała ze łzami w oczach.

– Niedobrze. Może za mocno pociągnęłaś i rączka ją rozbolała?

– Nie, normalnie, tak jak zawsze.

Z gabinetu wyszedł lekarz, który wcześniej badał Anię. Ucieszył się na widok ojca dziewczynki.

– O, witam cię, Jerzy. Dobrze, że jesteś. Zbadałem twoją córkę i myślę, że trzeba jak najszybciej pojechać z nią do Warszawy, do „Omegi”.

– Co sugerujesz? – zapytał Jerzy.

– Wiesz, ja nie jestem ortopedą jak ty, nawet nie pediatrą, ale coś mi się tu bardzo nie podoba.

Do rozmowy włączyła się Elżbieta:

– Czy to może być coś poważnego?

– Nie wiem, pani Elżbieto, naprawdę nie wiem.

Zawieźli małą do Szpitala Chirurgii Urazowej Dziecięcej „Omega” w Warszawie przy Alejach Jerozolimskich.

Dziewczynka została przyjęta na oddział, gdzie spędziła około dwóch tygodni. Ojciec, jako lekarz, miał do niej stały dostęp, jednak matka mogła oglądać córeczkę tylko przez szpitalną szybę. Ania przeszła wiele różnych badań, podczas których bardzo płakała, ale wszystko to było konieczne.

W końcu postawiono diagnozę: u dziewczynki wykryto zespół Lobsteina – uwarunkowaną genetycznie chorobę tkanki łącznej, objawiającą się wrodzoną łamliwością kości.

Jej kosteczki mogły pękać nawet wtedy, gdy sama mocniej machała rączkami czy nóżkami. Jerzy, mając specjalizację z ortopedii, doskonale wiedział, jaki wpływ na dalszy rozwój i całe życie Ani będzie miała ta choroba.

Wytłumaczył żonie, że z tym schorzeniem można żyć, zwłaszcza w jego lekkim stopniu, ale wszyscy – i oni, i sama Ania – muszą ogromnie uważać.

Od tej pory chuchali na nią i dmuchali. Ania nie mogła biegać, wysilać się ani bawić tak jak inne dzieci, bo nawet przy silniejszym kaszlu potrafiły łamać się jej żebra.

Mimo to była bardzo pogodną, wesołą dziewczynką. Uwielbiała przebywać wśród rówieśników, a oni pomagali jej, jak tylko potrafili.

Kiedy skończyła siedem lat, rodzice zapisali ją do szkoły. Do pierwszej klasy pojechała już na wózku inwalidzkim.

Rodzice nie chcieli izolować jej od rówieśników – choć mogła mieć indywidualny tok nauczania w domu, w porozumieniu z dyrektorem przyjęto ją do placówki.

Klasa znajdowała się na parterze, a rodzice z własnych funduszy wybudowali podjazd do głównego wejścia.

Od tamtej pory nogami Ani stały się kółka wózka. Wejście do ich własnego domu również zostało przerobione na wygodny podjazd.

Ania uczyła się bardzo dobrze i była powszechnie lubiana. Kiedy musiała leżeć w szpitalu, koleżanki i koledzy odwiedzali ją, przynosząc tematy lekcji i zadania domowe, dzięki czemu nie miała żadnych zaległości. Bez problemu przechodziła z klasy do klasy. Rosła, a wózek rósł razem z nią

Lata mijały. Ania skończyła szkołę podstawową i po wakacjach miała zacząć naukę w miejscowym liceum ogólnokształcącym.

Aby wejść do tego budynku, trzeba było pokonać kilkanaście stromych schodów. Uczniowie zaangażowali się jednak w pomoc i po prostu wnosili wózek z Anią do środka, a po lekcjach sprowadzali go na dół.

Nauczyciele nie mogli się nadziwić, że mimo tak ciężkiej choroby dziewczyna jest zawsze otwarta, wesoła i chętna do pomocy.

Wyrosła na piękną pannę. Jej duże, piwne oczy, otoczone długimi, czarnymi rzęsami, zawsze się śmiały. Pięknie wykrojone usta, brzoskwiniowa cera i długi, kasztanowy warkocz dopełniały całości.

Chłopcy chętnie oglądali się za nią, ale wózek dla wielu z nich stanowił niewidzialną barierę.

Ania miała wierne grono przyjaciół, którzy uwielbiali ją odwiedzać. Jej rodzice dla każdego byli niezwykle gościnni i cieszyli się, że ich córka, mimo niepełnosprawności, czuje się szczęśliwa.

Cztery lata nauki minęły jak z bicza strzelił. Po maturze Ania zamierzała iść na studia, ale w trakcie wakacji spotkała się z przyjaciółmi, którzy uprosili jej rodziców, by pozwolili jej pojechać z nimi pod namioty.

To było ogromne wyzwanie. Mimo obaw dorosłych, Ania uparła się, że chce jechać, a znajomi obiecali, że krzywda jej się nie stanie – deklarowali pomoc i opiekę na każdym kroku. Rodzice w końcu wyrazili zgodę, ich córka była już pełnoletnia więc nawet bez ich zgody by pojechała.

Był rok 1981, zaledwie kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego. Ruszyli w drogę wysłużoną Nysą, którą jeden z kolegów pożyczył od ojca. Jechał z nimi ktoś jeszcze – chłopak, którego Ania dotąd nie znała. Bardzo przystojny blondyn, nieco starszy od reszty. Miał na imię Krzysztof.

I to właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa historia Ani – historia jej dorosłego życia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Barmaria 2 godz. temu

    Początek bardzo obiecujący 🫶

  • Grażyna godzinę temu

    To będzie zupełnie co innego , w duzej mierze opowiadanie oparte na faktach autentycznych . Pozdrawiam i dziękuję za ocenę .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania